Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebywałe ilustracje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą niebywałe ilustracje. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 lutego 2013

"Biegnij dynio, biegnij" Eva Mejuto, André Letria

 A było tak:
- O tą to na pewno!  Triumfalnie obwieścił mój syn na widok dyni biegnącej pośród opasłych bibliotecznych zbiorów. Tuż po powrocie do domu, jeszcze w kombinezonach-czapach-szalikach, choć już po wstępnym przewertowaniu łupów, przybiegł wystraszony.
- Schowaj ją głęboko. Ja zamknę oczy, a ty schowaj.
- Dlaczego, kochany?
-Tam dużo groźnych zwierząt otwiera paszcze! Ja tego nie czytam.

A trzeba przyznać, że paszcz w Dyni... co niemiara. Genialnych paszcz. Paszcz-arcydzieł André Letria. Odważnych, mocnych, okraszonych brutalnością. I to co uwielbiam: namalowanych. Z widocznymi pociągnięciami pędzla, fakturą farby.



Są więc wilk, niedźwiedź i lew. Trzy głodne bestie gotowe pożreć babcię. Ha! Babcię nie byle jaką. Swawolną, portugalską staruszkę, kobiecą wersję rodzimego Szewczyka Dratewki (w kabaretkach!), która sprytnym fortelem utrze nosy strasznawym stworom. 

Dodam, że mój strachulec nie rozstaje się z Dynią... (w rzeczywistości więcej w niej śmiechu niż trwogi), a ja codziennie wywijam hołubce wraz ze szczerbatą babcią na iberyjskim weselu wnuczki. Oj dana, dana!



TAKO, 2012

piątek, 22 czerwca 2012

"Europa Pingwina Popo" Jan Bajtlik

Osobliwa to podróż. Z równie osobliwym przewodnikiem. Podróż skrajnie subiektywna, z nieoczekiwanym wyborem rzeczy ważnych. Próżno w niej szukać klucza. Choć cały galimatias trzyma w ryzach... abecadło. To one stało się punktem wyjścia do opowiedzenia Europy (i poskromienia losowości).

I tak, Pingwin Popo mknie alfabetycznym slalomem od Atlantydy, Beatlesów, Corridy, historii Druku, przez Esperanto, Fausta, Imigrację i Lajkonika, do Łajki, Odysei, Opery, przy okazji zahaczając o Pintę, Uniwersytet, plemię Yahoosi, Rewolucję oraz promienie X. Uff...

Niełatwa to wędrówka. Ale jedyna taka - niepowtarzalna, hiperpojemna, a przede wszystkim prowokująca! Nijak wymigać się przed ciągiem pytań dziecka (autor wyjaśnia hasła oszczędnie, serwuje tylko esencję), nie sposób wyhamować oczarowania ilustracjami. Bo Europa to nie tylko solidna porcja pożytecznych informacji. To książka do podziwiania, tętniąca kolorami postmodernistyczna laurka. Pełna kontrastów, graficznej prostoty, szalenie wymowna w swym przekazie.

Wydawnictwo Dookoła Świata, 2011

czwartek, 12 kwietnia 2012

"Łódeczka" Randall de Seve, Loren Long

"Pewien chłopiec miał łódeczkę. Zrobił ją z puszki, korka, żółtego ołówka i białej szmatki. Oto historia tej łódeczki"

Historia niepozorna, a jakże pojemna. Dosłownie - o łódeczce, która pewnego dnia zrywa się ze sznurka i wypływa na otwartą przestrzeń jeziora. Tą o której skrycie marzyła. Tą, która okazuje się nieprzyjazna i pełna zaskakujących przygód. Która nie daje poczucia bezpieczeństwa (jak chłopiec), a wzbudza ogromną tęsknotę. 
Między słowami - o sile przywiązania, o bolesnej stracie, o pokusie roztaczania nadmiernej opieki ("szklanego parasola"), o potrzebie niezależności. I o pięknych powrotach. Bo łódeczka wraca - dużo silniejsza, bogata w cenne doświadczenia. Teraz już dobrze wie, gdzie chce być. A chłopiec? Chłopiec dalej trzyma łódeczkę na sznurku, ale co jakiś czas pozwala jej trochę samej popływać.

Lubię takie proste historie. Współczesne przypowieści przesycone wachlarzem emocji. Bez krzty zadęcia dydaktycznego, a przecież wielopoziomowe, przemycające ważkie treści. 
A moje dziecko? Nie miało wyboru, wpadło po uszy (po cichu zdradzę: mieszkamy nad morzem, a jego grupa przedszkolna to... "marynarze"). 

Zerknijcie jeszcze na wyśmienite ilustracje Lorena Longa, wykonane klasyczną techniką malarską.
                                       

Wydawnictwo STENTOR, 2008

środa, 28 marca 2012

"Super-Charlie" Camilla Läckberg

Nie tak dawno temu, w pewnym bardzo zwyczajnym mieście, a konkretnie: w bardzo zwyczajnym szpitalu, urodziło się bardzo zwyczajne niemowlę. Charlie. Za oknem kilka zwyczajnych gwiazd rozświetlało całkiem zwyczajne czarne niebo. I nagle wydarzyło się coś. Coś co na zawsze przerwało zwyczajność. 

"Daleko w kosmicznych przestworzach dwie gwiazdy zabłąkały się i wpadły na siebie. Tu, na Ziemi nic nie było słychać. Jeśli akurat ktoś nie spał, i spojrzał w niebo, mógł zobaczyć jak gwiazdy eksplodują i zostaje z nich tylko lśniący gwiezdny pył, który w oka mgnieniu znikał gdzieś w przestworzach. Jednak trochę spadło na Ziemię i dostało się przez szpitalne okno do pokoju, gdzie spał Charlie. Gwiezdny pył osiadł na śpiącym niemowlaku, który nie miał pojęcia, że od tej chwili nie będzie już zwyczajnym niemowlakiem..."

Super-Charlie szybko nauczy się ukrywać swoje super moce (w trosce o zdrowie psychiczne swojej rodziny), by później skwapliwie z nich skorzystać. Przy okazji ukruszy konserwatywny mit starszego brata, odwracając role i przejmując odpowiedzialność za wydobywanie z opresji swojego rodzeństwa.

Przyznam, że miałam nie lada kłopot z oceną Super-Charliego. Puściłam więc go w świat. I tak, z rąk do rąk, od przedszkolaków po szkołę podstawową wędrował w celach czysto naukowych, a do mnie spływały zgodne recenzje. 8/10. To finalny wynik nadany Super-Charliemu przez moich respondentów. Wcale niebagatelny i - jak mniemam - podrasowany wrażeniem, jakie wywierają ilustracje (efektowne, dopracowane, w specyficznym disney'owskim stylu).

A na koniec ciekawostka. Camilla Läckberg, szwedzka autorka powieści... kryminalnych, które od lat osiągają czołowe miejsca na listach (nie tylko skandynawskich) bestsellerów, prywatnie ma dwójkę dzieci z pierwszego małżeństwa, Willa i Meję (to ich poznajemy w książce jako rodzeństwo nad-niemowlaka). W 2010 roku Läckberg ponownie wychodzi za mąż (książkowy tata policjant), a na świecie, w pewnym bardzo zwyczajnym szpitalu, pojawia się Charlie. Super-Charlie.


Wydawnictwo Czarna Owieczka, 2012

środa, 29 lutego 2012

"Kreska i Kropek" Jarosław Mikołajewski

"Był sobie raz Kropek. Nazywał się Kropek, ponieważ był chłopcem. Kropek dowiedział się, że jest Kropkiem, nie Kropką, w chwili, gdy spotkał Kreskę. Trudno powiedzieć, co powiedziało mu, że jest chłopcem, lecz gdy zobaczył Kreskę... poczuł się inaczej, niż kiedy się bawił z Dwukropkiem... Wielokropkiem... Przecinkiem... Myślnikiem... Średnikiem."

Przedziwne, prawda? I w tym zdziwieniu (które otula i nie opuszcza nawet po zamknięciu książki) tkwi moc Kreski i Kropka. Kto by przypuszczał! Kto podejrzewał nudną interpunkcję o wariackie harce i wymyślne igraszki! Spokojnie, historia to urocza, w żadnym razie gorsząca. Bliższa przyjaźni niż... No właśnie. Tu kolejny majstersztyk - niejednoznaczność i pełna dowolność interpretacji. A ilustracje? Obejrzyjcie, to czary. 

Przyznam, że Kreska i Kropek uwiodła mnie, omotała. Mojego syna mniej, ale tym lepiej. Jest moja. Moja!


Wydawnictwo Austeria, 2010

sobota, 25 lutego 2012

"Zarafa" Adam Jaromir, Paweł Pawlak

Pamiętacie moje zachwyty nad Słoniątkiem? Panie i Panowie (fanfary), Zarafa jest równie genialna! Choć skrajnie inna. Gadatliwa, pewna siebie, asertywna. Pełna nieokrzesanej energii. Sam autor mianuje ją kontapunktem/antidotum dla zagubionego Słoniątka. I nadaje misję: sprawić by depresyjny, snujący się w starym, znoszonym szlafroku król znów zaczął się uśmiechać. Odzyskał napęd. Na przekór ciążącej mu izolacji, smętnemu dworowi czy autorytarnej i nieskąpiącej epitetów Zarafie księżnej. Całkiem przez przypadek, ot tak, mimochodem ziszczą się żyrafie marzenia. A o czym marzy Zarafa? Sprawdźcie, cudne to marzenia.

Nie bez powodu Zarafę wyróżniono w kategorii literackiej konkursu Książka Roku 2011. Choć dla mnie prym dzierżą tu ilustracje Pawła Pawlaka (do podejrzenia w tym miejscu). Wytworne, pierwszoplanowe. Trafiony jest również format, iście żyrafi. Nieco słabiej rzecz ma się z opracowaniem graficznym: zmienna (w rozmiarze, pogrubieniu, kursywie) czcionka, która - jak mniemam - miała ułatwić zadanie czytającemu, w efekcie nadmiernie go męczy. Ale nic to. Przecież imię Zarafa w języku arabskim znaczy "pełna wdzięku". I wciąż, taka to książka. 


Wydawnictwo Muchomor, 2010

środa, 15 lutego 2012

"Mój ukochany" Beatrice Alemagna

Króciusieńka. Na jeden haust. Ale wciąż perełka. Przede wszystkim ze względu na osobliwe ilustracje "spod igły". W Ukochanym Beatrice Alemagna, jak wytrawna krawcowa łączy skrawki przeróżnych tkanin (od szorstkiego lnu, po eteryczną koronkę), nitki, filc, agrafki, guziki, cekiny, by stworzyć tytułowego dziwoląga. Ni to pies, ni świnia. Ani szczur, ani lew. Wytykany, mylony, ciut zmęczony brakiem tożsamości. W pewnym momencie na swojej drodze spotka równie cudacznego królika. A ten, w przeciwieństwie do wszystkich nie pyta, nie drąży, nie dziwi się. Nie podśmiewa.

- Cześć, uwielbiam twoją grubą sierść.
- Ale nie chcesz wiedzieć kim jestem?
                                                          - Jesteś moim ukochanym.

Ładne, prawda? I jakie niewspółczesne. Niemodne. Patrzeć sercem. Kochać intuicyjnie. Jakie dziecięce!


Wydawnictwo Nasza Księgarnia, 2006

wtorek, 7 lutego 2012

"Dawno temu w Mamoko" Aleksandra i Daniel Mizielińscy

Po sukcesie Miasteczka Mamoko (uparcie poprawianego przez mój komputer na Maroko) węszymy w jego średniowiecznej odsłonie. Przeczesujemy historyczną wioskę, wędrujemy brukowanymi uliczkami, śmiało zerkamy do zakamarków podzamcza, kluczymy po pałacu, by wkroczyć do wytwornej sali balowej. Z równym zapałem i częstotliwością.

Fabuła to gęsta i pokaźna, choć opowiedziana jedynie siedmioma rozkładówkami. A na nich ilustrowane reality show w wersji retro. Są więc rycerze (Kichot z Bananic, Zofia val Kiria), księżniczki (Jadwiga Futerko), poddani (m.in. Hasa syn Hassana) i nadworni grajkowie (Dobrosław Wyjec). Jest wróżka (Basia Kociołek), czarnoksiężnik (Baltazar Kozak), a nawet smok - jak na smoka przystało - porywający króla (Władysława III). Bajecznie! Takie rzeczy tylko u Mizielińskich.

Ach! By zadurzyć się w Dawno temu... nie trzeba znać Miasteczka Mamoko. To dwie niezależne pozycje. W sam raz na mrozy. Na wylegiwanie się pod wełnianym kocem z kubkami gorącego kakao. I niestety: w sam raz na chorowanie.


Wydawnictwo Dwie Siostry, 2011

niedziela, 29 stycznia 2012

"Miasteczko Mamoko" Aleksandra i Daniel Mizielińscy

Nieprawdopodobna książka nieprawdopodobnych ilustratorów. Ach. Feria barw, niemal nieskończona szczegółowość, splatające się losy prześmiesznych bohaterów, POMYSŁ. I cóż za tytuł. Och. A wszystko bez jednego słowa.

O czym to? A o czym nie? To prostsze. Zatem nie o czytaniu z zamkniętymi oczami, nie o sztampie i braku inicjatywy (także dziecka). Klasyka gatunku picture book (o którym tu) po polsku. Ponagradzana wzdłuż i wszerz.

W naszej domowej rzeczywistości dzień bez Miasteczka Mamoko nie ma prawa bytu. Co więcej, z niegasnącą fascynacją połykamy Dawno temu w Mamoko. Postać po postaci, centymetr po centymetrze. Tak więc bez śladu zażenowania przyłączam się do chóru wyśpiewującego peany na cześć Mizielińskich. Hip hip hurrra! 


Wydawnictwo Dwie Siostry, 2010

sobota, 21 stycznia 2012

"Esben i duch dziadka" Kim Fupz Aakeson, Eva Eriksson

Niełatwo tłumaczyć dzieciom śmierć. W dodatku: śmierć ukochanego Dziadka. Tego, z którym stroiło się miny gdy babcia smażyła wątróbkę na kolację i przeklinało tylko wtedy, kiedy ona tego nie słyszała. Dziadka, z którym można było budować zamki z piasku, łowić ryby i zasypiać na nudnym filmie w kinie. Wreszcie Dziadka, który trzymał cukierki w górnej szufladzie komody, łaskotał tak, że można było się udusić lizakiem, który czasem śmierdział papierosami i znał brzydką piosenkę o pupach pań. Nie przekonują wtedy zapewnienia mamy, że Dziadek jest teraz aniołem (Dziadek w niebie? W białej sukni? Ze skrzydłami?), czy taty, że Dziadek zostanie pogrzebany w ziemi i zniknie (Dziadek zamieni się w proch?). Przekonuje za to... sam Dziadek. I pożegnanie.

Esben... to taki first aid kit. Niekoniecznie na co dzień. Na pewno w razie potrzeby. Nie przeoczcie jej.


Media Rodzina, 2006

czwartek, 5 stycznia 2012

"100 bajek" Jan Brzechwa

Czy Brzechwy można nie ubóstwiać? Nie wiedzieć któż to Kaczka dziwaczka? Nie recytować Entliczka-pentliczka?

100 bajek to prawdziwe kompendium twórczości mistrza (właściwie: Jana Lesmana). Książka, której nie może zabraknąć w domowej biblioteczce. Klasyka w nowoczesnej odsłonie. Dla koneserów (ale i dla drugoklasistów - lektura!). Starannie zredagowana, w imponującej oprawie edytorskiej, niczym nie przypominająca lichych wydań zawieruszonych między kolorowankami w kiosku czy na poczcie. 

Co ciekawe, wydawnictwo Bajka (koncept byłych redaktorów naczelnych "Świerszczyka" i "Misia") pokusiło się o wprowadzenie drobnych - acz odważnych - zmian w kultowym i nieco skamieniałym zbiorze. Mianowicie uwspółcześniono zasady interpunkcyjne, poprawiono błędy językowe mechanicznie powielane w poprzednich edycjach, a na końcu księgi umieszczono praktyczny Słowniczek z wyrazami i wyrażeniami, które wyszły z użycia (bo i cóż to taradajka, czy hmm.. dziewica). Wybór i kolejność utworów pozostawiono niezmienny od 1958r. ze względu na szacunek do decyzji autorskiej. Znaleziono również śmiałka, który zgodził się zmierzyć z tradycyjnymi ilustracjami Szancera i który z tegoż zadania wybrnął wyśmienicie. Fantazyjna, nienachalna, na wskroś nowoczesna szata graficzna Piotra Rychela (bo o nim mowa) ostatecznie odmieniła oblicze ponad półwiecznego tomiska, czyniąc go jeszcze bardziej ekskluzywnym. 


Wydawnictwo Bajka, 2011

wtorek, 3 stycznia 2012

"Mrówka wychodzi za mąż" Przemysław Wechterowicz

Mrówka ma tylko jedno marzenie: wyjść za mąż. Ortodoksyjne feministki  wzdrygają się. A mrówka sączy kawę w stylowym szlafroczku, poprawia makijaż, biega po kropelki uspokajające i przebiera w sznureczku kandydatów. Za każdym razem, gdy już już ma wypowiedzieć sakramentalne "tak!", dostrzega rażące niedoskonałości swych amantów. I oto: mrówka faraona znika ze swoją kompanią wojskową, pasikonik zostaje pożarty przez ptaka, wilk przypomina sobie, że jest już żonaty, słoń okazuję się odrobinę za duży, goryl - zbyt cichy, szop pracz - nieodpowiedzialny, rekin to pracoholik, pies bokser - maminsynek, a kangur - zbyt często ogląda się za innymi mrówkami. Zrezygnowana Mrówka marzy tylko o relaksującej kąpieli. Pechowo z kranu nie leci ani jedna kropelka wody. Ostatkiem sił dzwoni do hydraulika (notabene: mrówkojada!), a gdy ten staje u ich drzwi, w jej serce trafia strzała. Już już ma powiedzieć "tak!", gdy wtem mrówkojad obejmuje ją wpół i zamyka jej usta długim, namiętnym pocałunkiem. Od tej chwili żyją długo i szczęśliwie. Zupełnie jak w filmie (na ostatniej stronie pod hasłem wystąpili mamy nawet wymienionych wszystkich aktorów matrymonialnego castingu wraz z ich łacińskimi nazwami).

Uśmiałam się przy Mrówce setnie. Przemysław Wechterowicz ("Lukrecja") i Ola Woldańska stworzyli książkę pełną smaczków, zaskakujących zwrotów akcji i nietypowych rozwiązań. Udowodnili, że szufladka picturebook - z reguły przeznaczona dla najmłodszych dzieci - jest otwarta również dla dorosłych czytelników i ich dalece wysublimowanych gustów. No właśnie... Mam nieodparte wrażenie, że Mrówka sprawia tysiąckroć więcej uciechy mi, niż mojemu dziecku. 

Warto dodać, że Polskie Towarzystwo Wydawców Książek ogłosiło Mrówkę Najpiękniejszą Książką Roku 2009, a jej ilustracje zostały wyróżnione przez polską sekcję IBBY w konkursie Książka Roku 2009.


Wydawnictwo Czerwony Konik, 2009

sobota, 24 grudnia 2011

"Zaczarowane historie" Maria Ewa Letki, ilustracje Elżbieta Wasiuczyńska

Zwycięstwo w konkursie polskiej sekcji IBBY Książka Roku 2010 w kategorii literackiej, a chwilę później prestiżowe Pióro Fredry podczas 19. Wrocławskich Promocji Dobrych Książek (nagroda niezwykła, bo po raz pierwszy w dziejach konkursu przyznana książce dziecięcej). Obok TAKIEJ książki nie można przejść obojętnie.

Książki przepięknej: ciut niedopowiedzianej, nostalgicznej, ale i nie pozbawionej subtelnego humoru. Sprytnie uwspółcześnionej (zamiast "za siedmioma górami, za siedmioma lasami", "dawno, dawno temu", czytamy "nie tak daleko stąd", "w nocy z trzydziestego pierwszego marca na pierwszego kwietnia"). Napisanej lekkim, bardzo prostym językiem. Bo Zaczarowane historie nie uwodzą bogatymi metaforami, nie kuszą wyszukanymi epitetami, a mimo to (dzięki temu?) są na wskroś poetyckie. W połączeniu z czarownymi ilustracjami Elżbiety Wasiuczyńskiej - również nasączonymi wszechobecną tu tajemniczością - momentalnie otwierają wyobraźnię i zachęcają do własnych interpretacji. Jedenaście historii, kolejna piękniejsza od poprzedniej.

O nadgorliwej wróżce, która wciąż czuła niedosyt w uszczęśliwianiu ludzi, aż w końcu zaczęła spełniać życzenia zanim zdążyli oni nawet pomyśleć czego tak naprawdę pragną.
"Z początku ludzie byli szczęśliwi, że tak szybko spełniają się ich zachcianki, ale z czasem poczuli się trochę oszołomieni. Zaczęli więc nazywać wróżkę za dobrą wróżką. Niekiedy nawet dodawali słowo stanowczo."
O czarowniku, którego nikt nie zauważał i który w akcie rozpaczliwej desperacji przemalował swój zadbany, biały dom na czarno i ściął wszystkie otaczające go kwiaty: róże, astry, aksamitki, niezapominajki. Rozgoryczony obojętnością sąsiadów liczył na to, że wreszcie zostanie dostrzeżony.
"Ale każdy tylko rzucał okiem i szedł dalej. Nikt nie zapytał, co się stało i dlaczego ten śliczny biały dom jest teraz czarny, i gdzie się podziały kwiaty..."
O pewnej parze, która zmęczona wielkomiejskim gwarem postanowiła zamieszkać w odludnym miejscu. Wkrótce okazało się, że do ich domku ukrytego wśród drzew co i rusz trafiają potargani życiem ludzie. Wszyscy opowiadali, że przywiodła ich lampa w oknie, która kiedykolwiek się przyszło, zawsze świeciła jasnym blaskiem.

I wiele, wiele innych.

Na dobrą noc, na dobrą rozmowę. Na dobre Święta.


Wydawnictwo Bajka, 2010

sobota, 17 grudnia 2011

"Igor i lalki" Pija Lindenbaum

Recenzenci huczą "kolejna autorska książka obrazkowa Pii Lindenbaum o przełamywaniu stereotypów i przekraczaniu granic - tych wewnętrznych i tych narzuconych. Książka dla wszystkich, którzy buntują się przeciw jedynie różowym dziewczynkom i jedynie niebieskim chłopcom" (źródło).

Czy na pewno? 

Wprawdzie Igor, na przekór kulturowym normom, oczekiwaniom przedszkolnych kolegów czy aspiracjom taty, a nawet wbrew początkowej ignorancji ze strony dziewczynek, ma wybitnie niemęskie (i z jakiegoś powodu wstydliwe dla niego samego) hobby - lubi bawić się lalkami. I o tym to książka. Ale czy jej celem jest nawoływanie do porzucenia społecznie ukonstytuowanych ról płciowych, do odwagi w wykraczaniu poza naturalne grupy odniesienia i tym samym, tworzeniu nowej jakości?

Moim zdaniem nie. To raczej terapeutyczne ukojenie, traktat o tym, że każdy jest inny i to jest w porządku. Sama autorka przyznaje"kiedy mówię, że trzeba dzieciom pokazać, co jest dobre a co złe, chodzi mi też o to, żeby wiedziały, że mają prawo być takie, jakie są".

I znów: to ksiązka adresowana bardziej do nas, rodziców. Wtłaczających dzieci w sztywne ramy (nie bez powodu Igor nie zdradza tacie dlaczego dziś do jego plecaka nie zmieści się piłka), hamujących ich nieskrępowane zabawy "bo nie wypada". A w przedszkolu Igora dzieci - chwilowo pozbawione nadzoru dorosłych - bawią się pysznie. Ich roboty tną krew i wybuchają, lalki zamarzają w lodówce, po czym ożywają, by urodzić klopsiki [sic!].

Na koniec wisienka na torcie: obłędne ilustracje Pii Lindenbaum. Dynamiczne, kolorowe, w charakterystycznym nusiowym stylu (Nusia z resztą w Igorze i lalkach pojawia się wielokrotnie jako postać drugoplanowa).


Wydawnictwo Zakamarki, 2009

sobota, 10 grudnia 2011

"Od 1 do 10" Ola Cieślak


Ola Cieślak dokonała cudu. Uzupełniła odwieczną i - wydawałoby się - niemożliwą do załatania dziurę między 3 a 5. A właściwie nie, zrobiły to bulteriery. Zuchwałe i nieokrzesane: puszczające bąki, ociekające śliną, sikające gdzie popadnie i podgryzające kapcie. Bo "cztery krępe bulteriery demonstrują złe maniery". A moje dziecko liczy bez zmrużenia oka.

"Od 1 do 10" to książeczka minimalistyczna. Koncept jest taki: każdej cyfrze poświęcone są dwie sztywne strony dosyć sporego formatu, na niej krótki rym i ilustracja. A właściwie bazgroł. Pospiesznie naszkicowany podczas nudnawych zajęć i niedbale pokolorowany. Osiągnąć taki efekt - mistrzostwo! I nie jest to wyłącznie moja ocena. Grafiki Oli Cieślak wyróżniono w kategorii "Książka obrazkowa" w konkursie Polskiej Sekcji IBBY "Książka Roku 2010".


Wydawnictwo Dwie Siostry, 2010

sobota, 26 listopada 2011

"Słoniątko" Adam Jaromir, Gabriela Cichowska

Czarujący w swej prostocie i lakoniczności tekst Adama Jaromira, niesłychane ilustracje debiutującej Gabrieli Cichowskiej w pięknym opracowaniu graficznym Doroty Nowackiej (sam autor nazywa ją Królową literek), do tego odważny format. Mój zachwyt nad Słoniątkiem nie zna granic.

Książeczka emanuje ciepłem, spokojem, ale i nutą smutku, która w Słoniątku jest wszechobecna. Z pewnością efekt potęgują finezyjne, nieco przygaszone kolażowe ilustracje z dominującym kolorem gołębim. To klasa sama w sobie. 

Słoniątko jest inne. "Zdecydowanie za białe, tyćkę za małe". Wyraźnie odstaje od stada, doświadcza wykluczenia. Pełne wzruszającej ufności porzuca więc to co znane, oswojone i wyrusza w podróż. Za pięć orzeszków makadamiowych (oprócz niekwestionowanej odwagi i cichych marzeń o odnalezieniu swojego miejsca na świecie, to jego jedyny kapitał) słoniątko przemierza miasta i miasteczka, ciemne zaułki i kręte uliczki, po drodze kupując lukrowaną drożdżówkę i szlifowany diamencik. Wiedzione przypadkiem i fantazją Dorosłych (kapitana statku, konduktora, kierowcy taksówki) w końcu staje przed starym sklepikiem. Nieco zawiedzione celem podróży, ze spuszczoną głową naciska klamkę. 


To nie koniec niespodzianek. Ta najważniejsza czeka słoniątko na wyściełanej aksamitem półce. To właśnie na niej zrealizują się pragnienia o odnalezieniu swojej tożsamości, o akceptacji i szacunku. A nade wszystko - o własnej grupie odniesienia.

Słoniątko zdobyło wyróżnienie w prestiżowym konkursie Bologna Ragazzi Award 2011 (to jedna z najważniejszych międzynarodowych nagród dla książki dziecięcej). Jest również nominowane w konkursie Książka Roku 2011 w kategorii literackiej i graficznej.

I to nie wszystko. Jak obiecuje autor, takich cudeniek ukaże się wkrótce jeszcze kilka. Czekam z wypiekami na twarzy!


Muchomor, 2010

czwartek, 24 listopada 2011

"Ja nie chcę iść spać" Astrid Lindgren, Ilon Wikland

Aż trudno uwierzyć, że ta książeczka ma ponad 60 lat. Nieznana dotąd w Polsce, a wydana Zakamarkowym nakładem, umożliwia poznanie Astrid Lindgren jakiej nie znamy. Jest to bowiem jedna z niewielu pozycji autorki, gdzie bohaterami są leśne zwierzęta: niedźwiedzie, pisklęta, wiewiórki, króliki, myszki. Zaglądamy im do norek, jamek, uchylamy rąbka tajemnicy zanurzając się w ich tajemniczy świat. 

Wszystko to za sprawą Lasse, pięcioletniego chłopca, który co wieczór manifestuje swoją niechęć do zasypiania. Sprawia tym duży kłopot mamie, która zmęczona niekończącymi się pomysłami synka i jego niegasnącą energią "po prostu chwyta go, rozbiera i kładzie do łóżka. A on cały czas krzyczy: JA NIE CHCĘ IŚĆ SPAĆ!" Krzyki Lassego słyszy także ciocia Lotten - mądra starsza pani. Pewnego dnia pożycza mu czarodziejskie okulary, które przenoszą go w leśny świat. Chłopiec dostrzega, że każde z podglądanych zwierzątek musi iść spać. Wprawdzie różnymi metodami (czasem mało wychowawczymi - ha! również zwierzęce mamy popełniają błędy!), we własnym tempie, ale z takim samym skutkiem. Innego wyjścia nie ma.

Książeczka zdecydowanie zachęca do zaśnięcia. Opatrzona spokojnymi, klasycznymi ilustracjami Ilon Wikland wycisza, ale i skłania do refleksji. Idealna lektura na dobranoc.

Karaluchy pod poduchy!


Wydawnictwo Zakamarki, 2011

środa, 23 listopada 2011

"Nusia i bracia łosie" Pija Lindenbaum

Nie ulega wątpliwościom, że Pija Lindenbaum jest doskonałą obserwatorką dzieci. Wykreowana przez nią Nusia jest prawdziwa. Niemal podejrzana, podsłuchana, następnie przelana na papier i przepięknie zilustrowana. 

Mam jednak kłopot z jednoznacznym ustosunkowaniem się do tej książeczki. Sami zobaczcie.

Nusia (jedynaczka) bardzo pragnie mieć rodzeństwo. Pewnego dnia jej marzenie spełnia się - u progu domu nieoczekiwanie spotyka trzech braci. Tyle, że łosi. Nic nie szkodzi! Nusia zaprasza zwierzaki do swojego pokoju, cierpliwie proponuje kolejne zabawy. Niestety wszystko idzie nie tak. Na początku Nusia próbuje nawet przymykać oko na porozrzucane klocki, chwali talent plastyczny łosi, mimo, że rysują tylko burze i noże. Jednak w pewnym momencie miarka się przebiera. Nieokrzesani bracia wywracają uporządkowane życie dziewczynki do góry nogami. Wywracają też jej pragnienia. Nusia nie chce już mieć rodzeństwa. Dostała przecież porządną lekcję. Tym przesłaniem kończy się książeczka.

I tu moja zagwozdka.

A może Nusia to rzecz wyłącznie o oczekiwaniach i tym jak różnią się od rzeczywistości?
Może to pociecha dla jedynaków?
Może wręcz przeciwnie, ma dodawać otuchy rodzeństwom?

Niestety Nusia mnie nie porywa. Nie porywa też mojego dziecka.


Wydawnictwo Zakamarki, 2008

wtorek, 22 listopada 2011

"Tata na miarę" Davide Cali, Anna Laura Cantone

"Moja mama jest ładna, bardzo ładna,
dużo ładniejsza niż inne mamy.
Gdyby zorganizowano konkurs piękności dla mam,
zajęłaby pierwsze miejsce."

Mama niewątpliwie zdobyłaby tytuł miss także w innych dziedzinach. Ba! We wszystkich możliwych dziedzinach. 
A tata? Dziewczynka taty nie ma. Naturalnie dla TAKIEJ mamy potrzebny jest tata na miarę. Superinteligentny bohater (koniecznie z dużą ilością włosów). Poszukiwania trwają. Kolejnych kandydatów skreślają rażące niedoskonałości - a to nie lubią puzzli, a to nie potrafią jeździć na wrotkach. W końcu zostaje tylko jeden ochotnik. Nie przypomina gwiazdora filmowego, nie umie dobrze liczyć, nie jest nawet silny. I jest niski, bardzo niski, dużo niższy od innych tatów. Ale to właśnie on zostanie nowym TATĄ. Najlepszym tatą pod słońcem. 

To pierwsza taka pozycja na polskim rynku. O samotnym macierzyństwie oczami dziecka (a mimochodem również o tolerancji). Niezwykle potrzebna. 

Co ważne, autor nie skupia się na powodzie braku taty, pozostawiając w ten sposób otwartą furtkę na wypadek różnych zdarzeń losowych. Bolesny temat przeistacza w ciepłą, mądrą opowieść z ogromnie budującym przesłaniem. Anna Cantone uzupełnia ją barwnymi, nieco karykaturalnymi ilustracjami. Wyjątkowo udane połączenie.


Wydawnictwo Egmont Polska, 2007

czwartek, 17 listopada 2011

"Lukrecja" Przemysław Wechterowicz, Diana Karpowicz

"Lukrecja" to jedna z tych publikacji, w których tekst wydaje się jedynie dodatkiem do oryginalnych ilustracji. Zaiste, szata graficzna tej książeczki jest niebywała - przezabawna, niekonwencjonalnie wykadrowana, z wyraźnie widoczną fakturą przypominającą obrazy olejne. Brawa dla Diany Karpowicz!

Kim jest główna (i właściwie jedyna) bohaterka książeczki, Lukrecja? To przedziwna, beztroska, filetowa krowa. Krowa z ewidentnym ADHD. Śmiejąc się od ucha do ucha przerzuca się z jednej czynności w drugą, na żadnej nie zatrzymuje się dłużej (jest przecież tyyyle do zrobienia!), co i rusz żywiołowo pokrzykując: Hurrrrraaaa! Yaaahooo! WoooOoow! Hiiiiihiiihiii! Ciach! Rach! Mach!

Dzień upływa Lukrecji na figlach - pałaszowaniu dmuchawców, łaskotaniu ogonem stracha na wróblach, połykaniu much i wypuszczaniu ich nosem, boksowaniu się z wiatrem, bieganiu po lesie do góry kopytami. Ufff... Można się zmęczyć! Na szczęście w finale autor, używając odrobiny dydaktyzmu, łagodzi nieokiełznane harce Lukrecji. Krówka okazuje się zmęczona i zasypia przy dźwiękach kołysanki.


Agencja Edytorska "Ezop", 2010