Urlop, urlop i po urlopie. Krótki był, może nawet za krótki, ale dobre i to.
Ci, którzy lubią pływać pływali, ci, którzy lubią plażować plażowali. Ja, ponieważ nie jestem dobra w pierwszym i nie przepadam za drugim to skupiłam się na wylegiwaniu w cieniu parasola z książką, słuchaniu szumu fal, spacerowaniu brzegiem morza i zbieraniu muszelek, gapieniu się w przestrzeń i kontemplowaniu nicnierobienia. Zwiedzanie też było, bo całkiem niedaleko były przepiękne miasta Sozopol i Nesebar. Szkoda tylko, że klimat starych uliczek z drewnianą zabudową zakłócały wszechobecne sklepy. Nawet w cerkwi, w środku znajdował się ogromny stół i regał z pamiątkami. Czułam się jak na Krupówkach w szczycie sezonu.
A co poza tym ? Skończyłam najnowszą Grocholę (polecam!!!, świetna, mądra książka), uwieczniłam odbijający się w falach księżyc w pełni, piłam wino, tańczyłam zumbę przy basenie, oglądałam "Pożegnanie z Afryką" z niemieckim dubbingiem (jakby był z chińskim to też by mi nie przeszkadzało, kocham ten film miłością od pierwszego wejrzenia przed ... 30 laty i znam na pamięć niemal każdą scenę ).
I najważniejsze chyba ... przeżyłam bez paniki dwa starty i dwa lądowania. To wielki sukces, bo latania się bałam, boję i pewnie nigdy nie przestanę bać. Lądowanie w Burgas mieliśmy, jak to określił pilot "lekko turbulentne" ... od momentu wygłoszenia tej "uspokajającej" informacji do zatrzymania samolotu serce miałam w okolicach przełyku, Na szczęście skończyło się tylko na szklistych oczach w momencie, gdy tuż po lądowaniu rozległy się brawa pasażerów.
Ci, którzy lubią pływać pływali, ci, którzy lubią plażować plażowali. Ja, ponieważ nie jestem dobra w pierwszym i nie przepadam za drugim to skupiłam się na wylegiwaniu w cieniu parasola z książką, słuchaniu szumu fal, spacerowaniu brzegiem morza i zbieraniu muszelek, gapieniu się w przestrzeń i kontemplowaniu nicnierobienia. Zwiedzanie też było, bo całkiem niedaleko były przepiękne miasta Sozopol i Nesebar. Szkoda tylko, że klimat starych uliczek z drewnianą zabudową zakłócały wszechobecne sklepy. Nawet w cerkwi, w środku znajdował się ogromny stół i regał z pamiątkami. Czułam się jak na Krupówkach w szczycie sezonu.
A co poza tym ? Skończyłam najnowszą Grocholę (polecam!!!, świetna, mądra książka), uwieczniłam odbijający się w falach księżyc w pełni, piłam wino, tańczyłam zumbę przy basenie, oglądałam "Pożegnanie z Afryką" z niemieckim dubbingiem (jakby był z chińskim to też by mi nie przeszkadzało, kocham ten film miłością od pierwszego wejrzenia przed ... 30 laty i znam na pamięć niemal każdą scenę ).
I najważniejsze chyba ... przeżyłam bez paniki dwa starty i dwa lądowania. To wielki sukces, bo latania się bałam, boję i pewnie nigdy nie przestanę bać. Lądowanie w Burgas mieliśmy, jak to określił pilot "lekko turbulentne" ... od momentu wygłoszenia tej "uspokajającej" informacji do zatrzymania samolotu serce miałam w okolicach przełyku, Na szczęście skończyło się tylko na szklistych oczach w momencie, gdy tuż po lądowaniu rozległy się brawa pasażerów.
Na pamiątkę (bo zawsze musi być pamiątka) przywiozłam sobie słoik przedziwnie niekształtnych muszli, ręcznie robiony kubeczek na kawę i nagranie szumu morza o różnych porach dnia i nocy.
I kilka postanowień poczynionych podczas rozmyślania na leżaku. Takie noworoczne postanowienia składane sobie w sierpniu. Jedno Wam zdradzę - muszę się wreszcie nauczyć robić porządne zdjęcia. Przy każdej okazji robię mnóstwo zdjęć, aparatem telefonem. Ludziom, budynkom, pejzażom ... wszystkie te "obiekty" zachwycające w chwili, gdy patrzę na nie własnym, nieuzbrojonym okiem uchwycone przez aparat stają się nijakie. Znika cała magia, jaka je otaczała zanim spojrzałam w obiektyw i wcisnęłam guzik. W naszym osiedlowym klubie jest kółko fotograficzne, najwyższy czas zajrzeć tam i podszkolić się u tych, co potrafią tę magię zachować.
Inne postanowienia pozostawię w tajemnicy, tak na wszelki wypadek, żeby nie zapeszyć. A teraz macham Wam na dobranoc i uciekam do łóżka. Czas odespać, bo ostatnia noc w hotelu była zbyt krótka.