Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melody Gardot. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Melody Gardot. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 października 2013

Na przekór szarościom ...

Październik. Brr! na sam dźwięk nazwy tego miesiąca robi się jakoś smutno. A świadomość, że to dopiero początek półrocznego, lekko licząc, okresu szarości i zimna nie nastraja zbyt optymistycznie. Oj, przespać tych kilka miesięcy w ciepłej pościeli, przeczekać najgorsze i obudzić się z pierwszymi przebiśniegami gdzieś w połowie marca ... marzenie! Niestety ani na to, ani tym bardziej na przeprowadzkę gdzieś do cieplejszej strefy klimatycznej szans najmniejszych nie mam. Co robić wobec tego? Można poddać się spleenowi (niekoniecznie krakowskiemu) bez walki, uznać dyktaturę szarości i zimna, zastygnąć w monochromatycznej wegetacji i czekać aż samo minie. Przyznam, że są dni, gdy tak właśnie robię. Wstaję wówczas zupełnie bez sił, po niespokojnej nocy pełnej nieciekawych, smutnych snów. Za oknem wciąż mroczno, w domu jeszcze zimno. Jak zombie przemieszczam się w kierunku kuchni, ale nawet kubek gorącej kawy nie jest w stanie wprowadzić mnie w stan pełnej aktywności. Potykam się nie tylko o kota, ale nawet o własne nogi. Bezwiednie wyjmuję z szafy tylko czarne i szare ubrania. Chcę zniknąć w nich, skulić się, przetrwać dzień tracąc jak najmniej energii. Makijaż? Żaden nie pomoże szarej twarzy z opuchniętymi oczami. Włosy? Jeszcze są...

Na szczęście nie zawsze tak jest. Na szczęście wciąż więcej jest takich poranków, gdy otrząsam się szybko z pierwszego wrażenia na widok ciemności za oknem i myślę sobie, nie!, dziś się nie poddam, nie dam się wciągnąć w te szarobure klimaty, dzisiaj zawalczę o energię, o chęci, o ciepło koło siebie i w sobie. Zakładam kolorowe ciuchy, podkreślam oko, układam włosy, wskakuję na obcasy. Chce mi się! Na przekór!

W przypływie takiego bojowego nastroju wpadłam na pomysł, żeby zrobić sobie pled.  Pomysł iście szalony zważywszy na moje szydełkowe doświadczenie a raczej jego brak. Pomysł desperacki, bo nie posiadam żadnych włóczkowych zapasów ani szydełka w odpowiednim rozmiarze. Ale co tam! Naszło mnie, trzymało, to nie było zmiłuj. Znacie to uczucie? Jestem pewna że tak ;))



 Szczęśliwym trafem e-dziewiarka przysłała mi mail z ofertą promocyjną na włóczki, jakby stworzone dla mojego pomysłu. Piękna mieszanka alpaki, wełny i lnu w bardzo jesiennych kolorach - wrzosowy fiolet, zieleń mchu, pomarańczowy i czerwony w odcieniu opadających liści winobluszczu. W amoku wybrałam po motku w każdym dostępnym kolorze i dwa motki czarnej na "ramkę".  




Już po rozpakowaniu paczki wiedziałam, że zamówiona porcja to zdecydowanie za mało.. Zwłaszcza, że moteczki maleńkie, nitka dość gruba, więc  raczej mało wydajna. Tu niestety potwierdziło się to, co przecież wiem od dawna, ale o czym zapominam, gdy mnie amok zakupowy dopada, czyli, że internet przekłamuje rozmiar... niby oczywista oczywistość, ale za każdym razem mnie zaskakuje. Po każdych zakupach "ze skuchą" powtarzam sobie, że to już ostatni raz, że koniec z zakupami w sieci, że będę kupować tylko to, co pomacam, powącham i przymierzę ... a potem ... wiadomo.

A le nic to! Szybko przebolałam, że motki małe i że szydełko (jedyne jakie miałam !!!) też za małe do tak grubej nitki. Zapał nie zgasł, przeciwnie, nie mogłam się doczekać pierwszego łańcuszka, pierwszego słupka. Znowu skorzystałam z fantastycznie przejrzystego instruktażu znalezionego na blogu kotburykot, (polecam nawet szydełkowym debiutantom!!). Niestety niekompatybilność na linii włóczka-szydełko sprawiła, że musiałam nieco zmodyfikować schemat podany w tutorialu. Kółka  wychodziły zbyt "pełne" i zbyt sztywne, więc w drugim okrążeniu robiłam słupki na przemian 2-1-2-1 a w trzecim 3-3-2, to nadało im lekkości, oddechu. Kto próbował "granny squares" ten wie, że największą radochą jest komponowanie kolorów. Ja postawiłam na kolorowy mix, kupiłam włóczkę w dziewięciu kolorach i mieszam te kolory na tyle sposobów, na ile się da. Na razie zrobiłam 27 kółeczek i to jest oczywiście kropla w morzu. Chciałabym, żeby pled miał przyzwoicie "dorosłe" wymiary, ale zobaczymy na ile wystarczy włóczki. Więcej nie dokupię, bo już i tak się zrujnowałam na ta fanaberię. W razie czego przyszedł mi do głowy plan B, kto wie, czy nie ciekawszy... ale na razie sza!
Póki co cieszę się jak głupia z nowej umiejętności, raz po raz rozkładam już zrobione kółeczka na blacie w barwną kompozycje albo ustawiam z nich kolorową wieżę i w takich momentach kompletnie zapominam, że za oknem kolorów coraz mniej i stopni  na termometrze też. Pod kolorowym pledem, przy kominku trzaskającym ogniem i z kubkiem grzanego wina w dłoni jakoś inaczej będę patrzeć na zimę. Przynajmniej mam taką nadzieję.

Tymczasem zarzucam Was zdjęciami, szkoda, że kolory na nich nieprawdziwe, rozmyte. Musicie uwierzyć mi na słowo, że są piękne...


 




I jeszcze spora porcja energii zaklęta w nutkach. Chociaż obrazek też pełen kolorów. No i ten tytuł! Nie mogłam przejść obok tego klipu obojętnie.