W pierwszym odruchu chciałam zatytułować ten post "Brnąc przez słowa", ale czasownik "brnąć" niesie skojarzenie z czymś ciężkim, mozolnym, niemal nieprzyjemnym. Więc absolutnie nie brnę poprzez tę korespondencję (tak, tak, ja wciąż o tym samym), ale smakuję ją powoli, delektując się każdym słowem. Na początku myślałam, że odrzucę wszystko, co czytam w tej chwili i zachłannie pochłonę owe listy na papierze wyczerpanym. Ale tego nie da się pochłonąć jak talerza spaghetti i to nie dlatego, że nie smakuje, ale właśnie dlatego, że smakuje tak bardzo, że chce się człowiek tym smakiem cieszyć jak najdłużej. Więc przed snem nadal Krajewski (Marek Krajewski), bo przy nim jakoś nie grzech gubić linijki, gdy zmęczenie zamyka powieki a książka opada na twarz... jutro znowu można zacząć stronę-dwie wcześniej, nic się nie stanie. Przy prasowaniu też raczej nie, bo jakże się oddawać tak przyziemnej czynności, gdy tam uczucia głębokie i tęsknota nie skrywana i poezja... jakże to zakłócać "wyrzutem pary" w kierunku uporczywego zagniecenia na kołnierzyku ... Więc celebruję czytanie jak mszę świąteczną...zastygam nad zdaniami by zamknąwszy oczy "zobaczyć" jak On siedzi zgarbiony nad kartką papieru i pisze, że Paryż bez Niej jest smutny i pusty i nie cieszy, choć cieszyć powinien. I jak Ona, zwinięta w kłębek w fotelu, uśmiecha się do siebie czytając po raz kolejny "i dodam jeszcze, że Cię kocham" i "dbaj o uszy". A potem zupełnie inaczej patrzę i na Nią i na Niego i na piosenki, które napisali w tym czasie, bo teraz dopiero wiem, dlaczego On napisał "Nie zakocham się tej wiosny już w nikim..."
I nie mogę obiecać, że to już ostatni raz o Nich...
Wymyśliłam sobie, że ilustracją do słów powyższych powinno być zdjęcie mojego egzemplarza książki obejmowanego przeze mnie kurczowo. Ale zanim do domu wróci ktoś, kto by mi takowe mógł zrobić, zanim je ściągnę, obrobię ... czar, magia chwili, czy jak by jeszcze nazwać rodzaj transu, jaki kazał i usiąść do klawiatury pryśnie. Dlatego tylko to ... bo się kojarzy.
I nie mogę obiecać, że to już ostatni raz o Nich...
Wymyśliłam sobie, że ilustracją do słów powyższych powinno być zdjęcie mojego egzemplarza książki obejmowanego przeze mnie kurczowo. Ale zanim do domu wróci ktoś, kto by mi takowe mógł zrobić, zanim je ściągnę, obrobię ... czar, magia chwili, czy jak by jeszcze nazwać rodzaj transu, jaki kazał i usiąść do klawiatury pryśnie. Dlatego tylko to ... bo się kojarzy.
A do posłuchania to... bo Kasia Nosowska śpiewa Osiecką nie mniej pięknie jak Kalina Jędrusik, ale zdecydowanie wygrywa jakością nagrania na YouTube.
Miłego dnia!