No, dobrze: może ogrodnicy z nas żadni, może i ziemia odłogiem stoi, może i nikt nie przystaje za płotem, aby się podziwować, jak to przechodnie robią, na przykład pod ogródkiem naszej sąsiadki, że wszystko śliczne takie, pod rządek posadzone, pod linijkę przycięte, pobielone, pograbione, każdy chwaścik wyrwany, wykorzeniony, zniszczony, unicestwiony.
Nie, nasz ogródek całkiem ekologiczny jest: Liście nie zgrabione, zwłaszcza te pod samym murem zalegające, bo gdzie podzieją się na zimę stworzenia, co tam domki sobie znalazły? Krzewy nie poprzycinane, bo gdzie jeże do wiosny przetrwać mają? Dzikie wino dom coraz szczelniej oplata, na elewację wcale nie bacząc, bo co ptaki podjadać mają, kiedy wszystko lodem skute już będzie?
Ten kawałeczek maleńki świata własnym całkiem życiem sobie żyje, trwa w zgodzie z porami roku, nie jest pestycydami oblewany, wapnem malowany, Randapem żadnym traktowany. Po prostu jest naszym, prywatnym całkiem, rezerwatem ścisłym.Tu tylko prawa przyrody są respektowane, a człowiek nosa swojego przemądrzałego nie ma prawa wścibiać.
I co się dzieje? A nic nadzwyczajnego. Drzewa sobie rosną, ptaszki sobie fruwają, a my-ludzie sobie chodzimy i podglądamy, co też tam wyrosło, urodziło się, co nie przetrwało, co kogo zagłuszyło, co się przebiło, a co zmarniało. I całkiem sobie stan taki chwalimy. A co w zamian, od tych paru metrów ziemi dziewiczej otrzymujemy? Oprócz walorów estetycznych, a więc wszystkich możliwych barw i odcieni zieleni, czerwieni, żółci, brązu, oprócz kształtów różnorakich, zapachów wielu, są także i pożytki, a jakże. Zbieramy jabłka, gruszki i winogrona, czasem kilka sliwek, trochę wiśni, co drugi rok mamy klęskę urodzaju moreli. I maliny. Kto właściwie maliny zbiera z krzaków w grudniu?
Dla tych kilku garstek malin grudniowych, cudownie przeobrażających najskromniejszy deser w wytworne wety, warto ten spłachetek ziemi samemu sobie zostawić.
Jeszcze parę lat temu kosiliśmy trawę, przycinali gałęzie, równali żywopłot. Ba, kupowaliśmy nawet przeróżne narzędzia ogrodnicze. Teraz cięcia wykonujemy tylko wtedy, gdy już całkiem wyjść czy wyjechać poza parkan nie można, a pędy niebezpiecznie oplatają przewody telefoniczne czy wysokiego napięcia.
Przed laty, kiedy się tu sprowadziliśmy, zdecydowaliśmy, że stara, potężna czereśnia, która bloczysko czteropiętrowe za naszym płotem stojące, od dawna przerosła, będzie tylko na ptactwa dzikiego użytek. Tak samo wiśnia-szklanka, choć prawdę mówiąc kosy wcale nas o zgodę nie pytały, anektując już dawno to drzewko.
Owoce kaliny, jagody cisowe i bzu czarnego swoich zwolnenników znajdują, także samo i owoce jarzębiny. Albo szyszeczki modrzewiowe.
Szczęśliwa byłabym wielce, gdyby inne jeszcze zwierzęta sprowadziły się do naszego ogródka i stały się naszymi współmieszkańcami. Pewna jestem, że nasze wzajemne realacje byłyby naprawdę przyjazne. Czyli całkiem inne niż z ludzkimi sąsiadami.