Po prostu nie mam zdrowia do tych kotów naszych. Dopiero w ubiegłym tygodniu Lolita na cztery doby z domu zniknęła. Zaczęłam się poważnie martwić, że przydarzyło jej się coś naprawdę złego, że może nawet ją straciliśmy. Ale kocica pojawiła się piątego dnia, wygłodniała tak, jakby na krawędzi śmierci głodowej się znajdowała.
Przez całą noc oka nie zmrużyłam, bo Lolisia "nasza najdroższa" tak się tuliła, tak pieszczot się domagała, tak mruczała, tak łebek pod moje ręce podsuwała, że o spaniu mowy nie było. Z obawy, aby kotka trwałego, psychicznego urazu nie doznała musiałam każdą jej zachciankę czułostkową spełnić, miski z coraz to nowym jedzonkiem podsuwać. Pewna nawet byłam, że się pochoruje z tego obżarstwa, ale nie; pochłonęła olbrzymie, jak na jej możliwości, ilości jedzenia, i nic.
Po niewielu dobach kolejnych Lolisia, dopieszczona i dokarmiona, wczoraj na noc znów się urwała, do domu nie wróciła, a ja przez pół nocy schodziłam, nawoływałam, prosiłam, błagałam; ale nawet w zasięgu mojego wzroku się nie pojawiła.
Więc co, myślę sobie, dosyć tego zamartwiania, dosyć tego niedospania, dosyć godzenia się potulnego na te kocie chimery, na tę nastrojów zmienność.
Od tej chwili przestaję się przejmować; kto chce wraca do domu, kto woli spać na dworze - proszę bardzo.
I powodowana tym mocnym postanowieniem około wpół do pierwszej spokojnie położyłam się do łóżka, z zamiarem nie ruszania się z niego do białego rana.
I co? O wpół do drugiej, a chłodno dosyć było, w piżamie stałam na ganku coś około kwadransa i nawoływałam cichutko, bo głos jak diabli po nocy się rozchodzi, a naokoło wiele osób mieszka (za naszym płotem osiedle bloków stoi, może niezbyt duże, ale mieszkańców sporo), i cisza idealna wprost panuje.
Oczywiście wołałam bez skutku. To powlokłam się z powrotem do łóżka, ale nie na długo. O czwartej nad ranem znów schodziłam. Zmarzłam jak pies przysłowiowy, ale Lolisi ani śladu.
O szóstej zbudził mnie Szkaradziej, bo uznał, że najwyższa pora wyjść i końcem lata się nacieszyć. No to wstałam. Nawet chętnie, przekonana, że skruszona Lolita na progu potulnie wyczekuje, aż do domu ktoś ją wpuści. Ale srodze się zawiodłam.
Lolka zjawiła się, owszem, około jedenastej, cała w skowronkach. Grzebała w misce za lepszymi kąskami, ale tylko Whiskas był, to go potraktowała jak zwykle, to znaczy oblizała trochę galaretki, a resztę zostawiła.
Byłam na nią wściekła. A niech sobie głodna siedzi. Kotka zwinęła się na łóżku w kłębuszek i spokojnie zasnęła. Potem to już we wszystkich możliwych pozycjach w betach pochrapywała. Po jakieś godzinie nie wytrzymałam. Poszłam do kuchni, wyciągnęłam z lodówki jeden kotlecik, co to miał stanowić mój obiad, i pod nos Lolisi zaniosłam. Zjadła wszystko, do okruszka. I tym mnie uszczęśliwiła.
Przez całą noc oka nie zmrużyłam, bo Lolisia "nasza najdroższa" tak się tuliła, tak pieszczot się domagała, tak mruczała, tak łebek pod moje ręce podsuwała, że o spaniu mowy nie było. Z obawy, aby kotka trwałego, psychicznego urazu nie doznała musiałam każdą jej zachciankę czułostkową spełnić, miski z coraz to nowym jedzonkiem podsuwać. Pewna nawet byłam, że się pochoruje z tego obżarstwa, ale nie; pochłonęła olbrzymie, jak na jej możliwości, ilości jedzenia, i nic.
Po niewielu dobach kolejnych Lolisia, dopieszczona i dokarmiona, wczoraj na noc znów się urwała, do domu nie wróciła, a ja przez pół nocy schodziłam, nawoływałam, prosiłam, błagałam; ale nawet w zasięgu mojego wzroku się nie pojawiła.
Więc co, myślę sobie, dosyć tego zamartwiania, dosyć tego niedospania, dosyć godzenia się potulnego na te kocie chimery, na tę nastrojów zmienność.
Od tej chwili przestaję się przejmować; kto chce wraca do domu, kto woli spać na dworze - proszę bardzo.
I powodowana tym mocnym postanowieniem około wpół do pierwszej spokojnie położyłam się do łóżka, z zamiarem nie ruszania się z niego do białego rana.
I co? O wpół do drugiej, a chłodno dosyć było, w piżamie stałam na ganku coś około kwadransa i nawoływałam cichutko, bo głos jak diabli po nocy się rozchodzi, a naokoło wiele osób mieszka (za naszym płotem osiedle bloków stoi, może niezbyt duże, ale mieszkańców sporo), i cisza idealna wprost panuje.
Oczywiście wołałam bez skutku. To powlokłam się z powrotem do łóżka, ale nie na długo. O czwartej nad ranem znów schodziłam. Zmarzłam jak pies przysłowiowy, ale Lolisi ani śladu.
O szóstej zbudził mnie Szkaradziej, bo uznał, że najwyższa pora wyjść i końcem lata się nacieszyć. No to wstałam. Nawet chętnie, przekonana, że skruszona Lolita na progu potulnie wyczekuje, aż do domu ktoś ją wpuści. Ale srodze się zawiodłam.
Lolka zjawiła się, owszem, około jedenastej, cała w skowronkach. Grzebała w misce za lepszymi kąskami, ale tylko Whiskas był, to go potraktowała jak zwykle, to znaczy oblizała trochę galaretki, a resztę zostawiła.
Byłam na nią wściekła. A niech sobie głodna siedzi. Kotka zwinęła się na łóżku w kłębuszek i spokojnie zasnęła. Potem to już we wszystkich możliwych pozycjach w betach pochrapywała. Po jakieś godzinie nie wytrzymałam. Poszłam do kuchni, wyciągnęłam z lodówki jeden kotlecik, co to miał stanowić mój obiad, i pod nos Lolisi zaniosłam. Zjadła wszystko, do okruszka. I tym mnie uszczęśliwiła.