Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocie zwyczaje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kocie zwyczaje. Pokaż wszystkie posty

10 września 2009

Nerwy jak postronki trzeba mieć




Po prostu nie mam zdrowia do tych kotów naszych. Dopiero w ubiegłym tygodniu Lolita na cztery doby z domu zniknęła. Zaczęłam się poważnie martwić, że przydarzyło jej się coś naprawdę złego, że może nawet ją straciliśmy. Ale kocica pojawiła się piątego dnia, wygłodniała tak, jakby na krawędzi śmierci głodowej się znajdowała.

Przez całą noc oka nie zmrużyłam, bo Lolisia "nasza najdroższa" tak się tuliła, tak pieszczot się domagała, tak mruczała, tak łebek pod moje ręce podsuwała, że o spaniu mowy nie było. Z obawy, aby kotka trwałego, psychicznego urazu nie doznała musiałam każdą jej zachciankę czułostkową spełnić, miski z coraz to nowym jedzonkiem podsuwać. Pewna nawet byłam, że się pochoruje z tego obżarstwa, ale nie; pochłonęła olbrzymie, jak na jej możliwości, ilości jedzenia, i nic.

Po niewielu dobach kolejnych Lolisia, dopieszczona i dokarmiona, wczoraj na noc znów się urwała, do domu nie wróciła, a ja przez pół nocy schodziłam, nawoływałam, prosiłam, błagałam; ale nawet w zasięgu mojego wzroku się nie pojawiła.

Więc co, myślę sobie, dosyć tego zamartwiania, dosyć tego niedospania, dosyć godzenia się potulnego na te kocie chimery, na tę nastrojów zmienność.
Od tej chwili przestaję się przejmować; kto chce wraca do domu, kto woli spać na dworze - proszę bardzo.
I powodowana tym mocnym postanowieniem około wpół do pierwszej spokojnie położyłam się do łóżka, z zamiarem nie ruszania się z niego do białego rana.

I co? O wpół do drugiej, a chłodno dosyć było, w piżamie stałam na ganku coś około kwadransa i nawoływałam cichutko, bo głos jak diabli po nocy się rozchodzi, a naokoło wiele osób mieszka (za naszym płotem osiedle bloków stoi, może niezbyt duże, ale mieszkańców sporo), i cisza idealna wprost panuje.

Oczywiście wołałam bez skutku. To powlokłam się z powrotem do łóżka, ale nie na długo. O czwartej nad ranem znów schodziłam. Zmarzłam jak pies przysłowiowy, ale Lolisi ani śladu.
O szóstej zbudził mnie Szkaradziej, bo uznał, że najwyższa pora wyjść i końcem lata się nacieszyć. No to wstałam. Nawet chętnie, przekonana, że skruszona Lolita na progu potulnie wyczekuje, aż do domu ktoś ją wpuści. Ale srodze się zawiodłam.

Lolka zjawiła się, owszem, około jedenastej, cała w skowronkach. Grzebała w misce za lepszymi kąskami, ale tylko Whiskas był, to go potraktowała jak zwykle, to znaczy oblizała trochę galaretki, a resztę zostawiła.

Byłam na nią wściekła. A niech sobie głodna siedzi. Kotka zwinęła się na łóżku w kłębuszek i spokojnie zasnęła. Potem to już we wszystkich możliwych pozycjach w betach pochrapywała. Po jakieś godzinie nie wytrzymałam. Poszłam do kuchni, wyciągnęłam z lodówki jeden kotlecik, co to miał stanowić mój obiad, i pod nos Lolisi zaniosłam. Zjadła wszystko, do okruszka. I tym mnie uszczęśliwiła.

15 maja 2009

Latka lecą

Rudolf lekko znudzony

Szkaradziejek przysypia



Jak przystało na "zimną Zośkę" rano było tylko 3 st. C. Rano, to znaczy o wpół do czwartej, kiedy to Filipek każe się wypuścić na dwór, a za nim w te pędy, część naszej kociarni. Jak już trzy-cztery sztuki wyjdą pobiegać, albo zapolować, choć nie za bardzo wiadomo na co, wtedy decyduje się na wyjście jeszcze Dunia. Skacze z szafy w sypialni, gdzie od tygodni ma legowisko, tak głośno, że cały dom aż dudni, więc jakby ktoś jeszcze spał, to teraz już na pewno się obudzi. A jak się obudzi, to będzie długo, dokładnie i pracowicie się mył, a jak już toaleta będzie zrobiona to będzie się domagał, aby go wypuścić, bo przecież inni dawno poszli. A ja czekam.

Tylko seniorzy, którzy są już po siedemdziesiątce (licząc ludzką miarą), to znaczy Szkaradziejek z Rudolfem, tacy skorzy do wychodzenia na ten ziąb przed świtaniem nie są, wolą jeszcze ze dwie godzinki poleżeć. Ale za dwie godzinki i tak jest dopiero wpół do szóstej. I co ja mam powiedzieć?! Tak jest co dnia, chyba, że na dworze leje, albo jest jakaś znaczna zmiana ciśnień. Wtedy kociska potrafią wylegiwać się i do dziewiątej. Nikt, absolutnie nikt nie przychodzi mnie budzić.

Kiedy odwieram drzwi wejściowe na progu naturalnie siedzi Leon - włóczęga. Zniknął tak gdzieś jesienią, a około lutego znów się na naszym ganku pojawił. Staczał ciężkie boje, głównie na mordy zresztą, ze wszystkimi możliwymi przybłędami kocimi, jakie przez nasz ogródek się przewijały.
Kocie walki, przeraźliwe darcia się, wrzaski niepojęte, zwłaszcza w środku nocy, potrafią być bardzo uciążliwe. Człowiek budzi się, lekko przerażony, bo w pierwszej chwili nie bardzo wie, co się dzieje.
Koty budzą się także. Doskonale potrafią odczytywać te wszystkie, dobiegające z dworu dźwięki. W zależności od przebiegu awantur i zapasów dziejących się na zewnątrz, są albo zaniepokojone, albo zwyczajnie zniesmaczone, że znów jakiś koci chuligan przerwał im smaczny sen. Tylko Filipek momentalnie jest gotowy, aby biec i przekonać się naocznie, co też takiego ciekawego się wydarza. Oczywiście Filip lanie dostaje od obcych kocurów w pierwszym rzędzie. Mały, wątły, teraz na wiosnę znów jakby nam wychudł, więc absolutnie nikt z respektem z drogi mu nie schodzi. Biedny Filipuś.

Jeszcze w ubiegłym roku nasz Rudy vel Rudolf potrafił utrzymawać porządek wśród tej kociej zgrai. Kocury się go bały i z daleka obchodziły. Nasze koty także przywództwo mu oddawały. Ale teraz Rudzielec się zestarzał, najchętniej przysypia gdzieś po kątach, a godziny jego aktywności raczej do minut się skurczyły. I chociaż Rudolf miał tylko do lata, a najdalej do jesieni dożyć, co mu weterynarz przed dziewięciu laty przepowiedział, jakoś dotąd cieszy się światem, a my oczywiście nim. I niech tak jak najdłużej zostanie. Oczywiście Rudy także zmalał jakoś, nie tak sprawnie się już porusza, nie objada się tak często do nieprzytomości, jak kiedyś, kiedy tak bał się, że jedzenia zabraknie. Może nareszcie zapomniał straszne swoje przeżycia z wczesnej młodości, zanim do nas przystał.

Bo Szkaradziej, żyjący w naszym domu jedenasty rok, od jakiegoś czasu zachowuje się, jak na szczęśliwego kota przystało: przychodzi się przytulić, wskoczy na kolania, domaga się pieszczot, co kiedyś było nie do pomyślenia. Sam idzie do kuchni i szuka w miskach dobrych kąsków. Kiedyś również nie do pomyślenia.
Ten kot bardzo długo, latami dosłownie, nie odważał się na jedzenie bez pozwolenia. Musiał być nieźle tresowany przez poprzednich opiekunów. Właśnie, opiekunów?Takie zastraszone zwierzę jest najlepszym dowodem na to, jaka to "opieka" być musiała. Teraz, na starość, Szkaradziu nawet bawić się lubi. On, taki zawsze poważny, taki odnoszący się do wszystkiego najpierw z obawą, a potem z rezerwą. Najmilszy Szkaradziej.
Najgorsze, że okropnie boleśnie wbija pazury w kolana, kiedy już się na nich usadowi. Robi to oczywiście z przywiazania. I skarcić go nie można, bo pomyśli, że go nie kochamy.

8 stycznia 2009

Byle do wiosny!

                                                                        Bazyl


Fela
                                                                           
W południe
                                                                         

No, to zima rozpoczęła się na dobre. Zasypało wszystko na biało, grubą, zmrożoną na kość warstwą.
Śnieg, jak kasza manna, prószył z przerwami przez dwie doby, odśnieżania było więc dużo. Bo to i ganek, zawalony całkiem, i schodki z ganku, i kilka metrów ścieżki do furki, i parę do hałdy drewna za domem. Oczywiście największa robota to odśnieżanie kilkunastu metrów chodnika. Należy to do naszych obowiązków, bo przecież trotuar publiczny jest i ludzie muszą w miarę wygodnie przejść. Chodnik przylegający do naszego płotu musimy zresztą utrzymywać w porządku przez cały rok. Zwykle z tego faktu mało zadowoleni, zimą cieszymy się, że nasza działka malutka jest, to i roboty mniej. A że trzeba się napracować, miałam okazję się przekonać, samodzielnie sprzątając kilka razy. Wyłamać się z tego porządku także nie można, bo sąsiedzi z prawej, z lewej, i z vis a vis bacznie patrzą sobie na ręce, czy raczej na łopaty i miotły w sąsiedzkich rękach. Nie mówiąc już o służbach porządkowych, które potrafią uwagę właścicielowi zwrócić, czy nawet mandatem ukarać.

Rano mieliśmy -10 stopni, ale nasze koty, na razie tym zimnem nie zrażone zanadto, dosyć ochoczo z domu wybiegły, każde do swoich zajęć; Dunia i Lolisia na polowanie, pieski, to znaczy bliźniaki Bazyl i Filipek, żeby pobiegać i powygłupiać się, Fela, ich mama, żeby rozprostować kości.
Tylko Szkaradziej z Rudolfem siadują pospołu na progu, i jak te Muppets'y na galerii, głowami zgodnie kręcą, obracając je równocześnie w stronę najlżejszego ruchu czy jakiegoś dźwięku, bo na tej uliczce, a już zwłaszcza o tej porze dnia i roku naprawdę niewiele się dzieje. Kiedy uszka im zmarzną, lubią ten fakt manifestować i pędem do domu wpadać, przed kominek. Po 5 minutach gotowe są znów do wyjścia, ale kiedy nosy wytkną tylko za próg, niepomiernie są zdziwione, że przez ten czas nic się nie zmieniło, że dalej zimno jak diabli, i szybko wycofują się, znów pod kominek.
Fela także bardzo szybko wraca i rozkłada się gdzie popadnie, rozglądając się tylko pilnie, czy aby Dunia na nią nie czyha, bo wtedy może solidnie oberwać. Kocice, niestety, w dalszym ciągu awersję do siebie sporą mają.
Dunia, która rozpoczęła już ósmy roczek, także dosyć prędko wraca do domu. Ale Lola i maluchy, które oczywiście od dawna maluchami nie są, bo właśnie po półtora roku skończyły, potrafią i dwie nawet godziny po tym mrozie gdzieś się włóczyć.
Ja oczywiście bezustannie wychodzę je wołać, dom tym ciągłym otwieraniem wyziębiam, i sama zakatarzona i kaszląca chodzę, bo wiadomo, nie ubieram się za każdym razem, gdy za kotami wyglądam.

Zachęcona apetycznymi bardzo zdjęciami chlebków pieczonych przez Błękitną gdzieś między niebem a Warszawą (łącze obok) zabrałam się także do wypieków. Ponieważ mąki razowej bezskutecznie poszukiwałam w tutejszych sklepach, a zakwasu jeszcze nie odważyłam się robić, pozostały mi zwykłe, drożdżowe chlebki z białej mąki pszennej. Udały się nie najgorzej i z gorącą zupą grzybową, okraszoną śmietaną i koperkiem stanowiły samodzielne obiadowe danie. A po obiedzie, do herbaty zielonej, dobre były ciepłe jeszcze bułeczki nadziewane kostkami gorzkiej czekolady, które wkładałam do każdej zamiast dżemu truskawkowego czy wiśniowego.
Właściwie to zamierzałam upiec je z bakaliami i makiem, który mam w zamrażalniku, już sparzony i zmielony. Ale niestety zabrakło w domu miodu, a w taki ziąb któż by chodził po zakupy, jeśli nie są absolutnie niezbędne.

Jak nasze koty, zwłaszcza te najstarsze, w ciepełku przesiadywać wolimy, nie robić nic szczególnego, trochę poczytać, trochę w TV się pogapić, radia posłuchać, a potem krzywić się, że rok znowu minął!
W taką pogodę, za każdym razem, kiedy należałoby wziąć się do czegoś konkretnego, coś przedsięwziąć, postanowić i wykonać - odkładamy to na później, sennie powtarzając: Byle do wiosny!

11 października 2008

Tarta Tatin



Z zadań, jakie sobie zaplanowałam do zrobienia wiosną i latem w naszym domu, zostało dotąd wykonanych tak około 60%, a tu już jesień mnie zaskoczyła.
Wiosną jakoś prace sprawniej się posuwały, może dlatego, że ta pora roku jest tak sprzyjająca wszelkiej aktywności, a poza tym gości oczekiwaliśmy, co było wystarczającym impulsem do działania.
Człowiek musi mieć jakieś bodźce i zachęty. Teraz żadnych planów towarzyskich nie mamy, to i robota się ślimaczy.Oprócz tego różne nieprzewidziane wydatki, typu remont dachu, uniemożliwiły przeznaczenie środków na inne, wcześniej zamierzone cele.

Parter domu w zasadzie już „może być”, chociaż nadal oczekują lakierowania drzwi do piwnicy, porządnie obtłuczone różnymi sprzętami i narzędziami, jakie wnosi się i wynosi stamtąd. To znaczy jakie wnosi i wynosi mój mąż. Ja do piwnicy schodzę najwyżej raz na kwartał, głównie w poszukiwaniu któregoś zawieruszonego kota, bo one pasjami lubią w niej buszować.Trzeba przyznać, że zejście do piwnicy, po kilku stopniach, jest mało wygodne, ale też i uwagi żadnej mojego męża nie zajmuje: - A co ja zrobię, jak tu za ciasno jest?! To jest jego zwykły wykrzyknikowo-pytający argument na moje prośby w tej mierze.

Natomiast obie sypialnie na piętrze to istna zgroza i niechlujstwo zwykłe. Białe tapety i białe gładzie, po prostu czarne są, zwłaszcza do wysokości kociego zasięgu, i od dawna proszą się o jakieś odświeżenie.
Odkąd wprowadziliśmy pewne reżimy i koty przestały włóczyć się i wycierać się po salonie, siedzą i paskudzą teraz wyłącznie na górze: wszystkie kocury i kocica Fela, mama bliźniaków, wylegują się i TV oglądają w sypialni męża, a u mnie, w łóżku oczywiście, bo gdzieżby indziej, rozkłada się Lolita.
Dunia od jakiegoś czasu sypia na parapecie w przedpokoju. Bety na nim leżące zasłaniają okno już niemal do połowy. Oczywiście po to, aby kochanej Buraszce (to ksywka Duni) za zimno nie było.

Zamierzałam odnowić te pokoje łącząc techniki malowania i tapetowania, ale cóż, okazuje się, że rolka tapety, którą wybrałam kosztuje 300,00 PLN. To jest jakieś zupełne wariactwo cenowe. Pewnie, że można kupić tapetę i po 30,- zł. Ale kiedy taką nakleję, to potem, ile razy na nią spojrzę będę myślała: -To całkiem nie to, o co mi chodziło. Więc ponieważ nie stać mnie na tę drogą, a taniej nie chcę, nie robię nic z tymi ścianami.
Czekam na jakieś natchnienie, jakiś nowy pomysł, którego realizacja przywróciłaby właściwe proporcje między ceną a moim poczuciem estetyki.

Tymczasem dzień za dniem sobie leci.
Jednak postanowiłam zanadto się nie przejmować: tylko górnik Pstrowski wyrabiał 270% normy we wczesnym PRL-u, i innych wzywał do pobicia tego rekordu. Czy ja „przodownik pracy socjalistycznej” jestem?

Przyjemnie jest, to prawda, osiągać zamierzone cele, ale głupio też popadać w przesadę. Najlepiej plany skorygować, pomyślałam sobie po cichu, i tak zrobiłam.
A w kuchni odszukałam „Kuchnię” z października 2002 roku i według ich przepisu upiekłam tartę Tatin. Z tych jabłek z ogródka. Pyszna była.

28 sierpnia 2008

Maliny z ogrodu



Wczorajszej nocy, jak rzadko której tego lata, wszystkie nasze koty stawiły się w domu. Nawet spodziewaliśmy się, że będzie jakaś nawałnica, którą zwierzaki wcześniej przeczuły, ale nie, pogoda była stabilna.

Odkąd zrobiło się ciepło, chyba gdzieś od początku czerwca, wszystkie, zwłaszcza kocice, włóczą się nocami, nie wiadomo gdzie. Pokazują się dopiero rano, choć zdarza się, że i do późnego popołudnia nie wiadomo co się z nimi dzieje.
Przedtem strasznie się denerwowałam, schodziłam na ganek po kilkanaście razy w ciągu nocy, nie mogłam usnąć jeśli którejś nie było, i oczywiście byłam permanentnie przemęczona.

Włóczęgostwo kotów było przyczyną naszych sprzeczek: -Ty, taki miłośnik kotów, a nie obchodzi cię, co się z nimi dzieje, gdzie przepadają na całe noce – zarzucałam mężowi. Mąż natomiast ustawicznie powtarzał, że wychodzącego kota nie da się upilnować, ani skontrolować dokąd chodzi. Kot wraca kiedy mu to na rękę, na łapę, można powiedzieć, i kompletnie się nie przejmuje tym, że ty się o niego martwisz.

Teraz nasze koty, a zwłaszcza Fela, nocująca na dworze od całych tygodni, uodporniły mnie na swoją nieobecność. Już się tak nie stresuję, no bo ile można? Choć przy złej pogodzie nadal wielokrotnie chodzę wołać nieobecnych. Wreszcie postanowiłam zaprowadzić jakiś względny porządek: ostatni raz otwieram drzwi wejściowe około wpół do pierwszej. Kto nie czeka na wpuszczenie do domu, śpi na dworze, i koniec. Niestety, muszę przyznać, że nie zauważyłam, aby któryś zwierzak przejął się choć odrobinę taką dyscypliną.

Człowiek troszczy się jak może o to tałatajstwo; szyje miękkie kołderki, opatula cieplutkimi kocykami i własnymi swetrami, podściela gąbkowe materacyki i puchate ręczniki, w sumie nie wiem po co. Bazylek potrafi rozkosznie się rozłożyć na chropowatej, betonowej płycie chodnikowej, gołej oczywiście, i spokojnie zasnąć.
Lolita, wielka zwolenniczka spania w moim łóżku, wyciąga się, jak długa, na mokrej ziemi, tuż po deszczu, i z takiej kałuży kontempluje świat.
Szkaradziej, systematycznie domagający się wpuszczenia do salonu, gdzie rozwala się na naszej najlepszej kanapie, zostawiając brudne ślady i czarne kudły, potrafi godzinami siedzieć na twardej gumowej wycieraczce, wyłożonej przed schodami na ganek.

To ustawiczne przeskakiwanie z jednej skrajności w drugą jest także specjalnością Duni. Duniaszka kilka nocy z rzędu przesypia na książce telefonicznej, leżącej na parapecie niewielkiego okna w przedpokoju, a następnie przenosi się na najbardziej miękką poduszkę na łóżku. I oczywiście mowy nie ma aby ustąpiła, kiedy człowiek chce się położyć. Właściwie ta książka telefoniczna, a konkretnie jej rozmiar, to jeszcze nic. Duniacha, spora kociczka, ważąca prawie pięć kilogramów ma takie okresy, kiedy to pasjami przesiaduje na słupku balustrady, na schodach. Niby nic, ale przekrój tego słupka to 6 x 10 centymetrów! Dunia się popisuje, Dunia dowodzi swojej sprawności!
Ponadto nikt poza nią nie potrafi tam się umieścić, więc to jest miejsce tylko dla niej! A wczoraj i przedwczoraj Dunia spała w wannie. Wanna jest blaszana, na dworze było 9 st.C. No nie, na pewno nie będę do wanny wkładała kocyków, ani mi się śni. Ale ciekawa jestem bardzo o czym Dunia śni w tej wannie?

Z kolei Rudolf, wielkie kocurzysko, nadzwyczaj lubi wpasowywać się w pudła i kartony, tak na oko 3 razy mniejsze od jego koszyka. Nie mam pojęcia, w jaki sposób udaje mu się w nich zmieścić, ale robi to z zacięciem. Ostatnio sypia w takim kartoniku, pod lodówką w kuchni. No tak, dobrze wie, że to najważniejsze miejsce w domu!

Jak na razie tylko Filipek zachowuje się tak, jak przystało na kociego sybarytę: nie jada na zimnej, kuchennej posadzce – zawsze wskakuje na krzesło, wszak drewno dla kocich łapek milsze od terakoty. Nie sypia na gołej ziemi, woli wymoszczony koszyk. A najważniejsze jest to, że nie obraża się jak reszta, kiedy wypędzam je z kuchni.
Niektóre, na przykład Lolita, potrafią się poczuć „śmiertelnie dotknięte" i nie pokazywać się nam na oczy przez kilkanaście godzin nawet. Filipuś taki nie jest. Filip wpadnie do kuchni jeszcze i kilkadziesiąt razy. Przecież dobrze wie, że on, taki chudzinka, zawsze coś wyprosi. Dziś to były maliny z ogródka, które szykowałam na deser.
Oczywiście nie dosłownie; próbował śmietankę, ubijaną do tych malin. Mamy tego roku wyjątkowo udane zbiory, bo te cztery badylki, jakie zasadziliśmy trzy lata temu zdążyły już opanować pół ogrodu. Zupełnie jak nasze koty, z tym, że one żadnymi „połówkami” się nie zadawalają.

30 marca 2008

Takie są koty


Wybraliśmy się do Kłodzka. Pogoda była nie najgorsza, więc połaziliśmy trochę po starej części miasta. Ślady dawnej świetności jeszcze są widoczne, bo nie wszystko udało się dyktaturze robotniczo-chłopskiej doprowadzić do ruiny, a następnie rozebrać.
Jest tam odchodząca od rynku urocza uliczka, lokalny deptak, przy której zachowała się w całości stara zabudowa, piękne kamienice, w ich parterach ulokowały się najelegantsze w mieście sklepy i różne usługi.

Właściwie wszystkie dolnośląskie miasta i miasteczka mogą pochwalić się swoją architekturą, choć bezmyślnych zniszczeń jest masa. Najgorszymi i nieodwracalnymi zbrodniami PRL na miejskich organizmach było burzenie domów, często pamiętających XVIII wiek, a nawet i wcześniejszych, i stawianie na ich miejscu ohydnych, "nowoczesnych" bloków. Zwłaszcza rażące są przykłady takiego wandalizmu w obrębie rynków głównych, gdzie nierzadko wyburzano całe pierzeje albo i kwartały, które następnie straszyły koszmarnymi betoniakami, lub latami były, czasem nadal są, odrażającymi, niezagospodarowanymi placami.

Dziś rekonstrukcja stanu pierwotnego jest sprawą nierealną ze względu na koszty takich przedsięwzięć. Jednak niektóre z władz samorządowych starają się zniwelować ten dysonans choćby przez zadbanie o dobry stan techniczny owych bloków oraz o taką zmianę ich elewacji, która możliwie najlepiej przystaje do zabudowy historycznej.
Lepsze to, niż nic. A nic, to właśnie jest prezentowane w naszym miasteczku, które również na przełomie lat 50. i 60. w ramach tzw. radosnej twóczości komunistycznej doczekało się betoniaka w południowej pierzei. Maszkarna ta budowla odrzucać będzie co najmniej jeszcze parę kolejnych pokoleń mieszkańców.

Kiedy my dzieliliśmy się uwagami na te tematy, przechadzając się po kłodzkim rynku, nasze koty samopas biegały po ogrodzie i grasowały po okolicy.
W domu została tylko dwójka - Lolisia i ten maleńki chudziaczek Filipek.
Ilekroć wyjeżdżamy z domu, zawsze mamy ten sam dylemat, czy lepiej zostawić koty w domu, czy lepiej (dla nich), aby czekały na nas na dworze. Problem ten jest oczywiście związany z kwestią: wrócimy, czy nie wrócimy szczęśliwie do domu?
Jatki na drogach, które wcale się nie zmniejszają, a wręcz przeciwnie, czynią to pytanie nie pozbawionym sensu. Droga nr 8, po której najczęściej jeździmy, to jedna z bardziej niebezpiecznych i ruchliwych.
Stale myślę o tym, aby przygotować coś w rodzaju zawiadomienia dla służb ratowniczych i wozić je na widocznym miejscu, aby w razie potrzeby mogły zająć się zwierzętami zamkniętymi, czyli uwięzionymi w naszym domu.

Koty powitały nas przy furtce. Trochę już były zmarznięte, i potwornie głodne.Asystowały przy wyładowaniu bagażnika, doskonale się orientując, że wszystko co w środku, to dla nich. Biegały od auta do kuchni i z powrotem, okropnie się niecierpliwiąc i poganiając nas pomiaukiwaniem, jakimiś półokrzykami i piskami: no, kiedy nareszcie jedzonko będzie w miskach?
Filipek i Lolita, po tym wielogodzinnym siedzeniu w domu, wypadły na dwór, wcale nie chciały jeść. Chodziłam za nimi z miską po ogrodzie i namawiałam: Filipuś, musisz coś zjeść! Lolisia, popatrz jakie pyszne. Przepraszam, że tak długo nas nie było!
Wreszcie udało mi się je przekonać, aby przekąsiły. Filip chwilę jeszcze pobiegał i wrócił do domu, aby znów rozłożyć się do drzemki.
Lolita długo szalała po wszyskich drzewach, a zwłaszcza po moreli, która stoi cała w kwiatach, i nagle gdzieś zniknęła.
Czekałam na nią do 24.oo. Kotka widać postanowiła nas ukarać za to zamknięcie. Noc była z głowy. Schodziłam "tylko" sześć razy, aby ją wołać. Niebo było pogodne, wspaniale rozgwieżdżone. Ale wiał bardzo zimny, przeszywający na wskroś wiatr.
Lolita zjawiła się, jakby nigdy nic, o ósmej rano.
Nie miałam serca jej rugać. A ona wskoczyła mi do łóżka, oczekując należnej porcji pieszczoty. To oznaczało, że już nam przebaczyła, że już się nie gniewa.

21 lutego 2008

Karol i tort czekoladowy


Hałas odkurzacza jest dla kotów bardzo przykry. Teraz producenci zapewniają cichą pracę tych urządzeń. Ale nasz stary odkurzacz piorący, krzyk techniki, niestety ongiś, wydaje z siebie warkot niczym odrzutowiec przy starcie. Koty leżące przed kominkiem w popłochu uciekają od tego dźwięku gdzie pieprz rośnie.
Kiedy mieliśmy w domu wiele maluchów, które potrafiły w ciągu kwadransa zdewastować cały parter, włączaliśmy to piekielne ustrojstwo wieczorami, aby wykurzyć to małe tałatajstwo do legowisk na górze, parter zamknąć i spać spokojnie, bez obawy, że wywołają pożar, albo inne nieszczęście.

Tak samo koty reagują na dźwięk suszarki do włosów, a ponadto boją się okropnie strumienia gorącego powietrza. Więc, jeżeli już się tak zdarzy, że muszę kota wykąpać, że nie da się tego uniknąć, nigdy nie używam do osuszania go suszarki. Wycieram zwierzątko ręcznikami, sadzam w cieple i czekam, aż doschnie, w czym ono pomaga sobie samo, bardzo energicznie operując własnym języczkiem.

Z zasady kota się nie kąpie, chociaż spotkałam kiedyś weterynarza zalecającego (!) cotygodniową kąpiel wszystkim kotom. To była oczywiście moja pierwsza i ostatnia wizyta u tego "specjalisty".

Właściwie wszystkie urządzenia domowe, głośno pracujące, wibrujące, warkoczące, świszczące, i jakie tam jeszcze, wydające nieprzyjemne również dla człowieka dźwięki, koty obchodzą z daleka nawet wtedy, gdy są one wyłączone.

Jedynym wyjątkiem, jaki znam było zachowanie naszego kota Karola, który czekał, co prawda z udręczoną miną, ale cierpliwie na wyłączenie miksera, a wtedy on, Karol dostanie do wylizania te maślano-śmietankowo-czekoladowe resztki składników, jakich użyto do przygotowania wypieków. Natomiast, co ciekawe, za upieczonym już ciastem wcale tak nie przepadał. Chociaż, o ile w grę wchodził tort czekoladowy, nie miał w zwyczaju odmawiać kawałeczka (sporego).

Karol, kot zupełnie wyjątkowej urody, niczym egipski faraon, był bratem i mężem Lolity, naszej uroczej koteczki. Para ta od urodzenia za sobą przepadała, nie mogła się bez siebie obyć, wszystko robiła razem. No właśnie:
Ich synek Gucio, niestety już nieżyjący, był też kotem wyjątkowym.

A jednak Karol opuścił Lolitę, swój dom i nas. Nie wiem dlaczego, tylko się domyślam. W każdym razie pewna jestem, że Karol świadomie tak postąpił i jakby zawczasu na to nas przygotowywał. Najpierw zniknął z domu na 3 tygodnie.Aż któregoś poranka kocie nawoływania spowodowały, że wypadliśmy na dwór, aby sprawdzić co się stało. To Karol oznajmiał, że jest, że wrócił; tulił się, gryzł nam ręce, i radośnie witał się z pozostałymi kotami. Cieszyliśmy się strasznie. A Karol zupełnie przestał się włóczyć po sąsiedztwie. Przykładnie siedział w domu i w ogrodzie.Wieczorami śledził z wysokości szafy, na której miał legowisko, wszystko co działo się niżej. I wydawało mi się, że co chwila wymieniamy porozumiewawcze spojrzenia.

Ta sielanka trwała już od miesiąca, aż pewnego bardzo późnego wieczoru kilka razy podchodziłam do Karola, aby go pogłaskać i zagadać. A on leżał niedbale wyciągnięty na progu domu, w ciszy i cieple letniej nocy 2004 roku. Kiedy pół godziny później znów wyjrzałam Karola nie było. I nie ma go od tamtej pory.
Zrozumiałam wtedy, że tamtego ranka, przed miesiącem, Karol przyszedł się pożegnać, i że to pożegnanie po prostu trochę się przedłużyło.

Tęsknimy za nim i pamiętamy go, tak jak pamiętamy wszystkie koty, które kiedykolwiek były, mieszkały, albo tylko przewinęły się przez nasz dom.

4 lutego 2008

Targ rybny


Nasze dwa maluchy, Bazyl i Filipek, za szybko rosną. Już w pełni ujawniły się cechy ich charakterów. Bazyl, większy i mocniejszy, z muskularnym ciałkiem, w wieku 7 miesięcy wygląda na dorosłego kota. Jest łagodny i nie szuka zaczepek. Jest też zawołanym śpiochem, chociaż to właśnie Filip, jako niemowlę i podrostek wiecznie spał, a jego bracia rozrabiali i po nim, śpiącym, w najlepsze brykali, a jemu to wcale nie przeszkadzało.

Teraz Filip pierwszy z całej gromadki budzi się i zaczyna tym swoim dyszkancikiem, przeraźliwym okropnie, oznajmiać wszystkim, że on, Filip właśnie się obudził a więc wszyscy powinni już wstawać i wraz z nim witać nowy dzień. Filip pierwszy jest do zwady i małej awanturki. Na pewno dłużej niż Bazyl będzie dorastał, taki drobniutki i chudziutki, chociaż apetycik ma niezgorszy.
Filip jest bardzo "dziecinny" w zachowaniu. Chyba nawet cudzysłów nie jest potrzebny, bo od lat już obserwuję, że małe koty zachowują się dokładnie jak małe dzieci, a do Filipka szczególnie się to odnosi. Jest krnąbrny, egoistyczny i we wszystkim przesadza; kiedy szaleje, w domu czy na dworze, to do wyczerpania, kiedy przychodzi się pieścić, to nie chce zejść z kolan, mruczy tak głośno, jakby się zepsuł, pręży się, pakuje mordkę w dłoń, domagając się więcej głaskania i tarmoszenia.

Ale oba kotki wchodzą w wiek, gdy to głaskanie i przytulanie zaczyna je peszyć. Kiedy przedszkolak staje się uczniem, już nie pozwala sobie na okazywanie czułości, zwłaszcza publicznie. Wszystkie nasze koty, straszne pieszczochy w dzieciństwie, jakby wstydziły się swoich potrzeb do pieszczot, kiedy zaczynały dorastać.

Z Bazyla robi się kot stateczny, przychodzący na wołanie, i w ogóle jakby zdający sobie sprawę, że długie przebywanie na dworze w paskudną wietrzną czy mroźną pogodę "jest złe dla Bazyla".
Filip, jeszcze mały głuptas, siedzi na dworze do skostnienia i wygłodzenia. Kiedy wreszcie pojawi się w domu, chce uciekać, jak tylko trochę się ogrzeje i przekąsi. Chodzi cały brudny, bo przecież nie mogę go kąpać po każdym wyjściu. Ponieważ jest biało-czarny, to znaczy białego futerka na nim znacznie więcej niż czarnego, wygląda naprawdę niechlujnie.
Na czarnym Bazylku, w białych skarpetkach, nie widać tak tego usmotruchania. Ale kiedy śpią razem słodko, zmęczone i szczęśliwe, łapy Filipa są czarne, choć z natury białe, a łapy Bazyla pozostają białe. Dziwne. To chyba dlatego, że Filip wyciera się po wszystkich możliwych dziurach, kątach i zakamarkach, włazi wszędzie i buszuje po całej okolicy.
Bazyl raczej trzyma się swojego ogrodu. Naśladuje Szkaradzieja i Rudolfa, koty, które niezmiernie rzadko wyprawiają się poza własny płot.

Chociaż Filipka nigdy nie można się dowołać, to jednak zjawi się na pewno i nie wiadomo skąd, kiedy tylko jest do zjedzenia coś, za czym przepada. W jego przypadku to są filety z drobiu. W jaki sposób kot nieobecny przez ileś godzin zjawia się w kuchni zawsze i nieomylnie kiedy jest kurczak, tego nie wiem. Równie nieomylnie trafiają do domu kocice, Dunia i Lolita, zwabione rybą, chociaż to przynajmniej da się wytłumaczyć ostrym, intensywnym zapachem.

Nie wszystkie koty lubią ryby, choć utarło się takie przekonanie. Także w literaturze. Tak było
u Hrabala, tego zagorzałego wielbiciela kotów, karmiącego ich przecież kilkadziesiąt, do końca swoich dni.
Zapytałam męża: - Nie pamiętasz tytułu opowiadania Babla, tego o kotach wrzeszczących
i śliniących się na widok ryb? Mąż śmiał sie do rozpuku, a kiedy opanował atak wesołości, powiedział: - To ja ci to opowiadałem - już dość dawno - kiedy wróciłem z podróży do Odessy.

Nagle sobie przypomniałam tę relację, to nie była literatura tylko rzeczywistość:
Na wielkim Priwozie, w centrum Odessy, znaczna ilość miejsca przeznaczona została na targ rybny. Stały tam niewysokie, drewniane budki z ladami, na których sprzedawcy wykładali owoce morza - wszelkie możliwe rodzaje ryb, krewetek, małż, i podobnych.
Uwijający się tłum nie zwracał uwagi na dachy tych budek. A tam, nad głowami ludzi, siedziały, stały i biegały niby bezładnie, koty, kilkadziesiąt kotów wariujących z powodu widoku, i z powodu zapachu ryb.
Niektórzy handlarze rzucali kotom wnętrzności czy kawałki ryb. Podnosił się wtedy wrzask jeszcze głośniejszy, przepychanki, bójki o kąski, i zaczynała się kocia uczta. Nie wszystkim zwierzakom zdobycz się dostała, nie wszystkie się dopchały. Wtedy co bardziej zdeterminowany kot zeskakiwał z daszku, kradł rybę i w nogi. Goniły go przekleństwa sprzedawców i śmiech klientów.
Potem znów koty krążyły, wyczekiwały i powrzaskiwały, aż do chwili, kiedy dostawały następny kawałek. I cały ten koci spektakl można było obserwować od początku.

W każdym razie nasz Rudy (to znaczy Rudolf) ryb nie lubi, zjada jeden kęs zaledwie, tylko po to, aby nie żałować, że inni jedli ze smakiem a on nawet nie spróbował. Zawsze myślałam, że Rudy to jakiś koci wyjątek. Ale odkąd pojawiła się u nas Fela i poznaliśmy jej upodobania smakowe, okazało się, że to nie takie rzadkie. Fela ryb także nie lubi. Ona nie bierze nawet kawałeczka.

Oczywiście upodobania kotów z wiekiem się zmieniają. Kiedyś oba maluchy przepadały za kaszką ryżową. Niedawno im taką podsunęłam, dobrą, z masełkiem i śmietanką. Popatrzyły na mnie z niedowierzaniem, potem z wyrzutem i oba odeszły z podniesionymi wysoko ogonkami, nawet nie spróbowały.

Sama także, karmiona wyłącznie ryżem do trzeciego roku życia, później przez kilkadziesiąt lat ryżu wręcz nie znosiłam. Dziś jem go ze smakiem. Prawie wszystkie dzieci, przynajmniej z mojego pokolenia, szczerze nie znosiły szpinaku. Teraz uważam, że to znakomita jarzynka, nadająca się również jako farsz do rozmaitych potraw. Na przykład: naleśniki ze szpinakiem albo ravioli - pycha.

12 listopada 2007

Pierwszy śnieg


Bura pogoda - ziemiste niebo i przeszywający wiatr - przyniosła wczoraj pierwszy śnieg tej jesieni. Dosłownie w ciągu pół godziny wszystko było szczelnie okryte grubą białą watą. Zielone jeszcze całkiem ligustry, a też brzozy, które wciąż stoją w swoich rdzawych liściach, pod nawisami śniegu wyglądają na całkiem przemarznięte. Temperatura gwałtownie obniżyła się z kilkunastu stopni ciepła do zera. W nocy musiał być przymrozek.

Maluchy, to znaczy dwaj synkowie kotki Feli, były niesamowicie zaskoczone tą nagłą zmianą aury. Najpierw, na zasypanym ganku, a potem w ogrodzie badały łapkami uważnie tę pierzynkę, mięciutką bardzo, ale jaką zimną! Wąchały puch, lizały go, i dziwiły się bardzo. Urodziły się w końcu czerwca, a więc to ich pierwszy śnieg. Biegały jak opętane, usiłowały łapać padające wielkie płatki. Całe mokre, cienko popiskiwały, coś tam wołały, ślizgały się, i po kilkunastu minutach,zmęczone tym dziwnym widowiskiem i zmarznięte, galopowały do domu. Wytarte i ogrzane przed kominkiem znów były gotowe do gonitw i zabawy w śniegu. W obawie przed przeziębieniem nie chcieliśmy kocurków więcej puszczać na dwór, ale nasze dorosłe koty ciągle się kręcą, wchodzą i wychodzą, więc malcy po prostu z tego korzystają i uciekają nam, czatując gdzieś w kącie na moment otworzenia drzwi.

Kiedy zmienia się pora roku, a właściwie zawsze wtedy, gdy pogoda jest paskudna, to znaczy leje deszcz, pada śnieg, albo jest dojmująco zimno, do naszych obowiązków wobec tego kociego towarzystwa dochodzi jeszcze bardzo uciążliwa rola, mianowicie rola odźwiernego. Niestety bez przynależnych jej napiwków. Dosłownie po kilkadziesiąt razy dziennie wpuszcza się i wypuszcza zwierzaki, z domu, i do domu.

Szkaradziej, mimo, że jest rezydentem od 9 lat, zanim do nas trafił większość swego życia musiał spędzić pod gołym niebem, o czym świadczą jego przyzwyczajenia. Od początku więc było wiadomym, że musi być wypuszczany na dwór zawsze, kiedy sobie tego życzy. A że życzy sobie często, toteż często trzeba zejść z piętra, aby go wypuścić. Potem, zwłaszcza przy złej aurze, człowiek martwi się, że biedne zwierzę zmarzło, więc rzuca wszystko i idzie go wpuścić. A Szkaradziejek, jak to on, przybiega na wołanie na ganek, ale nie wchodzi, bo nie ma ochoty. Albo siedzi na progu i daje do zrozumienia, że częste otwieranie drzwi przeszkadza mu w kontemplowaniu świata, więc zamykasz szybko i przepraszająco. I za 15 minut znów wyglądasz, bo może już mu się znudziło, a może biedaczek zgłodniał?

Z Rudolfem nie ma takiego kłopotu. Kiedy nastają pierwsze chłody, ten podstarzały kocur namiętnie wyleguje się w cieple kominka. Uwielbia to, a kiedy już za bardzo go przygrzeje, cały rozpalony, z rozpiętym rudym futrem, wywala się na dywanie, albo idzie się położyć do pańskiego łóżka. Czasem też żąda, aby go wypuścić na dwór. Daleko nie idzie. Siada na progu i po dosłownie 5 minutach bardzo chce wracać do domu. Czasem ma melodię, i chodzi tam i z powrotem. To bardzo denerwujące i uciążliwe. Dla nas. Jemu to się podoba.

Natomiast nasze kocice, przy takiej paskudnej jak teraz pogodzie, wychodzą rano, gdzieś około wpół do ósmej. Nie mamy potrzeby, aby wstawać tak wcześnie, więc Lolita biegnie na dół i pod drzwiami wejściowymi rozpoczyna swój poranny koncert. Zaczyna nawoływać: otwórz mi, chcę wyjść. Jeśli się nie reaguje, wtedy zaczyna z innej beczki: biegnie znów na górę, do sypialni, i bada, czy się śpi. O ile stwierdzi, że chrapiesz w najlepsze, podczas gdy ona jest już na nogach, wtedy rozpoczyna zawodzenie prosto do twojego ucha. Jeśli złapie cię na tym, że masz oczy otwarte, natychmiast zbiega na dół i tam znów nawołuje. Teraz rozpoczyna się wojna nerwów - kto kogo przetrzyma? Zwykle daję za wygraną, schodzę i mówię: Lolisia, jeśli zjesz śniadanie, to cię puszczę. A Lolisia, w zależności od humorku, zje, albo nie zje, najczęściej udaje, coś tam poliże i już leci. Idzie polować.
Jednak trzeba przyznać, że Lolita czasem odnosi się z pewnym zrozumieniem do porannego lenistwa człowieka, odstępuje od zamiaru wyjścia i wraca na swoje posłanie jeszcze na jakieś pół godzinki.

Ale nie Dunia. Od Duni żadnego zrozumienia nigdy się nie oczekuje. Jeśli Dunia chce wyjść, nic i nikt od tego jej nie odwiedzie. Urządza pod drzwiami takie piekielne wrzaski, jest taka wściekła, że musi prosić, ba, żądać, a nikt nie reaguje natychmiast, rzuca w nas takimi kocimi obelgami, że po prostu nie masz wyjścia: zwlekasz się ciężko z łóżka, człapiesz na dół, rozbijając się po drodze o meble, i wypuszczasz na dwór "ukochaną Duniaszkę", naszą "najmilszą Buraskę".
Po godzinie zaczyna się wołanie kocic, aby wróciły, bo "na pewno zmarzły", albo "na pewno zgłodniały". Oczywiście śladu po kocicach nie ma. Więc po 15 minutach znów otwierasz drzwi, bo "na pewno zmokły". Jednak kocic, twoich ukochanych, nie ma. Więć po kolejnych 15 minutach... I ten cały cyrk trwa najczęściej parę godzin. Może o tym innym razem.

10 października 2007

Mała stabilizacja



Każda, niewielka nawet zmiana warunków bytowania wprawia nasze koty w duże niezadowolenie. Przestawienie mebla, nie mówiąc już o przesunięciu kociego koszyka, jest powodem nerwów i frustracji.
Utarte ścieżki, te same przejścia i te same dziury w płocie są podstawą codziennych kocich wędrówek.

Zwierzaki nie lubią obcych w domu, każda osoba, poza domownikami, każdy dzwonek wywołuje u nich popłoch. Nasza nieodżałowana Malina reagowała paniką nawet na dźwięk telefonu i nic nie wyprowadzało jej tak z równowagi, jak prowadzenie rozmowy przez telefon; wieszała się na przewodzie, usiłowała wyrwać mi słuchawkę, wskakiwała i zeskakiwała z kolan przez czas trwania rozmowy.
Wyjątkiem pod tym względem jest Szkaradziej. Szkaradziejek, najstarszy z rezydentów, nie tylko nie ucieka, kiedy mamy gości, ale wręcz przypomina wszystkim o swojej obecności, plącze się pod nogami i obowiązkowo stawia się w domu podczas wszystkich posiłków, wymownie patrząc biesiadnikom w oczy.

Najbardziej zaś nielubianym przez nasze koty rodzajem gości są ci, którzy śpią w naszym domu, czytaj - w domu naszych kotów. Wtedy destabilizacja życia kociego jest kompletna. Nie tylko w dzień ich zwyczaje muszą być ograniczane czy nawet zmieniane, ale w nocy, w nocy także! A tego koty doprawdy nie znoszą: Rudolf nie może spać pod kominkiem, bo boi się wejść do salonu, Szkaradziej nie może okupować kanapy, bo na niej rozkładają się goście, a kocice po prostu wariują. Spotkanie z gościem na schodach czy w łazience traktują niczym spotkanie z Miśkiem, znienawidzonym psem z sąsiedztwa.
Malina wówczas zwykle lokowała się w sypialni na szafie, skąd schodziła tylko do kuwety. A jadała nocą, kiedy goście spali.
Nasza Dunia ma podczas obecności gości niezwykłą zdolność znikania z pola widzenia. Zaszywa się tak skutecznie po różnych zakamarkach, że nawet nie domyślamy się miejsc jej pobytu.
W zasadzie tylko kociakom jest obojętne, czy są obcy w domu, raczej się ich nie boją i myślę, że zależy im tylko na braku ograniczania ich szaleńczych zabaw.

Przyzwyczajenie do nowej sytacji następuje po paru dniach, ale wtedy goście zazwyczaj odjeżdżają. Ulga po ich wyjeździe jest manifestowana na różne sposoby, najczęściej rozwalaniem się na wszelkich możliwych sprzętach domowych, dłuższym niż zazwyczaj przesiadywaniem w domu, nie na dworze i nie tylko chętnym poddawaniem się, ale szukaniem pieszczot i bliskości człowieka, własnego oczywiście.

Kot nie lubi niespodzianek, a szczęśliwy jest wówczas, gdy wie czego się spodziewać, gdy co dzień i co noc trafia na te same miejsca i te same sytuacje.
A przecież koty są zarazem niesłychanie ciekawskimi stworzeniami. Błyskawicznie zjawiają się tam, gdzie dzieje się coś nowego, niespotykanego, lubią być zadziwiane. Jednak wydaje mi się, że lubią to tylko wówczas, gdy mogą wybrać dla siebie rolę obserwatora a nie bezpośredniego uczestnika danego wydarzenia.

Z tego uwielbienia dla jednostajności i rutyny kot wyłamuje się tylko w jednym przypadku, mianowicie wtedy, gdy chodzi o koci stół. Tu monotonia jest grubo nie na miejscu, a brak urozmaicenia je zniesmacza, i to dosłownie.
Obserwując, choć właściwsze będzie tu określenie - karmiąc koty od lat, nie domyślam się nawet skąd wielu autorów różnych porad i poradników wzięło przekonanie, że kot przyzwyczaja się do danego typu karmy i po pewnym czasie odmawia innych pokarmów. No, chyba, że tym pokarmem jest powiedzmy - filet z indyka - to wtedy zgoda. Kot przyzwyczaja się, i to szybko, rzeczywiście nie chce potem już nic innego.

Wszystkie żywione przeze mnie koty wykazywały zawsze nadzwyczajne smakowo-węchowe upodobania do mięsa i ryb. Z moich doświadczeń wynika, że nawet najdroższa gotowa karma po kilku dniach nudzi się kotu do tego stopnia, że woli siedzieć głodny, niż zajrzeć do miski z tą samą zawartością.
Dlatego też staram się o możliwie urozmaicony jadłospis. I o pamiętaniu, że Rudolf nie lubi ryb, ale chciałby mieć wybór między różnymi rodzajami suchej karmy. Lolita wymiotuje po Kitekacie, tak go nie cierpi, przepada natomiast za filetem z kurczaka. Dunia preferuje ryby w każdej postaci, a Fela jada wszystko, pod warunkiem, że na każdy posiłek jest co innego. Maluchy dzisiaj lubią parówki, masełko i serek wiejski, a jakie będą jutro ich upodobania, to się dopiero okaże.

Nie wiem także skąd wzięło się przekonanie, że kot nie rozróżnia między na przykład zwyczajną kiełbasą i szynką domową. Nigdy, żaden z naszych kotów nie wybrał tej pierwszej, i nie zdarzyło się, aby pogardził drugą.
Nasze koty nie mają także żadnego zupełnie uznania dla jarzyn, kasz, makaronów i innych klusek. Pod żadnym pozorem nie zjedzą ziemniaków, nawet polanych najlepszym mięsnym sosem. A że są zdrowe i pogodne, to najlepiej świadczy o tym, że same, intuicyjnie potrafią wybrać pokarm dla siebie najlepszy, o ile rzecz jasna, mają wybór. Staramy się zostawiać im ten wybór.
Wszak wiadomo: Przez żołądek do serca, również kociego.

Felę i dwoje jej dzieci - kocurka Filipka i kocurka Bazyla można oglądać w mojej galerii w Google, adres: http://picasaweb.google.pl/manetka07

Osobę gotową pokochać jedno z tych zwierzątek i zdecydowaną troszczyć się o nie, proszę o kontakt.