Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MURKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą MURKA. Pokaż wszystkie posty

1 listopada 2015

Utracić kogoś...

Rudolf. Z oddali...



Moja psyche tak jest skonstruowana, że nie rozróżnia gradacji wśród istot bliskich, które w życiu utraciłam. Obojętnie, czy to były odejścia tak zwane naturalne czy tragiczne, czy dotyczyły ludzi, czy stworzeń ludźmi nie nazywanymi, ból po ich stracie był podobny; ciężki, długotrwały, rozdzierający.




Najbardziej wyniszczający, bo wieloletni i odbierający chęć do życia był ten, który nastąpił po utracie Murki. Najczarniejszy dzień mojego życia to 11 grudnia 1998 roku. Wtedy straciliśmy kotkę, która od półtora roku był radością i sensem naszych działań. Nie będę ‘rozdrapywać’ tej rany, zabliźnionej już, ale skórka na niej wciąż cienka: http://szkaradziej.blogspot.com/search/label/MURKA

Wiele, wiele cierpień przyniosła mi tragiczna śmierć mojego brata, o 10 lat młodszego, który stracił życie w 33 roku, czyli w chwili, kiedy nawet połowy tej wspaniałej przygody nie było mu dane doświadczyć. I co do dziś, a minęło już dużo lat, nieodmiennie mnie zastanawia, to fakt, że mój brat Jasiek i ja, nie byliśmy żadnymi ‘papużkami nierozłączkami’, nie widywaliśmy się za często, właściwie nie śledziliśmy skrupulatnie swoich życiowych losów, to jednak  jego odejście przeżywałam długo i bardzo, bardzo intensywnie.

Przeżyłam wielu przyjaciół. Niektórzy odchodzili w pełni sił i witalności, niektórzy tragicznie, inni jeszcze w środku realizacji własnych życiowych planów. Wszystkich żal wielki.

Pożegnałam ojca, matkę, ojczyma, teściów, szwagrów. Straty, w latach rozłożone, były po prostu życiowymi doświadczeniami, bardzo lub bardziej bolesnymi, ale przecież nie załamywały mnie i nie obierały chęci do dalszych z losem zmagań.

Ale już przy stracie zwierząt, które należały do naszej rodziny od czasu odejścia Murki, odczucia moje były wręcz obezwładniające. Nie chcę w tym miejscu roztrząsać przyczyn takiego stanu mojej świadomości. Jednak przeżycia, związane z odejściem bądź zaginięciem, bezpowrotnym, zwierząt są dramatyczne bardzo. Kochaliśmy Szkaradziejka:http://szkaradziej.blogspot.com/2010/04/nie-ma-juz-z-nami-szkaradzieja.html
Małpiacię,

Wiem, takie jest życie: kończy się nieistnieniem. Szczęśliwi, którzy z całej siły wierzą, że gdzieś, kiedyś, wszyscy się spotkamy!

21 czerwca 2015

Iglaki umierają

świerczek srebrny w 2006 był taki


Iglaki w naszym ogródku umierają. Świerk srebrny, który rośnie przed domem, wygląda jak po pożarze. Żywotniki, przy podjeździe, nie lepiej. 







ściete galązki świerkowe tak wyglądają

Ale najbardziej martwi mnie cis, mający około 60 lat, który także jest w  gorszej kondycji. Pod tym pięknym drzewem pochowaliśmy Murkę (11 grudnia 1998), zabitą przez jednego bydlaka.
Od tej pory to miejsce jest kocim cmentarzem, tu spoczywają obok niej, i Szkaradziej, i Rudolf.
Cisa ratował mój mąż wiosną '99. Okazało się, że jakieś bezrozumne dranie, zamiast wywieźć, zakopały pod drzewem górę odpadów budowlanych, pozostałych po robieniu elewacji domu, kilka lat wcześniej. Wykopywał więc te śmieci, uzupełniał ziemię, a drzewo wreszcie odetchnęło i odpłaciło się pięknym wyglądem. A teraz umiera:(

Jakaś zaraza chyba grasuje, ale gołym okiem, nieogrodnika, niczego nie widać.

Ogrodniczki, czy można jakoś pomóc drzewom? Czy wyciąć je trzeba? A wtedy smutno się zrobi, bardzo.

11 grudnia 2008

Murka

Była najpiękniejszą kotką świata. I najmądrzejszą. Kochaliśmy ją bezgranicznie. I ona nas kochała.
Zjawiła się u nas sierpniowego, chłodnego dnia, maleńka i urocza. Miała zaledwie cztery tygodnie. Przyglądała się nam bardzo uważnie cudnymi, ogromnymi, bursztynowymi oczami. Ubrana była w wielkie, jakże delikatne białe futro z jedną tylko czarną plamką na główce, i w czarne kolanówki na tylnych nóżkach.
Ale jej królewską wprost ozdobą był ogon, jakiego dotychczas nie widziałam u żadnego przedstawiciela tego gatunku; był wspaniały, gruby, puchaty, w biało-czarne pręgi, jak u szopa.
Mąż wziął kociątko na ręce, a ona ułożyła się wygodnie w zgięciu łokcia, na swetrze i …słodko zasnęła. W tym momencie oddaliśmy jej nasze serca na zawsze.

Dostała na imię Murka, na pamiątkę pierwszej kotki, którą opiekował się mąż będąc jeszcze małym chłopcem. Tamta kotka, porzucona przez niemieckich właścicieli, wysiedlonych z tych terenów już po wojnie, była zwierzęciem nadzwyczaj sprytnym, mądrym i inteligentnym, co pozwoliło jej nie tylko przetrwać, ale i znaleźć nowy dom. Te cechy, a także jej dzikość i uroda zdecydowały, że nadano jej imię Murki – królowej odeskiej ferajny, portowego półświatka.

Imię to, nomen omen, fantastycznie odpowiadało, jak się później okazało, usposobieniu i charakterowi naszej kotki.
A nasza Murka była kociczką niezależną, swawolną, dziką, egoistyczną, czułą, obrażalską, radosną, tkliwą, słodką. Podziwianą i uwielbianą.

Pojawienie się nowego domownika całkowicie rujnowało nasz rozkład zajęć i dość niezależny tryb życia. Mieszkaliśmy wówczas na 4 piętrze budynku usytuowanego w ruchliwym miejscu, powstało więc kilka problemów, w tym wypuszczanie zwierzątka na dwór.
Na razie koteczka biegała w domu po roślinach i tapetach, strącała wszelkie możliwe przedmioty i z zaciekawieniem śledziła ich lot, a my, mimo kilku autentycznych szkód, wcale się nie denerwowaliśmy, przeciwnie śmialiśmy się i zachwycali jej zwinnością.
Wkrótce mąż zobowiązał się, że będzie codziennie wywoził zwierzątko do lasu odległego o kilka kilometrów od domu. Pakował kociaka do zamykanego koszyka, wynosił do auta, i jechali. Murka tak uwielbiała te wycieczki, że już na odgłos kroków męża na schodach, sama wchodziła do koszyka, a kiedy nie wyjeżdżali natychmiast robiła to wielokrotnie, wchodząc i wychodząc z kosza, przynaglając go w ten sposób do podróży.

Kiedy Murka była jeszcze mała nie było większych problemów. Ale koty szybko rosną; już po paru miesiącach dorosła kotka, śmigająca po najwyższych sosnach, biegająca nieprzytomnie po lesie, do którego ludzie przywozili też swoje psy, nie reagująca na wołanie, szalejąca przez 2-3 godziny, to już stawał się duży problem. Próbowaliśmy trzymać ją na smyczy, ale cóż znaczy najdłuższa nawet linka wobec swobodnego hasania bez uwięzi. Nie mieliśmy serca tak ograniczać jej wolności.
Kiedy już udawało się zwabić ją z powrotem do auta po tych leśnych szaleństwach, Murka spokojnie lokowała się na przednim siedzeniu i pracowicie się myła. A kiedy skończyła swoją toaletę wskakiwała na oparcie fotela, za kierowcą, i rozpoczynała systematyczne, dokładne wylizywanie włosów i przeczesywanie pazurkami fryzury mojego męża. To był codzienny, jakże zadziwiający rytuał.

Gdy Murka jechała ze mną, to oczywiście ja sama byłam obiektem jej higienicznych zabiegów. Nosiłam wówczas długie włosy, więc można wyobrazić sobie niezadowolenie naszego kota, który mimo plucia na moją głowę, nie bardzo dawał sobie z nią radę.

W dni robocze Murka była zwykle przez około trzy, cztery nawet godziny sama w domu. W tym czasie, nawet wówczas gdy była jeszcze kociakiem, nie robiła nic, nie jadła, nie bawiła się, po prostu spała. Nie cierpiała być sama, więc w taki sposób uciekała przed tą nielubianą sytuacją.

Uwielbiała swego opiekuna. Ceniła jego towarzystwo nad wszystkie inne, siedziała z nim i przy nim, „pomagała” mu we wszystkich czynnościach, łącznie z goleniem i kąpielą. Byłam trochę zazdrosna, ale trzeba przyznać, że Murka bardzo umiejętnie obdzielała nas swoim przywiązaniem. Na przykład uznała, że sypiać będzie w moim łóżku więc nawet zaniesiona w inne miejsce, zawsze do mnie wracała, nie zdradzała. To samo było z jedzeniem, brała kęsy tylko z mojej ręki, nie bezpośrednio z miseczki. Rozpieszczałam ją bardzo.

Nigdy i nigdzie nie ruszaliśmy się bez tego zwierzątka. Jeżeli musieliśmy na dłużej wyjść bądź oboje wyjechać, Murka zawsze jechała z nami. Nie była oddawana pod cudzą opiekę. Oczywiście nie zawsze było to wygodne dla nas i często uciążliwe dla kota. Długa jazda autem denerwowała ją i nużyła. Chociaż miała z tyłu swoje legowisko, wolała jeździć na naszych kolanach i wyglądać przez szyby. W obcych miejscach chodziła na smyczy. Bajkowo wyglądała w tych swoich czerwonych, welurowych szeleczkach i pewnie o tym wiedziała, bo choć nie lubiła smyczy, dzielnie z nami maszerowała.

Murka miała swoje upodobania kulinarne. Na jej stole, pierwsze miejsce, przed wszystkimi innymi potrawami, zajmowały ryby, i to o dziwo wcale nie żadne łososie, ale pospolite płocie, za którymi przepadała. Mąż śmiał się, że taka arystokratka, a skłonności ma plebejskie. Źle znosiła wołowinę, polecaną przecież dla kotów, wolała kurczaki. Nie lubiła też wędlin, może z wyjątkiem szynki. Wszelkie warzywa, nawet gotowane specjalnie dla niej na rosole, traktowała z obrzydzeniem, a makarony i kluchy uznawała za żart w całkiem złym guście. Ponieważ mleka krowiego nie daje się kotom, a specjalnego kupić wówczas nie można było, znalazłam w jednej z okolicznych wsi właściciela kilku kóz i przez dość długi okres jeździłam do niego po świeże mleczko dla naszej koteczki.

Wszystko układało się dobrze do czasu, kiedy Murka w pogoni za muchą wskoczyła na parapet loggii i spadła na betonowe schody przed wejściem do domu. Przeżyła, ale złamała naprzemiennie dwie nóżki. To była straszna sytuacja. Piątkowe popołudnie, wszystkie lecznice pozamykane, w jednej weterynarz obiecał interwencję w poniedziałek, bo właśnie wyjeżdża…na weekend(!). A Murka, mimo że w stanie niemal agonalnym warczy, syczy i z pazurami rzuca się na weterynarza. Lekarz nie radzi sobie i telefonuje po instrukcje, nazywając swoją pacjentkę „zdziczałą” kotką. Proponuje uśpienie rannej: mój mąż, zwykle spokojny człowiek, dostaje po prostu szału.
Zastrzyki znieczulające, to cała pomoc. Kiedy lek przestaje działać kot płacze, jest półprzytomny, z bólu gryzie moje palce do krwi, a ja tak chcę jej ulżyć, tak jej współczuję, że nie cofam rąk; cierpimy razem.

Moje emocje, telefony, szukanie ratunku. Nareszcie udaje się w Klinice AR we Wrocławiu umówić zabieg. Czuwam przy Murce całą noc. Łzy i nerwy. Rano nie jestem w stanie prowadzić. Jedziemy taksówką do Wrocławia.
Operacja. Kot po wielu godzinach budzi się z narkozy. Będzie żyć. Będzie chodzić. Jestem szczęśliwa.
Potem jeszcze kilka tygodni leczenia, usuwanie drutów z nóżki. Murka kuleje na przednią łapkę, i tak już będzie zawsze. Kostki śródstopia są tak drobne, że zespół operacyjny, jeden z najlepszych, jeśli nie najlepszy w Polsce, bez specjalnego oprzyrządowania, którego Klinika nie ma, nie jest w stanie nic więcej zrobić.
Jednak mam zapewnienie, że kotka jest wyleczona, a co najważniejsze, że nie odczuwa już bólu.

W tym czasie pojawia się możliwość przeprowadzki, która jednak łączy się z radykalnymi zmianami: opuszczeniem miasta, w którym przeżyło się większą część życia oraz zakończeniem pracy zawodowej. Liczymy, że może jeszcze w nowym miejscu podejmiemy jakieś zatrudnienie, niestety rzeczywistość okazuje się inna.
A nowe miejsce to chałupka z ogródkiem, w małej miejscowości i spokojnej okolicy. Raj dla Murki. Byłby to koniec z uciążliwymi codziennymi wyjazdami z kotem za miasto. Te argumenty przeważają i podejmujemy stosowne decyzje.

Przeprowadzka. Murka przyjechała do nowego domu w czerwcu 1997 roku. Mimo różnych niedogodności, remontów, obcych ludzi wokół, hałasów, i innych, kotka momentalnie zaakceptowała nowe warunki, nowy dom – swój dom i swój ogród. Była bardzo, bardzo zadowolona.
Tego lata – od rana do późnej nocy Murka biega po dworze, poznaje ogród, wszystkie drzewa i chaszcze, zaczyna wyprawiać się na sąsiednie działki. Odkrywa swoją wielką namiętność – polowanie. Czatuje godzinami i zasadza się na drobne gryzonie, ale jej największe trofea to ptaki, które dały się zaskoczyć. Wszystkie swoje zdobycze przynosi nam w darze. Szkoda mi jej ofiar, tym bardziej, że sama ich nie zjada, ale jest tak szczęśliwa, że ja to usprawiedliwiam, i także jestem zadowolona.
Murka pilnuje swego ogrodu, strzeże terytorium przed innymi kotami, a ponieważ jest odważna i bojowa robi to nadzwyczaj skutecznie. Jest panią na włościach. Kiedy pewnego razu w ogródku pojawiła się kociczka trochę podobnie umaszczona, Murka wpadła dosłownie w amok, chciała wybić szybę. Wyskoczyła na dwór i dała intruzowi taką szkołę, że ta już nigdy się u nas nie pojawiła.

Przesiadujemy często w ogrodzie, obserwując niesamowitą żywotność, sprawność i wdzięk Murki, która mimo tej okaleczonej nóżki porusza się z precyzją i swobodą primabaleriny, a po drzewach po prostu fruwa niczym wiewiórka.

Wraz ze zmianą miejsca zamieszkania pojawiły się liczne problemy, od organizacyjnych po zdrowotne. Ale nasz maleńki członek rodziny czuje się tu tak świetnie, że wszystkie te sprawy schodzą na plan dalszy.

I tak jest do 11 grudnia 1998 roku. Cudownie słoneczna pogoda, błękitne niebo, śnieg powyżej kolan i mróz utrzymujący się poniżej -20 stopni. Tego przedpołudnia Murka wyszła tylko na chwilę. Na chodniku, po przeciwległej stronie naszej uliczki potrącił ją samochód. Zginęła na miejscu. Została tylko niewielka plama krwi na ubitym śniegu. Nie bała się samochodów, znała je od dzieciństwa.

Ból rozsadzający serce, fizyczny, namacalny, jest nie do opisania. Moja histeryczna wręcz rozpacz trwała wiele miesięcy. Przez trzy lata godzinami opłakiwałam Murkę i rozpamiętywałam najdrobniejsze szczegóły z jej życia. Tęskniłam za nią strasznie. A ona leży sobie cicha i spokojna pod cisem, w swoim ogrodzie ulubionym.

Przygarnialiśmy nowe koty, ale nieszczęście nasze po jej stracie nie słabło. Tylko to cierpienie z czasem lżejsze jakby się stawało.
Dziś mija 10 lat od jej śmierci. W naszych sercach i w naszej pamięci Murka pozostanie już do końca, i chcę wierzyć, że się kiedyś znów spotkamy – na niebieskich łąkach.

3 października 2007

Znów korupcja

Bazyl i Filip


Nie pamiętam już ani autora, ani nawet tytułu opowiadania o pewnym kocie, bo czytałam to jakieś kilkadziesiąt lat temu. W każdym razie w mojej pamieci zachowało się w takiej oto postaci:

Biedny, wymizerowany kot został odchuchany przez dobrych ludzi, z którymi następnie podróżował autem. To byli ludzie niezbyt zamożni i samochód był tani. Na jakimś parkingu wszyscy wysiedli, aby zjeść w barze. Kot też by coś dostał. W pewnej chwili na parking podjechał wspaniały Rolls-Royce, a towarzystwo nim jadące zaczęło wabić zwierzaka. Ludzie ze skromnego auta zobaczyli "swojego" kota już tylko za tylną szybą odjeżdżającego rollsa.
Wówczas myślałam, że jest to literacka fikcja. Dziś, po kilkunastu latach zajmowania się kotami wiem doskonale, że to mogła być najprawdziwsza prawda. Odczułam to również na własnej skórze. A to było tak:

Po śmierci naszej cudnej, najmądrzejszej i ukochanej kotki Murki, co stało się w środku zimy, zaczęła regularnie nawiedzać nasz ogród bardzo młoda koteczka. Przesiadywała na śniegu, podchodziła na ganek, i o której bądź porze wyjrzałam, ona była. Przez pamięć o Murce, a także sądząc, że to biedne zwierzę jest zziębnięte i głodne, raz i drugi wyniosłam jej na próg miseczkę. Potem wpuszczałam, żeby się trochę ogrzała. I niestety, od tego się zaczęło. Piszę niestety, bo już znacznie, znacznie później okazało się, że ta kotka jednak miała swój dom, i to niedaleko. Więc nie była ani głodna, ani zaniedbana. Ona po prostu uznała, że miska u nas jest smaczniejsza, a kominek cieplejszy. I już późnym latem tego roku uważała się na naszą kotkę, a nasz dom uznała za swój.
Wiadomo, że wywołało to sąsiedzkie kwasy i choć całkiem niezamierzenie, jednak zawiniłam wobec poprzednich jej opiekunów. To za sprawą tej kotki nasz dom zaroił się, a precyzyjniej rzecz ujmując - zakocił ponad miarę i przybyło trosk, również ponad miarę. Kotka Małpiatka, nazwana tak z racji swego niezwykłego podobieństwa do tego zwierzątka, od lat już nie jest z nami. Ale jej potomstwo miewa się bardzo dobrze.

Rozważając dziś los Feli i jej z nami znajomość, nie mogę wykluczyć, że historia tego kota w jakimś sensie się powtarza. Fela przecież także kiedyś musiła mieć jakiś dom i jakiś opiekunów. Ale wybrała lepszych. Dla niej. I chociaż naprawdę długo nas do tego przekonywała, jednak udało jej się postawić na swoim.

Tak więc zanim wpuścisz do swego domu kota, upewnij się, że jest on bezdomny. Ale jak? Niestety, nie ma na to dobrego sposobu.
Lepiej jednak zaopiekować się cudzym kotem, niż pozwolić wyrzuconemu albo zagubionemu zginąć z głodu i zimna. To pewne.

Dwaj synkowie Feli, Filip i Bazylek szukają dla siebie domów. Jedno z tych zwierzątek prześlicznych może należeć do Twojej rodziny. Obejrzyj je w galerii:
http://picasaweb.google.pl/manetka07

28 lipca 2007

Szkaradziej

Szkaradziej
Straszny krzyk, który rozległ się pewnego listopadowego, mroźnego dnia 1998 roku w jednym z okolicznych ogrodów, spowodował, że zbiegli się ludzie i zwierzęta, żeby zobaczyć, co się stało.To był krzyk rozpaczy i skargi. W pierwszej chwili nie można się było zorientować, kto tak woła o pomoc. Pomyślałam najpierw, że to Murka, chwilę potem, że dziecko. Pobiegłam do okna: to był kot.
Kobiecie, która wyszła z domu w wysokich botkach, stawał wszystkimi czterema łapami na stopach. I znów lamentował. I biegał jak nieprzytomny. Ten zwierzak musiał przeżyć coś naprawdę strasznego: stracił dom, umarł jego opiekun? Nie wiadomo.

W każdym razie kot ten zamieszkał w stojącej otworem komórce na sąsiedniej działce. Karmiliśmy go suchym jedzeniem, ponieważ inne w oczach zamarzało. Widać było, że nie zna tego pożywienia, ale głód musiał mu już porządnie dokuczyć, bo zjadał wszystko do okruszka. W jego schronieniu wiatr hulał i wcale przed zimnem nie zabezpieczał. Co rano chodziliśmy patrzeć, czy przetrwał. I wabiliśmy go do domu. Ale zjadał tylko swoją porcję i uciekał.

W tym czasie przeżyliśmy dramat. Nasza ukochana kotka Murka, uwielbiany, najcudowniejszy
i najmądrzejszy kot świata, straciła życie z winy złego i bezmyślnego człowieka.
Ani wówczas, ani dziś nikt i nic nie jest w stanie zastąpić jej straty.

Z humanitarnego obowiązku nadal karmiliśmy bezdomnego kota, który przeżył tę okropną zimę
i nie lepszą wiosnę, i dopiero w połowie lata, dosłownie podstępem zwabiliśmy go do domu. Kot miał już imię. Nazywał się Szkaradziej. Nie jest brzydki, wręcz przeciwnie, to ładny kot, pięknie umaszczony, chociaż ma feler: jest niewysoki, a tylne nóżki ma krzywiczne. I ten właśnie feler, zwłaszcza na tle skończonej piękności jaką była Murka, zdecydował o jego imieniu.

Szkaradziej panicznie bał się wszystkiego i absolutnie nie zachowywał się jak kot. Uderzyło nas przede wszystkim to, że nie zaglądał do każdego kąta, nie skakał po meblach, nie wysiadywał krzeseł ani kanap. Szkaradziej nie umiał się bawić! Trzeba było nie miesięcy, ale lat aby stał się normalnym kotem. Po trzech latach po raz pierwszy zobaczyliśmy, jak bawi się w ogrodzie śliwką, która spadła z drzewa. Dopiero ósmej zimy swego u nas pobytu odważył się usiąść przed kominkiem.
A dziś ze wszystkich dawnych strachów pozostał mu jedynie strach przed grzmotami burzy i hukiem noworocznych fajerwerków. Najlepsza kanapa w domu należy do Szkaradzieja.

Taki był początek naszej opieki nad opuszczonymi kotami.