Bardzo trudno recenzuje się książki osób, które się zna i bardzo trudno recenzuje się książki z gatunku literackiego, który nie jest tym ulubionym gatunkiem. Brakuje mi i wyraźnych punktów odniesienia, i doświadczenia czytelniczego. Ale spróbuję.
"Abel i Kain" Katarzyny Kwiatkowskiej to powieść kryminalna, rozgrywająca się na początku XX wieku. A dokładnie, latem 1900 roku. W Europie trwają właśnie drugie Igrzyska Olimpijskie, połączone z paryską Wystawą Światową. Polska nie istnieje na mapie jako osobne państwo, a Polacy pod obcymi rządami starają się wcielać w życie pozytywistyczne ideały. Ostatnie 20-lecie przeżyli w miarę spokojnie, czeka ich jeszcze kolejne spokojne 14 lat, zanim wybuchnie I wojna światowa. Nie inaczej jest w Wielkim Księstwie Poznańskim, gdzie rozgrywa się akcja utworu. Adam Poniński, właściciel dużego majątku, żyje sobie dostatnio i stabilnie, pomagając wszystkim sąsiadom i działając na rzecz wielkopolskiej społeczności. Jednak ta niczym niezmącona sielanka zostanie wkrótce zakłócona: najpierw podczas porodu umrze synowa Adama Ponińskiego, Lili, oraz jej noworodek. Następnie w tajemniczych okolicznościach zostaje zastrzelony jej mąż, Adam Poniński młodszy. Policja aresztuje drugiego z synów, Edwarda, jako najbardziej podejrzanego o zabójstwo brata.
Sprawa pozornie wydaje się oczywista, ale znajomi Adama Ponińskiego starszego poproszą detektywa Jana Morawskiego o dowiedzenie niewinności Edwarda. Detektyw podejmuje wyzwanie i pojawia się w majątku Ponińskich, Stępowie, ze swoim służącym, a zarazem współpracownikiem w rozwikływaniu detektywistycznych zagadek, Mateuszem. Obydwaj podejmą drobiazgowe, niekiedy żmudne śledztwo, które pomoże im ostatecznie odpowiedzieć na pytanie: kto zabił? Rozwiązanie, jak to w powieściach detektywistycznych bywa, wcale nie będzie oczywiste - ja sama aż do ostatnich kart książki nie domyślałam się czy ktoś, poza Edwardem, mógłby mieć motyw do popełnienia zbrodni i kto czyha na życie małej Natalki, wnuczki Adama Ponińskiego starszego. Rzecz jasna, nie powiem.
To, co mnie ujęło w tej książce, to drobiazgowa, realistyczna rekonstrukcja majątku bogatego wielkopolskiego ziemianina sprzed przeszło stu lat. Zwyczaje bogatych ziemian, ich wartości, tryb życia, sposób gospodarowania, relacje z innymi ziemianami oraz pozostałymi grupami społecznymi pokazują jakiś kawałek prawdy o społeczeństwie Księstwa Wielkopolskiego. Realistyczne są również portrety głównych bohaterów. Możemy sobie wyobrazić eleganckiego i wytwornego Jana Morawskiego, dumnego i władczego Adama Ponińskiego starszego, małą Natalkę, czy wielepiejską (tak się mówiło w mojej rodzinie) panią Eufemię z sąsiedniego majątku (zaręczam, że też będzie Was wkurzała). Język, momentami stylizowany, nie utrudnia jednak lektury, wręcz przeciwnie, idzie ona gładko i szybko. Jeśli lubicie kryminały historyczne - lepsze określenie nie przychodzi mi na myśl, ale chodzi mi o te powieści kryminalne, które nie dzieją się współcześnie i z pietyzmem odtwarzają scenerię jakiegoś konkretnego czasu i/lub miejsca - to warto spróbować.
Katarzyna Kwiatkowska, Abel i Kain, Novae Res, Gdynia 2013.
Za książkę dziękuję Autorce.
recenzje książkowe, nowości książkowe, literatura, kreatywne pisanie - i nie tylko.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza XXI wieku. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą proza XXI wieku. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 kwietnia 2013
wtorek, 12 lutego 2013
Trafny wybór - J. K. Rowling
J. K. Rowling miała chyba największą kampanię promocyjną ostatnich miesięcy. Pamiętam liczne mailingi, ale tez plakaty wiszące w metrze. Trudno się dziwić Znakowi, że postawił na znane nazwisko. W końcu mamy do czynienia z książką autorki serii książek o Harrym Potterze, która tym razem spróbowała napisać coś dla dorosłych czytelników. Ciekawe, czy potrafiła stworzyć coś równie fascynującego i trzymającego w napięciu - z taką myślą rezerwowałam książkę w bibliotece.
"Trafny wybór" J. K. Rowling opowiada historię kilku dni z życia miasteczka Pagford, położonego gdzieś na angielskiej prowincji. Zaczątek akcji stanowi śmierć Barry'ego Fairbrothera, radnego i społecznika, który umiera na wylew w drodze na kolację z żoną. Ta śmierć wprowadza wiele zamieszania w życiu wielu mieszkańców miasteczka. Dwie lokalne grupy interesu, dla których przysłowiową ością niezgody jest dzielnica biedoty, formalnie należąca do sąsiedniegoYarvil, ale terytorialnie bliższa Pagford, zaczynają rywalizację o wolne miejsce w radzie. Krystal, zbuntowana nastolatka z patologicznej rodziny, ze śmiercią Barry'ego, szefa jej osady wioślarskiej, traci jedyną osobę, która w nią wierzyła i dla której coś znaczyła. Nie wspominając już o rodzinie i przyjaciołach Barry'ego, którym zwyczajnie zabraknie życzliwego bliskiego człowieka. To będzie jednak dopiero początek - w miarę, jak będziemy wraz z narratorem obserwować rozwój wydarzeń, dowiemy się więcej na temat do tej pory skrzętnie skrywanych tajemnic...
Czytając, miałam mieszane uczucia. Po mniej więcej połowie książki powiedziałam koledze, że jest strasznie nudno i jestem zawiedziona. Wolne tempo akcji, natłok bohaterów i ich spraw, wielostronicowe niekończące się dyskusje, podane z dużą drobiazgowością Zastanawiałam się, czy nie oddać książki do biblioteki nieprzeczytanej, skoro na moich półkach i w czytniku zalega tyle innych atrakcji. Postanowiłam jednak dać Rowling szansę i przeczytać choćby jeszcze jeden rozdział. I to było to miejsce, gdzie w książce coś faktycznie zaczęło się dziać. Bohaterowie byli już na tyle wyczerpująco scharakteryzowani i przez to - zrozumiali (weźmy chociażby Krystal, dziewczynę, która na pierwszych stronach jawi się jako dość wulgarna i prymitywna, jednak gdy coraz lepiej rozumiemy, w jakim otoczeniu przyszło jej żyć i jak została zostawiona sama sobie, budzi coraz większą sympatię) i na tyle czułam się do nich przywiązana, że chciałam się koniecznie dowiedzieć, co z nimi stanie się dalej.
Ciekawie też jest spojrzeć na książkę, mając za sobą lekturę powieści napisanych w tym samym państwie jakieś 150 lat wcześniej. Powieści Gaskell są jeszcze eleganckie i wykwintne, opisują życie sfer wyższej i średniej. Przełomem były "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, która wywołała kontrowersje portretując patologię i najniższe warstwy społeczne. W powieści Rowling mamy przekrój: i angielską klasę średnią, i doły społeczne (które posługują się językiem raczej mało eleganckim), brakuje jedynie angielskiej arystokracji. Równocześnie nieco gawędziarski styl pisania i ironiczny humor to coś, co wydaje się być wyróżnikiem angielskiej powieści mimo upływu czasu. Warto dokonać takiego porównania na własną rękę.
J. K. Rowling, Trafny wybór, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
"Trafny wybór" J. K. Rowling opowiada historię kilku dni z życia miasteczka Pagford, położonego gdzieś na angielskiej prowincji. Zaczątek akcji stanowi śmierć Barry'ego Fairbrothera, radnego i społecznika, który umiera na wylew w drodze na kolację z żoną. Ta śmierć wprowadza wiele zamieszania w życiu wielu mieszkańców miasteczka. Dwie lokalne grupy interesu, dla których przysłowiową ością niezgody jest dzielnica biedoty, formalnie należąca do sąsiedniegoYarvil, ale terytorialnie bliższa Pagford, zaczynają rywalizację o wolne miejsce w radzie. Krystal, zbuntowana nastolatka z patologicznej rodziny, ze śmiercią Barry'ego, szefa jej osady wioślarskiej, traci jedyną osobę, która w nią wierzyła i dla której coś znaczyła. Nie wspominając już o rodzinie i przyjaciołach Barry'ego, którym zwyczajnie zabraknie życzliwego bliskiego człowieka. To będzie jednak dopiero początek - w miarę, jak będziemy wraz z narratorem obserwować rozwój wydarzeń, dowiemy się więcej na temat do tej pory skrzętnie skrywanych tajemnic...
Czytając, miałam mieszane uczucia. Po mniej więcej połowie książki powiedziałam koledze, że jest strasznie nudno i jestem zawiedziona. Wolne tempo akcji, natłok bohaterów i ich spraw, wielostronicowe niekończące się dyskusje, podane z dużą drobiazgowością Zastanawiałam się, czy nie oddać książki do biblioteki nieprzeczytanej, skoro na moich półkach i w czytniku zalega tyle innych atrakcji. Postanowiłam jednak dać Rowling szansę i przeczytać choćby jeszcze jeden rozdział. I to było to miejsce, gdzie w książce coś faktycznie zaczęło się dziać. Bohaterowie byli już na tyle wyczerpująco scharakteryzowani i przez to - zrozumiali (weźmy chociażby Krystal, dziewczynę, która na pierwszych stronach jawi się jako dość wulgarna i prymitywna, jednak gdy coraz lepiej rozumiemy, w jakim otoczeniu przyszło jej żyć i jak została zostawiona sama sobie, budzi coraz większą sympatię) i na tyle czułam się do nich przywiązana, że chciałam się koniecznie dowiedzieć, co z nimi stanie się dalej.
Ciekawie też jest spojrzeć na książkę, mając za sobą lekturę powieści napisanych w tym samym państwie jakieś 150 lat wcześniej. Powieści Gaskell są jeszcze eleganckie i wykwintne, opisują życie sfer wyższej i średniej. Przełomem były "Wichrowe wzgórza" Emily Bronte, która wywołała kontrowersje portretując patologię i najniższe warstwy społeczne. W powieści Rowling mamy przekrój: i angielską klasę średnią, i doły społeczne (które posługują się językiem raczej mało eleganckim), brakuje jedynie angielskiej arystokracji. Równocześnie nieco gawędziarski styl pisania i ironiczny humor to coś, co wydaje się być wyróżnikiem angielskiej powieści mimo upływu czasu. Warto dokonać takiego porównania na własną rękę.
J. K. Rowling, Trafny wybór, Wydawnictwo Znak, Kraków 2012.
niedziela, 27 stycznia 2013
Ciemno, prawie noc - Joanna Bator
Sposób pisania Joanny Bator podobał mi się już i w "Piaskowej Górze", i w "Chmurlandii". W przypadku powieści "Ciemno, prawie noc", przymierzałam się do kupna, ale gdy odkryłam, że jest w bibliotece, natychmiast ją wypożyczyłam. Muszę przyznać, że od dawna nie zdarzyło mi się, aby jakaś książka wciągnęła mnie tak bardzo, że nie mogłam się oderwać. W "Ciemno, prawie noc" Joanna Bator przeszła samą siebie. Powieść czyta się tak, jak gdyby oglądało się dobry horror.
Zaczyna się dość niewinnie, od tajemniczych zniknięć trójki dzieci w Wałbrzychu, rodzinnym mieście Alicji Tabor. Dziennikarka wyrusza więc w podróż, aby zbadać sprawę. Jednak zniknięcia dzieci to nie wszystko, czym przyjdzie jej się zająć: ścigają ją demony własnej przeszłości - dziwne zachowania matki, niezrozumiała śmierć starszej siostry oraz mania poszukiwania skarbów pod zamkiem Książ, której namiętnie oddawał się ojciec. Tymczasem w Wałbrzychu atmosfera robi się coraz gęstsza i coraz bardziej duszna, narastają akty przemocy wśród zwierząt, pojawia się ludowy prorok Jan Kołek, twierdzący, że w biedaszybie przemówiła do niego wałbrzyska Matka Boska Bolesna, a po jego nagłej śmierci, samozwańczy "syn" Jerzy Łabędź. W opowieści to, co realne, przenika się z zaświatami, z których przybywają duchy i na pograniczu których żyją Kociary - swego rodzaju wiedźmy, które pomagają nie tylko kotom, ale również słabszym i cierpiącym.
Podobały mi się też liczne aluzje do bieżących wydarzeń - wątek działalności obu proroków nawiązuje do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wpisy na lokalnych wałbrzyskich forach brzmią trochę jak antyczny chór, a wielokrotne powtarzanie tych samych dialogów, swoista zdarta płyta, podkreśla i puentuje najbardziej powszechne w Polsce stereotypy. Widać też bardzo dobry warsztat autorki - z każdą kolejną stroną napięcie rośnie, trudno jest porzucić książkę podczas lektury, a podczas rozwiązania akcji doświadczamy bardzo silnego katharsis.
Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012.
Zaczyna się dość niewinnie, od tajemniczych zniknięć trójki dzieci w Wałbrzychu, rodzinnym mieście Alicji Tabor. Dziennikarka wyrusza więc w podróż, aby zbadać sprawę. Jednak zniknięcia dzieci to nie wszystko, czym przyjdzie jej się zająć: ścigają ją demony własnej przeszłości - dziwne zachowania matki, niezrozumiała śmierć starszej siostry oraz mania poszukiwania skarbów pod zamkiem Książ, której namiętnie oddawał się ojciec. Tymczasem w Wałbrzychu atmosfera robi się coraz gęstsza i coraz bardziej duszna, narastają akty przemocy wśród zwierząt, pojawia się ludowy prorok Jan Kołek, twierdzący, że w biedaszybie przemówiła do niego wałbrzyska Matka Boska Bolesna, a po jego nagłej śmierci, samozwańczy "syn" Jerzy Łabędź. W opowieści to, co realne, przenika się z zaświatami, z których przybywają duchy i na pograniczu których żyją Kociary - swego rodzaju wiedźmy, które pomagają nie tylko kotom, ale również słabszym i cierpiącym.
Podobały mi się też liczne aluzje do bieżących wydarzeń - wątek działalności obu proroków nawiązuje do obrońców krzyża na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie. Wpisy na lokalnych wałbrzyskich forach brzmią trochę jak antyczny chór, a wielokrotne powtarzanie tych samych dialogów, swoista zdarta płyta, podkreśla i puentuje najbardziej powszechne w Polsce stereotypy. Widać też bardzo dobry warsztat autorki - z każdą kolejną stroną napięcie rośnie, trudno jest porzucić książkę podczas lektury, a podczas rozwiązania akcji doświadczamy bardzo silnego katharsis.
Joanna Bator, Ciemno, prawie noc, Wydawnictwo WAB, Warszawa 2012.
środa, 12 września 2012
E L James - Pięćdziesiąt twarzy Greya
Ciekawość pierwszy stopień do piekła. Także czytelniczego.
Pytanie "zgodzi się, czy nie?" to pytanie, które napędza lekturę i powoduje, że książkę czyta się do końca. Właśnie to napięcie - widzimy, że pan Grey to toksyczny osobnik, ale podobnie jak Anastasia mamy ciągle nadzieję, że może jeszcze nie jest z nim tak źle, że może warto o niego zawalczyć. Druga rzecz - przełamanie tabu w literaturze erotycznej dla kobiet, jeśli wierzyć dziennikarce "WO", to czegoś takiego jeszcze nie było. Ale to jest właściwie wszystko. Książka nie jest literacko wyrafinowana. Nader szybko orientujemy się też, że mamy do czynienia z fikcją - bohaterowie są idealnie dopasowani, zawsze sprawni, pan Grey zawsze pamięta o prezerwatywach, Anastasia wciąż przygryza usta, co wciąż irytuje pana Greya. Książka jest też schematyczna - w każdym rozdziale obowiązkowo musi znaleźć się opis kolejnego efektownego zbliżenia. W którymś momencie jest już tego tyle, że zaczyna robić się nudno. Sado-maso jest z kolei tyle, ile mięsa w parówce. To raczej książkowa wersja filmików dla pań, które kiedyś były prezentowane przez Polsat w ramach erotycznych wieczorów - kolorowo i idealnie, a zarazem bardzo sztucznie. Bardziej fantazja niż rzeczywisty świat. Czemu okazała się atrakcyjna dla tak wielu (jak twierdzi wydawca w materiałach promocyjnych) z nich? To chyba to samo pytanie, czemu dwadzieścia lat temu panie tak fascynowały się książkami z serii Harlequin. Ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba nie jestem w targecie.
E L James, "Pięćdziesiąt twarzy Greya", Sonia Draga, 2012.
Skoro jestem na urlopie, zachciało mi się przeczytać coś lekkiego, do tego sama książka została bardzo mocno rozpromowana w mediach, a na Woblinku trafiła się promocja. Co o niej wiedziałam, to to, że pierwotnie historia była fanfikiem (fan fiction, czyli ciąg dalszy lub wariacja na temat podstawowej opowieści napisana przez fankę/fana) do "Zmierzchu" i odpowiadała na zapotrzebowanie tych "zmierzchowiczów", którzy w relacji głównych bohaterów chcieli pogłębienia wątku erotycznego. Recenzje umieszczone w mediach dodatkowo przedstawiały książkę jako opowieść sado-maso, która urzekła gospodynie domowe w Stanach Zjednoczonych. "20 mln kobiet oszalało na punkcie pornoksiążki", pisze Katarzyna Wężyk w Wysokich Obcasach i dodaje: "wiele feministek uważa, że trylogia E.L. James przynosi kobietom więcej
szkody niż pożytku, bo powiela niekorzystne dla nich stereotypy.
"Pięćdziesiąt twarzy Greya" ich zdaniem sugeruje, że wszystkie kobiety
tak naprawdę marzą o poddaniu się mężczyźnie, który będzie całkowicie
kontrolował ich życie i podejmował za nie wszystkie decyzje, a to iście
XIX-wieczny koncept. Ponadto powiela szkodliwy mit, jakoby miłość dobrej
dziewczyny mogła zmienić mężczyznę, co z kolei w prostej linii prowadzi
do syndromu żony alkoholika". Skoro przedstawicielki feministycznego nurtu w krytyce literackiej tak się wypowiedziały, trzeba obaczyć i wyrobić sobie własny pogląd. Tym sposobem książka "Pięćdziesiąt twarzy Greya" autorstwa niejakiej E L James trafiła do mojego czytnika.
Historia jest banalnie prosta. Anastasia Steele, studentka literatury, w zastępstwie swojej chorej współlokatorki, przeprowadza wywiad z bajecznie bogatym Christianem Greyem do uczelnianego pisma (pan Grey jest darczyńcą uczelni). Christian Grey, poza tym, że jest bogaty, jest też niesamowicie przystojny i roztacza wokół siebie aurę tajemnicy i niedostępności. Anastasia z miejsca się zakochuje, ale wydaje się, że również pan Grey uległ jej urokowi - następnego dnia pojawi się w sklepie dla majsterkowiczów, w którym dziewczyna pracuje i będzie jej składał również inne dowody zainteresowania. I żyli długo i szczęśliwie - nie, ta historia nie ma aż takiego happy endu. Przez całą opowieść pan Grey będzie starał się nakłonić Anastasię do zgodzenia się (w pisemny sposób, w formie umowy) na relację erotyczną z różnymi urozmaiceniami typu sado-maso, natomiast bohaterka, targana wątpliwościami, będzie je na różne sposoby wyrażać i stawiać opór. Z drugiej strony, fascynacja panem Greyem będzie tak silna, że na dowód jego bardziej czułuch uczuć Anastasia będzie na plus interpretować jego niektóre słowa i gesty czy próbować tłumaczyć go trudnym dzieciństwem i faktem bycia molestowanym (?) przez starszą od niego kobietę.
Pytanie "zgodzi się, czy nie?" to pytanie, które napędza lekturę i powoduje, że książkę czyta się do końca. Właśnie to napięcie - widzimy, że pan Grey to toksyczny osobnik, ale podobnie jak Anastasia mamy ciągle nadzieję, że może jeszcze nie jest z nim tak źle, że może warto o niego zawalczyć. Druga rzecz - przełamanie tabu w literaturze erotycznej dla kobiet, jeśli wierzyć dziennikarce "WO", to czegoś takiego jeszcze nie było. Ale to jest właściwie wszystko. Książka nie jest literacko wyrafinowana. Nader szybko orientujemy się też, że mamy do czynienia z fikcją - bohaterowie są idealnie dopasowani, zawsze sprawni, pan Grey zawsze pamięta o prezerwatywach, Anastasia wciąż przygryza usta, co wciąż irytuje pana Greya. Książka jest też schematyczna - w każdym rozdziale obowiązkowo musi znaleźć się opis kolejnego efektownego zbliżenia. W którymś momencie jest już tego tyle, że zaczyna robić się nudno. Sado-maso jest z kolei tyle, ile mięsa w parówce. To raczej książkowa wersja filmików dla pań, które kiedyś były prezentowane przez Polsat w ramach erotycznych wieczorów - kolorowo i idealnie, a zarazem bardzo sztucznie. Bardziej fantazja niż rzeczywisty świat. Czemu okazała się atrakcyjna dla tak wielu (jak twierdzi wydawca w materiałach promocyjnych) z nich? To chyba to samo pytanie, czemu dwadzieścia lat temu panie tak fascynowały się książkami z serii Harlequin. Ja nie umiem na nie odpowiedzieć. Chyba nie jestem w targecie.
E L James, "Pięćdziesiąt twarzy Greya", Sonia Draga, 2012.
niedziela, 23 października 2011
Marzenie Celta - Mario Vargas Llosa
Nie dałam rady wybrać się na spotkanie z Mario Vargasem Llosą w Warszawie, ale po bardzo wyczerpującym tygodniu miałam marzenie, aby zaszyć się w jakimś spokojnym kącie, bez ludzkiego towarzystwa. Sala wypełniona dużą liczbą ludzi - nawet jeśli występuje mój ulubiony pisarz - takich warunków zdecydowanie nie spełnia. Choć wiem, że warto jest pójść. Że z całej publicznej rozmowy da się wyłowić jakąś istotną, inspirującą myśl. Że warto zobaczyć na własne oczy człowieka, którego zna się tylko przez pryzmat napisanych przez niego książek. Nie martw się, na pewno ta rozmowa będzie na jakimś portalu, powiedział Michał, i były to prorocze słowa, bo nawet Trójka przeprowadziła wywiad z noblistą.
Ale przejdźmy do rzeczy. Jestem po lekturze najnowszej książki Mario Vargasa Llosy, "Marzenie Celta". To opowieść o Rogerze Casemencie, brytyjskim dyplomacie i irlandzkim patriocie. Casement zaczynał jako handlowiec, zafascynowany Czarnym Lądem i ideologią kolonializmu. Jednak wyprawa do Konga otworzyła mu oczy na ciemne strony cywilizacji białego człowieka: wyzysku mieszkańców Afryki, rabunkowej gospodarki oraz brutalnej przemocy. Z naiwnego młodzieńca Casement staje się obrońcą praw człowieka i autorem krytycznych raportów o kolonializmie. Najpierw opracowuje raport dotyczący Konga, później wyruszy do Amazonii. Równocześnie, podczas pobytów w rodzinnych stronach w Irlandii (która jest wówczas częścią Korony Brytyjskiej - my, Polacy, coś o tym wiemy, w książce pojawi się zresztą polski wątek - znajomość Casementa z Josephem Conradem), Casement staje się zagorzałym irlandzkim patriotą (znajomi przezywają go Celtem), wspierającym kultywowanie rodzimych tradycji, kultury, zwyczajów. Jego największym marzeniem jest niepodległość jego kraju i to zwiedzie go na polityczne manowce - nawiąże kontakt z Niemcami, aby u ich boku stworzyć oddział Irlandczyków walczący o wyzwolenie Irlandii. Niezrozumiany przez rodaków Celt poniesie klęskę - oddział nie powstanie, on sam dostanie się w ręce Brytyjczyków. Akcja książki dzieje się w momencie, w którym uwięziony Casement czeka na decyzję rządu brytyjskiego w sprawie jego ułaskawienia. Dodatkowe komplikacje w tej sprawie powoduje fakt ujawnienia zapisków Casementa, świadczących o tym, że jest on aktywnym homoseksualistą (ponad sto lat temu ujawienie takiej informacji było poważną skazą na publicznym wizerunku). Razem z bohaterem przyglądamy się jego dotychczasowemu życiu, jesteśmy świadkami jego nawrócenia i razem z nim zadajemy sobie pytanie - czy to, że w którymś momencie pobłądzimy, przekreśla nasze dobre czyny?
Byłam głęboko tą książką poruszona, czytałam ją, zatrzymywałam się, przeżuwałam w myślach, wracałam do lektury. Jest świetnie napisana. Do tego Llosa, który do tej pory nie miał oporów przed opisywaniem najbardziej drastycznych scen, tutaj jest wyjątkowo dyskretny i raczej sygnalizuje niż dokładnie rejestruje. Do końca nie wiemy, na ile jego bohater przeżył to wszystko, co opisał w swoich intymnych zapiskach, a na ile fantazjował (Llosa w posłowiu wyjaśnia, że przyjął, że w wielu przypadkach była to jednak fantazja). Świetnie zostały też pokazane rozterki i wątpliwości Casementa związane z jego orientacją seksualną - homoseksualizm nie był częścią publicznej debaty, a represyjna kultura nie sprzyjała samoświadomości w tym zakresie - a także jego dojmujące poczucie samotności i tęsknota za bliską relacją, gdy patrzył na udane małżeństwa swoich przyjaciół.
Równocześnie z "Marzeniem Celta" kupiłam malutką książeczkę "Fonsito i księżyc". Jest adresowana do dzieci, ale dorośli czytelnicy znajdą tutaj dobrze znanego im Fonsita z "Pochwały macochy" oraz "Zeszytów don Rigoberta". Książeczka jest przepięknie ilustrowana, utrzymana w konwencji graficznej wszystkich książek Mario Vargasa Llosy wydanych przez Znak. Opowiada historię pierwszej szkolnej miłości i po prostu jest wzruszająca. Ale nic więcej Wam nie zdradzę, aby nie psuć przyjemności z ewentualnej lektury.
"Marzenie Celta", "Fonsito i księżyc", Mario Vargas Llosa, Wydawnictwo Znak, 2011.
wtorek, 9 sierpnia 2011
:: Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy :: Maciej Grabski
Zachęcona Waszymi opiniami, sięgnęłam po drugą część przygód księdza Rafała Nowiny, napisaną przez Macieja Grabskiego. Pisaliście w komentarzach, że jest lepsza od części pierwszej, która była recenzowana przeze mnie tu. Przeczytałam. W dwa wieczory, przy czym czytanie skończyłam dzisiaj o 2:00 w nocy, co jest najlepszym świadectwem bycia wciągniętą.
Ale do rzeczy. Ksiądz Rafał Nowina jest proboszczem w Gródku, niewielkiej miejscowości gdzieś na wschodzie Polski. Na świecie i w kraju mają miejsce faktycznie niespokojne czasy: Polak zostaje papieżem, system komunistyczny coraz bardziej drży w posadach, zostaje wprowadzony stan wojenny. Bardziej lokalną perspektywą, zwłaszcza dla głównego bohatera, są nagłe zmiany w kurii: umiera dotychczasowy biskup, w jego miejsce pojawia się nowy i niezbyt księdzu Rafałowi przychylny. Jednak lokalna społeczność, która zaakceptowała i polubiła Rafała, w trudnych sytuacjach staje za nim murem. Wyjątkowym oparciem jest dla niego rodzina organisty Antoniego, u której mieszka zresztą na stancji siostra księdza, Maja, pracująca w lokalnym ośrodku zdrowia jako lekarka. Próbuje ona z różnym skutkiem uchronić przed poborem do wojska miejscowych chłopaków. Do tego czubi się i lubi z jednym ze swoich miejscowych rówieśników, niejakim Koconiem, a miejscowi doskonale orientują się, dlaczego, zanim jeszcze wiedzą to sami zainteresowani. Chociaż Rafał ma dobry kontakt z siostrą, jego relacje z rodzicami już takie nie są i nie umie się z tym uporać. Za to pomaga Michałowi, utalentowanemu muzycznie chłopcu, który zostaje przyłapany przez niego na zakradaniu się do kościoła i grę na organach. Jest jeszcze kilka innych ciekawych wątków, ale te przemilczę, żeby nie psuć przyjemności z lektury tym z Was, które i którzy sięgną po tę książkę.
Książka, tak jak poprzedniczka, napisana dobrze i lekko. Maciej Grabski ma też niezłe poczucie humoru, co widać chociażby w scenie, w której ksiądz Rafał negocjuje uwolnienie żołnierzy z patrolu wojskowego, obezwładnionego przez podchmielonych gości weselnych. Czy też w scenie, w której na wzmiankę o kanoniku Jeanie-Lucu członkowie rady parafialnej jak jeden mąż cytują jego pochwałę pierogów: "Pierrogi rruskie barrdzo dobrze!". Nie może też zabraknąć współczesnej wersji antycznego greckiego chóru (telewidzom znanej z serialu Ranczo). Tutaj nie ma co prawda ławeczki pod sklepem, ale stolik w barze, gdzie mężczyźni komentują bieżące wydarzenia, by w końcu podsumować je zwyczajowym powiedzonkiem: "jebate to życie". A ponieważ książka znowu urywa się w momencie, który zapowiada znaczące zmiany w życiu bohaterów, pozostaje nadzieja na kolejną część. Panie Macieju, pisze ją już Pan?
Maciej Grabski, Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
Ale do rzeczy. Ksiądz Rafał Nowina jest proboszczem w Gródku, niewielkiej miejscowości gdzieś na wschodzie Polski. Na świecie i w kraju mają miejsce faktycznie niespokojne czasy: Polak zostaje papieżem, system komunistyczny coraz bardziej drży w posadach, zostaje wprowadzony stan wojenny. Bardziej lokalną perspektywą, zwłaszcza dla głównego bohatera, są nagłe zmiany w kurii: umiera dotychczasowy biskup, w jego miejsce pojawia się nowy i niezbyt księdzu Rafałowi przychylny. Jednak lokalna społeczność, która zaakceptowała i polubiła Rafała, w trudnych sytuacjach staje za nim murem. Wyjątkowym oparciem jest dla niego rodzina organisty Antoniego, u której mieszka zresztą na stancji siostra księdza, Maja, pracująca w lokalnym ośrodku zdrowia jako lekarka. Próbuje ona z różnym skutkiem uchronić przed poborem do wojska miejscowych chłopaków. Do tego czubi się i lubi z jednym ze swoich miejscowych rówieśników, niejakim Koconiem, a miejscowi doskonale orientują się, dlaczego, zanim jeszcze wiedzą to sami zainteresowani. Chociaż Rafał ma dobry kontakt z siostrą, jego relacje z rodzicami już takie nie są i nie umie się z tym uporać. Za to pomaga Michałowi, utalentowanemu muzycznie chłopcu, który zostaje przyłapany przez niego na zakradaniu się do kościoła i grę na organach. Jest jeszcze kilka innych ciekawych wątków, ale te przemilczę, żeby nie psuć przyjemności z lektury tym z Was, które i którzy sięgną po tę książkę.
Książka, tak jak poprzedniczka, napisana dobrze i lekko. Maciej Grabski ma też niezłe poczucie humoru, co widać chociażby w scenie, w której ksiądz Rafał negocjuje uwolnienie żołnierzy z patrolu wojskowego, obezwładnionego przez podchmielonych gości weselnych. Czy też w scenie, w której na wzmiankę o kanoniku Jeanie-Lucu członkowie rady parafialnej jak jeden mąż cytują jego pochwałę pierogów: "Pierrogi rruskie barrdzo dobrze!". Nie może też zabraknąć współczesnej wersji antycznego greckiego chóru (telewidzom znanej z serialu Ranczo). Tutaj nie ma co prawda ławeczki pod sklepem, ale stolik w barze, gdzie mężczyźni komentują bieżące wydarzenia, by w końcu podsumować je zwyczajowym powiedzonkiem: "jebate to życie". A ponieważ książka znowu urywa się w momencie, który zapowiada znaczące zmiany w życiu bohaterów, pozostaje nadzieja na kolejną część. Panie Macieju, pisze ją już Pan?
Maciej Grabski, Ksiądz Rafał. Niespokojne czasy, Wydawnictwo Znak, Kraków 2011.
niedziela, 7 sierpnia 2011
:: Panna Ferbelin :: Stefan Chwin ::
Mam sentyment do prozy Stefana Chwina jeszcze z czasów moich studiów w Gdańsku. Mieszkałam w akademikach przy ul. Polanki, niedaleko budynku wydziałów historycznego i filologicznego Uniwersytetu Gdańskiego, nazywanych potocznie "humaną". To miejsce pracy Stefana Chwina i stąd już tylko o krok do urokliwej starej części dzielnicy Oliwa, z którą pisarz jest związany od swoich najmłodszych lat. Stare, zdobione wille i kamienice przypominają o ich niemieckiej przeszłości, podobnie jak stare przedmioty na stoiskach handlarzy starociami podczas Jarmarku Dominikańskiego, chociaż ich dawnych mieszkańców w Gdańsku już nie ma. Moja wyobraźnia próbuje sięgnąć czasem do dawnych czasów; nie inaczej w swoich niektórych książkach czyni Stefan Chwin.
Jego najnowsza książka, "Panna Ferbelin", to właśnie tego rodzaju ćwiczenie: wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Gdańsku z końca XIX wieku - poukładany, mieszczański świat. Tytułowa bohaterka powieści, panna Maria Ferbelin, córka stolarza, dostaje właśnie pracę jako guwernantka Helmuta, syna prokuratora Hammelsa - głównego reprezentanta władzy w mieście. Ma zagwarantowaną wysoką pensję, co zapewnia bezpieczeństwo skromnemu domowemu budżetowi - stolarz Ferbelin na skutek kryzysu ekonomicznego od jakiegoś czasu nie ma już zamówień na meble. I oto pojawia się Nauczyciel z Neustadt, mężczyzna, który głosi w Gdańsku nauki na temat sensu życia. Zainspirowani jego słowami pracownicy stoczni zaczynają walczyć o swoje prawa pracownicze, a równocześnie ma miejsce poważny zamach terrorystyczny. Dla prokuratora Hammelsa stanowi to nie lada wyzwanie: jego główny konkurent, komisarz policji, tylko czeka na potknięcie prokuratora, aby móc udowodnić mu jego słabość i przejąć władzę w mieście. Sytuacja jest też wyzwaniem dla samej panny Ferbelin, która zostaje kochanką Nauczyciela. I jak to w powieści bywa, wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje. Jak? A to już tajemnica.
To, co mnie zafascynowało najbardziej, to realizm, w jaki pisarz oddał tamten świat. Czytając, czułam, że jestem właśnie w tym dawnym Gdańsku, zarówno przez starannie nakreśloną topografię miejsc, posługiwanie się starymi nazwami ulic czy drobiazgowe opisy przedmiotów. Z drugiej strony, zdawałam sobie sprawę, że jest to właśnie swego rodzaju ćwiczenie intelektualne na temat: co by było, gdyby Chrystus pojawił się na ziemi po raz kolejny, właśnie w XIX-wiecznym Gdańsku? Kim byłaby Maria Magdalena, uczniowie, kto wystąpiłby w roli Poncjusza Piłata? Co więcej, pojawiają się też aluzje do wydarzeń już późniejszych - strajków robotniczych na Wybrzeżu w latach 1970 i 1980 czy Lecha Wałęsy. Najciekawsze są jednak dyskusje toczone przez głównych bohaterów, ale też konflikt pomiędzy ich dążeniami, który nieuchronnie się pojawi. Polityka nazwała zresztą książkę Stefana Chwina powieścią idei, podkreślając, że najciekawsze w niej jest właśnie starcie racji głównych bohaterów. Jednak to nie tylko starcie racji. Jak dla mnie przede wszystkim ciekawe były pytania, które stawiają sobie bohaterowie i które nie zostają rozstrzygnięte. Bo każdy z nas musi znaleźć odpowiedzi na nie sam, w swoim życiu.
Stefan Chwin, Panna Ferbelin, Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2011.
Jego najnowsza książka, "Panna Ferbelin", to właśnie tego rodzaju ćwiczenie: wyobraźmy sobie, że jesteśmy w Gdańsku z końca XIX wieku - poukładany, mieszczański świat. Tytułowa bohaterka powieści, panna Maria Ferbelin, córka stolarza, dostaje właśnie pracę jako guwernantka Helmuta, syna prokuratora Hammelsa - głównego reprezentanta władzy w mieście. Ma zagwarantowaną wysoką pensję, co zapewnia bezpieczeństwo skromnemu domowemu budżetowi - stolarz Ferbelin na skutek kryzysu ekonomicznego od jakiegoś czasu nie ma już zamówień na meble. I oto pojawia się Nauczyciel z Neustadt, mężczyzna, który głosi w Gdańsku nauki na temat sensu życia. Zainspirowani jego słowami pracownicy stoczni zaczynają walczyć o swoje prawa pracownicze, a równocześnie ma miejsce poważny zamach terrorystyczny. Dla prokuratora Hammelsa stanowi to nie lada wyzwanie: jego główny konkurent, komisarz policji, tylko czeka na potknięcie prokuratora, aby móc udowodnić mu jego słabość i przejąć władzę w mieście. Sytuacja jest też wyzwaniem dla samej panny Ferbelin, która zostaje kochanką Nauczyciela. I jak to w powieści bywa, wszystko się jeszcze bardziej skomplikuje. Jak? A to już tajemnica.
To, co mnie zafascynowało najbardziej, to realizm, w jaki pisarz oddał tamten świat. Czytając, czułam, że jestem właśnie w tym dawnym Gdańsku, zarówno przez starannie nakreśloną topografię miejsc, posługiwanie się starymi nazwami ulic czy drobiazgowe opisy przedmiotów. Z drugiej strony, zdawałam sobie sprawę, że jest to właśnie swego rodzaju ćwiczenie intelektualne na temat: co by było, gdyby Chrystus pojawił się na ziemi po raz kolejny, właśnie w XIX-wiecznym Gdańsku? Kim byłaby Maria Magdalena, uczniowie, kto wystąpiłby w roli Poncjusza Piłata? Co więcej, pojawiają się też aluzje do wydarzeń już późniejszych - strajków robotniczych na Wybrzeżu w latach 1970 i 1980 czy Lecha Wałęsy. Najciekawsze są jednak dyskusje toczone przez głównych bohaterów, ale też konflikt pomiędzy ich dążeniami, który nieuchronnie się pojawi. Polityka nazwała zresztą książkę Stefana Chwina powieścią idei, podkreślając, że najciekawsze w niej jest właśnie starcie racji głównych bohaterów. Jednak to nie tylko starcie racji. Jak dla mnie przede wszystkim ciekawe były pytania, które stawiają sobie bohaterowie i które nie zostają rozstrzygnięte. Bo każdy z nas musi znaleźć odpowiedzi na nie sam, w swoim życiu.
Stefan Chwin, Panna Ferbelin, Wydawnictwo Tytuł, Gdańsk 2011.
sobota, 21 maja 2011
:: Romans licealny :: Piotr Zaremba ::
Był taki czas, kiedy żyłam przede wszystkim życiem mojej klasy w szkole podstawowej, tak mniej więcej w wieku 11-15 lat. Zapisywałam co śmieszniejsze dialogi i sceny. Gdy nazbierało się tego już całkiem sporo, spróbowałam powiązać je w całość, nieco zmieniając scenerię akcji. Tak powstały "Sceny z życia VI C". W liceum przepisałam ten tekst na komputerze i nieco go zredagowałam. Trzymałam go w szufladzie, dopóki Tata nie zaproponował, abym pokazała go zaprzyjaźnionemu autorowi i wydawcy zbiorów aforyzmów, Władysławowi A Grzeszczykowi. A ten udzielił mi kilka cennych rad. Przede wszystkim kazał zapoznać się z poetyką, która dokładnie określa, jakie wymogi powinien spełnić tekst, aby stać się pełnoprawną powieścią, a nie ciągiem luźno napisanych scen z wartkimi dialogami.
Podobna rada przydałaby się Piotrowi Zarembie, autorowi książki "Romans licealny". Mam wrażenie, że to ciąg zapisanych przez niego luźnych obserwacji ze szkoły, w której niegdyś pracował. Wartkie dialogi, umiejętność obserwacji (fajnie pokazane relacje pomiędzy uczniami czy nauczycielami w pokoju nauczycielskim), jednak bez pogłębienia tematu. Brakuje bliższego przyjrzenia się postaciom, które w zamyśle miały być pierwszoplanowe - kompletnie nie rozumiem polonistki Anny czy też uczennicy Kaweckiej, ale też motywacji głównego bohatera, Pawła, który, chociaż czuje się spełniony jako nauczyciel, postanawia zmienić pracę. Trudno też zaobserwować w nim jakąś istotną przemianę (bez której w powieści przecież ani rusz). Za dużo jest dialogów, które w takiej ilości przytłaczają. Za dużo tajemnic pozostaje niedoświetlonych, niewyjaśnionych, a tytułowy romans okazuje się być jednym z pobocznych i niezbyt istotnych wątków. Przyznaję, że nieco się rozczarowałam.
Piotr Zaremba, Romans licealny, Świat Książki, Warszawa 2009.
Podobna rada przydałaby się Piotrowi Zarembie, autorowi książki "Romans licealny". Mam wrażenie, że to ciąg zapisanych przez niego luźnych obserwacji ze szkoły, w której niegdyś pracował. Wartkie dialogi, umiejętność obserwacji (fajnie pokazane relacje pomiędzy uczniami czy nauczycielami w pokoju nauczycielskim), jednak bez pogłębienia tematu. Brakuje bliższego przyjrzenia się postaciom, które w zamyśle miały być pierwszoplanowe - kompletnie nie rozumiem polonistki Anny czy też uczennicy Kaweckiej, ale też motywacji głównego bohatera, Pawła, który, chociaż czuje się spełniony jako nauczyciel, postanawia zmienić pracę. Trudno też zaobserwować w nim jakąś istotną przemianę (bez której w powieści przecież ani rusz). Za dużo jest dialogów, które w takiej ilości przytłaczają. Za dużo tajemnic pozostaje niedoświetlonych, niewyjaśnionych, a tytułowy romans okazuje się być jednym z pobocznych i niezbyt istotnych wątków. Przyznaję, że nieco się rozczarowałam.
Piotr Zaremba, Romans licealny, Świat Książki, Warszawa 2009.
czwartek, 6 stycznia 2011
:: Spiski :: Wojciech Kuczok
Ciekawymi dokumentami poczynań poszukiwaczy skarbów pozostały, zachowane do dzisiaj, rękopiśmienne "spiski" - czyli po prostu teksty spisane (...) Były przedziwnym konglomeratem praktycznych wskazówek, dotyczących poruszania się w terenie górskim, oraz fantastycznych opisów i tekstów magicznych. Jacek Kolbuszewski, Odkrycie Tatr
Ten cytat, umieszczony na samym końcu najnowszej książki Wojciecha Kuczoka, "Spiski. Przygody tatrzańskie", doskonale charakteryzuje jej zawartość. Znalazło się w niej pięć opowiadań, które za sprawą miejsca akcji, postaci narratora oraz innych bohaterów łączą się zgrabnie w całość. W pierwszej z tych historii katowicki chłopak jedzie na wakacje z rodzicami do jednej z podtatrzańskich wsi, w kolejnych do tej wsi powraca. Za każdym razem przeżywa inną przygodę - a to próbuje uczyć swoich góralskich rówieśników gry w piłkę, a to poznaje pilnie strzeżoną lokalną tajemnicę, a to pośredniczy między parą zakochanych, a to próbuje ratować ojca przed zemstą górali za rzekomy zły urok czy w końcu chce przywrócić ojcu radość życia.

To, co rzeczywiste, miesza się z tym, co nierzeczywiste, prawda (chociażby znajomość lokalnych zwyczajów czy środowiska taterników) łączy się ze zmyśleniem, a wszystko to podlane jest sporą dawką humoru. Wyobraźcie sobie chociażby sytuację, w której górale piorą się krowimi plackami, zapach kobiecych feromonów ściągający do wsi misiołaka (istotę będącą połączeniem człowieka z niedźwiedziem), gazdów przestrzegających swoich synów przed współżyciem z owcami, gdyż rzekomo mają one zębate pochwy... Jedno z opowiadań, w którym mowa jest o lokalnej tajemnicy, która w końcu okazuje się orgią w oparach mgły, wydaje się zapożyczać ten wątek z Nienackiego (tak, Zbigniew Nienacki, autor popularnego "Pana Samochodzika", napisał też powieść "Raz w roku w Skiroławkach", gdzie wiejska orgia była jednym z głównych wątków). Dawno już się tak nie śmiałam podczas lektury.
Do tego książka jest znakomita pod względem warsztatowym - widać, że Kuczok świetnie odnajduje się w tej formie literackiej, jaką jest opowiadaniem, do tego umiejętnie posługuje się pastiszem, groteską, hiperbolą czy stylizacją językową. Prawdziwa perełka. Liczę na to, że ten rok przyniesie kolejne.
Wojciech Kuczok, Spiski. Przygody tatrzańskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.
Ten cytat, umieszczony na samym końcu najnowszej książki Wojciecha Kuczoka, "Spiski. Przygody tatrzańskie", doskonale charakteryzuje jej zawartość. Znalazło się w niej pięć opowiadań, które za sprawą miejsca akcji, postaci narratora oraz innych bohaterów łączą się zgrabnie w całość. W pierwszej z tych historii katowicki chłopak jedzie na wakacje z rodzicami do jednej z podtatrzańskich wsi, w kolejnych do tej wsi powraca. Za każdym razem przeżywa inną przygodę - a to próbuje uczyć swoich góralskich rówieśników gry w piłkę, a to poznaje pilnie strzeżoną lokalną tajemnicę, a to pośredniczy między parą zakochanych, a to próbuje ratować ojca przed zemstą górali za rzekomy zły urok czy w końcu chce przywrócić ojcu radość życia.
To, co rzeczywiste, miesza się z tym, co nierzeczywiste, prawda (chociażby znajomość lokalnych zwyczajów czy środowiska taterników) łączy się ze zmyśleniem, a wszystko to podlane jest sporą dawką humoru. Wyobraźcie sobie chociażby sytuację, w której górale piorą się krowimi plackami, zapach kobiecych feromonów ściągający do wsi misiołaka (istotę będącą połączeniem człowieka z niedźwiedziem), gazdów przestrzegających swoich synów przed współżyciem z owcami, gdyż rzekomo mają one zębate pochwy... Jedno z opowiadań, w którym mowa jest o lokalnej tajemnicy, która w końcu okazuje się orgią w oparach mgły, wydaje się zapożyczać ten wątek z Nienackiego (tak, Zbigniew Nienacki, autor popularnego "Pana Samochodzika", napisał też powieść "Raz w roku w Skiroławkach", gdzie wiejska orgia była jednym z głównych wątków). Dawno już się tak nie śmiałam podczas lektury.
Do tego książka jest znakomita pod względem warsztatowym - widać, że Kuczok świetnie odnajduje się w tej formie literackiej, jaką jest opowiadaniem, do tego umiejętnie posługuje się pastiszem, groteską, hiperbolą czy stylizacją językową. Prawdziwa perełka. Liczę na to, że ten rok przyniesie kolejne.
Wojciech Kuczok, Spiski. Przygody tatrzańskie, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010.
niedziela, 19 grudnia 2010
:: Lato :: J. M. Coetzee
Czy kiedykolwiek próbowaliście sobie wyobrazić Wasze życie oczami bliskich Wam osób? Bo ja wielokrotnie wykonywałam w myślach takie ćwiczenie - co powiedzieliby o mnie moi bliżsi i dalsi krewni, przyjaciele, czy nawet przyszłe dzieci? Jak by przedstawili moje życie? Co byłoby dla nich ważne, a co zupełnie uszłoby ich uwadze?
Na takim pomyśle bazuje książka J. M. Coetzeego "Lato". To wydawałoby się, biografia samego pisarza, spisana w formie wywiadów z kuzynką, innymi kobietami jego życia czy współpracownikiem, a także pod postacią zapisków samego pisarza. Wyłania się z niej obraz mężczyzny uwikłanego w trudne relacje z ojcem, a także przeraźliwie samotnego. Kobiety opisują go jako "celibatari", skrytego i zamkniętego w sobie mężczyznę, który jest na tyle pozbawiony kontaktu z własnymi emocjami i ciałem, że nie potrafi nawiązywać bliskich związków z kobietami czy wręcz odczuwać przyjemności fizycznej. Nie umie też pokazywać swoich uczuć innym, także tym, których kocha i o których się troszczy. Niektórym jawi się wręcz jako stary i nieźle zdziwaczały kawaler, mieszkający z chorym ojcem w zapuszczonym domu w Kapsztadzie. Kolejny z galerii samotników - bohaterów Coetzee.

Kiedyś bardzo fascynowało mnie pisarstwo noblisty, zaczęłam nawet zbierać kolejne książki - ale w którymś momencie właśnie samotność jego bohaterów i ich brak komunikacji i ze sobą samym, i z otoczeniem, zwyczajnie zaczął mnie odrzucać. Po tę książkę sięgnęłam przez sentyment i przez to, że była na liście nowości w bibliotece - ale nie odkryłam w niej niczego nowego. To Coetzee jakiego znamy, choć tym razem bardziej uładzony - w tej książce jego bohater nie musi łamać obyczajowych tabu czy popełniać zbrodni, aby dopiero poczuć, że cokolwiek czuje, że żyje.
Zastanawiam się, czy "Lato" można faktycznie tak potraktować, jako autobiografię, ale nie do końca ufam pisarzowi. Zwłaszcza, że na 236 stronie sam puszcza do nas oko, każąc przemówić jednej ze swoich postaci:
J. M. Coetzee, Lato, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.
Na takim pomyśle bazuje książka J. M. Coetzeego "Lato". To wydawałoby się, biografia samego pisarza, spisana w formie wywiadów z kuzynką, innymi kobietami jego życia czy współpracownikiem, a także pod postacią zapisków samego pisarza. Wyłania się z niej obraz mężczyzny uwikłanego w trudne relacje z ojcem, a także przeraźliwie samotnego. Kobiety opisują go jako "celibatari", skrytego i zamkniętego w sobie mężczyznę, który jest na tyle pozbawiony kontaktu z własnymi emocjami i ciałem, że nie potrafi nawiązywać bliskich związków z kobietami czy wręcz odczuwać przyjemności fizycznej. Nie umie też pokazywać swoich uczuć innym, także tym, których kocha i o których się troszczy. Niektórym jawi się wręcz jako stary i nieźle zdziwaczały kawaler, mieszkający z chorym ojcem w zapuszczonym domu w Kapsztadzie. Kolejny z galerii samotników - bohaterów Coetzee.
Kiedyś bardzo fascynowało mnie pisarstwo noblisty, zaczęłam nawet zbierać kolejne książki - ale w którymś momencie właśnie samotność jego bohaterów i ich brak komunikacji i ze sobą samym, i z otoczeniem, zwyczajnie zaczął mnie odrzucać. Po tę książkę sięgnęłam przez sentyment i przez to, że była na liście nowości w bibliotece - ale nie odkryłam w niej niczego nowego. To Coetzee jakiego znamy, choć tym razem bardziej uładzony - w tej książce jego bohater nie musi łamać obyczajowych tabu czy popełniać zbrodni, aby dopiero poczuć, że cokolwiek czuje, że żyje.
Zastanawiam się, czy "Lato" można faktycznie tak potraktować, jako autobiografię, ale nie do końca ufam pisarzowi. Zwłaszcza, że na 236 stronie sam puszcza do nas oko, każąc przemówić jednej ze swoich postaci:
A co, jeśli my wszyscy, jak pan mówi, tworzymy fikcję? Jeśli bezustannie wymyślamy historię naszego życia? Dlaczego to, co powiem panu o Coetzeem, miałoby być bardziej wiarygodne od tego, co on sam mówi o sobie?
J. M. Coetzee, Lato, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.
poniedziałek, 18 października 2010
:: Zapiski na biletach :: Michał Olszewski ::
Któregoś roku studiów przez wakacje dojeżdżałam do Gdańska do pracy. Raz w tygodniu sprzątałam biura. Przyjeżdzałam w czwartek wieczorem, zostawiałam rzeczy u siostry, potem szłam ze znajomymi na imprezę do Kwadratowej, z której wracałam późno, w piątek cały dzień pracowałam, w sobotę wczesnym rankiem jechałam osobówką do Olsztyna. I ta podróż poranna, niespieszna, miała swój urok, w przeciwieństwie do podróży pospiesznym. Zaspani mężczyźni, wiejskie gospodynie, rozmowy, które przeciętny student rzadko kiedy może posłuchać, niespiesznie sunące krajobrazy za oknami.
"Zapiski na biletach" Michała Olszewskiego to właśnie opowieść o tęsknocie za takim światem. Światem, który powoli odchodzi w przeszłość - powstaje coraz więcej lepszych dróg, które nie przebiegają już środkiem miejscowości, pociągi jeżdżą coraz szybciej, więc i z ich okien niewiele już można dojrzeć. To zresztą symbol szybkich przemian, w obliczu jakich znalazł się nasz kraj. Jednak stare tak łatwo nie ustępuje - wystarczy wypuścić się w głąb, na lokalne drogi, lokalne połączenia kolejowe i PKS by zanurzyć się w tym, co lada moment będzie przeszłością. Symbolem starego i nowego, kilkakrotnie w książce przywoływanym, staje się kiczowaty zajazd Flamingo w okolicach Alwerni - miejsce sobotnich dyskotek, gdzie miejscowa młodzież marzy o ucieczce ze swojego szarego życia, a przyjezdni dziwią się wszechobecnemu kiczowi.

Dałam się porwać tej książce, jej niespiesznemu, wciągającemu rytmowi. Zdjęciom autora, ilustrującym tekst. Szukałam opisywanych miejsc na mapce, od której zaczyna się książka. Znalazłam nawet Barczewo, siedzibę gminy, w której się wychowałam - jego przenośna nazwa, "Wenecja Północy", służy Olszewskiemu do refleksji nad naśladownictwem w naszej kulturze. I proponuje paradoksalne odwrócenie sytuacji: a co, gdyby tak Wenecję nazwać "Barczewem Południa"? Humor czy zwracanie uwagi na tkwiące w miejscach, ludziach, zdarzeniach paradoksy, to też ważna część tej książki. Ale czy paradoksem nie jest przede wszystkim współczesna Polska?
Michał Olszewski, Zapiski na biletach, WAB, Warszawa 2010.
"Zapiski na biletach" Michała Olszewskiego to właśnie opowieść o tęsknocie za takim światem. Światem, który powoli odchodzi w przeszłość - powstaje coraz więcej lepszych dróg, które nie przebiegają już środkiem miejscowości, pociągi jeżdżą coraz szybciej, więc i z ich okien niewiele już można dojrzeć. To zresztą symbol szybkich przemian, w obliczu jakich znalazł się nasz kraj. Jednak stare tak łatwo nie ustępuje - wystarczy wypuścić się w głąb, na lokalne drogi, lokalne połączenia kolejowe i PKS by zanurzyć się w tym, co lada moment będzie przeszłością. Symbolem starego i nowego, kilkakrotnie w książce przywoływanym, staje się kiczowaty zajazd Flamingo w okolicach Alwerni - miejsce sobotnich dyskotek, gdzie miejscowa młodzież marzy o ucieczce ze swojego szarego życia, a przyjezdni dziwią się wszechobecnemu kiczowi.
Dałam się porwać tej książce, jej niespiesznemu, wciągającemu rytmowi. Zdjęciom autora, ilustrującym tekst. Szukałam opisywanych miejsc na mapce, od której zaczyna się książka. Znalazłam nawet Barczewo, siedzibę gminy, w której się wychowałam - jego przenośna nazwa, "Wenecja Północy", służy Olszewskiemu do refleksji nad naśladownictwem w naszej kulturze. I proponuje paradoksalne odwrócenie sytuacji: a co, gdyby tak Wenecję nazwać "Barczewem Południa"? Humor czy zwracanie uwagi na tkwiące w miejscach, ludziach, zdarzeniach paradoksy, to też ważna część tej książki. Ale czy paradoksem nie jest przede wszystkim współczesna Polska?
Michał Olszewski, Zapiski na biletach, WAB, Warszawa 2010.
niedziela, 12 września 2010
:: Officium Secretum. Pies Pański :: Marcin Wroński
Bardzo rzadko sięgam po kryminały. Kiedyś miałam fazę na Raymonda Chandlera, bo swego czasu polecał go Tomasz Beksiński w jednej ze swoich audycji, potem siostra poleciła mi "Lesia" Joanny Chmielewskiej, który jest nie tyle kryminałem, co jego parodią. Ale do gatunku jako takiego mnie nie ciągnie. No, chyba, że porusza inne, ciekawe dla mnie wątki.
Na przykład wątki związane z dominikanami. Stąd znalazły się swego czasu w szafce książeczka "Bezpański pies" i książka "Pan Szatan" Irka Grina. Bohaterem obu jest prywatny detektyw Józef Maria Dyduch, były dominikanin, w tle miasto Kraków. Postać dosyć oryginalna. Dlatego też ostatnio znalazła się w szafce książka Marcina Wrońskiego "Officium Secretum. Pies Pański".

Główny bohater książki to dominikanin, ojciec Marek Gliński, który wraca do Lublina oficjalnie jako wykładowca KUL, jednak mając do wykonania także misję nieoficjalną. Jaką, tego stopniowo dowiadujemy się wraz z rozwojem akcji, nie tylko obserwując poczynania samego Glińskiego, ale również oczami tropiących go dziennikarza i policjanta. Stopniowo poznajemy też jego przeszłość - okazuje się, że przed wstąpieniem do zakonu był agentem SB, co nadal pamięta jeszcze wiele osób, między innymi pewien pracownik Uniwersytetu... Z kolei ambitna córka tegoż pracownika próbuje zrobić karierę polityczną wykorzystując to, że jej ojciec był prześladowany przez służby - nawet jeśli samego ojca zdążyła znienawidzić za ciągłą nieobecność w domu. A skoro jest kryminał, musi być też trup, tym razem franciszkański. Ale wszystkiego nie zdradzę. Przeczytajcie sami. Chociaż gdybym miała wybierać, to zdecydowanie bardziej podobają mi się książki Irka Grina, ze względu na chandlerowski, podszyty ironią i dystansem, sposób sportretowania głównego bohatera. Gliński wydaje się mało wyrazisty, także przez to, że jest pokazany z dwóch perspektyw równocześnie: wszechwiedzącego (lecz mało gadatliwego) narratora w trzeciej osobie, który głównie rejestruje zachowania, ale też ciekawskiego dziennikarza, który nie wie wszystkiego, ale za to myśli bardzo schematycznie.
Swoją drogą zastanawiam się, dlaczego dominikanie są w Polsce tak dobrymi kandydatami na bohaterów kryminałów? Wielowiekowe skojarzenia z Inkwizycją? Może też prestiż samego zakonu - obydwu dominikańskich bohaterów, i Dyducha, i Glińskiego, wyróżnia zamiłowanie do luksusu i drogich gadżetów, co może być pewną wskazówką, swego rodzaju chińskim portretem (dla niewtajemniczonych: to technika projekcyjna stosowana w badaniu marek - badani maja za zadanie wyobrazić sobie markę jako człowieka, i po tym jak go opiszą, można wnioskować, jaki wizerunek marki naprawdę noszą w głowie). A może macie jeszcze jakieś inne pomysły?
Marcin Wroński, Officium Secretum. Pies Pański, WAB, Warszawa 2010
Na przykład wątki związane z dominikanami. Stąd znalazły się swego czasu w szafce książeczka "Bezpański pies" i książka "Pan Szatan" Irka Grina. Bohaterem obu jest prywatny detektyw Józef Maria Dyduch, były dominikanin, w tle miasto Kraków. Postać dosyć oryginalna. Dlatego też ostatnio znalazła się w szafce książka Marcina Wrońskiego "Officium Secretum. Pies Pański".
Główny bohater książki to dominikanin, ojciec Marek Gliński, który wraca do Lublina oficjalnie jako wykładowca KUL, jednak mając do wykonania także misję nieoficjalną. Jaką, tego stopniowo dowiadujemy się wraz z rozwojem akcji, nie tylko obserwując poczynania samego Glińskiego, ale również oczami tropiących go dziennikarza i policjanta. Stopniowo poznajemy też jego przeszłość - okazuje się, że przed wstąpieniem do zakonu był agentem SB, co nadal pamięta jeszcze wiele osób, między innymi pewien pracownik Uniwersytetu... Z kolei ambitna córka tegoż pracownika próbuje zrobić karierę polityczną wykorzystując to, że jej ojciec był prześladowany przez służby - nawet jeśli samego ojca zdążyła znienawidzić za ciągłą nieobecność w domu. A skoro jest kryminał, musi być też trup, tym razem franciszkański. Ale wszystkiego nie zdradzę. Przeczytajcie sami. Chociaż gdybym miała wybierać, to zdecydowanie bardziej podobają mi się książki Irka Grina, ze względu na chandlerowski, podszyty ironią i dystansem, sposób sportretowania głównego bohatera. Gliński wydaje się mało wyrazisty, także przez to, że jest pokazany z dwóch perspektyw równocześnie: wszechwiedzącego (lecz mało gadatliwego) narratora w trzeciej osobie, który głównie rejestruje zachowania, ale też ciekawskiego dziennikarza, który nie wie wszystkiego, ale za to myśli bardzo schematycznie.
Swoją drogą zastanawiam się, dlaczego dominikanie są w Polsce tak dobrymi kandydatami na bohaterów kryminałów? Wielowiekowe skojarzenia z Inkwizycją? Może też prestiż samego zakonu - obydwu dominikańskich bohaterów, i Dyducha, i Glińskiego, wyróżnia zamiłowanie do luksusu i drogich gadżetów, co może być pewną wskazówką, swego rodzaju chińskim portretem (dla niewtajemniczonych: to technika projekcyjna stosowana w badaniu marek - badani maja za zadanie wyobrazić sobie markę jako człowieka, i po tym jak go opiszą, można wnioskować, jaki wizerunek marki naprawdę noszą w głowie). A może macie jeszcze jakieś inne pomysły?
Marcin Wroński, Officium Secretum. Pies Pański, WAB, Warszawa 2010
czwartek, 9 września 2010
:: Czas w dom zaklęty :: Katarzyna Enerlich
Szybko zapadający jesienny zmierzch i wiatr zacinający deszczem o szyby, a w domu herbata, ciepły koc, i książka. Najlepiej z optymistycznym przesłaniem, że w życiu po tych trudniejszych momentach przychodzi czas na lepsze, że kiedyś znowu będzie słonecznie i ciepło. Jak chociażby "Czas w dom zaklęty", trzecia książka Katarzyny Enerlich.

Książka opowiada historię Ruty, mieszkanki małego mazurskiego miasteczka i jest w niej kilka planów czasowych. Ruta, wówczas jeszcze uczennica, wprowadza się z matką do starego domu na przedmieściu. Wymarzona sielanka, dzięki wyjątkowo toksycznej sąsiadce, szybko stanie się koszmarem: podsłuchiwanie, awantury, pobicia, mniejsze lub większe nieprzyjemności. Nie wytrzyma tego ani zdrowie matki Ruty, ani samej Ruty, która poroni upragnione dziecko, ani też mężczyzna, z którym żyje Ruta i który - na skutek intryg sąsiadki - odejdzie. Ruta musi określić i ułożyć swoje życie na nowo, a pretekstem stanie się prośba umierającej sąsiadki o wizytę i o wybaczenie win.
Wciągająca jest sama historia. Trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę, że tacy ludzie jak owa powieściowa sąsiadka, istnieją. Że czyjaś manipulacja może tak skutecznie odebrać nam wiarę w siebie i we własne zdolności, czy chęć do walki o siebie. Dlatego opowieść Ruty tak bardzo porusza. Daje też nadzieję: nawet na gruzach starego można zacząć budować na nowo (Ruta nie może mieć dzieci, nie może być z ukochanym mężczyzną, który po niepowodzeniu związku wrócił do kapłaństwa, jedyne, co może zrobić, to zrealizować swój talent artystyczny), ale też można okrężną drogą dojść do spełnienia swoich pragnień i marzeń (mimo niepowodzenia w egzaminach na studia plastyczne, Ruta kończy inny kierunek, ale równocześnie doskonali swój talent). Można też wybaczyć dawnym wrogom i w ten sposób ostatecznie zakończyć ciągnące się sprawy z przeszłości.
Podoba mi się pomysł z zamieszczeniem w książce obrazów - autorką prac jest Monika Bogdanowicz, artystka z Reszla. To, co bym zmieniła, to opowiedziałabym historię krótszymi i prostszymi zdaniami - jest tak mocna, że prosi się o surowość i oszczędność stylu. Wyrzuciłabym też przypis ze strony 84, który brzmi następująco:
Tak w ogóle, pani Katarzyna prowadzi bloga, którego podczytuję. Z tego, co pisze o korespondencji od czytelników, widać, jak bardzo są potrzebne takie książki: pełne ciepła i wiary w to, że nawet to, co najbardziej zagmatwane, w końcu się poukłada. Zresztą... Sama też lubię takie czytać. Zwłaszcza w długie, jesienne wieczory.
Katarzyna Enerlich, Czas w dom zaklęty, Wydawnictwo MG, Warszawa 2010
Książka opowiada historię Ruty, mieszkanki małego mazurskiego miasteczka i jest w niej kilka planów czasowych. Ruta, wówczas jeszcze uczennica, wprowadza się z matką do starego domu na przedmieściu. Wymarzona sielanka, dzięki wyjątkowo toksycznej sąsiadce, szybko stanie się koszmarem: podsłuchiwanie, awantury, pobicia, mniejsze lub większe nieprzyjemności. Nie wytrzyma tego ani zdrowie matki Ruty, ani samej Ruty, która poroni upragnione dziecko, ani też mężczyzna, z którym żyje Ruta i który - na skutek intryg sąsiadki - odejdzie. Ruta musi określić i ułożyć swoje życie na nowo, a pretekstem stanie się prośba umierającej sąsiadki o wizytę i o wybaczenie win.
Wciągająca jest sama historia. Trudno uwierzyć, że wydarzyła się naprawdę, że tacy ludzie jak owa powieściowa sąsiadka, istnieją. Że czyjaś manipulacja może tak skutecznie odebrać nam wiarę w siebie i we własne zdolności, czy chęć do walki o siebie. Dlatego opowieść Ruty tak bardzo porusza. Daje też nadzieję: nawet na gruzach starego można zacząć budować na nowo (Ruta nie może mieć dzieci, nie może być z ukochanym mężczyzną, który po niepowodzeniu związku wrócił do kapłaństwa, jedyne, co może zrobić, to zrealizować swój talent artystyczny), ale też można okrężną drogą dojść do spełnienia swoich pragnień i marzeń (mimo niepowodzenia w egzaminach na studia plastyczne, Ruta kończy inny kierunek, ale równocześnie doskonali swój talent). Można też wybaczyć dawnym wrogom i w ten sposób ostatecznie zakończyć ciągnące się sprawy z przeszłości.
Podoba mi się pomysł z zamieszczeniem w książce obrazów - autorką prac jest Monika Bogdanowicz, artystka z Reszla. To, co bym zmieniła, to opowiedziałabym historię krótszymi i prostszymi zdaniami - jest tak mocna, że prosi się o surowość i oszczędność stylu. Wyrzuciłabym też przypis ze strony 84, który brzmi następująco:
O wyższości prowincji nad wielkimi miastami Autorka pisze również w swoich wcześniejszych powieściach: "Prowincja pełna marzeń" oraz "Prowincja pełna gwiazd", wydanych przez wydawnictwo MG, w 2009 i 2010 roku.co o tym sama myślę, pisałam przy okazji recenzji poprzedniej książki tu, więc nie chcę się już powtarzać. I mam cichą nadzieję, że kolejna, zapowiadana już przez wydawcę książka, "Kwiat Diabelskiej Góry", będzie wolna od wprost wyłożonej tezy.
Tak w ogóle, pani Katarzyna prowadzi bloga, którego podczytuję. Z tego, co pisze o korespondencji od czytelników, widać, jak bardzo są potrzebne takie książki: pełne ciepła i wiary w to, że nawet to, co najbardziej zagmatwane, w końcu się poukłada. Zresztą... Sama też lubię takie czytać. Zwłaszcza w długie, jesienne wieczory.
Katarzyna Enerlich, Czas w dom zaklęty, Wydawnictwo MG, Warszawa 2010
Subskrybuj:
Posty (Atom)