Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXI wiek. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą XXI wiek. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 28 kwietnia 2013

Lepperiada - Marcin Kącki

Ostatnio chętniej sięgam po reportaże, między innymi te wydawane przez Wydawnictwo Czarne. Może dlatego, że w miarę często chodzę do "Wrzenia Świata", a tam dobrej literatury reportażowej jest pod dostatkiem, nic tylko brać i czytać... Tam po raz pierwszy sięgnęłam po "Lepperiadę" Marcina Kąckiego i na tyle mnie wciągnęło, że kupiłam książkę w promocji na Woblinku. A ta była jeszcze bardziej wciągająca. Autor, dziennikarz "Gazety", który regularnie pisywał o tej partii, a przede wszystkim jako pierwszy wpadł na trop tzw. seksafery, na bazie swoich tekstów przygotował jeden, spójny materiał, który szczegółowo analizuje fenomen tej partii.

Wszystko zaczęło się od zmian systemowych w 1989 r. i urynkowienia gospodarki. 1991 rok oznaczał niezłe turbulencje dla wszystkich. Hiperinflacja, która spowodowała, że tanie do tej pory kredyty, masowo zaciągane przez rolników, były dla nich niemożliwe do spłacenia. Wielu z nich popadło w długi. Jeden z nich, Andrzej Lepper, zaczął gromadzić wokół siebie niezadowolonych i organizować protesty polegające na blokowaniu dróg. Tak zaczęła się jego kariera polityczna, z czasem nabierająca coraz większego rozpędu: Lepper, początkowo traktowany jako chłopski watażka, stał się przywódcą partii, która na wsi zagroziła PSL i wprowadziła kilkudziesięciu posłów do parlamentu. Jednak Samoobrona nie utrzymała się zbyt długo u steru. Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej i pojawienie się dopłat dla rolników wytrąciło partii jeden z głównych argumentów z ręki. Zabrakło też solidnych kadr i fachowych doradców politycznych. Do tego cieniem na prominentnych działaczach związku położył się fakt seksualnego wykorzystywania młodych kobiet. Wszystko to sprawiło, że 2012 roku partia praktycznie już nie istniała, a jej osamotniony przywódca  popełnił samobójstwo.


Autor książki śledzi losy Andrzeja Leppera i stworzonej przez niego formacji od początku, aż po koniec. Drobiazgowo analizuje mechanizmy dochodzenia do władzy, ale też mechanizmy działania mediów, które Andrzej Lepper nadzwyczaj świetnie wyczuwał. Przy okazji pokazuje przemiany, jakie w ciągu ostatnich kilkunastu lat dokonywały się w polskim społeczeństwie. Choć byli ci, którzy na nich zyskali, była też spora grupa takich, którzy nie załapali się na kapitalizm. Andrzej Lepper w którymś momencie stał się ich jedynym rzecznikiem. Można go krytykować, można wieszać na nim psy, ale z tej książki wyziera też i smutna prawda: rząd nie umiał rozmawiać ze swoim społeczeństwem, a spora grupa obywateli znalazła się poza nawiasem i była skłonna uczynić orędownikiem swoich interesów nawet kogoś takiego jak twórca Samoobrony. Naprawdę warto przeczytać - myślę, że Mario Vargas Llosa miałby w tej książce gotowy materiał do napisania jeszcze jednej powieści o mechanizmach władzy. 

Marcin Kącki, Lepperiada, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

czwartek, 27 września 2012

Karolina Macios - Wdówki futbolowe

Niedawny mój urlop był czasem czytania rzeczy lekkich łatwych i przyjemnych, a także nadrabiania zaległości. Bo książka "Wdówki futbolowe" Karoliny Macios jest już zaległością. Ukazała się w maju, tuż przed mistrzostwami piłkarskimi i miała być zapewne pociechą dla wielu pań sfrustrowanych tym, co na czas mistrzostw porobiło się z ich mężami/chłopakami.

Główna bohaterka książki, jest Marta, mężatka, oczekującą swojego drugiego dziecka. Zajmuje się prowadzeniem domu i pisaniem książek. Jej mąż, Wojtek, pracuje w agencji reklamowej, więc zazwyczaj w domu go nie ma - ale kiedy już jest, nie oznacza to wcale, że jest obecny dla żony i syna Kacpra (a tym bardziej, że angażuje się w cokolwiek dotyczącego prowadzenia domu). Jest obecny przede wszystkim dla swojego wielkiego telewizora, w którym non stop ogląda transmisje meczy piłkarskich, wydając przy tym przekleństwa lub dzikie wrzaski. Bohaterka coraz bardziej nie poznaje swojego męża i coraz częściej zastanawia się nad rozwodem. Póki co postanawia zrobić sobie przerwę - zostawia syna pod opieką małżonka a sama rusza w trasę spotkań autorskich po całej Polsce...


Wprawdzie 'Wdówki..." wydają mi się słabsze od debiutu Karoliny Macios, czyli "Pieskiego życie mojego kota" - książka wygląda, jakby była pisana na "zamówienie" przed zbliżającymi się mistrzostwami, nieco na siłę. Niemniej jednak i z tego tematu udało się wykrzesać parę zabawnych sytuacji i gagów. Moja ulubiona scena to wędrówek bohaterki przez nocny pociąg z Warszawy do Szczecina, a zwłaszcza obserwacji zmieniającego się stanu upojenia alkoholowego niektórych współpasażerów. Po kraju szwendają się zresztą hordy pijanych mężczyzn porykujących kibicowskie piosenki. Teraz, po Euro 2012 wiemy już, że nie było aż tak źle. Ale pośmiać się można.

Karolina Macios, "Wdówki futbolowe", Znak, Kraków 2012.

piątek, 3 grudnia 2010

:: Zwyczajny facet :: Małgorzata Kalicińska

Nie jestem fanką tzw. literatury kobiecej, ale czasem sięgam po nią dla rozrywki i dla odprężenia. Skoro w naszej bibliotece pojawiła się nowa książka Małgorzaty Kalicińskiej, "Zwyczajny facet", została przeze mnie szybko wypożyczona. Zwłaszcza, że już gdzieś czytałam recenzję pełną zachwytu nad tym, jak autorka wcieliła się w męskiego narratora (tak, tak, jestem bardzo podatna na wpływu marketingu książkowego). Szybko też została przeczytana.


Bohaterem a zarazem narratorem jest Wiesiek, pięćdziesięcioparoletni bezrobotny stoczniowiec, który decyduje się wyruszyć do pracy w fińskiej stoczni. Dość ma już utyskiwań żony, jednak jeszcze próbuje ją zadowolić. Przy okazji dowiadujemy się, że jego małżeństwo nie jest specjalnie udane - choć ożenił się z dziewczyną swoich marzeń, nie jest w stanie sprostać jej wygórowanym wymaganiom. Dodajmy, że Joanna jest sprytną manipulatorką. Wie, jak utrzymać męża w ryzach - fundując mu na przemian dziką i zupełnie bezsensowną awanturę, a potem okres względnego spokoju (czy nawet czułości). Wieśkowi wydaje się, że jest to zupełnie normalne, jednak z dala od żony coraz bardziej przegląda na oczy i uświadamia sobie brak prawdy w swoim małżeństwie. Tak jak umie, będzie próbował ratować sytuację. Gdy mu się to nie uda, zacznie układać sobie życie na nowo. Rzecz jasna, będzie happy end.

Warsztatowo jest poprawnie - lekki styl, nagłe zwroty akcji, szybko i dobrze się czyta. Moje zdumienie budzi jednak fakt, że autorka miała takie pretensje do autorów serialu o uproszczenie, spłycenie czy wręcz przeseksualizowanie wątków z "Rozlewiska", a równocześnie sama podąża tą drogą. Nowe znajomości Wieśka z kobietami kończą się niemal natychmiast w łóżku (bardzo serialowo-filmowa konwencja). Ale może ja się nie znam? Do tego bohater ma bardzo stereotypowe cechy, jakby wyjęte z kart książek typu "Mężczyźni są z Marsa, a kobiety są z Wenus" (wyjątkiem jest jedynie to, że nie umie postawić się żonie). No i język. Dużo wykrzykników, trzykropków... to nie wygląda jak męski styl opowiadania. Męska proza jest jednak bardziej surowa, o seksie pisze się bardziej dosadnie, wręcz fizjologicznie (tak też się rozmawia z innymi facetami), do tego nie ma w niej tylu emocji i takiej świadomości emocji. Do tego bohater stoczniowiec, który nie jest specjalnie oczytany, a bawi się w taki wersal słowny? Mało prawdopodobne.

Małgorzata Kalicińska, Zwyczajny facet, Wydawnictwo Zysk i S-ka, Poznań 2010.

niedziela, 21 listopada 2010

:: Dziennik pisany później :: Andrzej Stasiuk

Tak jak wspomniałam parę postów temu, lubię podróżnicze zapiski Andrzeja Stasiuka. Dar obserwacji ludzkich zachowań, zamiłowanie do detali, umiejętność oddania leniwego rytmu życia w odwiedzanych krajach poprzez niespieszny rytm tekstu, nawiązania do klasyków lokalnej literatury umiejętnie wplecione w tekst. Z radością przywitałam więc na rynku kolejną książkę z serii, "Dziennik pisany później". To zbiór luźnych zapisków z różnych wypraw po Albanii i Bałkanach, ale również - w ostatniej części - z podróży po Polsce, na którą Stasiuk próbuje patrzyć okiem przybysza. Książka zawiera też zdjęcia portretowe zapewne Albańczyków, wykonane przez Dariusza Pawelca.

Tak, jak wspomniałam, lubię teksty podróżnicze Stasiuka, ale tym razem miałam już lekki przesyt samymi Bałkanami (o których pisał już wcześniej). Broni się początek książki, dotyczący Albanii. Podczas lektury stawały mi przed oczami zdjęcia z podróży, które kiedyś pokazywał mi Michał, a także duża galeria zdjęć wykonanych przez Agnieszkę - zwłaszcza zaś charakterystyczne bunkry. Teraz czytając książkę Stasiuka i przypominając sobie fotografie i opowieści, czułam się, jakbym sama tam była.



Środkowa część "Dziennika" zlewa się w bezkształtną masę, może dlatego, że dotyczy wielu miejsc i co najmniej kilku planów czasowych. Nie pamiętam wszystkiego, chociaż też budziły się skojarzenia ze zdjęciami Michała czy Agnieszki, którzy Bałkany mają całkiem dobrze zjeżdżone. Końcówka książki dotyczy Polski, na którą Stasiuk próbuje spojrzeć oczami przybysza. Tutaj wydaje mi się, że nastrój paradoksów i sprzeczności w naszym kraju o wiele lepiej wychwycił jednak Michał Olszewski w swoim najnowszym zbiorze tekstów podróżnych, natomiast Stasiukowi zabrakło już tej uważności, jaką obdarza obcych i nieznany sobie kontekst. Polska to dla niego przede wszystkim kraj pełen znaczeń, historycznych, rodzinnych czy obyczajowych, od których tak jakby pisarz nie mógł się uwolnić podróżując po własnym kraju (tutaj też rytm tekstu znacząco przyspiesza i staje się bardziej poszarpany).

Ogólnie - średnio, bo w przypadku Stasiuka bywało lepiej, są jego książki, które podobały mi się bardziej. Jest w tej książce jednak parę ładnych metafor, w tym obraz Banja Luki jako kobiety wylegującej się w oczekiwaniu na to, co dopiero ma się wydarzyć (zamieszczony zresztą na okładce). Jest sporo emocji, w tym bezradność spowodowana brakiem poczucia obecności Boga w świecie - tę pustkę można próbować wypełniać tylko opowiadaniem:
Wracałem do domu tysięczny raz z tym samym uczuciem, że jadę przez coś w rodzaju pustyni i muszę opowiadać historie, muszę przywoływać obrazy, by nie zbłądzić, by dotrzeć do celu. Pod wielkim niebem, z tymi opowieściami, które są jak wątłe ognie w nocy na równinie, gdy wieje wiatr. Nic więcej nie mogłem zrobić. Nic.

Andrzej Stasiuk, Dziennik pisany później, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2010

poniedziałek, 2 sierpnia 2010

:: Zrób to w Warszawie! :: Agnieszka Kowalska, Łukasz Kamiński

Napisanie doktoratu zaowocowało dużą ilością wolnego czasu, zwłaszcza w weekendy. Co by tu robić, aby zająć się czymś ciekawym a równocześnie odpocząć, i do tego jeszcze być w ruchu?

Zwiedzać swoje miasto. Mieszkam w Warszawie już dziewięć lat, ale cały czas poznaję nowe miejsca. Tutaj wciąż się coś dzieje. Wybór jest niekiedy bardzo trudny - dlatego w sukurs przychodzi najnowszy przewodnik wydany w Bibliotece Gazety Wyborczej, "Zrób to w Warszawie!", autorstwa Agnieszki Kowalskiej i Łukasza Kamińskiego. To książkowa wersja tekstów publikowanych co tydzień w warszawskim dodatku "Co jest grane", prezentujących najciekawsze - zdaniem dwójki dziennikarzy - miejsca współczesnej stolicy. Znajdziemy tutaj i knajpki, i galerie, i muzea, i parki, i inne lokalne ciekawostki. Napisane lekko i przystępnie (wszystkie teksty są zostały też przetłumaczone na język angielski), ilustrowane licznymi zdjęciami, z tyłu przewodnika skorowidz wszystkich miejsc z adresami, telefonami, godzinami otwarcia.



Jednak, jak to każdy wybór, i ten naznaczony jest pewną dozą subiektywności. Nie ma kilku miejsc, które osobiście uważam za ciekawe i godne polecenia. Są takie, które w mojej opinii niczym szczególnym się nie wyróżniają. A przede wszystkim - jest sporo takich, których jeszcze nie znam, lecz po przeczytaniu o nich, bardzo chcę je zobaczyć. Mój urlop się właśnie rozpoczyna - a zatem do dzieła.

Agnieszka Kowalska, Łukasz Kamiński, "Zrób to w Warszawie!, Biblioteka Gazety Wyborczej, Warszawa 2010.

sobota, 24 lipca 2010

:: Chmurdalia :: Joanna Bator

"Chmurdalia" to kontynuacja losów Dominiki Chmury, bohaterki "Piaskowej góry". Już poprzednia książka Joanny Bator podobała mi się bardzo, ze względu na sposób narracji, oryginalny styl autorki, łatwość operowania skomplikowaną fabułą (natłok wzajemnie zazębiających się wątków). "Chmurdalia" ma dokładnie te same cechy, co poprzedniczka - wyróżniający się styl, skomplikowana fabuła, w której losy poszczególnych postaci są umiejętnie ze sobą powiązane (łącznikiem głównym jest złoty nocnik, z którego kiedyś podobno skorzystał cesarz Napoleon stacjonujący ze swoimi wojskami na Kielecczyźnie, a który to przedmiot co i rusz zmienia właściciela). Do tego powtórzenia - kilkakrotnie pojawia się wątek zżytych ze sobą sióstr, podrzuconego dziecka, nieślubnych dzieci cesarza, matek o "kwoczych" cechach, co powodowało, że w ilości wątków, pomysłów, postaci mimo wszystko skupiałam się na tych, które były najważniejsze.



A o czym jest "Chmurdalia"? Odbieram tę książkę jako opowieść o poszukiwaniu samej siebie przez młodą kobietę. Dominika wyrywa się spod wpływu nadopiekuńczej matki, która co i rusz chciałaby jej zaplanować przyszłość, wyrusza w podróż po różnych krajach Europy. Nigdzie nie osiedla się na stałe, nie próbuje osiągnąć stabilizacji ani wejść w utarte koleiny. Szuka swojej mitycznej "Chmurdalii" (nazwa wymyślonej przez Dominikę w dzieciństwie krainy, zaczerpnięta z wiersza Bolesława Leśmiana "Szczęście", "coś srebrnego dzieje się w chmur dali"), krainy szczęścia, swojego miejsca na ziemi. Zgodnie ze swoim nazwiskiem, płynie przez życie, jest w ciągłym ruchu. To, co jest jednak w tym poszukiwaniu stałe, to relacje z innymi ludźmi - przyjaciółmi czy osobami spotkanymi w drodze - a także pamięć o osobach, których już nie ma, czy minionych wydarzeniach. Być może los Dominiki można odczytywać też jako metaforę ludzkiego życia jako takiego, z całą jego zmiennością i niestałością.

Joanna Bator, Chmurdalia, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2010

czwartek, 8 lipca 2010

:: Baleronowa ponad wagą :: Anna Ślęzak

Kiedy byłam jeszcze na studiach i krótko po studiach, fascynowało mnie, dlaczego tak obszerna część pism kobiecych poświęcona jest dietom wszelkiego rodzaju. Dlaczego moje koleżanki przechodziły istne męki Tantala, nie pozwalając sobie na słodycze czy pizzę. Przecież ja mogłam jeść wszystko i nic się nie działo!

Do czasu. Gdy osiągnęłam wiek Baleronowej - bohaterki i narratorki książki Anny Ślęzak "Baleronowa ponad wagą", to chociaż nie zmieniłam specjalnie swoich przyzwyczajeń kulinarnych, nagle okazało się, że to, co zjem, potrafi się tu i ówdzie zmagazynować. A i kobiet w zbliżonym do mojego wieku i stosujących różne diety, zauważam w moim otoczeniu coraz więcej. Stąd zainteresowanie perypetiami Baleronowej związanymi z utratą kolejnych kilogramów.



Książka Anny Ślęzak ma formę dziennika, prowadzonego przez Baleronową, która dokumentuje nie tylko utratę kolejnych kilogramów, ale swoje przemyślenia z tym związane, dialogi z mężem Baleronem, spotkania z przyjaciółkami, w trakcie których odchudzające się panie na moment zapominają o rygorze diety i raczą się słodkościami, dialogi z ekspedientką czy wyobrażone rozmowy owoców i warzyw w lodówce państwa Baleronów. Błyskotliwie i z poczuciem humoru, z różnych perspektyw. Autorka ma rozpoznawalny styl - to zarazem zaleta (jak do tej pory nie znałam żadnej książki na ten temat, która nie byłaby kolejnym bestsellerowym poradnikiem z opisem diety-cud), ale też wada - język książki zmuszał mnie do większego skupiania się na odcyfrowaniu konstrukcji słownych, przez co uciekała mi akcja książki. W każdym razie warto przekonać się, że także kwestię odchudzania można potraktować lekko i z dystansem.

Anna Ślęzak, Baleronowa ponad wagą, Wydawnictwo Nowy Świat, Warszawa 2010.

wtorek, 6 lipca 2010

:: Muzeum Niewinności :: Orhan Pamuk

Kto z nas nie wspominał kiedyś utraconej miłości, nie zbierał listów, kartek, biletów ze wspólnie obejrzanych filmów i innych drobiazgów? W mojej rodzinie na takie zbiory, zwłaszcza mocno przestarzałe, używało się nawet określenia "archiwum". Kto z nas nie wracał myślą do minionych dat: dzisiaj mija x lat, od kiedy pierwszy raz się spotkaliśmy... ta piosenka towarzyszyła mi w momencie, kiedy zrozumiałem, że ona jest we mnie zakochana... te kwitnące chińskie róże przypominają mi tamten czerwiec i tamtą fascynującą rozmowę... Jeśli nawet materialnych śladów zostało nam niewiele, wszystko znajduje się w naszej pamięci. Każdy z nas takie archiwum jak najbardziej ma.

Ma je też Kemal, bohater powieści Orhana Pamuka "Muzeum niewinności". To zbiór pamiątek po jego ukochanej Fusun, które Kemal zaczyna gromadzić od momentu ich rozstania. Jednocześnie dają mu poczucie fizycznej obecności ukochanej, a równocześnie podtrzymują intensywność bólu i tęsknoty wywołanych rozstaniem. Później, gdy bohaterowie spotkają się ponownie, zakochany Kemal będzie kradł przedmioty z otoczenia Fusun. Archiwum Kemala, początkowo zlokalizowane w nieużywanym mieszkaniu należącym do jego matki, po tragicznej śmierci Fusun zostaje przekształcone w muzeum. Kemal kupuje dom, w którym wielokrotnie odwiedzał Fusun, przebudowuje go w prywatne muzeum (stąd tytuł książki), a swoją historię pod koniec życia opowiada pisarzowi... Orhanowi Pamukowi (który - ciekawostka - występuje też w książce jako daleki znajomy i krewny Kemala).



Ale "Muzeum niewinności" to nie tylko opowieść o miłości. Książkę można czytać na wielu płaszczyznach. Moralnej - świetnie pokazuje mechanizm, kiedy to wydawałoby się niewinne kłamstwa, które Kemal serwuje na przemian to swojej narzeczonej Sibel, to Fusun, oraz jego początkowy brak zdecydowania w sprawach sercowych stają się zaczątkiem całego tragicznego splotu wydarzeń. Socjologicznej (paradygmat feministyczny)- stambulskie nowoczesne elity wcale nie są tak nowoczesne, jak by się mogło z początku wydawać. Chociaż kobiety starają się być odważne i wyzwolone, dla mężczyzn wciąż istotne jest, aby ich przyszłe żony nie miały doświadczeń seksualnych z innymi mężczyznami. Starają się też oni na wszystkie możliwe sposoby utrudnić samorealizację swoim partnerkom (kariera aktorska Fusun, która praktycznie nie rozpoczęła się dzięki manipulacjom zazdrosnego Kemala).
Podsumowując, po zachwycie nad "Stambułem" i rozczarowaniu "Białym zamkiem", "Muzeum Niewinności" pozytywnie mnie zaskoczyło. Gorąco polecam!

Parę słów jeszcze ode mnie: przez jakiś czas tutaj nie zaglądałam (i dopiero dzisiaj zaakceptowałam ostatnie komentarze), co było spowodowane kończeniem doktoratu i kłopotami ze wzrokiem. Na szczęście mam już okulary korekcyjne i mogę znowu czytać książki oraz o nich blogować, hurra!

Orhan Pamuk, "Muzeum Niewinności", Wydawnictwo Literackie, Kraków 2010.

wtorek, 4 maja 2010

:: Ksiądz Rafał :: Maciej Grabski ::

W dobie, kiedy na światło dzienne w Kościele katolickim wychodzą od lat skrywane skandale i toczy się otwarta publiczna debata na temat wad i słabości Kościoła oraz jego przedstawicieli, siłą rzeczy musi rodzić się tęsknota za zwykłymi, wierzącymi oraz rzetelnymi w wykonywaniu swojej posługi księżmi.

Tę tęsknotę można zauważyć w polskiej prozie popularnej. Mamy już Grzegorczykową trylogię o księdzu Groserze. Ostatnimi czasy w ślady Grzegorczyka idzie Maciej Grabski. Jego debiut książkowy, "Ksiądz Rafał", również wyraża pragnienie spotkania "dobrego pasterza" - głęboko wierzącego, uczciwego i szlachetnego kapłana, mogącego być autorytetem w lokalnej społeczności, rozstrzygającym konflikty i spory, sprowadzającym zagubione owce na dobrą drogę. Do tego wrażliwego na piękno, ale też na biedę i krzywdę ludzką. Doświadczającego takich samych trudności ludzkiego losu i niełatwych wyborów, jak jego owieczki - momentów zagubienia, wewnętrznych rozterk, konfliktów sumienia, pokus czy niesprawiedliwości przychodzącej z zewnątrz.



Jednak o tyle, o ile Grzegorczyk sięga raczej po konwencję drogi i jest niejednoznaczny - jego bohater ukazany jest podczas wędrówki po różnych miejscach, doświadcza różnych trudności i sytuacji, które nie są domykane w ramach akcji pojedynczego tomu, pytań, na które sami musimy szukać odpowiedzi, Grabski lepiej czuje się w poetyce sielanki. Czytając o Gródku, do którego przybywa tytułowy bohater powieści, mam przed oczami zielony, ukwiecony Sandomierz z pierwszego odcinka "Ojca Mateusza" czy podkolorowane obrazki wsi z polskich komedii romantycznych. Mieszczuch, zmęczony hałasem i szybkim tempem życia, aż chce tam wracać, zanurzyć się w tym spokoju, czuć bezpieczeństwo wynikające z bycia częścią małej społeczności, gdzie każdy człowiek jest mu znany z twarzy, imienia i nazwiska. Do tego wszystkie problemy znajdują rozwiązanie, wszystkie trudne sytuacje kończą się dobrze. Dlatego to książka na trudny moment, w którym nie widać jeszcze żadnych rozwiązań, a my potrzebujemy wierzyć, że i nam się ułoży. Dobrze napisana, z wartką, wciągającą akcją, wyraziście zarysowanymi postaciami i ich historiami. Kto nie zapamięta nawróconego księdza kanonika Tomaszka czy wyrwanego ze szponów nałogu cieśli Romusia, czy femme fatale w postaci dawnej studenckiej miłości głównego bohatera, Krystyny, pojawiającej się nieoczekiwanie, by go kusić obietnicą łatwego życia? Kto nie poczuje się wciągnięty przez opowieść na tyle, aby nie pytać o dalsze losy jej bohaterów?

Maciej Grabski, Ksiądz Rafał, Wydawnictwo Znak, Kraków 2010

poniedziałek, 3 maja 2010

:: Nie pytaj o Polskę ::

Pytanie, co to znaczy być Polakiem, co to znaczy być patriotą, a zwłaszcza prawdziwym patriotą, pojawiło się w dyskursie publicznym po katastrofie prezydenckiego samolotu w Smoleńsku. Czy prawdziwy patriota bierze udział w masowych uroczystościach upamiętniających ofiary katastrofy, czy raczej współczuje i ofiarom, i bliskim, w domowym zaciszu? Czy dowodem patriotyzmu jest popieranie pochówku prezydenckiej pary na Wawelu, czy też wręcz przeciwnie? Tego rodzaju pytania pojawiły się wówczas w mediach.

O istotę polskości i patriotyzmu, pytają też polscy pisarze i pisarki. Antologia opowiadań "Nie pytaj o Polskę" (tytuł zaczerpnięty z piosenki Grzegorza Ciechowskiego) jest zbiorem literackich wariacji na ten temat. Zbiorem barwnym i różnorodnym, tak jak osobowości ich autorów.



Mamy tutaj i groteskę ("Biedne dzieci patrzą na biednych dorosłych" Sylwii Chutnik), i historię mrożącą krew w żyłach - kobieta, która nie pochowała swojego męża, zmarłego 4.06.1989, aby "mógł jeszcze pożyć w wolnej Polsce" ("4 czerwca 1989 r.", Piotra Rowickiego), i lekko ironiczną opowieść o relacjach dwóch młodych gejów z ich starszą sąsiadką, i wzruszającą historię młodego Polaka pracującego w Norwegii, który próbuje wytłumaczyć, czym jest polska obyczajowość swojej norweskiej dziewczynie ("Vandamman Park" Edyty Szałek, swoją drogą bardzo wzruszające opowiadanie), utrzymaną w reportażowej konwencji historię mężczyzny, który walczy z twórcami legendy o jego dziadku ("Bohater" Grażyny Plebanek), mistrzowsko poprowadzoną w formie dialogu rodzinnego debatę o wyższości Dnia Zadusznego nad Halloween ("Skarb" Grażyny Waszkiewicz) czy mini-sagę rodzinną, której spoiwem jest klejnot rodzinny, srebrna brosza ("Brosza" Joanny M. Chmielewskiej) - żeby wymienić choćby kilka z prezentowanych opowiadań.

Jeśli powieść ma być zwierciadłem przechadzającym się po gościńcu to te opowiadania właśnie takie są - pokazują współczesnych Polaków z ich problemami, toczonymi sporami (których tłem nieuchronnie jest właśnie polskość i istota polskiego patriotyzmu), z humorem i dystansem; niekiedy jednak to zwierciadło jest krzywe, pełne ironii i sarkazmu.
"Z pytania o patriotyzm powstał zaskakująco mocny zbiór współczesnej realistycznej prozy"
- konstatuje Agnieszka Graff, autorka recenzji na tylnej okładce książki. Trudno się z nią nie zgodzić.

Nie pytaj o Polskę, Wydawnictwo AMEA, Warszawa 2009

niedziela, 25 kwietnia 2010

:: Piąta strona świata :: Kazimierz Kutz

Jak już się człowiek gdzieś urodzi, to trzeba z tego czerpać, bo to jest jak statecznik pod łodzią, który nie pozwala się jej wywrócić.
Kazimierz Kutz w wywiadzie dla "Gazety Wyborczej"

To motto zamieszczone na okładce "Piątej strony świata", pierwszej powieści reżysera Kazimierza Kutza, wywodzącego się ze Śląska. I o Śląsku właśnie jest ta książka. Śląsku widzianym nie przez pryzmat niełatwej historii tego regionu, raz należącego do Niemiec, raz do Polski, ale przez pryzmat splotu losów najbliższych osób narratora. Dwóch jego przyjaciół, których samobójstwo pragnie wyjaśnić. Innych kolegów i koleżanek z podwórka, szkolnych ław, rodziców, krewnych, znajomych. Każda z postaci ma swoje parę pięć minut, swoje miejsce na scenie, pojawia się, zostaje oświetlona światłem reflektora, a potem odchodzi w cień (czasem jednak jeszcze padnie na nią jakaś poświata czy odblask).



Technika narracji przywodzi mi tutaj na myśl Wiesława Myśliwskiego i jego genialny "Widnokrąg", w którym również oglądamy losy ludzkie z różnych perspektyw, to bliższej, to dalszej, to oddalamy się od postaci, to podchodzimy do nich bliżej, zataczając mniejsze i większe kręgi. Jednak, podczas gdy u Myśliwskiego narracja jest wolna, pozwala na przyjrzenie się tak scenerii, jak też i występującym w niej ludziom, o tyle u Kutza na pierwszym planie znajdują się zdecydowanie ludzie i ich skomplikowane, nierzadko bolesne historie, toczące się wartkim biegiem. Zdania są krótkie, dynamiczne. Zachwyca umiejętnie wpleciona gwara - mówią nią nie tylko postaci, gwarowymi zwrotami posługuje się także sam narrator.

To, co wyróżnia powieść Kutza, jest również jej słabością. Wielość bohaterów, przedstawionych z taką samą precyzją i dokładnością, powoduje, że trudno jest ich wszystkich zapamiętać, jak również trudno jest zapamiętać powiązania między nimi. Trudno powiedzieć, kto ma być na pierwszym, kto na drugim planie. Sam narrator, chociaż pierwszoosobowy, pozostaje postacią nader tajemniczą - możemy sobie częściowo odtworzyć jego losy, jednak zbyt wiele pozostaje niewiadomych, o wiele więcej niż w przypadku opisywanych przez niego postaci. Trudno powiedzieć, czy wyjaśnienie śmierci przyjaciół i tajemnica rodzinna, którą przekazuje mu jego matka, w jakimś stopniu go zmieniają. Pozostaje niewidoczny, chociaż ten sposób narracji domagałby się właśnie skupienia uwagi na opowiadającym historię.

Kazimierz Kutz, "Piąta strona świata", Wydawnictwo Znak, Kraków 2010.

piątek, 16 kwietnia 2010

:: Prowincja pełna gwiazd :: Katarzyna Enerlich

Tendencja, którą dałoby się określić, jako "życie zgodne z naturą" lub też "powrót na wieś", jest dość dobrze widoczna w blogosferze. Sama czytam kilka takich blogów, których autorzy są właścicielami chat lub domostw, dzielący się swoją codziennością. To samo dzieje się w literaturze. Zaczęło się od debiutu Małgorzaty Kalicińskiej, "Dom nad rozlewskiem", która umieściła opowiadaną przez siebie historię w gospodarskie pod Pasymiem. Chociaż dla Kalicińskiej nieistotna jest sceneria opowiadanej historii - mogłaby się ona zdarzyć tak naprawdę gdziekolwiek w Polsce - pisarka znalazła naśladowców. W jej ślady idzie Katarzyna Enerlich, która właśnie wydała drugą część przygód Ludmiły Gold, toczącą się w scenerii Mrągowa i okolic, "Prowincja pełna gwiazd" (pierwsza część cyklu nosi tytuł "Prowincja pełna marzeń"). Enerlich nie kryje zresztą swojej fascynacji Kalicińską - jej książki są wzmiankowane w obu częściach jako ulubiona lektura głównej bohaterki.



Chociaż tzw. literatura kobieca (a zwłaszcza modna w niej ostatnio koncepcja "mądrej wiedźmy" - kobiety, która ufa przede wszystkim swoim emocjom, jednak czasem kosztem niepotrzebnego komplikowania swoich relacji z innymi) nie jest moim ulubionym obszarem czytelniczym, podoba mi się w książkach Enerlich to, że potrafi w nich uwzględnić właśnie lokalną specyfikę i wpleść charakterystyczne miejsca i ludzi. Jest i Pałac Nakomiady (tu ciekawostka osobista: jego właściciel jest bratem jednej z moich byłych szefowych i z wybitną pomocą moich niemieckich przyjaciół pisałam mu kiedyś mowę powitalną dla byłego niemieckiego właściciela pałacu), jest i sympatyczna galeria z przedmiotami użytku domowego z Ruszajn (na strony której sama chętnie zaglądam), są i książki ze starymi pocztówkami z Mazur (które tak samo jak bohaterka powieści lubię oglądać), i wzmianka o Ernście Wiechercie, również moim ulubionym mazurskim pisarzu czy o stowarzyszeniu ratującym aleje drzewne, jest szersze odniesienie do relacji polsko-niemieckich. Podoba mi się też widoczny talent scenopisarski - płynna, wciągająca akcja, panowanie nad skomplikowaną fabułą (momentami jednak zbyt skomplikowaną - bohaterka okazuje się pochodzić z żydowskiej rodziny, a do tego jeszcze jest żoną Niemca: nie za dużo szczęścia naraz?). Podobał mi się sposób pokazania wątków narodzin dziecka i śmierci teściowej głównej bohaterki. Ogólne wrażenie jest takie, że część druga jest bardziej dopracowana, a przez to lepsza od części pierwszej (w przeciwieństwie do Kalicińskiej - kolejne części "Rozlewiska" sprawiały wrażenie napisanych w dużym pośpiechu).

Nie podoba mi się tłumaczenie się narratorki z tego, że jej wyborem było pozostanie w rodzinnych stronach; w książce kilkakrotnie powtarzają się też opisy spokojnego wiejskiego życia, skontrastowanego z pełnym pośpiechu życiem w mieście, które jak dla mnie były po prostu irytujące. Tymczasem dzięki internetowi i samochodom te różnice obecnie naprawdę mocno się zacierają: ludzie z mniejszych miejscowości są w stanie docierać na wydarzenia z zakresu kultury wyższej, są w stanie kupować sobie aktualne nowości książkowe czy być na bieżąco ze światem, tak samo, jak miastowi posyłają swoje dzieci na dobre studia czy na zajęcia dodatkowe. Mam porównanie: sama pochodzę z małej warmińskiej wsi, w której regularnie bywam, na co dzień mieszkam w największym mieście w Polsce. Ani prowincja nie jest taka sielankowa, ani miasto nie jest tak beznadziejne, jak chciałaby Ludmiła Gold.

Katarzyna Enerlich, Prowincja pełna gwiazd, Wydawnictwo MG, Warszawa 2010.

poniedziałek, 18 stycznia 2010

Gawędziarze

Mniej ostatnio czytałam prozy, z racji tego, że skupiałam się na książkach zawodowych oraz literaturze psychologicznej. Poza tym czas na książki miałam dopiero w pociągu, w drodze na szkolenie, które wcześniej pieczołowicie przygotowałam. Sięgnęłam po jedną z zaległości ze stosiku w sypialni, "Gawędziarza" Mario Vargasa Llosy. Tutaj fabuła, w porównaniu z innymi książkami Llosy, jest dość prosta - pewien mężczyzna opowiada z kilku perspektyw historię swojego przyjaciela ze studiów, który, zafascynowany jednym ze szczepów peruwiańskich Indian, staje się jednym z nich. W plemieniu pełni funkcję gawędziarza, kogoś, czyje opowieści stanowią czynnik integrujący rozproszone terytorialnie plemię.

I zaraz przyszła mi na myśl inna, niedawno przeczytana książka. "Hakawati, mistrz opowieści" Rabiha Alameddine. Narrator, amerykański programista, opowiada zagmatwane dzieje swojej rodziny, a tym samym sytuując się w rodzinnej linii hakawatich, wędrownych gawędziarzy zarabiających na życie opowiadaniem historii. Baśniowe opowieści hakawatich przeplatają się z historiami rodzinnymi, a także wydarzeniami z historii najnowszej. Gawędziarz w tym przypadku ktoś, kto łączy rozproszone wątki i próbuje przekazać je dalej.

Dwie książki, chociaż powstałe w dwóch odległych kulturach, jednak podobne. Indiański gawędziarz czy libański hakawati to z jednej strony nośnik zbiorowej pamięci, z drugiej skrupulatny kronikarz dziejów zbiorowości, z trzeciej twórca obdarzony bogatą wyobraźnią, mieszający fakty z elementami fantastycznymi, prawdę ze zmyśleniem. Obydwie postaci mogą być też odczytywane jako metafory sztuki literackiej, która nie jest niczym innym, jak właśnie opowiadaniem historii innym. Nawet, jeśli pisarz, inaczej niż hakawati czy gawędziarz, posługuje się słowem pisanym - i tak ma moc wpływania na innych, czarowania ich, sprawiania, by oderwali się od rzeczywistości i zanurzyli w wykreowany przez niego świat.

Gawędziarz, Mario Vargas Llosa, Wydawnictwo Znak, 2009.
Hakawati, mistrz opowieści, Rabih Alameddine, Wydawnictwo Znak, 2009.

środa, 6 stycznia 2010

:: Szymon Hołownia :: Monopol na zbawienie ::

"Monopol na zbawienie", najnowsza książka Szymona Hołowni, bije rekordy sprzedaży. Niewątpliwy udział w tym ma popularność autora, zbudowana dzięki prowadzeniu programu "Mam Talent", ale też atrakcyjne podanie tematu, w formie książki i towarzyszącej jej gry. Przyjaciółka opowiadała, że ostatnio na imprezie ze znajomymi rozegrali partię tej gry, czemu towarzyszyło mnóstwo śmiechu.

Do rzeczy jednak. "Monopol na zbawienie" to książka popularyzatorska, pisana przez autora nie dla głęboko wierzących i mocno intelektualnie zorientowanych katolików, ale dla tych, którzy stoją na progu Kościoła katolickiego, i których z jednej strony mogą odstraszać obiegowe treści i opinie, a z drugiej strony, coś nie pozwala im się ostatecznie wycofać. To właśnie im Hołownia tłumaczy sens różnych obrzędów i obyczajów kościelnych, sposób rozumienia przykazań, pokazuje przykłady życiowych wyborów innych ludzi. Czasem przyznaje się do własnej bezradności - na przykład w sprawie in vitro, gdy nauczanie Kościoła każe mu przyjmować określone poglądy, a on widzi szczęśliwe rodziny z dziećmi "z probówki". Z tego względu książka jest warta uwagi, jako takie właśnie proste i łatwe "wprowadzenie do religii katolickiej". Jednak dla tych, którzy chcą pogłębić swoją podstawową wiedzę religijną, potrzeba już bardziej zaawansowanych lektur, niż "Monopol". Autor jest zresztą tego świadomy, gdyż w przypisach do poszczególnych rozdziałów podaje dodatkowe źródła na dany temat.

Szymon Hołownia, Monopol na zbawienie, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

poniedziałek, 4 stycznia 2010

:: Olga Tokarczuk :: Prowadź swój pług przez kości umarłych ::

Nowa książka Olgi Tokarczuk jest inna, niż poprzednie, utkane z fragmentów przenikających się opowieści - to jedna historia opowiedziana od początku do końca. Rzecz dzieje się w Kotlinie Kłodzkiej. Bohaterką jest Janina Duszejko, emerytowana nauczycielka, obrończyni zwieżąt i pasjonatka astrologii. Duszejko z zapałem próbuje rozwiązać zagadkę kolejnych tajemniczych morderstw dokonywanych na mieszkańcach jej okolicy. Okazuje się, że wszystkich pomordowanych łączyło złe traktowanie zwierząt - a to znęcali się nad swoim inwentarzem domowym, a to brali udział w polowaniach lub nawoływali do kultywowania tej niezbyt chlubnej tradycji. I wtedy już bliscy jesteśmy dowiedzenia się, kto zabił. Jednak nie wątek kryminalny ma w książce największe znaczenie, a tematyka ekologiczna właśnie, pokazana poprzez kontrast pomiędzy uważaną za pomyloną emerytką, a społecznością podchodzącą do zabijania zwierząt w sposób uświęcony wielowiekową tradycją. Jak również to, że nurt New Age (który Duszejko reprezentuje), chociaż może być odbierany jako dziwaczny zlepek wielu teorii i prądów, zwrócił uwagę współczesnych na sposób traktowania naszych "braci mniejszych", głosząc szacunek do wszystkiego, co żyje. Tyle, że w New Age można się też nieźle zgubić. Bo czy zło może być odpowiedzią na zło, a śmierć - na śmierć? Czy zabójstwo może ujść bezkarnie, nie rodząc nawet cienia poczucia winy w mordercy? Z tymi pytaniami zostałam po lekturze.

Olga Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Wydawnictwo Literackie, Warszawa 2009.

niedziela, 3 stycznia 2010

:: Michael O'Brien :: Dom Sophii

Po tym, jak spodobał mi się "Dziennik zarazy", sięgnęłam po kolejną książkę O'Briena wydaną przez Znak, "Dom Sophii". Podobnie, jak w przypadku poprzedniej, mam mieszane odczucia. Fabuła książki to zapis drogi życiowej Pawła Tarnowskiego, prowadzącego antykwariat odziedziczony po wujku, czyli tytułowy Dom Sophii. Paweł nie może się odnaleźć - ani wśród swoich bliskich (na co wpływ mają traumatyczne zdarzenia z dzieciństwa), ani w Paryżu, dokąd jedzie szukać szczęścia w zawodzie artysty, ani w Warszawie lat okupacji, gdzie wraca i podejmuje się prowadzenia rodzinnego interesu. Dręczą go pytania o sens własnego istnienia, brak poczucia własnej wartości, o istnienie Boga. Do tego dochodzi problem identyfikacji seksualnej - chociaż Paweł platonicznie kocha się w kobietach, stopniowo uświadamia sobie, że podoba się mężczyznom i że oni dla również są niego pociągający, jednak - ze względu na wyznawane wartości - decyduje się nie realizować swoich pragnień. Jest to dla niego wyjątkowo trudne, od kiedy coraz bardziej zaprzyjaźnia się z Dawidem, młodym zbiegiem z getta, ukrywanym przez Pawła na poddaszu antykwariatu. Czy tak słaby i pełen rozterk Paweł będzie w stanie raz jeszcze opowiedzieć się po stronie wartości, w które tak chce wierzyć, w momencie najtrudniejszej próby? Nie powiem, sprawdźcie sami.

Michael D. O'Brien, Dom Sophii, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.

poniedziałek, 21 grudnia 2009

:: Małgorzata Rejmer :: Toksymia ::

Sprawy związane z moim doktoratem i szkoleniem trenerskim pochłonęły mnie tak bardzo, że ostatnio nieco mniej czytałam. Sama książka, po którą sięgnęłam, też nie była łatwa - "Toksymia", debiutancka powieść Małgorzaty Rejmer, wydana przez "stajnię" Pawła Dunina-Wąsowicza, czyli wydawnictwo Lampa i Iskra Boża. Znane dzięki głośnemu debiutowi Doroty Masłowskiej, wydaje również innych, młodych autorów, jak chociażby Agnieszkę Drotkiewicz, wyróżniających się nowatorskim podejściem do języka. Małgorzata Rejmer nie jest tu wyjątkiem, jej styl jest charakterystyczny, do tego chętnie posługuje się groteską. Opowiada historie kilku mieszkańców praskiej kamienicy uwikłanych w toksyczne (stąd tytułowa "Toksymia") relacje z innymi ludźmi. Ada Amek odrzuca zaloty twórcy pogrzebowych mów Jana Niedzieli, starszy pan, powstaniec, prześladuje Annę, studentkę dziennikarstwa, a Longin, dawniej polonista, obecnie tramwajarz, nie potrafi porozumieć się z żoną. Dlatego książka jest niełatwa w odbiorze i jeszcze długo pozostawia przykre wrażenie, tak, jakby czytelnikowi udzielały się poplątane, kłębiące się emocje bohaterów i duszna klaustrofobiczna atmosfera świata, w którym żyją. Jak dla mnie, było tego nawet nieco za dużo. Nie mogłam się otrząsnąć. To, co się zapamiętuje, to niewątpliwie język. Autorka ma własny, niepowtarzalny styl, a książka jest dobrze skonstruowana - kilka z pozoru osobnych historii, które coraz bardziej zaczynają przeplatać się ze sobą, w miarę rozwoju akcji.

Małgorzata Rejmer, Toksymia, Lampa i Iskra Boża, Warszawa 2009

sobota, 12 grudnia 2009

:: Julie Powell :: Julie i Julia

Zaciekawiona wpisem na blogu White Plate, poszłam na film "Julie&Julia", razem z moją Mamą. Film wydawał się idealną rozrywką, gdyż moja Mama nie znosi jakiejkolwiek przemocy, nie poleciłabym jej też obciążającego emocjonalnie, ciężkiego filmu w rodzaju "Placu Zbawiciela". Lekki i przyjemny film o losach dwóch kobiet, z wątkiem kulinarnym, wydawał się być idealnym wyborem. Poszłyśmy. I taki ten film rzeczywiście był - lekki, przyjemny, chociaż momentami nachalnie dydaktyczny i sztampowy.

Nauczona doświadczeniem, że książki zazwyczaj są lepsze od filmów, sięgnęłam po "Julie&Julia", ledwo tylko pojawiła się w nowościach w katalogu mojej biblioteki. Nie rozczarowałam się. Atutem książki jest dynamiczny, żywy język i poczucie humoru bohaterki - trzydziestoletniej urzędniczki Julie Powell, która wypróbowuje kolejne przepisy z książki amerykańskiej gwiazdy kulinarnej lat 60., Julii Child. W filmie nie zostało to niestety wystarczająco odtworzone. Za to pojawiła się praktycznie równoległa historia Julii Child, podczas gdy w książce jest cytowane zaledwie kilka niewiele mówiących scenek z jej życia małżeńskiego. Udramatyzowano też konflikt bohaterki z matką (która w filmie jest nadmiernie kontrolującą i o wszystko czepiającą się osobą), a także z mężem (w filmie dochodzi wręcz do kryzysu, w książce jest to tylko drobna kłótnia). Nie wspomniano też, że Julia Child krótko przed śmiercią przesłała Julii Powell pozdrowienia - a pojawił się jedynie wątek skrytykowania przez nią bloga. W filmie z powodu braku dzieci cierpi Julia Child, podczas gdy w książce to właśnie Julie Powell ma zdiagnozowany zespół jajników policystycznych i przez to lęka się, że nie będzie miała dzieci. No, cóż. Film rządzi się własnymi prawami, w związku z tym należało odpowiednio przeorganizować i pozmieniać wątki fabularne z książki.

A sama książka? Ciekawy pretekst do jej napisania (sukces bloga o tematyce kulinarnej). Kawałek dobrego rzemiosła, a przez to - dobrej rozrywki. W sam raz do odreagowania po powieściach cięższego kalibru (jak chociażby wspomniany Coetzee). Podobał mi się też wątek przemiany głównej bohaterki, to, że coś w sobie odkryła, czegoś się nauczyła, coś zmieniła, jak również wątek bycia zainspirowaną przez zupełnie obcą osobę. To także książka o tym, jaki wpływ może mieć na nas literatura, w jaki sposób odbieramy autorów, w jaki sposób wchodzimy w interakcje z nimi w naszym umyśle, w jaki sposób czynimy ich częścią naszego świata i jaki mogą mieć na nas wpływ. Nawet jeśli jako realne postaci wcale do tego nie pretendują - czy też my sami nie próbujemy ich do naszego świata jako realnych ludzi zaprosić.

Jeszcze o blogach chciałam wspomnieć. Jako środek wyrazu artystycznego stają się coraz bardziej popularne, a sukces bloga często jest przyczynkiem do napisania książki - jak chociażby wspomniany przeze mnie blog Tomasza Kwaśniewskiego (ale było też w naszym kraju kilka innych prób). Niektóre powieści są promowane poprzez poświęcone im blogi (wspomniany cykl historii Karoliny Macios, "prowincjonalny" blog Katarzyny Enerlich). Dobrze to czy źle? Trudno wyrokować. Wydaje mi się jednak, że dzięki blogom zyskaliśmy dodatkowe narzędzie do promowania literatury czy narzędzie umożliwiające publikowanie swoich prób literackich. Pisanie bloga jest aktem odwagi, podobnie jak twórcze pisanie. Dlatego, jeśli ma się predyspozycje w tym kierunku, warto próbować, gdyż przykład kilku autorów pokazał, że może to być wstęp do czegoś poważniejszego, jak pierwsza własna książka.

Julie Powell, Julie&Julia. Rok niebezpiecznego gotowania, Świat Książki, Warszawa 2009

poniedziałek, 7 grudnia 2009

:: Roberto Saviano :: Gomorra ::

Moja koleżanka, która w minione lato była na wakacjach we Włoszech, opowiadała, jakie przerażenie wzbudzili któregoś razu u miejscowego sklepikarza, żartując na temat włoskiej mafii. Niby zwykły żart wywołał niewspółmiernie silną reakcję. To była dla mnie inspiracja do sięgnięcia po "Gomorrę" - książkę Roberto Saviano, dokument dotyczący neapolitańskiej kamorry. Chociaż Saviano sięga po liczby i precyzyjne charakterystyki, chcąc zobrazować rozmiar i zasięg przedsięwzięć mafijnych biznesmenów (co przywodzi na myśl Sołżenicynowski "Archipelag GUŁag"), nie stroni też od fabularyzowanych historii postaci zaplątanych w historię mafii, i zwolenników, i przeciwników (jak chociażby przykłady ludzi którzy mieli odwagę przeciwstawić się złu - ojca autora a zarazem lekarza karetki, pielęgniarki, która odważyła się złożyć zeznania w sprawie strzelaniny, czy księdza Don Peppino Diany, nazywającego zło po imieniu). Saviano bywa wszędzie - spotyka się z młodymi kamorrystami, bywa na miejscach strzelanin, wypytuje o szczegóły brutalnych zabójstw, zwiedza dzikie wysypiska śmieci, gdzie kamorra nielegalnie składuje toksyczne odpady. Dar obserwacji, jaki posiada, pozwala mu na tworzenie szczegółowych, prezycyjnych opisów i wiarygodnych ludzkich portretów. Jednak, przeciwieństwie do Sołżenicyna, Saviano nie ukrywa własnych uczuć względem kamorry. Gniew i frustracja autora, rodowitego Neapolitańczyka, który nie chce ani wyjeżdżać ze swojego regionu, ani zostać wciągniętym w mafijny biznes, zostaje mocno wyrażony i ukazany. Zarazem jest motywacją, aby o kamorrze wiedzieć jak najwięcej i dawać o tym świadectwo, gdyż zdaniem Saviano jest to jedyny sposób na ocalenie ludzkiej godności na nieludzkiej ziemi.

Roberto Saviano, "Gomorra. Podróż po imperium kamorry". Czytelnik, Warszawa 2009.

sobota, 5 grudnia 2009

:: Karolina Macios :: Pieskie życie mojego kota ::

W ubiegłym roku przeczytałam "Wszyscy mezczyzni mojego kota" i poniewaz usmiałam się przy tym do łez, sięgnęłam po kontynuację. Przypomnijmy: Ada, główna bohaterka ksiazki, jest Krakowianką, mieszka ze swoim chłopakiem Jose i kotem Kastratem. W drugiej częsci musi stawić czoła ekscentrycznej ciotce swojego chłopaka, Juanicie, do tego szkoli inne kobiety z tego, jak sprawdzać niewiernosc partnera, a jej kot Kastrat zyskuje towarzysza w postaci psa o mało wdzięcznym imieniu K... (bo jest to jedyne slowo, na które zwierzę żywo reaguje). Książka napisana jest w konwencji komedii pomyłek: każda aktywnosc podejmowana przez bohaterkę powoduje piętrzenie się kolejnych kłopotów. Akcja toczy się wartko, autorka ma też dobre wyczucie komizmu sytuacji: najlepsze sceny to bez wątpienia dzielnicowy broniący się przed dwoma napastliwymi jamniczkami, a także obiad rodzinny i powrót tramwajem z tegoż obiadu, gdy najmłodszy siostrzeniec oznajmia: "wolałbym wszystkie gołębie wydmuchać, niż Turnaua w tramwaju ciągle słuchać" (wątek niechęci Krakusów do gołębi przewija się zresztą w całej książce). Ogólnie: zgrabne, dobrze napisane, lekkie, w sam raz na odpoczynek.

Karolina Macios, Pieskie życie mojego kota, Wydawnictwo Znak, Kraków 2009.