Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Stany Zjednoczone. Pokaż wszystkie posty

środa, 10 kwietnia 2013

W jednej osobie - John Irving

W czasach licealnych zaczytywałam się w książkach Johna Irvinga. Siostra i szwagier mieli praktycznie wszystkie książki jego autorstwa, które były wydane w Polsce. Bardziej kojarzyłam nawet "Świat według Garpa" jako książkę, nie zaś jako film, którym zachwycały się bardziej wyrobione filmowo koleżanki z liceum. John Irving pisał zawsze odjechane, barwne książki, w których występowała kumulacja kolorowych, zabawnych, a czasem przerażających wątków. Jego pisarstwo kojarzy mi się nieco z filmami Pedro Almodovara, tak samo pokręconymi, kolorowymi i zaskakującymi. Obowiązkowym elementem każdej z książek Irvinga była jedna scena, bardzo humorystyczna, i tak kunsztownie skonstruowana pod kątem napięcia i jego rozładowania, że człowiek ryczał na całe gardło ze śmiechu i nie mógł przestać, nawet gdy do jego pokoju zbiegała się przerażona rodzina, wyrwana w środku nocy ze swoich łóżek.

Na to liczyłam sięgając po książkę "W jednej osobie". Że będzie to właśnie taki stary, dobry John Irving. A tu niespodzianka. Nic z tych rzeczy. Jest wprawdzie barwnie i kolorowo - główny bohater, Billy Abbott, jest pisarzem, a zarazem biseksualistą. Narodziny i rozwój jego tożsamości seksualnej to główny wątek tej książki. Mamy zatem historie z małego prowincjonalnego miasteczka z galerią nietuzinkowych lokalnych postaci - trupy aktorskiej z lokalnego teatru włącznie z dziadkiem Billy'ego, który uwielbiał odgrywać role kobiece, rówieśnicę Billy'ego "z głosem jak dzwon" czy tajemniczą bibliotekarkę, pannę Frost, jedną z młodzieńczych sympatii głównego bohatera. Są i koledzy ze szkolnej ławy, którzy również bywają źródłem nieoczekiwanych komplikacji. Potem - beztroski, barwny czas studiów, lat 60. z ich wolnością seksualną. I lata 80., z perspektywy których prowadzona jest narracja. Chociaż geje, lesbijki i biseksualiści cieszą się z o wiele większą tolerancją niż w czasach wczesnej młodości, krwawe żniwo wśród nich zaczyna zbierać AIDS. Billy patrzy na śmierć kolejnych osób - znajomych z rodzinnej miejscowości oraz przyjaciół z lat dorosłych - i dokonuje rozrachunku z własnym życiem.


Irving nadal pozostaje barwny, wielowątkowy i pisze w sposób pełen humoru, jednak to nie jest już takie samo pisanie, jakie pamiętam z najwcześniej wydanych książek. Duch dziadka Billy'ego straszący w łazience jest śmieszny, ale nie ma też takiej mocy, by wywołać huraganowy śmiech. Chociaż wcześniejsze książki też zawierały tragikomiczne elementy, w tej szala przechyla się stopniowo na rzecz tragedii - chorych na AIDS oraz ich rodzin. Do tego książka wydaje się przegadana nadmierną ilością wątków i przez to nużąca - wielokrotnie walczyłam ze sobą, aby ją jednak odłożyć w trakcie czytania, ale pragnienie dotarcia do kluczowej śmiesznej sceny zwyciężyło. Niestety, nigdzie jej nie znalazłam. Moja rada: jeśli jeszcze nie czytaliście nic Irvinga, zacznijcie od "Metody wodnej", "Modlitwy za Owena" lub "Regulaminu tłoczni win". A jeśli już znacie te książki, "W jednej osobie" możecie sobie spokojnie darować. 

John Irving, W jednej osobie, Prószyński i S-ka, Warszawa 2012. 

sobota, 12 grudnia 2009

:: Julie Powell :: Julie i Julia

Zaciekawiona wpisem na blogu White Plate, poszłam na film "Julie&Julia", razem z moją Mamą. Film wydawał się idealną rozrywką, gdyż moja Mama nie znosi jakiejkolwiek przemocy, nie poleciłabym jej też obciążającego emocjonalnie, ciężkiego filmu w rodzaju "Placu Zbawiciela". Lekki i przyjemny film o losach dwóch kobiet, z wątkiem kulinarnym, wydawał się być idealnym wyborem. Poszłyśmy. I taki ten film rzeczywiście był - lekki, przyjemny, chociaż momentami nachalnie dydaktyczny i sztampowy.

Nauczona doświadczeniem, że książki zazwyczaj są lepsze od filmów, sięgnęłam po "Julie&Julia", ledwo tylko pojawiła się w nowościach w katalogu mojej biblioteki. Nie rozczarowałam się. Atutem książki jest dynamiczny, żywy język i poczucie humoru bohaterki - trzydziestoletniej urzędniczki Julie Powell, która wypróbowuje kolejne przepisy z książki amerykańskiej gwiazdy kulinarnej lat 60., Julii Child. W filmie nie zostało to niestety wystarczająco odtworzone. Za to pojawiła się praktycznie równoległa historia Julii Child, podczas gdy w książce jest cytowane zaledwie kilka niewiele mówiących scenek z jej życia małżeńskiego. Udramatyzowano też konflikt bohaterki z matką (która w filmie jest nadmiernie kontrolującą i o wszystko czepiającą się osobą), a także z mężem (w filmie dochodzi wręcz do kryzysu, w książce jest to tylko drobna kłótnia). Nie wspomniano też, że Julia Child krótko przed śmiercią przesłała Julii Powell pozdrowienia - a pojawił się jedynie wątek skrytykowania przez nią bloga. W filmie z powodu braku dzieci cierpi Julia Child, podczas gdy w książce to właśnie Julie Powell ma zdiagnozowany zespół jajników policystycznych i przez to lęka się, że nie będzie miała dzieci. No, cóż. Film rządzi się własnymi prawami, w związku z tym należało odpowiednio przeorganizować i pozmieniać wątki fabularne z książki.

A sama książka? Ciekawy pretekst do jej napisania (sukces bloga o tematyce kulinarnej). Kawałek dobrego rzemiosła, a przez to - dobrej rozrywki. W sam raz do odreagowania po powieściach cięższego kalibru (jak chociażby wspomniany Coetzee). Podobał mi się też wątek przemiany głównej bohaterki, to, że coś w sobie odkryła, czegoś się nauczyła, coś zmieniła, jak również wątek bycia zainspirowaną przez zupełnie obcą osobę. To także książka o tym, jaki wpływ może mieć na nas literatura, w jaki sposób odbieramy autorów, w jaki sposób wchodzimy w interakcje z nimi w naszym umyśle, w jaki sposób czynimy ich częścią naszego świata i jaki mogą mieć na nas wpływ. Nawet jeśli jako realne postaci wcale do tego nie pretendują - czy też my sami nie próbujemy ich do naszego świata jako realnych ludzi zaprosić.

Jeszcze o blogach chciałam wspomnieć. Jako środek wyrazu artystycznego stają się coraz bardziej popularne, a sukces bloga często jest przyczynkiem do napisania książki - jak chociażby wspomniany przeze mnie blog Tomasza Kwaśniewskiego (ale było też w naszym kraju kilka innych prób). Niektóre powieści są promowane poprzez poświęcone im blogi (wspomniany cykl historii Karoliny Macios, "prowincjonalny" blog Katarzyny Enerlich). Dobrze to czy źle? Trudno wyrokować. Wydaje mi się jednak, że dzięki blogom zyskaliśmy dodatkowe narzędzie do promowania literatury czy narzędzie umożliwiające publikowanie swoich prób literackich. Pisanie bloga jest aktem odwagi, podobnie jak twórcze pisanie. Dlatego, jeśli ma się predyspozycje w tym kierunku, warto próbować, gdyż przykład kilku autorów pokazał, że może to być wstęp do czegoś poważniejszego, jak pierwsza własna książka.

Julie Powell, Julie&Julia. Rok niebezpiecznego gotowania, Świat Książki, Warszawa 2009