Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą konie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 10 lipca 2016

Nie ma końca

Trzyletni pobyt w Śliwiczkach i walka o los koni tam mieszkających wciąż tak naprawdę trwa. Ciągle nie sposób zapomnieć o tamtych sprawach. Zwłaszcza, że wciąż docierają do nas jakieś informacje. Niestety złe.
Konie żyły tam od niemal dwudziestu lat w warunkach skandalicznych. Ludzie we wsi mówili o "obozie koncentracyjnym", jaki konie tam miały.

Trzy lata szarpaliśmy się z właścicielką tych zwierzaków, wykłócaliśmy się o każdą kostkę siana, o słomę do ścielenia, o materiał do naprawy boksów i wybiegów. O wszystko. O odseparowanie ogierów od klaczy w rui, o kastrację, by zakończyć niekontrolowany rozród i cierpienia źrebiąt.
Trzy lata!!! Oszukano nas, wykorzystano, a na koniec wyrzucono z gospodarstwa, kiedy wokół koni zrobiło się "gorąco". Ponad rok włóczyliśmy się po sądach, ponieważ próbowano zwalić na nas winę za dwudziestoletnie zaniedbania!
Sprawa w sądzie jest warunkowo zawieszona, bo sąd nie potrafił jednak obarczyć nas winą. Z drugiej natomiast strony zostaliśmy poinformowani, że właścicielka tych koni nie będzie już za nic odpowiadać, bo sprawa się przedawniła. Baba wywinęła się od jakiejkolwiek odpowiedzialności.
Większość koni sprzedała. Przeważnie do rzeźni, czyli miejsca przed którym je broniliśmy z całych sił. Zamordowała konie, które dla niej pracowały przez wiele lat!

Weronka ze swoim synkiem Wezyrem. Cudowna, mądra klacz, która niestety trafiła do rzeźni
Dzisiaj natomiast przeczytaliśmy na facebooku fundacji, która wtedy wtargnęła do gospodarstwa i zepsuła naszą robotę, takie coś:

"Dawno niczego nie napisałam, ciągły brak czasu. Przedwczoraj byliśmy na kontroli u koni, o których pisaliśmy w ubiegłym roku, a także dwa lata temu. Niestety, miało być inaczej, jest pewna poprawa (nie było opiekującego się 6 końmi), konie nie są zabiedzone, widać, że mają odpowiednią ilość pożywienia, ale końskie kopyta nie widziały kowala od , co najmniej, zeszłego roku. Niektóre wyglądają okropnie; zadzwoniliśmy do właścicielki, tłumaczyła się, że wzywany kowal nie przyjechał! Ale to nie jest tłumaczenie! Ona musi tego dopilnować, bo niektóre z tych koni juz nie mogą normalnie chodzić. Zagroziliśmy, że jeśli w tym tygodniu kopyta nie będą doprowadzone do porządku- zgłosimy sprawę do organów ścigania, bo to jest zadawanie bólu zwierzętom. Jeśli chce się mieć konie, to trzeba o nie dbać. Sami rozmawialiśmy z kowalem, ma przyjechać w poniedziałek. Zobaczymy."

To jest ostateczny dowód na to, że mieliśmy rację. Konie miały tam zawsze przerąbane. Zawsze były na ostatnim miejscu. Okres, kiedy my nimi się zajmowaliśmy, był najszczęśliwszym w ich życiu. Wtedy miały przy sobie człowieka, który o nie dbał. Nie zdołaliśmy co prawda zniwelować zaniedbań. Nie udało się to mimo ogromu pracy jaki wykonaliśmy. W pół roku, bo tyle czasu spędziły one pod naszą wyłączną opieką, nie da się nadrobić w dwie osoby karygodnych zaniedbań z dwudziestu lat. Piszemy pół roku, bo tyle z trzech lat, konie znajdowały się całkowicie w naszym zarządzie. Nie zdążyliśmy, bo to było niewykonalne.

Teraz po dwóch latach, znowu jest duży problem. Znowu fundacja rozważała powiadomienie prokuratury. Nam w tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak wrócić na drogę prawną, by do końca oczyścić swoje dobre imię, a także zawalczyć jeszcze o nasze zmarnowane trzy lata, a następnie kolejne dwa, gdzie wciąż walczymy o przetrwanie w dziadoskich warunkach, zamiast się rozwijać i kreatywnie działać.  
W Śliwiczkach konie zawsze miały źle i nic się z tym nie zmieni dopóki ta osoba i jej rodzina będzie miała prawo posiadać konie. Ohydne w tym jest jeszcze to, że te same konie pracują potem z dziećmi na obozach i tam tym dzieciom opowiada się banialuki o ekologii i przyrodzie. I to jest skandal.

środa, 16 marca 2016

Głupota, całe zło świata

   Nash, foto facebook.com  Jeff King


To z czym współcześnie mamy do czynienia, co dzieje się niemal każdego dnia, przyprawia wprost o dreszcz przerażenia i niezgody na taką sytuację. Mamy na myśli wzbierającą wciąż falę zła czynionego przez ludzi.
Chyba nigdy ta fala nie była tak wysoka. Dopiero co przez wszelkie media przetoczyła się sprawa zostawienia w lesie, na pewną głodową śmierć, suczki ze szczeniętami. Kilkoro z nich zmarło, a suczka przywiązana do drzewa, bezsilnie temu umieraniu się przyglądała.
Kolejna z ostatnich spraw to niewidoma na jedno oko klacz, do której jakiś zwyrodnialec strzelał z broni do paintballa. Ponad sto razy do niej strzelił z bliskiej odległości.

Dochodzą nas także wieści z polowań, czy szkoleń myśliwych. Trwa eksterminacja lisów. Wykopuje się je łopatami z nor, by zabić lisicę tą samą łopatą, a jej szczenięta rozdeptać butem. Na dodatek to wszystko jest filmowane przez sprawcę i publikowane potem w internecie. On jest z siebie dumny!
Inny myśliwy, przez siedemnaście lat trzymał w zagrodzie dzika, by jego znajomi i on sam mogli ćwiczyć na tym zwierzęciu swe psy. Przez siedemnaście lat!
Polskie lasy to miejsca niemal codziennych zbrodni. Zwierzaki zabija się na niespotykaną dotąd skalę. A będzie jeszcze gorzej.

Nie ma dnia, abyśmy nie usłyszeli o kolejnej tego typu sytuacji. Prawo się zaostrza, rośnie oburzenie opinii publicznej, sprawcy coraz częściej dostają wyroki bezwzględnej odsiadki... I niczego to nie zmienia. Fala obrzydliwych zachowań wciąż rośnie.
Nie omija także wielkich sportowych imprez. W trakcie Iditarod, jednego z dwóch najdłuższych wyścigów psich zaprzęgów na świecie doszło do nieprawdopodobnej sytuacji. Dwa prowadzące w wyścigu zaprzęgi, Aliy Zirkle oraz Jeffa Kinga, zostały zaatakowane przez osobnika na skuterze śnieżnym. Najpierw próbował rozjechać psy Aliy. Krążył wokół zaprzęgu dwukrotnie, a Aliy próbowała go w jakiś sposób odpędzić. Wyrwała nawet drewniany traser ze śniegu i zagroziła nim napastnikowi, co go zniechęciło do dalszych ataków. Jednak jeden z jej psów został potrącony. Na szczęście wyszedł z tego cało.

Psychopata jednak nie odpuścił. Dwie godziny później na ogromnej prędkości i przy całkowitym zaskoczeniu, przejechał przez zaprzęg Kinga. Zrobił to, po czym równie szybko oddalił się z tego miejsca.
Jeden z psów Kinga, Nash, zginął na miejscu. Drugi Crosby, ma złamaną łapę. Trzeci pies doznał także obrażeń.
Policja już aresztowała idiotę. Ten za wszystko przeprasza i twierdzi, że był pijany. Grozi mu solidna kara, więc obrał linię obrony wiodącą przez pijaństwo.

Ciągle podobne rzeczy mają miejsce. Świat stał się totalnie okrutny i nie widać szans na jego poprawę. Z jednej strony bardzo wzrosła świadomość i empatia dla zwierząt. Mnóstwo ludzi poprawia stale ich byt, ale z drugiej strony dochodzi do coraz częstszych zachowań patologicznych. Wzrasta też ilość ludzi prymitywnych i głupich. I ta głupota jest przyczyną wszelkiego zła. Głupota budzi lęki przed nieznanym, budzi nienawiść. Ta nienawiść stopniowo zaczyna być odczuwana wobec wszystkich i wszystkiego. Potem przychodzi czas na okrucieństwo.
Wystarczy popatrzeć co dzieje się w naszym kraju. Wybrani przez naród przedstawiciele władzy, nie robią nic innego jak tylko szerzą nienawiść. Wciąż zmuszają nas do kłótni i przepychanek. W takich warunkach do głosu dochodzą największe prymitywy. Obawiamy się, że to wprost prowadzi do katastrofy.
W okropnych czasach przyszło nam żyć i to pomimo tej niezwykle szczęśliwej okoliczności, jaką jest brak wojny od kilkudziesięciu lat. Choć obecny rząd robi co może, aby ten okres przerwać.
Trzymajmy się i nie dajmy złu.

niedziela, 18 października 2015

Fundacja nie może tak działać!



Weronka z malutkim Wezyrkiem

Od afery, która ostatecznie wywaliła nas ze Śliwiczek i wpędziła w niekończące się problemy minęło dobre półtora roku. Przypomnimy tylko, że zajmowaliśmy się tam cudzymi końmi w ramach dzierżawy gospodarstwa.
Po trzech latach pracy z końmi, opieki nad nimi i ciągłej walki z właścicielką tego miejsca o należyte traktowanie jej własnych zwierząt, dostaliśmy wypowiedzenie umowy. Bezpośrednią tego przyczyną było pojawienie się fundacji, która oficjalnie para się opieką nad zwierzętami. Stwierdzili, że konie są chude oraz, że żyją w niewłaściwych warunkach. Stwierdzili coś, z czym my walczyliśmy od 3 lat.
Zamiast załatwić tę sprawę po ludzku i z głową, zrobili pokaz totalnej amatorki i kompletnego braku wiedzy w zakresie prawa i opieki nad zwierzętami.
My naiwnie sądziliśmy, że taka fundacja pomoże nam w wyegzekwowaniu praw zwierząt w tym gospodarstwie. Stało się inaczej. Otóż okazało się po pewnym czasie, że fundacja i właścicielka gospodarstwa to znajomi, a znajomym przecież krzywdy się nie robi, więc postanowili zrobić z nas winnych całej tej sytuacji. O co chodzi pisaliśmy w czerwcu 2014 tutaj i w kolejnych postach. Nie ma na tym blogu dalszego ciągu tej historii, bo nie chcieliśmy nic pisać, póki toczy się sprawa w sądzie. Teraz sytuacja zaczyna się zmieniać ponieważ znaleźliśmy pewne informacje, które dużo zmieniają w tej sprawie.

Otóż inspektor owej fundacji ciągle powtarzał w trakcie spotkań z nami, że najważniejsze są zwierzęta i trzeba im pomóc. My mówiliśmy mu, że trzeba im pomóc z głową, bo inaczej trafią do rzeźni. Na dodatek my wylecimy z tego miejsca, stracimy pracę i możliwości utrzymania naszych ponad 40 zwierząt. Inspektor miał to w dupie. Od początku był całkowicie nie wrażliwy na przyszły los naszych psów, kotów i gęsi. Nie interesowało go, że nie mamy kojców w miejscu, do którego się wyniesiemy, że tam nie będziemy mogli pracować z psami, a w związku z tym zarabiać. Tłumaczyliśmy, że tracąc pracę i miejsce do działania w Śliwiczkach skazujemy na niepewny los nasze zwierzaki i nas samych. Jeszcze raz to napiszemy dosadnie. Miał to w dupie!

Musimy pomóc tym koniom - powtarzał jak mantrę.

No i kurwa pomógł! Jak diabli pomógł! Dzisiaj wiemy, że z 13 koni żyje tylko 5. Mamy absolutną pewność, że do rzeźni trafiła Weronka, cudowna klacz o anielskim usposobieniu. Stało się to wiosną tego roku. Na 99,9 procent taki sam los spotkał Ogara, Wezyra, Sarma, Dumkę, DeDee, Sobótkę i Felka. 5 z nich to były jeszcze dzieci, którym pomagaliśmy i z którymi pracowaliśmy od ich narodzin.

Ta "fundacja" zniweczyła 3 lata naszej pracy, 3 lata walki o te konie. Mieliśmy plan działania, wiedzieliśmy co zrobić, aby trafiły one do dobrych ludzi. Część planowaliśmy sami wykupić. Inspektor fundacji wszystko zepsuł i doprowadził do śmierci koni. A nas na skraj ruiny psychicznej, emocjonalnej i finansowej. Jego działanie także spowodowało zagrożenie dla życia i zdrowia naszych zwierząt. Przecież musieliśmy wyprowadzać się ze Śliwiczek w pośpiechu i w upałach, nie mając gdzie schronić przed nim naszych psów. Inspektor wiedział o tym, ale raz jeszcze to napiszemy, miał to w dupie.

W życiu nie spotkaliśmy się z taką amatorszczyzną w wykonaniu organizacji pozarządowej.
Kiedy mówiliśmy mu o naszych problemach, o upale, braku kojców i pieniędzy na ich budowę, to straszył nas, że do nas też przyjedzie "pomóc Pieskom".
Teraz wiemy już, że konie wysłał na rzeź.

Dzisiaj nie podamy w tym poście danych tej fundacji, bo jak wspomnieliśmy sprawa sądowa jest w toku i nie chcemy szkodzić jej przebiegowi.
Takie fundacje to zakała prozwierzęcej działalności. Przez takie fundacje ludzie tracą wiarę w możliwość sensownego działania. To jest chore, że każdy może założyć sobie organizację i szkodzić zwierzętom. Chore, że nikt nie kontroluje efektów takiej działalności.

niedziela, 16 sierpnia 2015

Wszystko w jednym miejscu

Nasz blog od początku był multitematyczny. Zawsze pojawiały się na nim tematy z różnych dziedzin życia. Oczywiście psy i psie zaprzęgi były i są wiodącym wątkiem, ale przecież życie to nie tylko one. Jest jeszcze wiele innych nurtujących nas spraw i problemów.
Stąd ten miszmasz tematów, które spotykacie zaglądając na tę stronę. Jednego dnia piszemy o kolejnym treningowym dniu, innego o jakimś wydarzeniu przykuwającym naszą uwagę, jeszcze kiedy indziej pojawia się recenzja książki, czy sprzętu.
Interesujemy się wieloma sprawami i to znajduje odzwierciedlenie na tym blogu.

Owszem, próbowaliśmy kiedyś trzymać się ściślej tematów psich i około zaprzęgowych, ale nigdy w praktyce nam to nie wychodziło. Jak pisać tylko o psich zaprzęgach, kiedy przez kilka lat żyje się z końmi? Jak trzymać się jedynie psów, kiedy zamieszkały z nami uratowane koty, gęś?
Jak wreszcie spokojnie opisywać nasze życie z psami, kiedy wokół jest tyle dramatów i zwierzęcego nieszczęścia? Ludzkiego nieszczęścia też niestety nie brakuje. Dlatego nie da się w naszym wykonaniu trzymać jednego tematu. Nawet nie będziemy już próbowali.

Trzy lata pracy z końmi otworzyły nam dostęp do świata, którego istnienia mogliśmy się jedynie wcześniej domyślać. Do świata wspaniałych zwierząt i nie dorastających im nawet do pęcin ludzi. Wielu spośród właścicieli koni to ich wyzyskiwacze, którzy po całkowitym wyeksploatowaniu konia na koniec wyślą go jeszcze makabrycznym transportem śmierci do Włoch, czy Francji.
Najlepszym na to przykładem są przeklęci fiakrzy z trasy do Morskiego Oka, którzy na tym blogu pojawiali się kilkukrotnie. Zaczęliśmy ten temat opisywać parę lat temu. Wiele osób o tym mówiło, pisało, organizowało różne akcje protestacyjne. I nic. Prymityw fiakr jest nie do ruszenia. W Zakopanem panuje sitwa, która nie pozwala zakończyć haniebnego procederu zwanego transportem konnym do Morskiego Oka.
Nie sposób takich tematów nie poruszać, kiedy jest się wrażliwym na los zwierząt człowiekiem.

Koński los w wielu miejscach, gdzie konie pracują rekreacyjnie jest naprawdę nie do pozazdroszczenia. Widzieliśmy to z bardzo bliska pracując trzy lata z końmi. To co robiła ich właścicielka to był horror, z którym walczyliśmy każdego dnia. Zresztą ta sprawa wciąż się jeszcze toczy w sądzie.

Od piętnastu lat siedzimy w psich zaprzęgach. Tutaj też nie brakuje rzeczy, które nas irytują. Delikatnie ujmując sprawę. Mamy sporo adoptowanych psów. O każdym z nich moglibyśmy opowiedzieć osobną historię. Osobną, ale ze wspólnym mianownikiem z pozostałymi. Zawsze nim jest ludzka podłość, bezmyślność i brak uczuć. Sport z psami często jest fanaberią człowieka, często jest pokazem przerostu jego ambicji nad możliwościami i jego i jego psów. W psich zaprzęgach spotykamy całe spektrum zła. Od dopingu, poprzez przedmiotowe traktowanie psów, aż po "likwidację" starych, czy zbyt wolno biegających psów.
Wielu maszerów nie ma pojęcia o treningu sportowym. Nie rozumie wagi odpowiednio dobranych metod pracy dla zdrowia i kondycji psów. A do tego kompletnie ci ludzie nie są zainteresowani zdobyciem takiej wiedzy. Nie czytają książek, nie czytają artykułów. Kompletnie ich to nie obchodzi. Łatwiej jest ślepo kopiować metody treningowe innych zawodników oraz szukać psów, które pobiegną dzięki wrodzonym zdolnościom, niż ciężko pracować z psami które się posiada. W ten sposób mnoży się jedynie problem bezdomnych zwierząt.

Wokół tego co robimy jest całe mnóstwo obrzydliwej patologii. Wolelibyśmy o niej nie wiedzieć, nie przeżywać tych wszystkich spraw. Skoro jednak siedzimy w psim sporcie po same uszy i jesteśmy wrażliwymi ludźmi, to nie możemy przechodzić obok różnych świństw spokojnie. Nie da rady!
O skali tych zjawisk napiszemy niebawem, bo jest to temat, który mushingowi robi czarny PR. Wiele osób o tym mówi, ale ważnych kwestii nie porusza się publicznie. A jeśli już się to uczyni, to spotkać się można jedynie z totalnym atakiem części środowiska zaprzęgowego. Doświadczyliśmy tego na własnej skórze podejmując temat dopingu na Facebooku wykrytego u jednego z zawodników. Obrzucono nas błotem w sposób tak ordynarny, że aż nie do uwierzenia.
Wrócimy do tego tematu. Choćby właśnie ze względu na formę ataku na nas, która przekonała nas, że zjawisko dopingu może być znacznie szersze niż nam się wydawało.
Chodzimy na spotkania ze sponsorami, dziennikarzami, sporo rozmawiamy z ludźmi, którzy przyglądają się psim zaprzęgom z boku. I słyszymy od nich o fatalnym traktowaniu psów w tym sporcie. To nie ułatwia nam rozmów, ani zdobywania środków na naszą działalność. A będzie jeszcze trudniej jeśli zaczną wychodzić na jaw inne sprawy. Dlatego musimy o tym pisać i mówić. Trzeba przeciąć ten wrzód i oczyścić środowisko ze złych ludzi. Inaczej mushing w naszym kraju nie ma żadnej przyszłości. Jeśli będziemy milczeć to prawdziwi miłośnicy zwierząt zaczną traktować maszerów jak fiakrów z Zakopanego, czy myśliwych. Wtedy nikt już z nas nie dostanie patronatu, nie znajdzie sponsorów, nie zorganizuje nawet imprezy z psimi zaprzęgami.

Jak sami widzicie nie sposób jest pisać tylko i wyłącznie o psich zaprzęgach. A już na pewno nie da się tego czynić nie zwracając uwagi na jego "szarą strefę".
Dlatego ten blog już taki zostanie. Będziemy nadal poruszać na nim rozmaite ważne mniej lub bardziej sprawy. A czytelnicy jeśli nie chcą czytać wszystkiego to zawsze przecież mogą wyszukiwać na nim tylko tych treści, które ich interesują.
Pozdrawiamy i zapraszamy na łamy bloga.

sobota, 23 sierpnia 2014

Smyk - krótka historia młodego konia

Smyk* przyszedł na świat 12 marca 2012 roku. Jego mamą była Schiera, a tatą wnuk mamy - Sarm. Pewnie przez to bliskie pokrewieństwo nóżki Smyka nie były zdrowe i sprawiały mu trochę kłopotów. Ale tylko nóżki.
Smyk pod każdym innym względem był najnormalniejszym źrebakiem. Chciał brykać na łące, galopować wśród traw i promieni słońca. Nie przejmował się swoim kalectwem.

Smyk miał właścicieli, ale oni nie interesowali się jego problemami. Nie interesował ich mały, wesoły, choć chory konik. Nie mieli potrzeby oglądania go, czy przebywania w jego towarzystwie. Tak samo jak i innych źrebaków, które przyszły na świat trochę wcześniej od Smyka.
Miał na szczęście Darię, Kacpra i Krzyśka, którzy byli z nim od jego narodzin. Spędzali ze Smykiem co dziennie długie godziny i szukali sposobu, aby mu pomóc.

Problemem źrebaka były jego nogi. Tylne miały tzw. miękką pęcinę, która nie pozwalała dzieciakowi normalnie chodzić. Przednie nogi tez miały jakiś problem, ale na początku nie było wiadomo, czy aby nie jest on spowodowany kłopotami tylnych.
Weterynarz wezwany przez trójkę Smykowych opiekunów dostrzegł szansę na wyleczenie konika. Powiedział, że trzeba mu założyć gipsy na tylne nogi, tak aby dać szansę ścięgnom i więzadłom się wzmocnić. Powiedział też, że jest duża szansa na to, ze konik stanie normalnie na nogi.

Od słów wszyscy przeszli do czynów. No może nie wszyscy, bo właściciele Smyka nie byli najwyraźniej zadowoleni z takiego obrotu sprawy. Woleli, żeby Smyka nie było, żeby umarł po prostu i nie tworzył kosztów. Bo przecież "koszty leczenia będą duże". Faktycznie były ogromne. Założenie gipsów na obie nóżki kosztowało 400 zł.
Na szczęście wtedy jeszcze opiekunowie Smyka mieli coś do powiedzenia i się udało. Smyk dostał swoje gipsy i szansę na normalne chodzenie.

Wiele razy w ciągu dnia i nocy opiekunowie odwiedzali Smyka w jego boksie, który specjalnie dla niego zbudowali. Musieli go zbudować, bo w stajni nie było takich luksusów. A Smyk musiał być odizolowany od reszty stada. Przez trzy tygodnie nie mógł biegać, nie mógł strzelać baranków, bo gips mógł się uszkodzić i cała praca pójść na marne.
Siedział więc biedak razem z mamą w stajni. A na zewnątrz było tak pięknie! Trwała wiosna w najlepsze, świeciło słońce, pachniały trawy i ziemia była taka ciepła. Smyk nie mógł spokojnie usiedzieć w ciemnej stajni. Stajni z małymi ciemnymi okienkami. W niej nie było słońca. Właściciele nie widzieli potrzeby, aby w stajni było jasno. Ważne, że w ich apartamentowcach przez duże okna wpadało słońce. Kogo by tam obchodził Smyk. To przecież tylko koń, głupie zwierzę. Po co mu słońce.

Pewnego dnia stało się coś złego. Gipsy zaczęły się ruszać, rozpadać. Jasne było, ze trzeba je zdjąć i założyć jeszcze raz nowe.
Nie spodobało się to właścicielom Smyka. Znowu te 200 zł. Okropnie wielkie pieniądze. Jednak się zgodzili. Z resztą, gdyby było inaczej to opiekunowie zapłaciliby za gipsy i tyle. Na tym etapie nie mieli najmniejszego zamiaru przejmować się zdaniem nieczułych na los zwierząt właścicieli Smyka. Trwała już na dobre walka o jego życie.

Znowu musiał siedzieć w ciemnej stajni. Jego mama też ledwo wytrzymywała tę sytuację, musiała przecież być ciągle przy swoim synku. Wciąż wołała inne konie, pragnęła ich bliskości i towarzystwa. Konie to niesłychanie stadne zwierzęta. Muszą być razem. Bliskość zapewnia im poczucie bezpieczeństwa i spokój.
Dlatego opiekunowie każdą wolna chwilę spędzali ze Smykiem i jego mamą. Zazwyczaj tez były z nimi inne konie, które też pragnęły dać im swoje towarzystwo. Nie było tylko właścicieli tego stada. Prze pierwsze dwa miesiące życia Smyka nie poczuli potrzeby zobaczenia go na własne oczy. Z daleka, przez telefon próbowali kierować jego życiem. 

Mijał czas i nieubłaganie zbliżał się termin wyjścia koni do ekowioski, w której pracowały w lipcu, każdego roku z dziećmi.
Opiekunowie wiedzieli, że to może być termin dla Smyka ostateczny, jeśli nie postawią go na nogi. Z weterynarzem zdjęli gipsy. Smyk chodził teraz znacznie lepiej. Widać było jak z każdym dniem jego nogi robią się co raz mocniejsze. Smyk bardzo chciał chodzić, chciał żyć i cieszyć się światem.

Daria znalazła w Sopocie bardzo dobrego
końskiego ortopedę. Miał przyjechać i zdiagnozować Smyka. Kolejne straszliwe 200 zł do wydania. Opiekunowie mieli nadzieje, że diagnoza da szansę Smykowi. W końcu wiedzieli, ze gipsy znacznie poprawiły jego chodzenie. Ortopeda nie zdążył jednak dojechać. Smyk razem z resztą stada wyruszył w sześciokilometrową wędrówkę do ekowioski. Poszedł na swoich chorych nóżkach w drogę, która przekraczała jego możliwości. Musiał strasznie cierpieć, kiedy biegł za swoją mamą. Opiekunowie słyszeli i słyszą do dziś jego wołanie, jakby krzyczał - Mamo poczekaj, ja nie mogę tak szybko biec!
Daria, Kacper i Krzysiek nie mogli już nic zrobić. Właściciele Smyka odebrali im prawo do decydowania o jego losie. Zostali jeszcze przy tym zrugani, że narazili ich na koszty lecząc bez sensu konia, którego należało "zutylizować", jak wyraził się mąż właścicielki.

Smyk dotarł do ekowioski. Przeszedł swoją własną krzyżową drogę, tylko po to, aby wezwany tam weterynarz go uśpił. W dużym zresztą pośpiechu, bo tego samego dnia przyjeżdżały pierwsze dzieci.

Długo opiekunowie opłakiwali Smyka. Bardzo długo nie mogli dojść do siebie. Nigdy wcześniej nie zetknęli się osobiście z tak przedmiotowym traktowaniem zwierząt, żywych, czujących i rozumnych istot. I to przez ludzi, którzy na stronie internetowej ekowioski mają zamieszczone słowa o "ogromnym poszanowaniu dla przyrody". Jak widać to tylko słowa.

Smyk żył krótko, ale dzięki swoim opiekunom choć przez ten krótki czas, zaznał miłości i ciepła. Zaznał opieki i troski ludzi, którzy nie spali po nocach zastanawiając się jak mu pomóc. I pomogliby, gdyby mieli choć trochę więcej prawa do tego.

Biegaj nasz Smyku wesoło po Wiecznych Łąkach, gdzie nie ma bólu, chorób i wstrętnych ludzi liczących jedynie pieniądze. Ciesz się słońcem i zieloną trawą. Może pewnego dnia spotkamy się tam wszyscy i znów przytulimy do Twojego ciepłego i wilgotnego pyszczka, którym tak lubiłeś nas dotykać.

Smyk* - imię Smyk zostało nadane konikowi przez jego opiekunów, gdyż właściciele w ogóle nie byli zainteresowani ani nadawaniem imion narodzonym w gospodarstwie źrebakom, ani nawet zapisywaniem dat ich narodzin, odwiedzaniem źrebaków oraz wyrabianiem im odpowiednich, obowiązkowych dokumentów.

wtorek, 22 lipca 2014

Dramat koni z Tatrzańskiego Parku Narodowego

Ile jeszcze koni ma cierpieć w drodze do Morskiego Oka?! Dlaczego pieniądze są ważniejsze od ich zdrowia i życia!?! Jak władze parku narodowego mogą na to pozwalać!?! Chronią tylko "swoje" kozice, niedźwiedzie i wilki, a konie mają gdzieś, bo przywożą im pieniądze "turystów"!?!

fot. Marek Rabiasz


W niedzielę 20 lipca po raz kolejny przewrócił się koń, który najprawdopodobniej nie wytrzymał tempa biegu - nie od dziś wiadomo, że fiakrzy poganiają konie, aby te biegły kłusem, gdyż tym sposobem udaje się wozakom zrobić o kilka kursów więcej. Tym razem konie biegły w dół, co wcale nie jest dla nich mniej męczące niż w górę. Dodatkowo na niekorzyść zwierząt wpływa wysoka temperatura.

Według relacji świadka wędrującego w górę, pana Marka Rabiasza koń "Wyglądał jakby się dusił się, bo łańcuch od chomąta zaplątał się w dyszel." Niedzielni pseudoturyści jadący wozem zsiedli z niego i zaczęli przytrzymywać wóz, aby przestał się on staczać w dół. Czyżby doszło do awarii hamulców? Oswobodzono też konia, który po jakimś czasie wstał.
Oczywiście według fiakrów nic się nie stało, koń się zwyczajnie potknął i przewrócił.
Prezes Stowarzyszenia Fiakrów Stanisław Chowaniec powiedział, że "Ma otarte kolana, ale poza tym nic mu nie jest. Dojechał na dół ." Jaki jest naprawdę stan zdrowia konia może jednak ocenić jedynie lekarz weterynarii. I czy panu Chowańcowi na pewno chodziło o kolana? Jeśli koń upadł na przednie nogi, to na pewno ma otarte nadgarstki a nie kolana.
Tatrzański Park Narodowy jak na razie nie ma zamiaru komentować tego zdarzenia, zażądał wyjaśnień od fiakrów.
Zdjęcie leżącego konia zrobił pan Marek Rabiasza, a oto słowa którymi je podpisał na facebooku:

"W pogoni za dudkami w tym upale nie każdy wytrzymuje. Co z tego, że wozacy muszą m.in. przestrzegać liczby przewożonych osób na jednym wozie, sokoro przy odpowiedniej prędkości to nawet z jednym turystą można zagonić konia. A wozacy speszą się, bo rzadko zdarza się aby turyści czekali na Palenicy na bryczkę a nie Fiakrzy na turystów. 
 Udostępnijcie to, może Ci wszyscy co wożą swoje szanowne 4 litery następnym razem się zastanowią czy nie lepiej iść spacerem ."
Jesteśmy głęboko wstrząśnięci postawą parku i ciemnotą ludzi, którzy nie widzą nic złego w tak okrutnym wykorzystywaniu koni do nadmiernej pracy. Wielokrotnie poruszaliśmy ten temat na naszych stronach i apelowaliśmy o podpisywanie petycji w sprawie zakazu transportu konnego do Morskiego Oka, niestety dramat koni w dalszym ciągu trwa. 
Jak widać w Polsce bardzo trudno tzw. zwykłym ludziom zrobić z tym porządek, chyba musi do akcji dołączyć jakiś celebryta, może wtedy władze parku i Zakopanego oraz korzystający z transportu "niedzielni turyści" zmienią zdanie.

czwartek, 12 czerwca 2014

Dosyć milczenia

No i stało się. Po trzech latach nie wytrzymaliśmy i w końcu postawiliśmy na ostrzu noża sprawę koni, którymi się zajmujemy w Śliwiczkach. Gospodarstwo dzierżawimy właśnie w zamian za opiekę nad końmi. Opiekę nie ich utrzymanie.

Od samego początku konie były totalnie zaniedbywane przez swoją właścicielkę. Kiedy tu zamieszkaliśmy to zastaliśmy pełną siana stodołę. Jednak siano skończyło się wczesną wiosną i wtedy właścicielka pokazała na co ją stać. Dzwoniliśmy, wysyłaliśmy maile. Prosiliśmy przy każdej okazji o siano, owies, lizawki. Bez skutku.
W maju i czerwcu 2012 był już dramat. Wszystkie klacze karmiące, a my zbieraliśmy resztki siana z posadzki stodoły. Klacze chudły w oczach. Wreszcie, widząc że nie ma na co liczyć ze strony właścicielki, kupiliśmy sami trochę siana, marchwi, buraków. Lizawki od początku kupowaliśmy za swoje.
Wreszcie z końcem czerwca konie poszły do ekowioski prowadzonej przez właścicielkę i jej zięcia kilka kilometrów od Śliwiczek.

Konie tam pracują dwa miesiące w roku, w trakcie obozów dla dzieci. Pracują bez żadnego przygotowania, treningu, objeżdżenia. Chodzą pod dziećmi, pod okiem instruktora, który ich nie zna, bo nie pracuje z nimi na co dzień.

W trakcie obozów w ekowiosce, często konie uciekają stamtąd i idą do domu. W trakcie jednej z takich ucieczek, podczas przechodzenia przez szosę została potrącona przez samochód kilkumiesięczna Bonka.
Ludzie z ekowioski wiedzieli o tym, ale nikt w nocy nie ruszył sie jej szukać. Nikt też nas o tym nie poinformował. Dowiedzieliśmy się o wypadku przypadkiem dwa dni później od naszego weta.

Bonka w potwornych męczarniach, z połamaną nogą i w ciężkim wstrząsie przeleżała w rowie wiele godzin, aż w południe weterynarz skrócił jej cierpienia.

Pragnęliśmy jedynie obić pysk odpowiedzialnym za to ludziom. Jednak siedzieliśmy cicho. Nie mogliśmy pozwolić sobie wtedy na zerwanie umowy. Tak się nam przynajmniej wydawało.
Później było jeszcze gorzej. Cudem uzyskaliśmy zgodę na kastrację ogiera, który zapładniał klacze. Zanim jednak właścicielka zgodziła się na to, on zdążył pokryć je znowu. Chów wsobny, więc źrebaki czasem rodziły się chore. Dwa musieliśmy uśpić. Nigdy te sytuacje nie robiły na właścicielce i jej rodzinie najmniejszego wrażenia.
Ta końska pseudohodowla liczyła już 14 koni. W przeszłości bywało tam i 20 koni. Nikt z nimi nie pracował, źrebaki miały jedynie kontakt z nami, dzięki czemu przyjmowały kantary, pozwalały wykonywać jakieś proste zabiegi. Ich ojciec był za to niemal dziki. Byliśmy pierwszymi ludźmi, którzy zaczęli z nim pracować. Wtedy miał on już 4 lata. Właściciele robili wszystko, aby utrzymywać stado jak najmniejszym kosztem.
Ciągle wykładaliśmy pieniądze na siano, załatwialiśmy, przywoziliśmy itd. I ciągle słyszeliśmy, że za dobrze je karmimy, że przez to konie za dużo kosztują. Od początku naszego mieszkania w Śliwiczkach, ciągle wykłócaliśmy się o każdą kostkę siana, czy kubek owsa. A klacze chudły!

W pewnym momencie zostaliśmy nawet oskarżeni o oszustwa z sianem, bo pani nie mogla zrozumieć, że 14 koni musi dostawać więcej niż 10 kostek siana na dzień. Zrobiła nam awanturę, rzucała oszczerstwa.

Karmienie koni to tylko jedna sprawa. Kolejna to robienie kopyt, odrobaczenia i szczepienia. O to też musieliśmy walczyć. Właścicielka twierdziła, że wystarczy raz do roku zrobić kopyta, odrobaczać nie trzeba wcale, a szczepienia...cóż za durny zbytek!

W marcu tego roku, zaraz po powrocie z Norwegii, odwiedziła nas miejscowa fundacja prozwierzęca i inspektor OTOZu. Ich opinie były masakryczne. Konie zabiedzone i zaniedbane. Oczywiście to my oberwaliśmy. To my, nie właścicielka, musieliśmy się tłumaczyć. Opowiadaliśmy inspektorowi jak to wygląda i jaka jest sytuacja. Spotkaliśmy się z właścicielką i inspektorem. To nie była rozmowa, to była dzika awantura, w której baba oskarżała nas o zaniedbania. Twierdziła, że zaopatrywała nas we wszystko co konie potrzebują, a my z tym coś kombinowaliśmy. Ciekawe co? Na szczęście ta fundacja zna tą panią nie od dziś. Wszyscy wiedzą w okolicy, że konie zawsze były w Śliwiczkach na ostatnim miejscu, że zawsze były zaniedbane i wykorzystywane do roboty w tej przeklętej ekowiosce. Szkoda tylko, że my milczeliśmy tak długo.

Zajmujemy się też ich psem. Starym labradorem o imieniu Paco. Kiedy mówię, ze mogliby nam dać jakieś pieniądze na jego utrzymanie, czy leczenie, to okazuje się, że Paco nie jest ich.
Jeszcze nigdy w życiu nie spotkaliśmy ludzi tak pozbawionych uczuć do zwierząt. Nikt nigdy nie miał własnych zwierzaków tak w dupie jak kobieta, od której wynajmujemy gospodarstwo.
Nie wiemy jakim cudem wytrzymaliśmy tutaj tak długo.
Jedynym wytłumaczeniem jest chyba nasza troska o los tych koni. Wiemy bowiem doskonale, że one trafią do rzeźni. Zresztą już raz je wyciągaliśmy z samochodu rzeźnika.

Teraz mówimy głośno o tej sprawie, bo już nic nie mamy do stracenia. Musimy się wyprowadzić ze Śliwiczek. Te trzy lata spędzone tutaj okazały się zmarnowanym czasem. Bardzo napracowaliśmy się aby stworzyć tu Bazę Psów Zaprzęgowych, rozreklamowaliśmy to miejsce, a teraz kiedy ludzie zaczynają do nas przyjeżdżać my musimy się wynosić. Szkoda. Ale nie ma innego wyjścia. Los koni w Śliwiczkach może już być jedynie gorszy, a my nie mamy na to najmniejszego już wpływu.

Teraz musimy jak najszybciej znaleźć inne miejsce. To najważniejsza sprawa.

sobota, 10 sierpnia 2013

Oświadczenie TPN-u

Wczoraj na stronie Tatrzańskiego Parku Narodowego pojawiło się oświadczenie w sprawie transportu konnego na trasie wiodącej do Morskiego Oka.

Po zapoznaniu się z jego treścią doszliśmy do wniosku, że władze parku przestały być godne sprawowania funkcji, które z definicji mają służyć naturze, a więc także zwierzętom.
Według nas treść oświadczenia jest skandaliczna i nie przystająca w żaden sposób do roli parku narodowego. Postawa TPN jest zatrważająca i tworząca fatalny obraz ochrony przyrody w Polsce.
Nie zgadzamy się z tym i niniejszym protestujemy przeciwko takim postawom. Nigdzie nie może być mowy o dręczeniu zwierząt, ale kiedy ma ono miejsce w parku narodowym, to jest to już zjawisko wyjątkowo szkodliwe społecznie.
Przekaz jaki w ten sposób wysłany został do ludzi będzie miał opłakane skutki i to już w najbliższej przyszłości. Skoro bowiem na terenie parku narodowego można tak źle obchodzić się ze zwierzętami, to jak wolno postępować gdzie indziej?

Ponadto park pokazał, że największą wartością na jego terenie jest pieniądz, a nie ochrona przyrody. I to jest kolejna przerażająca konstatacja wyniesiona z tej sprawy.

Reasumując: oświadczenie jest faktem haniebnym, totalnym skandalem i ostateczną kompromitacją władz TPN. Proponujemy rozpisanie petycji o odwołanie owych władz i skierowanie jej do odpowiedniego ministra, premiera, marszałka sejmu i senatu oraz prezydenta.

Należałoby również zintensyfikować akcje obrońców praw zwierząt i uczynić je bardziej brutalnymi. Co proponowaliśmy już mniej więcej rok temu Jak widać podnoszenie tematu w mediach i rozdawanie ulotek nie jest w stanie zrobić żadnego wrażenia na władzach parku.
Najwyższy czas skończyć z przekonaniem, że w TPN rządzą przyzwoici ludzie.

Zachęcamy Was również do skomentowania na facebookowym profilu TPN tego skandalicznego oświadczenia.
Nie możemy pozostać obojętni na krzywdę zwierząt!


poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Aktywne lato

Miało być dzisiaj na zupełnie inny temat, ale pal sześć, pogoda ładna, ciepło, słonecznie, miło.


Wczoraj wyjechali nasi goście z Katowic, którzy spędzili u nas cały ostatni tydzień. Jeździli konno, zwiedzali okolice bliższe i dalsze. I konkretnie zarazili się nordic walking. To był ich pierwszy kontakt z kijkami, i z całą pewnością nie ostatni.
Ostatnie dni tygodnia spędziła także u nas nasza rodzina. Do tego nie przerywaliśmy pracy z końmi i oczywiście kontynuowaliśmy własny trening. Bieg i nordic.

niedziela, 28 lipca 2013

Turyści, a konie z Morskiego Oka

W Zakopanem od wczoraj trwa akcja rozdawania ulotek turystom, które mają im uświadomić, że fasiągi są zabójcze dla koni. Akcja trwa, czekamy na pierwsze relacje od ludzi w Zakopcu.

No cóż najwyższy czas powiedzieć coś na temat owych turystów, a raczej "turystów". Szewska pasja nas dopada, kiedy wielu ludziom trzeba ciągle tłumaczyć, że to jest praca ponad końskie siły, że dla ich wygody i wątpliwej przyjemności konie muszą znosić ogromne cierpienia. Do diabła z ludźmi, którzy sami nie są zdolni tego zauważyć.

Bycie dobrym człowiekiem to nie jest wielka sztuka. Wystarczy mieć wzgląd na świat nas otaczający. Wystarczy czuć, współczuć i myśleć. Nie jesteśmy pępkiem świata, ale zaledwie jego drobną cząstką. Zachowujmy się zatem odpowiednio.
Życie wszystkich żywych organizmów jest tak samo istotne jak ludzkie. Świat bez wielu niewidocznych gołym okiem organizmów obyć się nie może, za to bez człowieka poradzi sobie doskonale. Nie jest zatem prawdą, że wszystko w przyrodzie istnieje tylko dla człowieka. Tak jak wielu sądzi.

Ci, którzy wożą dupska fasiagami, którzy czynią to mimo wielu głosów uświadamiających im, że to napędzanie nieetycznych postaw, są niewarci miana człowieka. Właśnie tak. Człowieczeństwo to coś co powinno zobowiązywać do etycznej postawy. Do szacunku dla otaczającego nas świata. Do zdolności zachwycenia się tym światem. Ci, którzy tego nie czują, nie widzą, nie są godni miana człowieka. To prymitywne jednostki, niczym nie przewyższające najprostsze ziemskie organizmy. Nażreć się, rozmnożyć, zabawić. To wszystko do czego są zdolne.

Mamy nadzieję, że do kilku zakutych łbów coś dotrze dzięki ulotkowej akcji. Optymistycznie, oczywiście, zakładając, że do tych tępych rozumów w ogóle dotrzeć coś może.     

wtorek, 23 lipca 2013

Konie z Morskiego Oka - ciąg dalszy walki o ich życie

27 lipca w sobotę odbędzie się w Zakopanem bardzo ważna i niezmiernie potrzebna akcja rozdawania ulotek. Ma ona na celu uświadomienie turystów korzystających z transportu konnego do Morskiego Oka, że konie pracują tam ponad swoje siły i w konsekwencji po około roku trafiają do rzeźni.

Koń Jordek, który umarł z przemęczenia na trasie do Morskiego Oka/fot. facebook

Wiadomo, że nie uda się przekonać wszystkich ludzi, iż konie bardzo cierpią, ale trzeba próbować i mieć ciągle nadzieję, że możemy odmienić ich los.

Aby akcja przyniosła wymierny skutek wciąż potrzebni są wolontariusze, którzy pomogą rozdawać ulotki. Każda osoba chętna do wzięcia udziału w akcji uświadamiającej może potwierdzić swój przyjazd dołączając do wydarzenia na facebooku: https://www.facebook.com/events/372635112858338/

Zachęcamy również wszystkich do podpisania petycji dotyczącej wprowadzenia zakazu transportu konnego do Morskiego Oka: http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=9465

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Koń jest ważniejszy

Niedawno w szkole naszego syna odbyła się impreza z okazji Dnia Matki. Dzieciaki przygotowały program artystyczny, panie z Rady Rodziców poczęstunek. Impreza zaplanowana była na godzinę 16-tą. Wybieraliśmy się na nią, rzecz jasna.

Niestety nie dane nam było tam dotrzeć. Rano, kiedy dawaliśmy koniom siano, okazało się że Feta poważnie kuleje. Na dodatek ma bardzo mocno spuchnięty staw nadgarstkowy. Musieliśmy oddzielić ją od stada, ponieważ Feta ma problem z Sarmem, który ją przegania. Pewnie też to było jednym z powodów kontuzji. Natomiast głównym było najprawdopodobniej kopnięcie.
Przenieśliśmy ją na inny wybieg, wezwaliśmy weta. I czekaliśmy na jego przyjazd. Feta niemal nie chodziła. Ból musiał być duży.

Lekarze mogli przyjechać dopiero popołudniu. Nie wiadomo, o której godzinie dokładnie. Jak zwykle przyjadą kiedy tylko skończą pracę z innym zwierzakiem.
Niestety przez tę sytuację nie dotarliśmy na szkolna imprezę. Nie było jak, czekaliśmy na weta.

sobota, 8 czerwca 2013

Miłośnicy zwierząt

Nie od dziś istnieje powiedzenie "strzeż mnie panie przed przyjaciółmi, bo z wrogami sam sobie poradzę". Z całą pewnością dotyczy ono także zwierząt.

Wiele osób podających się za miłośników zwierząt, to tak naprawdę nieczułe kreatury, żądne jedynie zysków. Tacy są wszyscy ci, którzy twierdzą, że kochają konie, ale nie widzą niczego zdrożnego w końskich rzeźniach, czy długodystansowych transportach do nich. Tak samo z wielbicielami psów nie zważającymi na ich bezdomność i wciąż je rozmnażającymi. Psów, które potem chore, głodne, zaniedbane trafiają, w najlepszym wypadku do schronisk. W najlepszym, powtarzamy przypadku, bo wiele z nich kończy żywot w makabrycznych okolicznościach.Także opowiadanie bajek, głupot i powielanie zabobonów o sterylizacji zwierząt nie jest przejawem miłości do nich.

Biedne te zwierzaki, które mają takich "przyjaciół'. Jak jest ich dużo przekonaliśmy się dopiero wtedy, kiedy na dobre zajęliśmy się końmi. Koń jest fantastycznym kompanem człowieka. O wiele lepszym od psa. Koń może na człowieka pracować, może go nosić na sobie, ciągnąć ciężkie ładunki, a na koniec można go zjeść.
W Polsce, co prawda, koni się nie jada, ale za granicą gdzieniegdzie już tak. Można naszego przyjaciela tam sprzedać. W ten sposób na koniu nie można stracić. Najpierw na siebie i człowieka zarobi, a kiedy nie może już pracować, czy też jego praca nie jest opłacalna, to przerabia się go na kiełbasy. I znowu jest zysk.
Tak właśnie robią przyjaciele zwierząt. czy mają oni prawo uznawać siebie za miłośników zwierząt? Co kochają tak naprawdę? Zwierzę, czy jego mięso?

piątek, 7 czerwca 2013

TPN - przestępcą

Niestety taka jest prawda i są na to absolutne dowody.
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Zakopanem, instytucja od wielu lat walcząca ze znęcaniem się nad końmi pracującymi na trasie do Morskiego Oka, otrzymała 5 czerwca niepodważalne dowody ciągłego i wieloletniego popełniania przestępstwa na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego.

Otóż tego dnia opublikowano wyniki dwóch niezależnych ekspertyz dotyczących obciążeń w jakich pracują konie ciągnące fasiągi do Morskiego Oka. Jasno wynika z nich, że konie obciążane są od 1,5 do 1,7 dopuszczalnej normy, a na najbardziej stromych odcinkach trasy do nawet 2,9. Zatem łamane jest tam prawo, bowiem zmuszanie konia do takiej pracy jest w świetle prawa znęcaniem się nad zwierzętami. Jest więc przestępstwem.

Odpowiedzialnymi za ten proceder są zarówno fiakrzy prowadzący zaprzęgi jak i TPN, będący organizatorem przestępczej działalności. Mało tego, osoby korzystające z przestępstwa, czyli pasażerowie, także mogą w tej sytuacji spodziewać się zarzutów z racji współudziału w przestępstwie.

wtorek, 4 czerwca 2013

Zwierzę to nie rzecz!

Na dobre rozpoczął się sezon letni i wiele osób korzysta z rozmaitych atrakcji. Spływy kajakowe, wycieczki piesze i rowerowe, jazda konna. Wszystko to jest dla ludzi i oby jak najwięcej osób było chętnych do uprawiania takiej rekreacji.
Pamiętajmy jednak, że wszystko co czynimy ma wpływ na otoczenie. Zachowujmy się więc tak, aby nasze środowisko miało z tego tylko korzyści, a nie straty.

Kiedy wybieramy się na jazdę konną, to postarajmy się z tego wyciągnąć dla siebie jak najwięcej nauki. Pamiętajmy, że koń to czujący i myślący stwór, który ma swoje potrzeby, który ma lepsze i gorsze dni. Tak samo jak my ludzie. Przy okazji konnego rajdu, czy lekcji jazdy, dowiedzmy się czegoś więcej o koniach. Podrążmy trochę ten temat. Poczytajmy i posłuchajmy o końskiej psychice. Taka wiedza tylko ułatwi nam obcowanie ze zwierzęciem. A jak będzie nam łatwiej, to i przyjemniej zarazem.
Do tego jeździectwo to bardzo dobra okazja do przebywania ze zwierzętami. Mamy wtedy sposobność podotykać wielkiego stwora, poczuć jego zapach, zobaczyć jego relacje z innymi końmi. To wielka przyjemność. Równie duża jak sama jazda.



środa, 10 października 2012

Demonstracja

Pisaliśmy kilkukrotnie o koniach z Morskiego Oka. Wielokrotnie zabieraliśmy głos na ten temat na forach internetowych. Wielu ludzi, podobnie jak my, jest przeciwnikami pracy koni na drodze do Morskiego Oka. Wielu ludzi w rozmaity sposób okazuje swój sprzeciw dla tej chorej sytuacji jaka ma miejsce na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Konie są obarczane zbyt ciężką pracą. Pracą wyniszczającą ich organizmy. Powodującą ich niezdolność do dalszej nawet po jednym, czy dwóch sezonach na tej trasie. A w efekcie sprzedaż zamęczonych koni do rzeźni. Niezależnie od wieku. Te konie nie mają prawa do emerytury, ani godnego życia! Nie maja nawet prawa do godnej śmierci. Pracują ciężko dla ludzi, a następnie trafiają do transportów śmierci. Taki los zgotował im człowiek.
My, ludzie wrażliwi i myślący nie zgadzamy się na to.

TPN, na skutek działań obrońców zwierząt, wprowadził wymagania dla koni i woźniców. Określają one różne aspekty pracy zaprzęgów. Prawie żadne z nich nie są przestrzegane. Żaden z fiakrów nie poniósł jak dotąd odpowiedzialności za niestosowanie się do przepisów. Wreszcie, na miejscu zmian i postoju koni, nie istnieją odpowiednie warunki dla tych zwierząt.

TPN zasłania się własnym regulaminem i wprowadzonymi przepisami. Twierdzi, że koniom nic złego się nie dzieje. Fiakrzy w ogóle nie widzą problemu. Zatem pozostaje tylko i wyłącznie przemówić do rozsądku ludzi korzystających z zaprzęgów.
Dlatego pragniemy zorganizować manifestację na tej trasie. Zapraszamy do udziału w niej wszystkich, którym los zwierząt leży na sercu. Musimy tam wyjść i powiedzieć ludziom, że korzystanie z usług fiakrów powoduje cierpienie koni. Musimy o tym mówić tam na miejscu, do konkretnych ludzi. Będziemy do nich podchodzić, kiedy czekać będą na swoją kolej na dole i u góry trasy. Będziemy rozmawiać z ludźmi na samej trasie idąc obok fasiągów, na najbardziej stromych odcinkach, gdzie konie pracują najmocniej. Tam gdzie można iść w tempie zaprzęgu.
Będziemy rozdawać ulotki z informacjami o pracy tych koni. Chcemy wierzyć, że przynajmniej część ludzi zrozumie jaką krzywdę robi koniom, dając niegodziwy zarobek ich właścicielom.
Jeśli nie zrozumie nikt wtedy trzeba będzie zmienić metody działania.

Póki co mamy nadzieję, że wystarczy rozmowa.
Potrzebujemy do niej współdziałania wszystkich ludzi, którym los zwierząt nie jest obojętny. Stowarzyszeń, fundacji i pojedynczych osób nie będących członkami żadnych takich organizacji, a mających podobne przekonania. Im będzie nas więcej tym lepiej.

Mamy sporo czasu na taką akcję, bowiem uważamy, że należy przeprowadzić ją w szczycie sezonu turystycznego. Wtedy kiedy będzie tam jak najwięcej turystów, licząc na ich wsparcie. Akcja powinna rozwinąć się właśnie poprzez włączanie się do niej osób postronnych. Mogłaby wtedy przyjąć naprawdę wielkie rozmiary, a co za tym idzie zdobyć spory oddźwięk. Gdyby dzięki temu zainteresowały się sprawą media, to jej rezultat byłby jeszcze lepszy.

Reasumując poszukujemy chętnych do demonstracji przeciwko pracy koni na trasie do Morskiego Oka w którąś z lipcowych sobót. Zapraszamy do współpracy przy jej tworzeniu i udziału w nich wszystkich, o których pisaliśmy powyżej.

Zjednoczmy się we wspólnej sprawie, abyśmy mogli żyć w pięknym i przyjemnym kraju. Abyśmy mogli pojechać w polskie Tatry i napawać się ich pięknem, a nie być świadkami barbarzyństwa.
Sami tworzymy rzeczywistość i otaczający nas świat. Tylko sami możemy go uczynić lepszym. Nikt, jak widać, nie zrobi tego za nas.  

czwartek, 4 października 2012

Terroryści i sekciarze

Wreszcie wiemy kim naprawdę jesteśmy - koń by się uśmiał. Nomen omen.
Zabraliśmy otóż głos komentując jeden z postów, zahaczających o temat końskich rzeźni na pewnym blogu, co wywołało kilka kolejnych komentarzy. Te z kolei sprowokowały nas do napisania tekstu, w którym wyjaśniliśmy co sądzimy o ludziach, którzy nie rozumieją po co podpisuje się petycje, po co broni się praw zwierząt, dlaczego próbują niektórzy skrócić listę zwierząt rzeźnych.
Tym tekstem naraziliśmy się niezmiernie ludziom, o których właśnie napisaliśmy. No cóż, spodziewaliśmy się niepochlebnych opinii, ale epitety jakimi nas określono wykroczyły nieco poza nasze wyobrażenie o sobie samych.
Mianowicie nie mieliśmy pojęcia, że to co uprawiamy i jakie głosimy poglądy to czysty terroryzm. Mało tego, jesteśmy sekciarzami łapiącymi ludzi w swoją pajęczą sieć kłamstw i nadużyć.
Ponadto zostaliśmy nazwani "inteligentnymi inaczej", "oszołomami ze skrzywieniem umysłowym", "histerykami", "demagogami", "neofitami", "hipokrytami", że o pospolitych "chamach" nie wspomnimy.
Wszystko to dlatego, że nie zgadzamy się aby zwierzęta cierpiały przez człowieka. 

No i się narobiło. Teraz zaszyliśmy się w domu. Boimy się wyjść do psów i koni. Ze strachem czekamy na atak marines, czy innej kawalerii powietrznej NATO. Terroryzm to nie przelewki! Wiadomo jak się postępuje z terrorystami w tym świecie.
Cholera, jak mamy dalej żyć? Kto nam pomoże? Ach zapomnieliśmy, terrorystom w cywilizowanych krajach nikt nie pomaga.

No to się pośmialiśmy, wróćmy jednak do rzeczywistości.
Nie jest ona wesoła niestety. Cała ta sytuacja pokazuje stosunek przeciętnego obywatela do zwierząt. Jest także świadectwem miernego poziomu wiedzy o tym w jaki sposób pozyskiwane jest w naszym kraju mięso. Niektórym wydaje się, że świnki i krówki z uśmiechem idą do rzeźni, szczęśliwe, że tak fajnie przysługują się ludziom.

Problem polega na tym, że takich ludzi, jak ci którzy nas opieprzyli, jest dużo, jeśli nie większość w społeczeństwie. To dzięki ich sile mamy w naszym kraju problemy praktycznie ze wszystkim. Kiepska służba zdrowia, zacofane szkolnictwo, dziurawe drogi i tak dalej i tym podobnie.
Zapytacie - co ma piernik do wiatraka? Otóż ma. W demokratycznym kraju mamy potężne narzędzie służące do zmieniania rzeczywistości. Jest to czynne prawo wyborcze. To narzędzie daje nam możliwość realnego wpływania na otaczający nas świat.
Prosty przykład.
Od wielu lat wszyscy mówią o zbyt ciężkich tornistrach, z którymi chodzą do szkoły nasze dzieci. Słyszymy o tym odkąd tylko pamiętamy, czyli od lat 70-tych XX wieku. Faktycznie tak jest. Mówią o tym nie tylko ludzie, ale także wyniki badań naukowych. I co? Nic. Rodzice mówią nauczycielom, ci skarżą się na system. Tak bez końca.
Gdyby jednak, powiedzmy, 5 milionów ludzi, w zgodzie i jednym głosem, krzyknęło: panie i panowie politycy, albo tę sytuację realnie poprawicie, albo zakończycie swoje polityczne kariery, bo to my decydujemy kto zasiądzie w parlamencie! To jak by się to skończyło waszym zdaniem?
Demokracja daje nam ogromną siłę. Musimy tylko zdawać sobie z tego sprawę. Niestety to "tylko" jest dla wielu niewykonalne. Mało tego, oni wolą narzekać, a nawet jak widać na naszym skromnym przykładzie, przeszkadzać kiedy inni próbują swoją wyborczą broń użyć. Tak, to my daleko nie zajedziemy.

Przykład dotyczył bardzo konkretnej sprawy związanej ze szkołą. Takich spraw jest oczywiście bardzo wiele. Wszystkie bardzo konkretne. Prawdopodobnie wszystkie można załatwić wyborczą bronią. Dlatego nie uznajemy gadania - "tego się nie zmieni". Wszystko można zmienić. Trzeba tylko się zjednoczyć, choćby na chwilę poprzeć ludzi, którzy mają rację. W ten sposób możemy doczekać się bardziej przyjaznej ludziom szkoły, dobrych dróg, fachowej i rozumnej służby zdrowia. Możemy także sprawić, że szanowane będą tutaj prawa zwierząt, że człowiek będzie zabijał, skoro już musi, tylko tyle zwierząt ile jest mu niezbędne do przetrwania, a nie bez opamiętania w żądzy zarobku. I będzie to czynił w maksymalnie humanitarny sposób.
Możemy także w ten sposób zakończyć gehennę naszych tradycyjnych towarzyszy. Koni i psów. Możemy wykreślić z listy zwierząt rzeźnych konie. Naprawdę możemy to zrobić. Czy gatunek ludzki ucierpi na braku koniny w jadłospisie. Raczej nie.
W przypadku psów niezbędne jest natomiast zatrzymanie ich bezsensownego mnożenia, którego efektem są pełne schroniska i fundacje. Na to idą nasze pieniądze. Także w takim wymiarze nie potrafimy sobie z tym poradzić. Tolerujemy istnienie pseudohodowli, potem utrzymujemy gminne, czy powiatowe schroniska. Po co?
A wystarczy głośno, ustami paru milionów obywateli, powiedzieć: Wysoki Sejmie żądamy uchwalenia mądrej, humanitarnej ustawy o ochronie zwierząt, której żadni cwaniacy nie będą w stanie obejść. Jeśli Wysoki Sejm nie jest w stanie sobie z taką pracą poradzić, to wybierzemy nowy.

Tak musimy działać. Jako cały naród. Naprawdę w ten sposób można zrobić wszystko. Potrzeba jedynie trochę aktywności umysłowej, trochę wiedzy o otaczającym nas świecie i trochę zrozumienia dla racji innych ludzi. A wtedy nikt do nikogo nie będzie się czepiał, Syberiada nie będzie musiała trwonić sił i cennego czasu na głupie dyskusje, a na swoim blogu pisać będzie jedynie o sprawach miłych i przyjemnych.
Utopia? Raczej nie.

14 października o godzinie 12:00 we Wrocławiu, mieście bardzo kulturalnym, odbędzie się zorganizowana przez Fundację Tara manifestacja w obronie koni.
Ludzie z całej Polski uderzeniami w bębny, w rytmie końskich serc spróbują ruszyć serca ludzkie. Wesprzyjmy uczestników manifestacji, bo to wszystko odbywa się także w naszym ludzkim interesie, abyśmy pokazali, że jesteśmy ludźmi, że czujemy i myślimy. Zawalczmy o nasze człowieczeństwo przerywając tragedię zwierząt.


O ile żyłoby się wszystkim lepiej, gdybyśmy codziennie nie musieli czytać takich artykułów i oglądać takich reportaży. O ile bylibyśmy wszyscy zdrowsi, gdybyśmy nie jedli "produkowanego" w taki sposób mięsa?
"Człowiek, to brzmi dumnie". Czy aby na pewno? Udowodnijmy, że tak!   

sobota, 29 września 2012

Jak to możliwe

Kilka dni temu wzięliśmy udział w dyskusji komentując jeden z postów na zaprzyjaźnionym blogu. Chodziło o konie. Post był w swoim kontekście przeciwko ubojowi tych wspaniałych zwierząt.
Większość komentarzy popierała sprzeciw. Jednak nie wszystkie.
Nie będziemy się już tutaj rozwodzić nad wymianą poglądów jaka tam i wtedy się wywiązała.
Skupimy się jedynie na smutnych wnioskach z niej wypływających. 

Otóż okazuje się, nie pierwszy zresztą raz, że można być miłośnikiem zwierząt, kochać je i podziwiać, rzekomo, a jednocześnie nie widzieć niczego złego w ich zabijaniu i przerobowi na kiełbasy. Osobliwa to dość miłość.
W Polsce zjada się głównie świnie, kury i trochę krów. Celowo używamy nazw zwierząt, a nie mięsa które z tych zwierząt się otrzymuje.
Nikt, w zasadzie, nie trzyma tych zwierząt w domu, w mieszkaniu. Nikt nie wyprowadza ich na smyczy, na spacery. Nikt nie trzyma ich dla przyjemności, do towarzystwa, czy rekreacji.
Pewnie dlatego tak łatwo przychodzi ludziom je zabijać i zjadać.

Zupełnie inna sytuacja jest natomiast w przypadku koni i psów. Zwierząt od tysiącleci towarzyszących człowiekowi w innych celach niż konsumpcyjne.
Pies jest w tej szczęśliwej sytuacji, że póki co nie znalazł się na liście zwierząt rzeźnych. W przeciwieństwie do konia, który nie miał takiego szczęścia. I to nawet pomimo tego, że koniny się w Polsce nie spożywa.

Nurtuje nas następująca kwestia - jak można deklarować miłość do konia, a jednocześnie nie widzieć niczego zdrożnego w oddaniu go do rzeźni?Jaki mechanizm, działający w ludzkim umyśle na to pozwala?
Pracujemy z koniem ileś tam lat, a na koniec, kiedy zwierz nie ma już siły pracować, bach do rzeźni. Na otarcie łez dostaniemy trochę grosza.

Ręce nam opadają, kiedy w takich dyskusjach pojawiają się pseudonaukowe teorie o człowieku drapieżniku, który musi jeść mięso, bo inaczej umrze. Jakim cudem, w takim razie utrzymują się przy życiu wegetarianie?
Znowu brak podstawowej wiedzy i empatii. Znowu powracajace jak bumerang przekonanie, że zwierzęta są tylko dla naszej przyjemności na tej ziemi. Ot takie durne stwory, które dają się wykorzystywać do pracy, zabawy, a potem na talerz.
Ludzie tkwią w swej durnocie, bronią jej niczym Kmicic Częstochowy, nie przyjmując żadnych argumentów.

Koń cierpi w milczeniu. Nie krzyczy kiedy coś go boli. Bity mocno nie jęczy. Chyba żadne inne zwierzę tak nie ma. Dlatego jest łatwiej zadawać mu cierpienie. Łatwiej wciągnąć go na przyczepę, zawiązując sznurek na języku, żeby wlazł tam gdzie chce człowiek. Jak mu się przyleje kijem, to nie krzyknie, ale przecież go zaboli.

Polska jest liderem eksportu koni na rzeź. W Polsce wiele rzeźni para się, także na eksport, zabronionym w cywilizowanych krajach ubojem rytualnym. Największym zboczeniem, jaki na masową skalę wykombinował człowiek w uboju zwierząt.
Dlaczego Polska przewodzi w tych niechlubnych statystykach? Ponieważ wielu naszych obywateli to skończeni idioci, którzy nie posiadają żadnej wiedzy, żadnego doświadczenia. Nigdzie nie byli i nic nie widzieli. I nie chcą wiedzieć. To mogłoby zburzyć ich spokój. Takim ludziom można wmówić wszystko, bo nie mają własnego zdania.
Cytat z tamtej dyskusji "Nie jem mięsa końskiego, ale jednak jestem mięsożerna, więc mam podobne zdanie do Baby, nie będę hipokrytką.", czyli rzeźnie dla koni są ok, bo to mięso jak każde inne.
Nie będę hipokrytką! Jem mięso, więc zgadzam się na wszystko, co czynione jest zwierzętom. Baba ma jeszcze bardziej konkretne poglądy.
Czy jedząc mięso należy się zgadzać na okrucieństwo wobec zwierząt? My porzuciliśmy jedzenie mięsa kilka miesięcy temu, ale wcześniej  byliśmy tak samo przeciwnikami ich uboju jak dzisiaj. Jedliśmy, nie wiemy sami dlaczego. Tak było. Dzisiaj tego nie robimy, ale nie jesteśmy większymi obrońcami zwierząt, niż byliśmy kiedyś.
Tym bardziej konie, których mięsa w Polsce nikt nie je.
Tacy ludzie jak owa Baba, czy tacy którzy piszą podobne komentarze jak ten zacytowany są najgorsi, z punktu widzenia obrony zwierząt. Deklarują miłość do nich, a jednocześnie mordują. Podniecają się pięknym zdjęciem konia, ale jednocześnie tolerują wożenie ich w ciasnych naczepach do włoskich rzeźni.
To już nie jest nawet hipokryzja. To jest... czasem brak słów.

Na koniec argument Baby - chłop na wsi pracuje z koniem, ale kiedy koń jest stary i nie może pracować, to chłop musi go sprzedać na mięso, bo utrzymanie dużego konia kosztuje, a skąd chłop ma brać? - typowe durne, wiejskie myślenie. Gdzie do cholery koń jest potrzebny w dzisiejszym rolnictwie? Po jaka cholerę chłopu koń, na którego utrzymanie go nie stać? Jak chłop z tym koniem pracował, że nie zarobili wspólnie na końską emeryturę? Ręce opadają od takiego pierdzielenia. Chłop na wsi nie jest już potrzebny tak samo jak koń do pługa. Większość żywności produkują wielkie firmy rolne, a mali rolnicy funkcjonują wyłącznie dzięki temu, że sami produkują żywność dla siebie oraz otrzymują unijne dopłaty. Widzimy to u naszych sąsiadów rolników, gospodarzących na kilku hektarach i klepiących biedę.

Reasumując. Zgadzając się na rzeźnie dla koni, zgadzamy się na ubój zwierząt, które dzisiaj są, tak samo jak pies, zwierzętami do towarzystwa. Do rekreacji, sportu. Zgadzamy się zatem na mordowanie naszych towarzyszy, przyjaciół. My mówimy stanowcze nie wobec takiej sytuacji. Jesteśmy też wrogami ludzi pokroju takiej Baby i im podobnym. Człowiek ewoluuje ciągle, ma szansę skorzystać z tego daru natury i rozwijać swój umysł. Może i Baba ma taką jeszcze szansę, może i jej podobni? A może nie?
W każdym razie nie można być biernym, trzeba działać, przynajmniej wyrażać swój sprzeciw. A tacy jak Baba, niech przynajmniej milczą, kiedy inni próbują coś robić! Siedzieć na tyłkach i nie przeszkadzać! - chciałoby się ryknąć.


wtorek, 18 września 2012

Handlarz końmi

Dzisiaj zrobiliśmy coś naprawdę super. Uratowaliśmy życie pięciu koniom! Jednej klaczy nawet dwa razy!

Bryza

Zaczniemy tę historię jednak od początku.

Od roku opiekujemy się końmi. Ich właściciele zapewniają im siano i owies, my dajemy pracę. Całodobową opiekę, karmienie, leczenie. Spędzamy z nimi bardzo dużo czasu. Traktujemy je jak swoje.
Od jakiegoś czasu właściciele koni borykają się z problemami finansowymi. Prowadzą rozległe interesy, które niestety przynoszą obecnie straty. Wiadomo, w tych czasach nie jest lekko. Wszędzie mówi się o kryzysie, zapaści gospodarczej, itd.
Utrzymanie jedenastu koni sporo kosztuje, więc postanowili kilka z nich sprzedać. Zaczęli szukać kupców, którzy potrzebowaliby je do rekreacji, do pracy. Nie do rzeźni. 
Padło na Ogara, Sarma i żrebaki, Felka i Dumkę.

Sarm i Ogar

O takiej decyzji dowiedział się też nasz weterynarz. Powiedział nam o człowieku, swoim kliencie, który skupuje różne konie, uczy je pracy pod siodłem, w zaprzęgu, a następnie sprzedaje do rekreacji w Niemczech. Wet twierdził, że to uczciwy człowiek, że nie ma mowy, aby konie za jego pośrednictwem trafiły do rzeźni
Właścicielka koni umówiła się z tym człowiekiem. Przyjechali dzisiaj około południa.
Poszliśmy pokazać facetowi konie.
Kiedy je zobaczył, zaczął lamentować, a że konie stare, że trudno dzisiaj się sprzedają itd.
On jednak, jak twierdził, nie spieszy się ze sprzedawaniem. Daje sobie czas na znalezienie kupca.
Pierwszy dzwonek ostrzegawczy uslyszelismy w swoich głowach, kiedy okazało się że on wcale nie ma klientów w Niemczech. I nie pracuje z końmi nad ich umiejętnościami, aby zwiększyć ich wartość.

Drugi alarm zabrzmiał kiedy facet strasznie napalił się na Bryzę. 24 letnią klacz, którą dopiero co wyciągnęliśmy z zapaści. Jej właściciele rozważali już możliwość jej uśpienia. Bryza okulała, za sprawą stanów zwyrodnieniowych w stawach nóg. Bardzo schudła, miała naprawdę fatalne dni.
Wzięliśmy sprawy w swoje ręce. Lataliśmy przy niej z dobrym jedzeniem, smarowaliśmy nogi i robiliśmy masaże. Bryza stanęła na nogi. Chodzi normalnie, ma apetyt, przybrała na wadze. Znowu, jak dawniej jest szefową stada.
Tą właśnie Bryzą zainteresował się handlarz. Klaczą, która już nigdy nie będzie pracowała, która nie da źrebaka. Jak dla nas było to podejrzane.
Zaczął opowiadać ile to ma pastwisk, ile na nich jest trawy, jak dobrze Bryza będzie miała u niego. Zaproponował tysiąc złotych za nią.
Zaczęliśmy zastanawiać się o co chodzi. Daliśmy się w końcu przekonać. Zachodziliśmy jednak w głowę o co mu chodzi.

Bryza weszła na samochód, za nią załadowaliśmy Ogara. Został jeszcze Sarm i źrebaki. Po maluchy facet miał przyjechać za jakiś czas.
Tak naprawdę to Sarm swoim zachowaniem zmusił nas do myślenia. Stawiał się mocno, uciekał. Za nic nie chciał wejść na samochód. Sporo czasu minęło na uganianiu się za tym łobuzem. Kiedy długo się coś robi, to ludzie zaczynają gadać. Zaczęliśmy wypytywać o konie. Ile ich facet ma, ile trafia do ludzi pod siodło od niego. Udawaliśmy kompletnych laików, takich co nie kumaja o co chodzi w handlu zwierzakami. Skurwiel dał się podejść jak dziecko!
Zaczął mleć ozorem. "Ogar jest stary - to jego słowa - jak nikt go nie kupi to pójdzie do rzeźni. Bryzę tylko utuczę i za dwa, trzy miesiące tak samo, źrebaki od razu do ubojni, a Sarm, w sumie tak samo".

Fałszywa menda wysypał się po całości. Zostawiliśmy go samego w stajni i wyszliśmy na zewnątrz. Tam czekała właścicielka.
Powiedzieliśmy jej o co chodzi. Za chwilę Bryza z Ogarem wyszły z samochodu handlarza, a facetowi kazaliśmy spieprzać. I to by było na tyle.

Czujemy po tej całej akcji straszny niesmak. Mieliśmy od samego początku spore wątpliwości, ale trochę daliśmy się podejść. Na szczęście okazaliśmy się większymi cwaniakami od tego handlarza.
Powiemy to jeszcze raz. Uratowaliśmy pięciu koniom życie. Bryzie już drugi raz. I jesteśmy z siebie zadowoleni. Choć niesmak pozostaje. Ludzie są straszni dla zwierząt. To co działo się w czasach faszyzmu i stalinizmu z ludźmi, w swiecie zwierząt dzieje się ciągle. Każdego dnia zwierzęta są mordowane w różny sposób. Zadaje im się cierpienie, zmusza do bezsensownej pracy, wysyła na rzeź. Bez mrugnięcia powieką. Bez refleksji i współczucia. Ludzie to potwory.
Jednemu dzisiaj zepsuliśmy interes!!!

czwartek, 13 września 2012

Zwykły dzień

Od pierwszego września każdy dzień rozpoczynamy treningiem o szóstej rano. Alaskany trenują do wyścigu, więc robią trening każdego dnia. Dlaczego, jak i po co pisaliśmy w jednym z poprzednich postów.
O szóstej dlatego, że później jest jeszcze ciągle za ciepło na sensowne psie bieganie.

Po treningu alaskanów na wybieg wychodzi reszta psów. Czas na sprzątanie wybiegu i kojców, tarmoszenie kundli itp. Trzeba też odwiedzić konie. Zawieźć im siano, nalać wody, przejrzeć całe końskie towarzystwo. Pogadać z nimi, zwłaszcza z dzieciakami, co to rosną w oczach i dzisiaj te "małe dzidzie" ważą po około 200 kilo, tak na oko.

Wracając od koni odwiedzamy wybieg gąski. Z nią też obowiązkowo trzeba zamienić kilka zdań, bo towarzyski to ptak niemiłosiernie:) Jak to gęsi.
Przede wszystkim musimy pilnować, żeby miała wodę w swojej wanience, w której uwielbia przebywać.



Kiedy ten poranny etap dnia mamy za sobą, znajdujemy czas na odpisywanie na maile, tworzenie ofert, negocjacje biznesowe:))) i takie tam sprawy, które umożliwiają funkcjonowanie naszej małej firmy.

Około południa jest najlepszy czas na nasz trening. Ostatnio zapuściliśmy się trochę z bieganiem, zwłaszcza na rzecz rowerów. Często też uprawiamy nordic walking. Trenujemy prawie codziennie. Przynajmniej do czasu, kiedy treningi psów przyjmą duże rozmiary. Wtedy będziemy już tylko biegać z zaprzęgami. 4 do 8 godzin w terenie wystarczy w zupełności.

Około 13-14 Kacper wraca ze szkoły i trzeba się nim zająć. Zmusić do odrabiania lekcji, gonić pałą od komputera i na siłę wciskać Anię z Zielonego Wzgórza, którą musi przeczytać do końca miesiąca, a nie chce! To najtrudniejsza część dnia:))

Popołudniu trenują siberiany. Od czasu, kiedy ich liderka Saba przebywa na zasłużonej emeryturze, te treningi nie są łatwe. Dobry lider do podstawa w zaprzęgu. U siberianów, oprócz Saby, żaden inny pies nie ma zamiaru obejmować tej odpowiedzialnej funkcji. Stąd problemy, ale jakoś to idzie.
Wieczorem jeszcze jeden trening alaskanów, choć nie codziennie.
Potem to już tylko karmienie wszystkiego co biega i chciałoby latać, psów, koni, kotów i gęsi i już jest noc.
Nazajutrz wszystko od nowa. Przy takim trybie życia czas leci nieprawdopodobnie szybko, a to dopiero początek. Najlepsze przed nami. Kiedy zrobi się naprawdę zimno, kiedy trzeba będzie kilka razy dziennie wywalać lód z końskich koryt, żeby ciągle miały wodę i ..... Dobrze, że jeszcze jest jesień:))
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...