Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nasze psy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą nasze psy. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 2 listopada 2017

Zaduszki 2017



Tak pisaliśmy o naszych zmarłych psach dwa lata temu, w Zaduszki 2015:

"Szesnaście lat żyjemy z psami zaprzęgowymi. Szesnaście lat wypełnionych ich obecnością, ich przyjaźnią, ich towarzystwem. Szesnaście lat codziennej troski o nie.
Przez te wszystkie lata przewinęło ich się nieco przez to życie. Wiele z nich przeszło już za tęczowy most i te psy dzisiaj wspominamy. Choć nie tylko dzisiaj. One są wciąż wśród nas. Rozmawiamy o nich, wspominamy je w różnych sytuacjach. Myślimy o nich.

Odchodziły z tego świata w różny sposób. Adja była pierwsza. Młoda liderka umarła 20 listopada 2005 przez błąd lekarza. Jej śmierć była wstrząsem dla nas i dla stada. Niespodziewana i bezsensowna. Wciąż śmierć Adji nas boli. Na początku ten ból był niemal nie do zniesienia. Nie mogliśmy się z tym pogodzić.

Po odejściu Adji śmierć omijała nasze stado przez pięć lat. W 2010, 30 stycznia umarła Whisky. Największa przyjaciółka Adji. Pięć lat wcześniej pękały nam serca, kiedy Whisky szukała Adji. Zaglądała do jej budy, chodziła po wybiegu. Wyła. Płakaliśmy razem z nią.
Pięć lat później dopadła ją tajemnicza choroba. Tydzień trwała walka o Rudą, jak nazywaliśmy Whisky czasem. Nie daliśmy rady chorobie. Umarła w naszej łazience, na kolanach Darii. Miała dopiero dziewięć lat. Teraz opłakiwaliśmy Whisky i Adję.

Śmierć omijała nasz kenel ledwie siedem miesięcy. We wrześniu 2010 zaczęła się czarna seria. Najpierw odeszła Atka. Czternastoletnia seniorka dotarła do swej życiowej mety. Ona pierwsza z naszych psów dożyła sędziwego wieku.
Pod koniec listopada zachorował Tosiek. Amerykańska akita, stróż zaprzęgowców. Sześcioletni, wspaniały pies zaczął nagle znikać w oczach. Codzienne badania i wyjazdy na kroplówki. Tosiek nie mógł jeść, jego organizm nie przyjmował też wody. Kroplówki były jedyną szansą na przeżycie. Jednak leki nie pomagały. Dwoiliśmy się i troiliśmy razem z lekarzami, a Tosiek znikał.
W ferworze tej walki przegapiliśmy, że coś dzieje się z Renią. A to było ropomacicze. Kiedy to pojęliśmy było już za późno. Renia umarła 11 grudnia 2010. Tosiek przeżył ją o dziesięć dni.

Płakaliśmy nad grobami Adji i Whisky, Atki, Reni i Tośka. Nad nimi i nad naszą bezsilnością. Grób Whisky kopaliśmy przy kilkunastostopniowym mrozie. Posuwając się wgłąb ziemi po centymetrze. Mieliśmy więc dużo czasu na opłakiwanie jej. Co jakiś czas rzucaliśmy narzędzia i mówiliśmy do siebie słowa o rozpaczy, o niemożności zmienienia okrutnego losu.
Kiedy umierali Renia i Tosiek byliśmy już potężnie zmęczeni. Miesiąc walczyliśmy o Tośka. Przez miesiąc można nie przespać wiele nocy. Wtedy zrozumieliśmy, że do śmierci psów nie można się przyzwyczaić. Ani pogodzić się z nią, kiedy odchodzą zwierzaki w młodym wieku. Nie radzimy sobie z tym do dzisiaj.

Znowu śmierć opuściła nasz kennel ledwie na dziesięć miesięcy. 30 września 2011 umarł 13-letni Pasik. Nasz drugi husky. Rudzielec odszedł cicho i spokojnie. Nawet zdążyliśmy się z nim pożegnać. W jego przypadku głównym powodem śmierci była starość.

Ponad rok anioł śmierci nie zaglądał do nas. Zrobił to dopiero 29 grudnia 2012. I zabrał Acia. Kochane i cudowne stworzenie. Aciu miał 12 lat i nowotwór. Tak jak Tosiek. Walczyliśmy o naszego kumpla do samego końca, łapiąc się jak pijany płotu każdej, dającej nadzieję, opcji. I znowu nie daliśmy rady. Kochany Aciu odszedł na drugą stronę.

Baja, przyszywana siostra Acia, z którym wychowywała się i żyła od szczeniaka, przeżyła swojego przyjaciela ledwie o trzy miesiące. Umarła 3 marca 2013. Całe życie spędziła z Aciem. Może życie bez niego nie miało dla niej sensu? Baji nerki przestały pracować i nic nie mogliśmy na to poradzić, mimo robienia wszystkiego co było możliwe.

Cztery miesiące później, 18 lipca, śmierć zabrała nam 9-letnią Kalę. Pewnego dnia dostała ataku epilepsji, po którym została na krótko sparaliżowana. Po podaniu leków szybko objawy zniknęły. Po jakimś czasie jednak atak się ponowił. Tym razem było już dużo gorzej. Kala bardzo powoli dochodziła do siebie. Ataki się ponawiały. Cały czas podawaliśmy jej leki, czekając aż wreszcie zaczną działać. Zaczęły. Po południu 17 lipca jej stan wyraźnie się poprawił. Kala zaczęła interesować się otaczającym ją światem. Napiła się wreszcie wody i nawet coś zjadła. Pierwszy raz od kilku dni. Wróciła nam nadzieja. Rano Kala nie żyła. Umarła w nocy.

Znowu kilka miesięcy spokoju. Miesięcy bez pogrzebów.
5 lutego 2014 zaginęła Saba. Byliśmy wtedy w drodze do Laponii. Zwierzaki, które nie jechały z nami zostały pod opieką koleżanki. Jej brat zadział gdzieś Sabę. Miał pojechać z nią do lekarza, bo podejrzewaliśmy ropomacicze. Wszystko było ustalone z lekarzem. Miał chłopak tylko ją tam dostarczyć. Podobno uciekła mu po drodze. Wiemy to od jego siostry. On sam nigdy się z nami nie spotkał, nie powiedział jak to było. Do dzisiaj nie wiemy jaki los spotkał Sabę. Nie wiemy, czy żyje, czy może umarła. Tragiczna sprawa, która leży cieniem na naszych sumieniach i ciągle nie daje spokoju.

Miesiąc później, 8 marca, w Norwegii, po 23 kilometrach biegu w 500 kilometrowym wyścigu psich zaprzęgów, umiera na niewydolność serca Vili. Trzyletni pies zgasł w sekundzie. Po tej śmierci już nigdy nie będziemy takimi samymi ludźmi jak wcześniej,

10 kwietnia 2015, po ponad roku przerwy, śmierć zabrała ze sobą Nanooka. Psa, od którego to wszystko się zaczęło. Nanook był pierwszym naszym psem zaprzęgowym, pierwszym husky w naszym życiu. Dożył szczęśliwie prawie 16 lat. Do końca był psem radosnym i pełnym życia. Wraz z jego śmiercią skończyła się jakby pewna epoka w naszym kennelowym życiu.

Jedenaście psów. Jedenastu przyjaciół na dobre i na złe. I dziesięć lat od pierwszej śmierci do ostatniej. Okropna średnia ponad jednej śmierci rocznie. Pierwsze sześć lat z psami było jak beztroskie dzieciństwo. Czysta radość z możliwości życia z nimi. Bez myślenia o nieuchronnym końcu. A potem jak uderzenie obuchem. Śmierć Adji zmieniła wszystko. Tak jak każda kolejna. Każdy odchodzący pies zabierał ze sobą cząstkę naszych serc. Ile z nich jeszcze nam zostało? Nie wiemy. Wiemy tylko, że dla żadnego z nich go nie zabraknie."

Minęły dwa lata i znów przybyło naszych przyjaciół za Tęczowym Mostem. Stado postarzało się o kolejne dwa lat. Dla psów to szmat czasu w ich krótkim życiu.
Po Nanooku odeszła Juma. Stało się to 6 marca 2016. Juma walczyła od dawna z rakiem kości. Miała ogromną chęć życia, a my robiliśmy wszystko, aby dać jej żyć. Umarła wśród swoich przyjaciół, na wybiegu. Chwilę wcześniej strasznie chciała do nich wyjść. Ostatnie miesiące życia spędziła z nami w domu. Zawsze dobijała się do drzwi kiedy psy wychodziły z kojców. Tak było także tamtego dnia. Wyszła, podeszła do swojej siostry Szejen ... i umarła. Cichutko, tak jak żyła.

4 kwietnia życie zakończył najstarszy w stadzie, po Nanooku, Moli. Miał 15 lat. Do końca był żwawym staruszkiem. Owszem dolegało mu to i owo, jak to z dziadkami bywa, ale do końca nie tracił pogody ducha. Jego życie się dopełniło.

2 listopada, równy rok temu, po ciężkiej chorobie śmierć zabrała nam Maję. Wiedzieliśmy, że  w jej wieku, miała 14 lat, wiele już nie wywalczymy dla niej. Staraliśmy się więc, aby niczego jej nie brakowało. Daliśmy jej tyle miłości, ile byliśmy w stanie, choć ona i tak dała nam pewnie więcej.

Chief jej brat, opuścił nas 17 lutego 2017. Prosiłem Chiefcia, żeby poczekał na mnie, żeby nie umierał dopóki nie wrócę ze Szwecji. I poczekał, ten kochany psiak. Kiedy wróciłem do domu, był już bardzo słaby. Na starość miał kłopoty z sercem. Dotrwał jednak do mojego powrotu i mogliśmy się pożegnać.

Niedługo mieliśmy spokój w kennelu. 5 marca odszedł 14-letni Odyn. On wydawał się nieśmiertelny. nigdy na nic nie chorował. Nie miał żadnych problemów, kontuzji, czy tym podobnych historii. Na niego też niestety przyszedł czas. Na to nie ma sposobu.

Największym zaskoczeniem stała się dla nas śmierć 11-letniej Angi. Dopadła ją 3 lipca tego roku. Znienacka. Wszystko było normalnie, aż nagle Anga zachorowała, a cztery dni później umarła. Kacper miał w niedzielę udar mózgu, a Anga umarła w poniedziałek. W niedzielę zdążyliśmy wrócić z Angą od weterynarza, by natychmiast jechać z Kacprem do szpitala. Straszne to były chwile.

Moli, Maja,Chief, Odyn i Anga byli weteranami lapońskich wypraw. To z nimi zrobiliśmy pierwszą pętlę jeziora Inari. Anga i Odyn były liderami zaprzęgu Darii. Po tych psach zostało nam mnóstwo wspaniałych wspomnień.
Tylko Juma nie zdążyła nigdzie z nami pojechać, bo krótko po tym jak się u nas pojawiła dopadła ją choroba.

Jak będzie za rok? Życie pokaże. Mamy tylko nadzieję, że nasze psy mają dobre życie z nami i że kiedyś jeszcze je wszystkie gdzieś tam, w innym świecie spotkamy. Czekajcie na nas, kochane psiaki.








sobota, 28 października 2017

23 kilometr

Moja książka jest już dostępna od niemal dwóch lat. Przeczytało ją w tym czasie spore grono osób. Dokładnie trudno oszacować ilu tych czytelników może być. Wiem tylko ile książek sprzedaliśmy. Jednak osoby, które książkę kupiły to nie jedyni czytelnicy, bowiem "23 kilometr" znajduje się dzisiaj w kilkudziesięciu bibliotekach i tu wszelkie nasze spekulacje się kończą. Nie znamy statystyk czytelnictwa w bibliotekach. Wiadomo tylko, że ono istnieje. Potwierdzeniem na to są zaproszenia na spotkania autorskie i konkretne pytania w ich trakcie, związane z tym co ta książka opisuje. Czyli uczestnicy spotkania wcześniej książkę czytali.

Najczęściej pytania dotyczą zakończenia książki, czyli śmierci Vilego. Czytelnicy pytają jak to możliwe, że młody zdrowy pies umiera nagle i to na samym początku wyścigu. To jest chyba najtrudniejsze pytanie, na które sami długo nie mogliśmy znaleźć odpowiedzi. wydawało nam się, że Vili musiał mieć jakąś ukrytą chorobę, bardzo długo obstawialiśmy tętniaka w mózgu, czy sercu. Jednak, kiedy dotarł do nas raport z sekcji zwłok Vilego, to okazało się, że nie dręczyły go żadne tego typu problemy. Mało tego, nie znaleziono w jego organizmie niczego, co mogłoby być przyczyną śmierci. Pozornie jego śmierć zaczynała wyglądać bardzo tajemniczo. Można by zadawać rozmaite pytania. Może był przemęczony, może dostawał jakieś leki, choćby te uznawane za doping w sporcie psich zaprzęgów. Otóż nic z tych rzeczy. Vili był dobrze przygotowany do sezonu, odpowiednio wytrenowany. Odpowiednio oznacza ni mniej, ni więcej tylko tyle, że treningu było w sam raz. Nie było więc mowy o przemęczeniu. Vili był w znakomitej formie zarówno w trakcie wyprawy treningowej odbytej w lutym na jeziorze Inari, jak i przed samym startem. Nawet na kilka minut przed jego śmiercią, opisuję to w książce, nic nie wskazywało na tragedię, która nastąpić miała dosłownie za moment.

Mimo to wciąż znajdują się osoby, które obarczają nas winą za śmierć Vilego. Nie czynią tego jednak w trakcie spotkań, w cztery oczy. Robią to "zza węgła", znad klawiatury, siedząc w domowym zaciszu i wymyślając niestworzone historie. Niestety najczęściej są to nasi znajomi, którzy przestali nimi być już jakiś czas temu. Mamy taki klubik "fanów", który bardzo się uaktywnił po szwedzkiej wpadce. Nawet nie będziemy się zastanawiać, co spowodowało ich przejście na "złą stronę mocy". Oni lubią rozpowszechniać mit padaczkowy. Otóż według ich wersji, Vili cierpiał na padaczkę, a ja zaciągnąłem go mimo to do Norwegii i tym samym zabiłem. Po pierwsze żadna z tych osób Vilego nawet na oczy nie widziała, Vili był z nami zaledwie półtora miesiąca, które spędził w większości w Finlandii, a więc nie miała najmniejszego pojęcia jaki to był pies, jak się zachowywał, jak biegał i jak się regenerował po biegu.
Tak to już jest, że najwięcej do powiedzenia mają ci, którzy wiedzą najmniej.

Dlatego, w każdym razie, dementuję te plotki. Vili nie cierpiał na żadną chorobę, ukrytą, czy jawną. Był zdrowy i w pełni sprawny. W czasie treningów w Inari, przebiegł z całym zespołem niemal pięćset kilometrów i był jednym z najsilniejszych psów. W ogóle to był jeden z najsilniejszych biegaczy, z jakimi spotkaliśmy się w życiu. Zabiła go natomiast niewydolność serca, która pojawiła się w tym pechowym momencie na dwudziestym trzecim kilometrze trasy wyścigu Finnmarkslopet.
Jak wiemy takie śmierci się zdarzają, zarówno wśród zwierząt, jak i wśród ludzi sportowców.

Nie wiedzą tylko tego, jak widać, albo nie chcą wiedzieć rozmaici hejterzy. Spotkałem się z opinią jednego z nich, że cała moja książka jest wymyślona i oparta na kłamliwej wersji śmierci Vilego. Nawet do tego dochodzi. Jak to traktować? Chyba tylko spuścić w toalecie, bo nie warto brać takich rzeczy do siebie i zatruwać sobie życia. Hejterzy niech się bawią internetem, to on jest ich jedynym teatrem działań. Poza nim nie istnieją. I to by było na tyle o nich. No może jeszcze to, że w "23 kilometrze" dziewięćdziesiąt procent książki poświęcone jest innym sprawom, niż śmierć Vilego. Ta pojawia się na samym końcu. Wypadałoby zatem najpierw książkę przeczytać, a dopiero potem ją ewentualnie krytykować.

Książka jest wciąż dostępna, przed nami kolejne spotkania autorskie, na których będzie dobra okazja porozmawiać o tym dlaczego start w wyścigu skończył się tragedią. Rozmawiamy o tym nie tylko zresztą w trakcie tych spotkań, bo i zdarza się, że ktoś zapyta o to w internecie. Tam też jesteśmy dostępni. To nie są żadne tajemnice, a nawet wręcz przeciwnie. Może dzięki naszym doświadczeniom ktoś zrozumie swoją tragedię, czy nawet jej zapobiegnie. To drugie jest niestety znacznie trudniejsze, bowiem w przypadku Vilego nie sposób było tego przewidzieć. Nawet w komentarzu do autopsji, norwescy lekarze napisali, że taka chwilowa niewydolność jest niezwykle trudna, o ile nie niemożliwa, do wychwycenia w badaniu ambulatoryjnym. W przypadku Vilego tak się stało. Badania, które przeszedł przed wyjazdem nie wskazały niczego niepokojącego.

Jak w takim razie zapobiec takim nieszczęściom w przyszłości? trudno powiedzieć. Tutaj nawet uprawianie sportu przez psa nie jest wyłączną przyczyną śmierci. Ona może dopaść psiaka również w zabawie, czy podczas spaceru.
Opowiadała nam pani weterynarz, która zajmuje się naszymi psami, jak to kiedyś przyszedł do jej gabinetu pan z suczką. Normalną, na oko zdrową, kilkuletnią. Przyszła na szczepienie. Pani doktor nabrała do strzykawki szczepionkę, odwraca się do suczki, a ta leży na podłodze. Zaczęła ją reanimować, ale bezskutecznie. Zwierzątko umarło. Być może była to reakcja serca na stres związany z przyjściem do lecznicy? 
Takich opowieści po śmierci Vilego usłyszeliśmy mnóstwo. Wiele osób pisało do nas o swoich przypadkach z psami. To jest okropne, jak wielu ludzi straciło swojego zwierzaka w taki nagły sposób. Życie jest nieprawdopodobnie kruche, aż trudno w to uwierzyć, dopóki samemu się przez taką tragedię nie przejdzie. Oby Was i nas one omijały z daleka.



















czwartek, 22 grudnia 2016

Polarna codzienność


Pierwszy wyścig tego sezonu zbliża się wielkimi krokami. To już 6 stycznia w norweskiej Gargii. Trzeba przygotować solidnie zespół.
Dlatego codziennie robimy to samo. Pobudka około 7. Śniadanie, przegląd prasy internetowej, wyjście do psów. Muszę przygotować im śniadanie. Wypuścić z przyczepy, każdego przejrzeć, popatrzeć czy wszystko w porządku.
Kiedy psy zjedzą zabieram się za przygotowanie sprzętu do treningu. Robię psom przekąski na trasę, zakładam im szelki i buty.
Możemy ruszać.

Kiedy mam gości to pomagają mi w tym wszystkim, kiedy ich nie ma robię wszystko sam. Każdego dnia. Od czasu do czasu nadchodzi dzień odpoczynkowy. Dla psów i dla mnie. Jak już nadejdzie, to nie wiadomo co z nim robić. Trudno jest wyskoczyć na chwilę z kołowrotu.

Miałem taki dzień w ostatni poniedziałek. Odespałem trochę sennych zaległości jeszcze z Polski i solidnie poczytałem książkę Jacka Hugo-Badera pt. "Skucha". Czyta się to bardzo szybko, uwielbiam styl Badera, a i tematy w jego książkach raczej z tych mnie wciągających. Lecą więc strony szybko. Jak skończę to biorę się za najnowszą o Jurku Kukuczce.

Dzisiaj spróbujemy pojechać w stronę Harads. Znalazłem kilka dni temu drogowskaz, to dzisiaj tam spróbujemy. Wczoraj szlak do Kabdalis okazał się nieistniejący. Po czterech kilometrach trafiliśmy na coś w rodzaju pętli tramwajowej. Ktoś zatoczył koło skuterem i wrócił. Z sześdziesięciokilomertowej trasy istnieją na razie tylko cztery. To kiepska wiadomość. W tamtym rejonie pozostaje nam włóczenie się po szosie. Tylko, że pierwsze jej cztery kilometry przy ostatnim opadzie deszczu posypano piaskiem. Wczoraj zamordowałem tam do końca ślizgi w treningowych saniach. Trudno inaczej kiedy osiem w sumie kilometrów robi się po żwirze.

Jeśli szlak do Harads okażę się tak samo niedrożny to zostaje nam tylko zapora, a ta napawa mnie niepokojem. Jej ogrom źle działa na moją psychę. Chociaż może raczej chodzi o zalodzony, stromy zjazd do niej? No cóż, trzeba będzie ją oswoić. Mushing to sport ekstremalny, więc nie ma co liczyć, że zawsze będzie przyjemnie. Strach, lęk, obawa, to stały towarzysz maszera. Nie da się tego uniknąć. Trzeba to oswoić.

sobota, 17 grudnia 2016

Początek w Vuollerim

Dojechałem, to pierwsza informacja. Długa droga za mną i muszę napisać, że samotna jazda przez niemal 2300 km, to żadna frajda. Na pamięć znam teksty wszystkich piosenek które, miałem w odtwarzaczu i wszystkie audiobooki. Tak to jest, kiedy nie ma do kogo otworzyć ust. Zwłaszcza nie jest to proste dla takiego gaduły jak ja :)

W każdym razie jestem. Dotarłem tutaj wczoraj około godziny 4 nad ranem. Końcówka podróży była straszna. Piekielnie straszna. Co kilka kilometrów musiałem się zatrzymywać i wychodzić z samochodu na mróz. Inaczej zasnąłbym za kierownicą. Pchała mnie do przodu jedynie świadomość, że to ostatnie 80 km i położę się do łóżka w ciepłym domu. Choć tak naprawdę, to jechałem jedynie dlatego, że wyjechali mi na przeciw moi przyjaciele. Ania, Mikołaj i Kuba. Skoro postanowili poprowadzić mnie na ostatnim odcinku, to nie byłoby w porządku powiedzieć im nagle, że staję i śpię w samochodzie. Musiałem dojechać do domu.

Poranek był straszny. Przed pójściem spać musiałem oczywiście zająć się jeszcze psami, wypuścić je z przyczepy, napoić, dać coś do jedzenia. Do tego zabrałem z samochodu wszystko to co mogło w nim zamarznąć. Soki, mokre jedzenie, warzywa, komputer, aparat foto i kamerę.
Spać położyłem się około piątej, a budzik dzwonił o ósmej trzydzieści. Słysząc go nie mogłem zrozumieć o co mu chodzi, ani gdzie ja właściwie jestem.

Dzisiaj jest już dużo lepiej. Jedna przespana normalnie noc poprawiła zdecydowanie mój stan.

No dobrze, teraz o Vuollerim i północy Szwecji w ogóle.
Jest ciemno, to po pierwsze. Noc polarna jest w rozkwicie. Co prawda robi się widno tak mniej więcej około dziewiątej, ale już po trzynastej powoli zaczyna zapadać zmrok. Przez te cztery godziny jest na tyle jasno, że można swobodnie robić coś na zewnątrz, natomiast w domach ludzie i tak palą światła. Nie jest to jakoś specjalnie uciążliwe, mam tylko wrażenie, że od czternastej jest już noc. Czekałem na mięso dla psów, które obiecali dowieść mi dziś wieczorem. Słyszę to i myślę sobie, jak to wieczorem, jak już jest wieczór i to raczej późny, po czym zerkam na zegarek, a ten pokazuje dopiero piętnastą, a tu mrok jak o drugiej w nocy. No cóż trzeba się do tego przyzwyczaić. Tu i tak nie jest tak źle. Jeszcze ciemniej jest teraz dalej na północy. Choćby w Inari, czy Alcie.

Ciemność to jedno, ale opowiem wam teraz trochę o jeżdżeniu samochodem tutaj. Otóż drogi są kompletnie zalodzone. Asfaltu nie widać spod lodu zupełnie. Wygląda to na jakiś koszmar. Jak po tym jeździć? Zwłaszcza, że tutaj są góry. Jest na to jednak sposób. Opony z kolcami. Te kolce to takie niewielkie stalowe wypustki, ledwo wystające ponad bieżnik opony. One jednak wystarczają w zupełności, aby zapewnić samochodom przyczepność. Dzięki nim ludzie jeżdżą tutaj jak po asfalcie. Szwedzi i inni mieszkańcy północy pędzą po tych lodowiskach z prędkością ponad stu kilometrów na godzinę, za nic mając zakręty i strome zjazdy. Kolce tak świetnie trzymają, że jest to możliwe.
Kiedyś myślałem, że nigdy nie będę w stanie po lodach jeździć tak szybko jak oni, a tymczasem już w Finlandii gnałem z przyczepą dziewięćdziesiąt kilometrów na godzinę, co wcześniej wydawało mi się czystym szaleństwem. Jest bowiem coś irracjonalnego w jeździe samochodem z takimi prędkościami, po ciemku, drogą, którą niemal nie daje się iść pieszo, gdyż jest tak okropnie ślisko.

Teraz parę słów o dzikich zwierzętach. Laponia to oczywiście renifery. Widziałem dzisiaj mnóstwo ich śladów na śniegu, ale żadnego z nich osobiście. Gdzieś się kręcą, nawet jeden musiał być dzisiaj blisko mojego domu, ale widziałem tylko ślady. Renifery to oczywistość. Spotkania z nimi są bezpieczne, choć oczywiście nie zawsze. One też nie lubią kiedy ktoś jest nachalny i kręci się blisko nich. Wtedy najczęściej po prostu uciekają. Jest jednak zwierzę tutaj, które raczej nie będzie uciekać. To łoś. Jednego z nich spotkaliśmy wczoraj w nocy na trasie. Stanął na środku jezdni i patrzył na samochód. W takiej sytuacji nie wolno go poganiać, ani straszyć. Na łosia to nie podziała. Wręcz przeciwnie. Wszyscy opowiadają tutaj historię jak to pewien kierowca zaczął na tego zwierza trąbić. Łoś potraktował to jako agresję do jego własnej osoby i agresją postanowił odpowiedzieć. Facet uciekał na wstecznym biegu, a łoś demolował mu samochód. Rozbił przednią szybę, zniszczył maskę, a w końcu uszkodził i silnik. Nie wolno poganiać łosi. Jedyny bezpieczny sposób to stać spokojnie i łaskawie czekać aż on sobie pójdzie. Pod żadnym też pozorem nie wolno wychodzić z samochodu.
Ciekawe jak wyglądają tu spotkania z łosiami podczas jazdy psim zaprzęgiem? Czy obecność psów przegoni łosia, czy też może właśnie sprowokuje go do ataku? Mam nadzieję, że nigdy tego nie sprawdzę.

Jest tu jeszcze jedno duże zwierzę, ono jednak teraz śpi pogrążone w zimowym śnie. To niedźwiedź. Jest podobno ich tu sporo i nierzadko zaglądają do wiosek. Zwłaszcza wiosną kiedy budzą się głodne i chude i wyruszają na poszukiwanie żywności. Niedźwiedzie będą jednak spały jeszcze do kwietnia.

Napiszę też, że Vuollerim to bardzo urokliwe miejsce. Wszyscy mieszkają w tradycyjnych skandynawskich, drewnianych domach. Większość z nich ma bordowy, albo żółty kolor. Mój jest żółty. Jest tutaj szkoła, biblioteka, sklep, stacja benzynowa i dom kultury. Jest hotel i czynny tylko latem camping. Cisza i spokój. Ludzie żyją w swoim spokojnym rytmie. Miasteczko sprawia wrażenie dość sennego, pewnie dlatego, że ludzie tu tylko mieszkają, a większość z nich dojeżdża gdzieś do pracy. Choćby do odległego o czterdzieści kilometrów Jokkmokk.

No dobrze, to byłoby na tyle jeśli chodzi o moje pierwsze wrażenia. Jestem, jakby nie patrzeć, na końcu cywilizowanego świata. Tutaj bezkresna natura przenika się z cywilizacją na każdym kroku. Ma się wrażenie bycia na granicy. Zasięg telefonów, samochody, telewizory, a tymczasem kilkaset, a może nawet kilkadziesiąt metrów obok panuje już natura i jej ogrom. Dziś pojechałem zaprzęgiem w teren po raz pierwszy. Szlak najpierw prowadził niemal obok domów, a za moment, dosłownie za zakrętem, zaczął się dziki bór. Gęsty las, zwalone stare drzewa, potoki, mnóstwo śladów zwierząt i śnieg. Dużo śniegu. Im bardziej jechałem przed siebie tym bardziej oddalałem się od cywilizacji. Psy biegły przed siebie jak oszalałe, szybko oddalając nas od Vuollerim, od ludzi i ich świata. Pierwszy bieg w nowym miejscu zawsze jest szalony. Psy wyspane w podróży roznosi dosłownie energia. Chcą działać, biegać, i kiedy już mogą, robią to z dziką pasją. Zazwyczaj zapominają przy tym o niemal wszystkich zasadach, Robią się głuche na moje komendy i prośby o odrobinę choćby spokoju, tak mi przecież potrzebnego kiedy rozpoznaję dopiero teren. Nic z tego. Psy robią to po swojemu.
Jutro na szczęście powinno być już spokojniej. Mam przynajmniej taką nadzieję.
Pierwszy kontakt z terenem pokazał mi też jego trudności. To nie jest płaska powierzchnia wielkiego zamarzniętego jeziora. To góry z krętymi ścieżkami, podbiegami i szalonymi zjazdami. Będzie niełatwo, ale przecież właśnie takich trudności szukałem. Im ciężej będzie na treningu tym mniej nas zaskoczy na trasach wyścigów.

Pozdrawiam z zimowego na maksa Vuollerim. Dzisiaj -15 i niemal czyste niebo w tej chwili, więc może pokaże się zorza.

niedziela, 27 listopada 2016

Wieści z Laponii

W Polsce ciepła dość jesień, a w Laponii zima rozkręciła się na dobre. Jak donoszą nasi znajomi z Vuollerim śniegu leży już pół metra i ciągle pada, a temperatury kręcą się w granicach -6, -10 stopni. Choć były już też dwie dwudniówki z temperaturami -25.
Taka sobie ładna, jeszcze łagodna zima.

Jest też coraz ciemniej, bo skraca się dzień. 13 grudnia oficjalnie w Vuollerim rozpoczyna się noc polarna. Nie wygląda ona jednak tak jak dalej na północy, gdzie przez kilka miesięcy słońce w ogóle nie wstaje. Noc polarna w Vuollerim jest dużo łagodniejsza. Na kilka godzin dziennie robi się widno.

Inaczej będzie podczas pierwszego naszego wyścigu, który otworzy zmagania z Trylogią Norweską.
6 stycznia w Gargii, gdzie start i metę ma Beaskadas 300, noc polarna panować będzie niepodzielnie. Możemy zapomnieć wtedy o najdrobniejszym choćby promyczku słońca. Ono pokaże się tam dopiero 19 stycznia.
To chyba jedyny wyścig w Europie startujący o godzinie 19. Co za różnica zresztą, skoro i tam całą dobę jest ciemno.

Tymczasem kończymy załatwianie naszych spraw w Polsce. Kompletujemy to co będzie potrzebne i powoli zbliżamy się do nieuniknionego pożegnania. Rozdzielimy się na długie pięć miesięcy. Po raz pierwszy nasza rodzina rozłączy się na tak długo, ale innego wyjścia nie mamy.
Nasza działalność pochłania sporo środków, więc musimy działać na wielu polach, aby te środki zdobyć. Dom Psiego Seniora rozrasta się z każdym rokiem. Teraz ma on 27 pensjonariuszy, o których trzeba się troszczyć. Leczyć, karmić, zapewniać dach nad głową. Projekt Trylogia Norweska o nich myśli również, więc pieniądze jakie zdobywamy i zarabiamy realizując projekt, oprócz przeznaczenia na cel sportowy, wspomagają również Dom Psiego Seniora. Zresztą psy, które teraz są w świetnej formie i jadą do Laponii, też kiedyś przecież Dom zapełnią. Dlatego on musi trwać i stawać się coraz lepszym miejscem dla psich weteranów. Będziemy się o to starać, także podczas realizacji największych sportowych planów.



niedziela, 20 listopada 2016

Wielcy bohaterzy

Psy to najwięksi bohaterowie długodystansowych wyścigów psich zaprzęgów. To one biorą na siebie największy wysiłek i składają największą ofiarę ze swego zaangażowania, zdrowia, a bywa i życia.
Dlatego traktujmy je poważnie. Kiedy wybieramy się na taki wyścig jak Femundlopet, Bergebylopet,  czy Finnmarkslopet, to przygotujmy nasze psy do wysiłku jaki je tam czeka. Nie szczędźmy treningów i pracy w trakcie sezonu. Tylko doskonale przygotowane psy docierają do mety, choć bywa, że nawet po najlepszym treningu meta okazuje się zbyt odległa. Z różnych powodów. Na kilkusetkilometrowej trasie czyha na każdy zespół mnóstwo pułapek i przeciwności, które zaprzęg musi pokonać, aby osiągnąć sukces.

Dlaczego trening jest tak ważny? Aspekt czysto sportowy jest oczywisty. Rozbudowa siły i wytrzymałości. Zdobywanie doświadczenia biegowego przez psy i doświadczenia w rozmaitych sytuacjach w jakich znajdujemy się my ludzie. Można wymieniać te aspekty długo, ale jest jeszcze jeden, równie ważny. Psy zawsze pracują na sto procent. Niezależnie od warunków, od pogody, od tego czy biegną po śniegu, błocie, w deszczu, czy w słonecznej pogodzie. Zawsze na maksimum swoich możliwości.
Jeśli są do takiego biegania przygotowane, to wszystko jest w porządku. Jeśli nie, to może z tego wyniknąć coś złego dla psów. Nie poradzą sobie one z trudnościami trasy, zimnem, z wysiłkiem. To proste, pies może tylko tyle na ile jest przygotowany. Dlatego porywanie się na wielkie wyzwania bez odpowiedniego treningu, to duża nieodpowiedzialność i brak szacunku dla własnych psów. Pamiętajmy o tym, One mogą naprawdę wiele, a nawet jeszcze więcej. Jednak tylko i wyłącznie po odpowiednim treningu.
Nie wymagajmy zatem od psów rzeczy niemożliwych, tylko zmniejszajmy liczbę tych niemożliwych do osiągnięcia odpowiednim przygotowaniem.

To by było dzisiaj na tyle. Lecimy na trening!

Trylogia Norweska - końcówka przygotowań

Zbieramy się w coraz szybszym tempie do wyjazdu. Warunki pogodowe na północy Szwecji sprzyjają naszym planom. W Vuollerim leży już około 30 centymetrów śniegu i zapowiadane są kolejne opady. Miejscowi maszerzy już śmigają na saniach.

My tymczasem trenujemy w Polsce. Tutaj jak zwykle pogoda nie rozpieszcza. Po okresie z temperaturami poniżej zera znowu zrobiło się ciepło. Pierwszy raz nas to niespecjalnie stresuje. Jeszcze dwa tygodnie i wyruszamy do maszerskiego raju.

Forma zespołu rośnie z każdym treningiem. Zaskakują tutaj młode psy, które zachowują się w zaprzęgu niezwykle dojrzale. Dwuletnia Flicka biega po prostu po profesorsku. Tak samo Bajka, Szasta. Cały ten młody zespół jest bardzo zdyscyplinowany w pracy i niezwykle rozsądny.
Na dodatek prowadzi go Zuza, o czym pisaliśmy w poprzednim poście.

Mieliśmy zwiększać dystans treningów, chcieliśmy dojść do 50 kilometrów na koniec listopada, ale ciepła aura pokrzyżowała te plany. Bezpiecznie można biegać w tych temperaturach co najwyżej 20 kilometrów. I to robimy. Stabilizujemy formę na takim poziomie, wiedząc jednocześnie, że jak tylko zrobi się zimno, to wystrzelimy natychmiast w zupełnie inne biegowe rejony. Jesteśmy o to spokojni. U alaskan husky forma rośnie skokowo. I to dużymi skokami.

6 stycznia, jakby nie patrzeć, będziemy gotowi do startu. Beaskadas 300 musimy ukończyć. Też już o tym pisaliśmy.
Dzięki suczkom, które są z nami od października mamy totalny spokój kadrowy w naszym zespole.
Poziom naszych psów w tej chwili jest tak wyrównany, że trudno powiedzieć kto pobiegnie w najlepszej ósemce. Wszystkie opcje są możliwe.

Pewniakiem jedynie wydają się nasze gwiazdy Zuza i Henia. Dwie liderki, obie doświadczone, mające za sobą zarówno wyprawy jak i udział w Finnmarkslopet. Także raczej w zaprzęgu znajdzie się Xanto, choćby ze względu na jego moc. Potem jednak wszystkie warianty są możliwe. Bria jest w  świetnej formie, bardzo dobre wrażenie robi Baru, tym bardziej że ma zadatki na liderkę. Są jeszcze dwuletnie Adi i Emi, dziewczyny o fantastycznych warunkach fizycznych.
Pewniakiem wydawała się także Arina, ale ma ona jakieś problemy z dyspozycją fizyczną. Póki co powoli buduje kondycję. No, ale to jest Arina, która w każdej chwili może wrócić do formy, a wtedy nie będzie mieć sobie równych. Zobaczymy. Zawsze można było na nią liczyć, więc jej nie skreślamy.

Czas jednak leci bardzo szybko i to co jeszcze przed chwilą wydawało się odległymi terminami, staje się teraźniejszością. Trzeba to ogarnąć, a potem wyjazd i ciężka praca, która nasze marzenia doprowadzi do realizacji. Tak będzie!

środa, 16 listopada 2016

Zuza - zjawisko nadprzyrodzone

Zespół Syberiady jest w trakcie kolejnego sezonu. Który to już? Któż by to zliczył. Siedemnaście lat zajmowania się psami zaprzęgowymi i psimi zaprzęgami. Zleciało bardzo szybko.

Nie byłoby jednak tych siedemnastu lat, nie byłoby wielkich emocji, wspaniałych biegów, wypraw za koło polarne i startów w długich wyścigach, gdyby nie psy. Bez nich nie bylibyśmy maszerami, nie odkrylibyśmy świata w taki sposób, w jaki uczyniliśmy to z nimi.
Psy przemierzające z nami życiową ścieżkę były różne. Psy, suczki, syberiany, alaskan husky, młode i stare. Jedne biegały szybciej, inne wolniej, ale wszystkie z wielkim sercem do biegania. Każdy z nich dawał i daje z siebie wszystko, kiedy zatracają się w biegu.

Były i są z nami też psy absolutnie wybitne. Takie, które wskazują kierunek całemu mushingowi. Psy niezwykłe, łamiące stereotypy i dysponujące umiejętnościami o jakich my ludzie możemy co najwyżej pomarzyć.

Zuza, liderka, jest jednym z takich psów. 28 listopada skończy 11 lat. To jednak tylko data, która Zuzę niespecjalnie obchodzi. Ona właśnie trenuje do kolejnej wyprawy i robi to z maksymalnym zaangażowaniem. Jak to ona.
We wrześniu, tuż przed sezonem musiała przejść zabieg usunięcia tłuszczaka. Przy okazji zrobiliśmy jej poszerzone badania. Profile nerkowe, wątrobowe itd. Wyniki jak u młodego psa. To pozwoliło nam spokojnie włączyć ja do treningowego zespołu.

Dzisiaj widzimy, że była to dobra decyzja. Zuza biega wyśmienicie. Wspaniale regeneruje się po wysiłku. Zupełnie nie widać po jej bieganiu upływających nieubłaganie lat. Chociaż nie wygląda już młodo. Osiwiała co nieco, ale to tylko zewnętrzne oznaki poważnego wieku. Wewnątrz Zuzy wciąż bije młode serce.

Oszczędzaliśmy ją na treningach. Nie brała udziału, jak dotąd, we wszystkich biegach. Jej organizm po wielu tysiącach kilometrów przebiegniętych w zaprzęgu nie potrzebuje takiej dawki treningu jak u młodych psów. Zuza szybko buduje dużą formę.
Jednak wczoraj wydarzyło się coś, co zrobiło na nas wielkie wrażenie. Zuzka poprowadziła razem z Henią zespół 2-3 letnich suczek. I to właśnie Zuza była w tym zespole najaktywniejsza. Nadawała wysokie tempo, inicjowała przyspieszenia. Wszystko w lesie zwraca jej uwagę. Biegnie zainteresowana otoczeniem. Nie biega pasywnie, wpatrzona w ziemię przed sobą. Widać, że to bieganie wciąż daje jej dużo przyjemności. Cieszy się biegiem. To z kolei udziela się całemu zespołowi. Młodzież biegnie wspaniale prowadzona przez taką gwiazdę jak Zuza.

Po powrocie do domu, jak zwykle wszędzie było jej pełno. Biega po kojcach, wszędzie zagląda i obszczekuje inne psy. Cała Zuza.
Strasznie się cieszymy, że jeszcze w tym sezonie ta wielka liderka będzie z nami.

niedziela, 6 listopada 2016

Ultramaratończyk

Henia i Baru "in lead"
Długodystansowy pies zaprzęgowy to ultramaratończyk. Jego organizm potrafi dobrze znosić długotrwały wysiłek, trudne warunki pogodowe i stres. Radzi sobie z brakiem snu, byciem w ciągłej gotowości do biegu. Jest odporny na ból i rzadko choruje.
Ale nie jest maszyną. Jest czującym, żywym stworzeniem, któremu należy się opieka i uczycie. Tym bardziej, że jest wspaniałym sportowcem. Alaskan husky potrafi przebiec 100 kilometrów w ciągu sześciu godzin, przespać się i najeść w ciągu następnych sześciu, a po nich pobiec drugi raz 100 kilometrów. Ponad 200 nawet w ciągu doby.
On to potrafi, ale pod pewnymi warunkami. Musi być do tego wytrenowany, zdrowy i dobrze odżywiony. Inaczej zrobimy z niego ruinę. Granica, przy tak ekstremalnych biegach, jest niezwykle cienka. Kto nie ma pojęcia o treningu i dietetyce, niech się w ogóle za to nie bierze. Narobi tylko psom i sobie kłopotów.

Maja i Bajka



Ultramaratońskie biegi charakteryzuje ogromny dystans do pokonania i długi czas przebywania na trasie. Aby mieć szansę na ich ukończenie wszystko musi być dograne na maksimum możliwości. Dlatego tak często tych biegów zespoły nie kończą. Nawet te znakomicie przygotowane.

Człowiek biegnący maraton, czy dużo dłuższy bieg ultra, wsłuchuje się w swój organizm. Zna go doskonale dzięki treningom i wie kiedy jest dobrze, a kiedy przekracza linię, zza której nie ma już odwrotu. Wtedy się wycofuje. Przynajmniej powinien tak zrobić.
W zespole zaprzęgowym jest to o tyle trudniejsze, że musimy wsłuchać się w organizmy psów. W ich łapy, mięśnie, serca i rozumy, aby wiedzieć czy dalsza jazda ma sens i czy jest po prostu bezpieczna dla zespołu i jego poszczególnych członków. A przecież one nam tego nie powiedzą.
Bardzo w tym pomaga własne doświadczenie w sportach wytrzymałościowych, dzięki któremu możemy się domyślać co przeżywa pies. Z czym walczy jego organizm i psychika. Warto wiedzieć czym są zakwasy i jak bolą mięśnie kiedy powstają w nich mikrouszkodzenia, normalne przy wysiłku i jak funkcjonuje ciało i mózg w warunkach odwodnienia. To wszystko pozwala nam zrozumieć psa w trakcie biegu i odpowiednio o niego zadbać.

Flicka i Beky



My  sami oczywiście też zmagamy się z bólem mięśni, brakiem snu, odwodnieniem. Kilkuset kilometrowa trasa nie oszczędza nikogo. Samo stanie na saniach długimi godzinami daje w kość, a przecież musimy jeszcze pomagać psom, pchać sanie na podjazdach, czy w głębokim śniegu, biec obok kiedy psom jest ciężko. Przyjmuje się, że 15-20 procent trasy przemierzamy na własnych nogach pomagając psom. W trakcie takiego wyścigu jak Finnmarkslopet 500 jest to 70, albo i więcej kilometrów, zrobionych na własnych nogach w ciągu dwóch dni. Wystarczy żeby poczuć ból wszystkich mięśni. Na dodatek, kiedy zatrzymujemy się na postój, to psy natychmiast kładą się do snu, a my w tym czasie biegamy wokół nich z jedzeniem, masażem, wodą itd. Śpimy dopiero wtedy, kiedy ogarniemy naszych biegaczy.

Jasna Emi i czarna Szasta


Na  sukces w długodystansowym mushingu składa się wiele szczegółów. Jest ich tak dużo, że nie sposób wszystkich wymienić w jednym miejscu. Najważniejsze są jednak trening, dieta i opieka nad psami. Dożo biegania w różnych warunkach, dużo odpoczynku pomiędzy treningami, ogrom jak najlepszego jedzenia i jeszcze więcej uczucia, miłości i pasji. Musimy zjednoczyć się z naszymi psami. Stać się niemal jednym organizmem, bo od nich zależy nasz los i ich los od nas.
Psy są naszymi przyjaciółmi, członkami naszej rodziny. Kiedy są szczęśliwe nam jest dobrze, kiedy cierpią, my cierpimy z nimi. Kiedy odchodzą, płaczemy za nimi i tęsknimy.
One dają w biegu sto procent z siebie, my musimy zrobić tak samo. Tylko wtedy mamy szansę na cokolwiek. I to tylko szansę, bo wiele z kart w mushingu rozdaje los. Dlatego oprócz wszystkiego potrzebujemy też mnóstwo szczęścia. To już jednak temat na osobny post :)

Dbajmy o nasze psy, kochajmy je i czujemy jak one. Dzięki temu możemy stać się prawdziwymi maszerami i wejść naprawdę w świat mushingu, a dzięki temu dotrzeć do sedna kontaktu z naturą. Poczuć jedność ze zwierzętami, wiatrem, śniegiem i mrozem. Być częścią świata tak naprawdę.

Adi





















piątek, 4 listopada 2016

Majka

2 listopada odeszła Maja. Miała prawie czternaście lat. Umarła jedna z weteranek naszych pierwszych wypraw i początków organizowania Syberiady Adventure. Brała udział we wszystkich naszych akcjach w tamtych czasach.
Niestrudzona biegaczka i niezwykle sympatyczna dziewczyna. Miła, łagodna i spokojna.

Trafiła do nas w 2007 roku wraz ze swoim bratem Chiefem, synkiem Lego oraz Odynem i Kleinem.
Ta piątka psów to było duże wzmocnienie dla naszego zespołu, które pozwoliło rozwinąć nam skrzydła. Dzięki nim stworzyliśmy drugi zaprzęg. A trzy lata później zrealizowaliśmy Inarijarvi Expedition 2010. To przez takie psy jak Majka mogliśmy śmiało brać się za najtrudniejsze wyzwania.

Maja zawsze biegała w zaprzęgu tak lekko i swobodnie, jakby w ogóle jej to nie męczyło. Wytrzymywała każdy dystans i każde tempo narzucane przez liderów. Na niej można było polegać w każdej sytuacji. Była idealnym team dogiem, pracującym spokojnie i mocno oraz podąrzającym za liderem.
Poza zaprzęgiem była psem miłym, choć oszczędnym w okazywaniu uczuć. Trochę nieśmiała. Nie angażowała się też w różne burdy wybuchające czasem w stadzie.

Adoptowaliśmy ją i czterech chłopaków od człowieka, któremu rozsypało się życie. Oddawał je nam z wielkim bólem serca. Pamiętamy kartki A4 z rozpiską dotyczącą każdego psa z osobna. Strasznie przeżywał rozstanie z ukochanymi psiakami, ale wtedy nie mógł postąpić inaczej. Prosił nas, abyśmy nie zrobili krzywdy jego psiakom. Nie zrobiliśmy. Maćku, Majka miała dobre życie u nas. Była szczęśliwa. Widzieliśmy to w jej oczach kiedy się z nami bawiła, kiedy biegała w zaprzęgu. Kiedy była z nami i wszystkimi psami. To było dobre, psie życie.


niedziela, 30 października 2016

Trylogia Norweska - buty dla psów

Dzisiaj utworzyliśmy na Facebooku wydarzenie, poprzez które chcemy Was wszystkich poprosić o pomoc. Trylogia Norweska to bardzo wymagający, ekstremalny, projekt. Musimy do niego być perfekcyjnie przygotowani. Ale to nie wszystko. oprócz treningu, właściwej diety i opieki nad psami, są jeszcze rozmaite detale, bez których o powodzeniu Trylogii, nie ma co nawet marzyć.

Jednym z tych detali są buty dla psów. Bez nich nie tylko nie ukończymy żadnego wyścigu, ale nawet nie damy rady się do niego dobrze przygotować.

Tych butów potrzebujemy mnóstwo, bo około 3 tysięcy sztuk. Dlatego zwracamy się do Was z serdeczną prośbą o wsparcie. Jeden but to 2,50 zł., komplet na psa to 10 zł.
Każdy kto kupi choćby jeden but, ten będzie mógł poczuć się naszym sponsorem. Trafi też oczywiście na listę sponsorów, którą ogłosimy na blogu i Facebooku.

Kto kupi 20 butów, albo więcej tego obdarujemy książką pt. "23 kilometr" z osobistą dedykacją.

Wystarczy wpłacić na nasze konto dowolną wielokrotność 2,50 zł i już jesteście naszym sponsorem.
Buty zamówimy sami w norweskiej firmie Godbiten Jbu.
Wpłacać można na konto podane w wydarzeniu.

Zapraszamy serdecznie.

czwartek, 27 października 2016

Nowe czasy w Syberiadzie

Nawet najwięksi sportowcy kiedyś muszą zakończyć karierę. Taka kolej życia. Stare odchodzi młode wypełnia lukę, bo życie nie znosi pustki. Jeśli ma trwać musi iść naprzód.
W tym roku grono emerytów powiększyło się o kilka psów. Tanda, Pips, Szejen, DeDee. 11, 12-letnie zwierzaki przeszły w stan spoczynku po bardzo intensywnej karierze.
Z ich rocznika wciąż "pod parą" jest jeszcze Zuza. Mimo 11 lat, które skończy za dwa tygodnie nadal jest motorem zespołu i go prowadzi. A zespół ten rozrósł się solidnie. Ekipa na Trylogię Norweską to 15 psów. W większości młodych. Na szczęście tę młodzież poprowadzą bardzo doświadczone psy.

Oto cały zespół:

Zuza 11 lat, wiadomo wszystko o niej, pisaliśmy to wielokrotnie - lider
Henia 4 lata, mimo młodego wieku ma już duże doświadczenie - lider
Arina 9 lat, turbo doładowanie każdego zaprzęgu - wheel dog
Bria 6 lat, doświadczenie i wytrzymałość - lider, team dog
Sofi 9 lat, gwiazda wyprawy Laponia 2015 - team dog
Xanto 3 lata, najmniej doświadczony, ale ma ogromne możliwości - wheel dog
Becky 6 lat, weteranka wyprawy Laponia 2015 - team dog
Baru 3 lata, wszystko przed nią - lider, team dog
Bajka 2 lata - team dog
Szasta 4 lata - team dog
Flicka 3 lata - team dog
Nela 3 lata - team dog
Maja 2 lata - team dog
Eimy 2 lata - team dog
Adi 2 lata - team dog

Młode psy czeka mnóstwo pracy. Muszą wszystkiego się nauczyć i wszystko zrozumieć. Nadchodząca zima będzie dla nich wielkim wydarzeniem. Zmienią się. Na wiosnę nie będą już takimi samymi psami jak teraz. Poznają swoje możliwości i ograniczenia. Nauczą się je wykorzystywać. Mają szczęście, bo po nauki pojadą w jedno z najpiękniejszych miejsc na świecie. Do krainy wspaniałej zimy i doskonałych warunków treningowych. Nie będą biegać w błocie i deszczu, tylko w mrozie i po czystym śniegu. A do tego wejdą w wielki mushing pod okiem bardzo doświadczonych psów. To wspaniałe, że Zuza, Arina, Sofi, są wciąż w formie, która pozwala im biegać z młodymi psami i przekazywać im swe doświadczenie.

Ten sezon będzie dla nas wszystkich najtrudniejszy. Długie miesiące na Dalekiej Północy odliczane kolejnymi wyścigami. Vuollerim, Gargia, Roros, Alta. To etapy naszej wyprawy.
Zaczniemy w samym środku polarnej nocy, kiedy słońce nie wschodzi. A potem przebiegniemy całą lapońską zimę, do samego jej końca w kwietniu.
Ogrom doświadczeń, przeżyć, emocji i satysfakcji na końcu. To na nas czeka tam daleko za kołem polarnym. To będzie nasz sezon. Udany i szczęśliwy. Takim go uczynimy!

wtorek, 4 października 2016

Najdłuższa wyprawa

Przygotowujemy najdłuższą wyprawę w naszej karierze zaprzęgowej. Pięć miesięcy za kołem polarnym, dwa miesiące nocy polarnej, Trylogia Norweska, czyli trzy wyścigi długodystansowe w jednym sezonie, 4 tysiące kilometrów pokonanych zaprzęgiem w trakcie treningów i małych wypraw wchodzących w skład tej wielkiej wyprawy. No i Husky Safari, które pozwala nam to wszystko sfinansować.

To najtrudniejsze zadanie w naszym zaprzęgowym życiu. Najbardziej skomplikowane i najtrudniejsze w sferze psychicznej. Wszak przez pięć miesięcy nie będziemy razem. Daria i Kacper muszą zostać w domu. Przecież Kacper chodzi do szkoły, uprawia sport, jest normalnym nastolatkiem. Daria zostaje z nim i niemal trzydziestką psów, które wyprawowe i wyczynowe bieganie mają już za sobą. To będzie najtrudniejszy aspekt tej wyprawy.
Normalnie, na co dzień, praca wokół psów zajmuje nam mnóstwo czasu, a przecież wykonujemy te obowiązki razem, teraz będzie trudniej ponieważ się rozdzielimy. Stado emerytów zostających w domu liczyć będzie 27 psów i wszystkie zostaną na głowie Darii.
Krzysztof zabierze ze sobą 16 psów i będzie musiał poradzić sobie sam z opieką nad nimi, treningiem i całą resztą. 
Ta sytuacja mocno podnosi poprzeczkę naszego przedsięwzięcia.

Czy temu wszystkiemu podołamy? A czy mamy inne wyjście?
Ostatnie dwa lata to jakiś horror w naszym życiu. W 2014 rozwaliło się wszystko co budowaliśmy od lat. Straciliśmy możliwość działania, pracę i mnóstwo pieniędzy. Trafiliśmy w Borach Tucholskich na oszustów, kosztowało nas to zmarnowane trzy lata życia i znalezienie się nad przepaścią. Niewiele brakowało do tragedii. Do tego doszła trauma po śmierci Vilego na Finnmarkslopet. To był najtrudniejszy okres naszego życia.
Nie wiedzieliśmy co będzie dalej. Nie mieliśmy pieniędzy, zamieszkaliśmy w domu nadającym się do rozbiórki z 35 psami, 6 kotami i gęsią. Bez pracy i szans na zarabianie przyzwoitych pieniędzy i poprawę swego losu. Marzyliśmy o wyprowadzce do Szwecji, ale to było daleko poza finansowym zasięgiem. Trudno gdziekolwiek wyjechać, kiedy nie ma czego wsadzić do przysłowiowego gara.

Przetrwaliśmy tamten okres tylko i wyłącznie dzięki ludzkiej solidarności. Wiele osób wsparło nas, datkiem, karmą, dobrym słowem. Było piekielnie ciężko, ale wytrwaliśmy. Bez pomocy ludzi nie byłoby to możliwe. Dziękujemy najserdeczniej Wam wszystkim, którzy byliście i jesteście z nami.

Poprawa przyszła, kiedy wydaliśmy książkę. "23 kilometr" odmienił los. I to nie nawet w sensie finansowym, bo zyski z książki nie są jakieś duże. Odmienił pod tym względem, że znowu zaczęliśmy myśleć. Konstruktywnie myśleć i planować. Poznaliśmy mnóstwo ludzi, pootwierały się nam w głowach zamknięte już kanały. I dostrzegliśmy szansę na dalsze istnienie nas jako maszerów, podróżników, adveturerów, jak lubimy określać to czym się zajmujemy.

Wróciliśmy na stare tory planowania i realizacji trudnych planów. Tak powstała Trylogia Norweska i wszystko co się z nią wiąże.
Przeniesiemy nasz kenel na Daleką Północ. Niemal całą naszą działalność również. Będziemy pracować tam, organizować wyprawy i podnosić nasz maszerski, sportowy poziom.
W naszym kraju nie ma warunków do uprawiania długodystansowego mushingu na wysokim poziomie, nie ma warunków także do pracowania z psami w przewidywalny na lata sposób. Ciepłe zimy psują wszystko.
Dlatego, tak naprawdę, nie mamy wyboru. Maszeruj, albo giń! Musimy napierać do przodu, bo inaczej znowu znajdziemy się na krawędzi.

Pięciomiesięczna wyprawa na Daleką Północ to trudne zadanie, ale też niezwykle ekscytujące i dające nadzieję na wspaniałe jutro.
Opowiemy Wam o tym tu na tym blogu. Przeczytacie o życiu w Laponii, o mushingu, psach i wszystkim dookoła. Już teraz zapraszamy na relacje z końca świata :)



niedziela, 2 października 2016

Finnmarkslopet, czwarte podejście

Człowiek potrafi wiele znieść i  wytrzymać, kiedy owładnie nim pasja i świadomość, że to co osiągnie jest tym czego potrzebuje do życia.
Jak wiele przeciwności można wtedy pokonać, to aż nieprawdopodobne. Wszelkie braki i załamania próbują oderwać nas od realizacji marzeń, a my im na to nie pozwalamy. I tkwimy w takiej szarpaninie latami, lecz ze świadomością sensu tego wszystkiego.

Wysoko zawieszona poprzeczka sprzyja powstawaniu frustracji. Próbujemy do niej doskoczyć, ale ona wciąż jest dla nas zbyt wysoko. Wtedy musimy wyzwolić wszelkie moce, by ją jednak pokonać. I wyzwalamy!

Teraz właśnie znów stajemy na rozbiegu do naszej poprzeczki. I tym razem ją przeskoczymy! Nie może być inaczej. Złapaliśmy wreszcie właściwy wiatr w żagle i zamierzamy to wykorzystać.
Po raz czwarty nasz zespół zmierzy się z wyścigiem Finnmarkslopet. Trzy podejścia były spalone, nie sprawdziło się powiedzenie do trzech razy sztuka. Nieważne. Będzie do czterech.
Po raz ostatni nasz zespół startuje w Finnmarkslopet 500 jako "rookie". W 2018 obok nazwiska Nowakowski pojawi się słowo "veteran". Tak będzie, bo czas na to najwyższy.
Odsuwamy wszystkie niepowodzenia od siebie, to było. Nauczyło nas wiele, ale jest przeszłością, o której możemy sobie pogadać, ale zamykamy ją definitywnie. Teraz piszemy od nowa tę historię. I nawet wiemy jak ona się skończy.
A będzie tak:
6 stycznia rozpoczniemy bieg w najważniejszym dla tego sezonu wyścigu Alta 2 Dagers, tu nastąpiła mała zmiana, Alta zamiast Gausdal Maratonu, który da nam kwalifikację do kolejnych długodystansowych zawodów. Miesiąc później dojedziemy do mety 400 kilometrowego Femundlopet, a na koniec rozprawimy się z pięćsetką na Finnmarku. Tak będzie!

A potem? Potem nadamy tej naszej historii jeszcze piękniejszych kolorów. Pójdziemy dalej, bo jesteśmy sportowcami i dojeżdżanie do mety nie może być naszym celem. Będziemy doskonalić swoje umiejętności, uczyć się jeszcze nowych rzeczy. Podnosić sportowy poziom. Stworzymy z naszymi psami jeszcze doskonalszy zespół. Przesuniemy granicę niemożliwego dużo dalej niż wydawałoby się to możliwe. Wiemy jak to zrobić. Będziemy poprawiać nasze wyniki na najdłuższych trasach i być może któregoś, pięknego dnia znajdziemy się  w czołówce najlepszych zespołów na świecie, i powiemy, że czujemy się spełnieni i szczęśliwi, a nasze psy mają dobre, bezpieczne życie i dzielą szczęście z nami przez długie lata.

Osiągniemy to, bo nas na to mentalnie stać. Jesteśmy zwycięzcami, nie przegranymi!

W piątek organizatorzy Finnmarkslopet umieścili nasz zespół na liście zgłoszonych do wyścigu. To zawsze ekscytujący moment, kiedy widzimy nasze nazwisko obok wielu sław mushingu. To także pierwszy znak, że weszliśmy do tej gry. Teraz czekamy na otwarcie list startowych Alta 2 Dagers. Z Femundlopet mamy czas na zgłoszenie do końca roku.
Rozpoczynamy piękny okres w naszym życiu :)   




sobota, 24 września 2016

Po co mi Husky Safari?

Możecie zapytać- po co mi to Husky Safari? Co z tego wyniosę dla siebie? Dobre pytanie.
Wyniesiesz z tego to co będziesz chcieć. To na co zdołasz się samemu i z naszą pomocą otworzyć. Pisząc naszą, mamy na myśli ludzi i psy.
Pokażemy Wam świat z kompletnie innej perspektywy, w którym powiedzenie "jeden za wszystkich, wszyscy za jednego" nabiera dosłownego znaczenia. W tym świecie człowiek i jego psy stają się jednością. Zespołem.
Warto pojechać na Husky Safari choćby po to, by to zobaczyć i stać się członkiem takiego zespołu.

Po drugie - zima. Takich zim jak w Laponii w dzisiejszych czasach nie zobaczycie już nigdzie. Śnieg, mróz, zamarznięte rzeki i jeziora. Otaczające to wszystko góry, tereny dostępne tylko psim zaprzęgiem I w tym wszystkim my ludzie chłonący to piękno wszystkimi zmysłami.

Po trzecie - zorza polarna. Naprawdę czym innym jest oglądanie jej na zdjęciach, a czym innym jest podróżować w jej blasku psim zaprzęgiem.

Po czwarte - jadąc na Husky Safari wspieracie nasz zespół w dążeniu do spełnienia jego marzeń. Jako pierwsi Polacy staniemy na starcie i mecie trzech bardzo długich wyścigów. Jednych z najdłuższych na świecie. I uczynimy to w jednym sezonie. Pokażemy, że potrafimy, że nie jesteśmy gorsi od Norwegów, bo norwescy maszerzy są takimi samymi ludźmi jak my. Maja tylko szczęście żyć w miejscu, które sprzyja uprawianiu mushingu.
A Wy, drodzy uczestnicy Husky Safari, nam w tym pomożecie.
Świadomość wspierania tak trudnego projektu, to też rzecz nie do przecenienia.
Przeczytajcie jeszcze ten tekst na tym blogu. Być może w czasie jazdy psim zaprzęgiem i Wam dane będzie poczuć to o czym tam piszemy, a czego sami wielokrotnie doznawaliśmy na długich trasach.

Zapraszamy na Husky Safari.

piątek, 23 września 2016

Dwa miesiące

Czas potwornie szybko leci! Dopiero co ogłosiliśmy nasze plany na najbliższy sezon, a tu już powoli kończy się wrzesień i plany stopniowo trzeba wdrażać w życie. Zawsze wszystko jest piękne, ładne i uduchowione na etapie planowania. Wtedy wszystko  wydaje się proste i układające według naszych planów. W "praniu" już takie nie bywa.

Mnóstwo spraw jest też do załatwienia i zorganizowania. Wyjazd z szesnastką psów to dość skomplikowane przedsięwzięcie. O wielu rzeczach nie wolno zapomnieć, aby nie narobić sobie poważnych kłopotów.
Psy muszą wyjechać zdrowe, zaszczepione i odrobaczone. Muszą być w jak najlepszej kondycji. My także. Co komu po najlepszym nawet zaprzęgu jeśli człowiek , nawiązując do pewnej piosenki przypomnianej w ostatnich miesiącach, będzie dupa? Nic nikomu. Maszerowi i psom najbardziej :)

Wracając do spraw do załatwienia, to ich lista jest całkiem spora. Przedstawimy Wam tutaj część z nich, abyście mieli ogląd co nas czeka w ciągu dwóch miesięcy jakie pozostały do wyjazdu.

1. Szczepienia. Właśnie zbliża się czas powtórzenia szczepień. Wścieklizna, choroby zakaźne oraz donosowa szczepionka przeciwko kaszlowi kenelowemu. Od tego sezonu obowiązkowa na wielkich wyścigach. Do zaszczepienia 16 psów.

2. Odrobaczenia przed wyjazdem. Z tymi to jest niezła jazda, bo kraje skandynawskie mają różne przepisy w tym zakresie. Chodzi o terminy w jakich należy ich dokonać przed wjazdem na ich teren. W Szwecji inaczej, w Norwegii inaczej i w Finlandii jeszcze inaczej. My musimy się w to wszystko wstrzelić tak, żeby wszędzie pasowało i było dobrze, a zarazem jak najmniej truć psy chemią na robale.

3. Karma dla psów. Kiedy jeździliśmy na wyprawy na dwa, trzy tygodnie, czy nawet miesiąc, to zabieraliśmy karmę ze sobą. Na pięć miesięcy jednak nie damy rady tego zrobić. Musimy zorganizować żarcie na miejscu. Mamy kilka namiarów, a od wczoraj nawet chyba już pewność skąd ją kupimy.

4. Sprzęt. Niby wszystko mamy, ale jak znamy życie, to i tak sporo kasy pójdzie na różne duperele. Jak wiadomo diabeł tkwi w szczegółach i te szczegóły potrafią dać popalić. Ot właśnie okazało się, że musimy kupić kilka nowych koców dla psów. Koców używanych na trasach, do spania. A to pewnie wierzchołek góry lodowej. Lin naprodukowaliśmy sporo, ale coś tam trzeba będzie dorobić.

4.A. Tu musimy stworzyć podpunkt w naszej rozpisce, bo osobnym tematem sprzętowym są buty dla psów. Potrzebujemy ich niemal w przemysłowych ilościach. A to kosztuje. Ile ich trzeba to pokazuje poniższa rozpiska:
but wytrzymuje na psiej łapie, 50, 70, 100 kilometrów. Nie da się dokładnie przewidzieć ile. To zależy od wielu czynników. Rodzaju śniegu i lodu, sposobu biegania psa itd.
Jeśli założymy, że but wytrzyma 70 kilometrów, to na każdą taką siedemdziesiątkę potrzebujemy 4 buty x 16 psów. 64 sztuki. Jeśli planujemy pokonać około 4 tysięcy kilometrów, to butów potrzebujemy ponad 3500! Po 3,50 zł za sztukę.
Buty to główny punkt programu. Tylko pięciomiesięczne zakwaterowanie za kołem polarnym i wyżywienie psów kosztuje drożej od nich.

5. Słoma. Kolejna niezbędna rzecz. Potrzebujemy jej do ścielenia psom w przyczepie i na trasach długich, dwu, trzy dniowych treningów. Musimy ją zorganizować na miejscu. Z tym nie powinno być kłopotu.

6. Weterynarz. W Skandynawii ceny usług weterynaryjnych są bardzo wysokie. Wielokrotnie wyższe niż w Polsce. Dlatego będziemy chuchać i dmuchać na psy, aby wet nie był nam potrzebny. Zabieramy ogromną apteczkę, w której muszą znaleźć się leki i medykamenty na różne przypadłości. Antybiotyki, leki przeciwzapalne i przeciwbólowe, maści rozgrzewające, środki na biegunkę itd, itd.

7. Formalności. Dokumenty wywozowe psów, opłaty startowe, odprawy przedstartowe, odprawy weterynaryjne. To wszystko nas czeka i spędza sen z powiek.

Wymieniliśmy tu w punktach tylko te sprawy, które ciągle mamy na myśli. Zapewne jeszcze niemało ich pojawi się już w trakcie. Na to wszystko pozostało niewiele czasu. Dwa miesiące to jest nic. Zleci równie szybko jak czas od ogłoszenia naszych planów na ten sezon.

Aaa, jest jeszcze punkt 8. Trening. Dużo treningu!

piątek, 16 września 2016

Sezon przed nami



Wszystko nabiera powoli rozpędu, choć tak naprawdę wcale nie dzieje się to powoli. Raczej skokowo i gwałtownie. Mniej lub bardziej.
Minął sierpień, zaczął się wrzesień, a nawet mamy już jego połowę. Tak naprawdę czas umyka w szybkim tempie i już widzimy, że nie będzie luziku.

Czekaliśmy z rozpoczęciem treningów i nadal czekamy. Jak dotąd było zbyt ciepło nawet w nocy, by psy mogły regularnie biegać. Co prawda od wczoraj jest całkiem chłodno o świcie, ale nadal czekamy.
Najważniejsze dla nas jest, żeby zacząć trening w takim momencie, od którego będziemy mogli kontynuować go już nieprzerwanie.

Ponadto musimy wzmocnić zespół psów. Odmłodzić go znacznie. W tym sezonie nie pobiega już z nami ani Klein, ani Pips, ani Szejen. Także Ixi, ze względu na pękniętą kość gnykową i problemy zdrowotne jakie dopadły go po tamtym zdarzeniu, nie zasili zespołu swoją osobą. To wielka strata, bo trzyletni młodziak bardzo by nam się przydał.
Odchodzi na emeryturę także Tanda. I to, obok Pipsa, największa strata naszej ekipy.

Zuza, mimo 11 lat, wciąż sprawia wrażenie silnej i sprawnej. Co prawda tłuszczak, z którym chodziła od dwóch lat, rozrósł się w ciągu ostatnich dwóch tygodni do sporych rozmiarów i trzeba było się go pozbyć. Wcześniej nie przeszkadzał jej w bieganiu znajdując sobie miejsce pomiędzy paskami szelek. Teraz jednak przestał się mieścić. Ponadto jego gwałtowny rozrost dawał raczej pewność, że to nie koniec wzrostu.
Zuza wylądowała na stole operacyjnym. Guz został usunięty, a ona błyskawicznie dochodzi do siebie.
Przy tej okazji zrobiliśmy jej też poszerzoną diagnostykę i wyszło, że Zuza jest naprawdę w wyśmienitej formie. To dla nas znakomita wiadomość. Nasz lider-geniusz jeszcze przez nadchodzący sezon będzie z nami na trasach. Czy także wyścigowych, to okaże się w praniu.

Jej ojciec, Dante, w 2014 prowadził nasz zaprzęg na Finnmarkslopet 500 mając 10 lat. W 2015 biegł, choć już nie jako lider, w 350 kilometrowej wyprawie prowadzonej w stylu non stop, mając ukończone 11 lat. Nie miał żadnych problemów. On i Zuza mają fantastyczne geny. Oboje nigdy nie chorowali. Zuza była pierwszy raz u lekarza z jakimś problemem, nie licząc szczepień i badań kontrolnych.

Wracając do treningów. Poczekamy jeszcze trochę z ich rozpoczęciem. Zuza dochodzi do siebie, Henia rozpoczęła cieczkę, a nas czeka wyprawa do Norwegii i Szwecji po kilka młodych psów. Właśnie prowadzimy rozmowy z kilkoma kenelami na północy i pewnie niebawem pojedziemy zasilić nasz zespół.
Bronimy się przed kryciem naszych suczek i rozmnażaniem psów, bo ciągle twierdzimy, że jest zbyt dużo problemów z bezdomnością zwierząt, aby jeszcze powiększać ich populację. Dlatego wolimy kupić, czy adoptować alaskan husky skądś, z Europy. W ten sposób też możemy jakiemuś psu poprawić byt, czy zwyczajnie zapewnić to co do życia alaskanom jest niezbędne, czyli bieganie w zespole psów.
Trzy lata temu adoptowaliśmy Brię i Sofie, jeszcze wcześniej przygarnęliśmy Jumę i Szejen. One wszystkie biegają, czy biegały fantastycznie. Bria i Sofie wciąż są ważnymi punktami naszego zespołu, Juma i Szejen były takim bardzo długo. Zwłaszcza Szejen, która po przyjściu do nas i trenowała do Finnmarkslopet i była na trzech wyprawach za koło polarne i pracowała z klientami prawie do 12 roku życia.

No dobrze, rozpisaliśmy się trochę, ale druga połowa września będzie intensywna organizacyjnie, a od października zaczynamy pełną parą przygotowania do zimy. Będziemy tu o tym pisać.

wtorek, 30 sierpnia 2016

Medytacja



Mało jest tak sprzyjających momentów do zastanowienia się nad życiem i sobą, jak czas długiej wyprawy. Przemierzamy ogromne odległości z psami. Rytm ich biegu wprowadza nas w pewien rodzaj transu. Sanie suną kołysząc się jedynie na nierównościach trasy, a nasz umysł ogarnia spokój. Prawdziwy błogostan.
Mushing tak ma, że wymaga zupełnego skupienia z jednej strony, ale zarazem daje mnóstwo spokoju. Ten przychodzi natomiast kiedy już wszystko opanujemy i mamy to pod kontrolą.
Wtedy zapadamy w trans. Nie tylko my, bo psów tak samo to dotyczy. Ich transem jest bieg. Jednostajny, miarowy kłus, od czasu do czasu przeplatany takim swoistym galopkiem, który być może pozwala im zachować kontakt z rzeczywistością. I wrócić od czasu do czasu do realnego świata.

Kiedy tak podróżujemy, to nasz umysł otwiera się na wiele bodźców przeoczanych na co dzień. W transie jesteśmy na nie bardziej otwarci i łatwiej im dostać się do naszych myśli.

Psy biegną, sanie suną, śnieg trzeszczy pod płozami, a nad głowami mamy zorzę polarną dodającą magicznej aury temu wszystkiemu. Myśl ma okazję wejść w obszary rzadko przez siebie odwiedzane i dotknąć spraw nawet zapomnianych.

Cisza panuje w naszych głowach. Milknie na dobre zgiełk cywilizacji. Stapiamy się w jeden twór z psami, śniegiem, powietrzem, słońcem i zorzą. Jesteśmy cząstką natury. Jedną z bilionów cząstek, z których składa się wszechświat. W takim momencie czujemy to wyraźnie.
Ten stan trwa i trwa, a my postępujemy przez śnieżne pustkowia, dalecy od ludzi i ich problemów.
Taki jest mushing.
To jest medytacja. Nawet nie wiemy dokładnie co wtedy dzieje się w naszych głowach. Albo nie pamiętamy po wszystkim. Od czasu do czasu przerywamy ten stan, by sprawdzić czy wszystko w porządku i zaraz zapadamy w niego ponownie.

To uzależnia. Co jakiś czas potrzebujemy takiej medytacji i wyciszenia. Jazda z psami przez śniegi Laponii daje nam go zawsze. Dlatego wciąż tam wracamy.

niedziela, 21 sierpnia 2016

Relacje z końca świata

W listopadzie wyruszam do Laponii na kilka miesięcy, by przygotować się do realizacji Trylogii Norweskiej.
Zamieszkam w tym czasie w szwedzkiej miejscowości położonej przy kole polarnym o nazwie Vuollerim. Będę tam trenował i pracował z uczestnikami Husky Safari.

Ten pobyt będzie także kapitalną okazją, aby poopowiadać Wam trochę o Dalekiej Północy.
Opiszę codzienne życie Szwedów i Samów i wszystkie zjawiska jemu towarzyszące. Dzięki tym relacjom poznacie miejscowe zwyczaje, zobaczycie jak wyglądają sklepy i zakupy za kołem polarnym. Opowiem jak miejscowi radzą sobie z opadami śniegu i dużymi mrozami.

Pokażę Wam piękno tej krainy. Góry, renifery, tajgę i tundrę. Opowiem o zorzy polarnej.
Dużo miejsca poświęcę przygotowaniom do Trylogii Norweskiej. Zabiorę Was wirtualnie na treningi i na same wyścigi.
Obiecuję, że dużo będzie się działo!

Relację rozpocznę już przed wyjazdem. Zobaczycie jak wygląda logistyka podróży z kilkunastoma psami na trasie liczącej około 2500 kilometrów.
Już teraz zapraszam do oglądania i czytania. Tu na naszym blogu.
Nie mogę się już doczekać :)

sobota, 6 sierpnia 2016

Trylogia Norweska - Finnmarkslopet







Na koniec Trylogii, to co dla nas najważniejsze - Finnmarkslopet. Najdłuższy na świecie wyścig zaprzęgów złożonych z ośmiu psów. Nasze marzenie i nasza trauma, którą najwyższy czas odrzucić i zapomnieć.
Ten wyścig siedzi w naszych głowach od 2005 roku. Długo zbieraliśmy doświadczenie i odpowiedni zespół psów. W końcu w 2011 byliśmy gotowi. Trening i jeszcze raz trening. Zjechaliśmy całe Bory Tucholskie, kilka tysięcy kilometrów, by w 2012 wystartować w tym wspaniałym biegu.
Wszystko na nic. Odpowiedzialność za zwierzęta, które mieliśmy pod swą opieką i nieodpowiedzialność ich właścicieli zmusiły nas do pozostania w domu.

Rok później jeszcze więcej pracy i znowu pech. Tym razem choroba, zabieg....

W 2014 wszystko miało wreszcie skończyć się szczęśliwie. Przygotowania poukładały się w miarę pozytywnie. Jechaliśmy do Norwegii pewni, że tym razem Finnmarkslopet nam się nie wymknie. Był w nas nieprawdopodobny spokój. Jakby ukończenie tego wyścigu było tylko formalnością.
Skończyło się tragicznie. Vili, pies który dołączył do zespołu półtora miesiąca przed startem umarł na 23 kilometrze trasy. Zabiła go niewydolność serca.

Od tego momentu rozpoczął się najgorszy okres naszego życia. Trauma, zrezygnowanie, załamanie psychiczne i straszne myśli, które tłukły się w głowie.
Śmierć Vilego spowodowała też to, że nie mieliśmy już cierpliwości patrzeć na to, co z końmi będącymi pod naszą opieka, wyprawiają ich właściciele. Śmierć Vilego bardzo nas zradykalizowała. Poszliśmy z tymi ludźmi na wojnę. Nieprzestrzeganie elementarnych praw zwierząt było dla nas nie do zniesienia. Zmagaliśmy się z tym problemem trzy lata i brakowało nam już sił.

Straciliśmy pracę, musieliśmy wyprowadzić się do naszej rudery, która miała zostać rozebrana, by w tym samym miejscu budować nowy dom.
Znaleźliśmy się na samym dnie.

Ale my jesteśmy zbyt silni i zbyt odważni, aby to tak się skończyło. Mimo wszystko nie przestaliśmy marzyć. I snuć planów na przyszłość. I teraz, dwa lata później, znów wzięliśmy na rozpiskę wyścig, który wciąż nam ucieka.
W marcu 2017 mamy zamiar go wreszcie złapać!
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...