Wieczorem dotarłem do schroniska przy Morskim Oku. Od razu skierowałem się do dyżurki TOPRu. Urzędował tam ratownik. W razie czego to on pierwszy rusza na akcję w swoim rejonie, albo tą akcją kieruje.
Był nim wtedy Adam Marasek, jeśli dobrze pamiętam. bardzo doświadczony ratownik.
- Twój kumpel pojechał już karetką na dół - powiedział kiedy wszedłem do dyżurki - czekali na ciebie dobre pół godziny, ale musieli już jechać
- Co z nim? Jest cały? W szoku? Jak tu dotarł? - zasypałem go pytaniami
- Jest cały, nawet chyba niczego nie złamał. To cud. Słuchaj on wyczerpał farta na kolejne pięć wcieleń! - opowiadał - Przyniosło go dwóch kolesi, którzy znaleźli go na stawie.
Znowu usiadłem. Ratownik dał mi herbaty. To co mówił świadczyło, że Adam przeszedł cały Czarny Staw, zszedł moreną czterysta metrów na Morskie Oko i tam pewnie opuściły go siły. Zobaczył światła schroniska, może ludzi i wreszcie padł. Znaleźli się jednak jacyś dwaj faceci, którzy zatargali go do Moka.
Pogadaliśmy jeszcze chwilę i wyszedłem. Musiałem pojechać za Adamem do szpitala w Zakopanem.
Spieszyłem się, busy odjeżdżające z Palenicy nie będą na mnie czekać. Wiedziałem, o której odjeżdża ostatni. Spojrzałem na zegarek i .... do diabła, nie zdążę! Mimo to ruszyłem szybko w dół. Wiatrzysko szalało, co i rusz z drzew spadał z hałasem śnieg. Przez halny zrobił się mokry i gałęzie nie mogły go już utrzymać. Co chwila ciężki ładunek lądował na asfalcie. Miałem nadzieję, że mnie nie trafi żaden z nich.
Kiedy miałem za sobą półtora, czy dwa kilometry, usłyszałem zjeżdżający od strony schroniska samochód. To był leśniczy z Wanty. Wiedział co się stało i kim jestem. Byliśmy z Adamem gwiazdami dnia w schronisku. Wszyscy o nas mówili.
- Jedziesz do szpitala? - zapytał
- Tak!
- To wsiadaj, zwiozę cię do Bukowiny, bo z Palenicy to już niczego dzisiaj nie złapiesz. Busy nie jeżdżą przez ten halny.
- Wielkie dzięki!
Uradowany wsiadłem. Moje szczęście trwało jednak bardzo krótko. Leśniczy swoją Ładą Nivą postanowił nie marnować czasu. Jechał w dół bardzo szybko. Rozpędzał auto na krótkich prostych, po czym mocno hamował przed zakrętami. Droga do Moka wiedzie serpentynami, non stop pod górę, momentami bardzo stromo. Teraz waliliśmy cały czas w dół, a asfalt przecież był pokryty bardzo mokrym śniegiem. Leśniczy dokonywał cudów przyczepności. Pamiętam, że pomyślałem przez moment:
- Cholera nie zabiły mnie góry, a wykończy mnie ta jazda!
Tymczasem leśniczy prowadził bardzo pewnie. Trzeba mu to oddać. Ani razu nawet się nie ślizgnęliśmy.
Dowiózł mnie do samej Bukowiny Tatrzańskiej i wysadził na przystanku PKS.
Nadaremno. I tak nie zdążyłem na autobus. Była już dwudziesta druga i żaden autobus już nie jechał. Zdarzył się jednak cud. Kolejny tego dnia.
Stałem tam wtedy na tym przystanku z ogromnym plecakiem. miałem w nim wszystkie swoje rzeczy, cały sprzęt biwakowy, czyli namiot, karimaty, śpiwór, kuchenkę, gary i kartusze gazowe. Oprócz tego targałem jeszcze rzeczy Adama, które zostawił pod skałą, w miejscu naszego biwaku. Ważyło to wszystko ze czterdzieści kilo. A miałem za sobą przecież podejście pod ścianę, samą wspinaczkę niemal na szczyt, zabrakło mi pięćdziesiąt metrów do niego, traumatyczne zejście i galop z Moka w dół zanim nie spotkałem leśniczego. Jednym słowem padałem na pysk.
Kiedy już w wyobraźni widziałem jak drałuję dwadzieścia kilometrów do Zakopanego z tym przeklętym worem na plecach, to zobaczył busa. Zbliżał się do przystanku. Machnąłem ręką.
- Jedzie pan do Zakopanego? - zapytałem kiedy się zatrzymał
- Nie do Poronina tylko, zjeżdżam już do domu.
- To zabiorę się z panem - z Poronina to już może tylko z dziesięć kilometrów, więc już było dobrze.
W czasie jazdy zacząłem opowiadać co się stało i dokąd jadę.
- Wiesz co? Zawiozę cię do szpitala. Gdzie będziesz lazł po nocy z Poronina.
Kurcze ale szczęście! Po raz trzeci tego dnia szczęście uśmiechnęło się do mnie. Facet zawiózł mnie prosto pod izbę przyjęć zakopiańskiego szpitala i jeszcze nie wziął żadnych pieniędzy. powiedział, że w takiej sytuacji nie może wziąć kasy, to sprawa honoru.
Wszedłem do szpitala. Na izbie powiedzieli mi na jaki oddział mam iść. Poszedłem.
- Dobry wieczór. Szukam Adama, przywieźli go dzisiaj z Moka. Miał wypadek w górach.
- Tak, tak, drugie drzwi na lewo.
- Dziękuję.
Poszedłem tam. Wszedłem do sali, w której było chyba z osiem łóżek. Rozejrzałem się dookoła i nie widząc nigdzie Adama obróciłem się żeby wyjść. Pielęgniarka pewnie się pomyliła.
Kiedy byłem z powrotem w drzwiach usłyszałem:
- Krzysiek, tu jestem.
To był głos Adama. Odwróciłem się i spojrzałem na łózko, z którego dochodził głos. Leżał tam jakiś facet z ogromna głową. Cholera, to był on. Miał strasznie spuchniętą twarz. Dlatego go nie poznałem.
- Żyjesz! Ależ to wyglądało! Jak się czujesz, co mówią lekarze?
- Boli mnie wszystko jak diabli, mam odmrożone dłonie, obdartą ze skóry twarz, ale nie mam żadnego złamania. Wyobrażasz sobie?
To, ze on wyszedł z tego żywy to cud, a na dodatek bez żadnych poważnych obrażeń. Stłuczenia, otarcia, lekkie odmrożenie. Tego nie da się racjonalnie wytłumaczyć. Czasem jednak coś takiego się zdarza.
Adam, jak powiedział mi wtedy i później, poślizgnął się na zalodzonej płycie tuż pod szczytem. Przez halny zrobiło się u góry ciepło i ta płyta odkleiła się od skały. Wyjechała pod ciężarem Adama razem z nim.
Przeleciał dobre piętnaście metrów swobodnym lotem zanim grzmotnął w lód w rysie. Minął tam mnie i poleciał jeszcze czterysta metrów tym bardzo stromym lodem. następnie walnął w śnieg zalegający w Kotle pod Rysami i zsunął się nim kolejne czterysta metrów. Dogoniła go jeszcze lawina, z którą zjechał do wspomnianego już wcześniej progu.
Uratował go plecak, wypchany kurtką puchową i puchowym wielkim śpiworem, który Adam kupił za kupę forsy tuż przed wyjazdem, a którego bał się zostawić pod skałą. Mógł ktoś go przecież ukraść. Strach przed złodziejem uratował mu życie, bo ten wciśnięty do plecaka na pałę śpiwór zadziałał jak poduszka powietrzna. Musiało tak być. Choć to i tak czysty fart, że akurat tym plecakiem Adam walił we wszystkie przeszkody po drodze. Wcale tak być nie musiało.
No cóż, na tym ta historia się kończy. Wspomnę jedynie, że Adam wyszedł po dwóch dniach, na własne życzenie, ze szpitala. Musiał zdążyć na ślub swego przyjaciela, gdzie miał być świadkiem. Wsiedliśmy do pociągu i całą drogę mieliśmy przedział tylko dla siebie, bo nikt nie chciał siedzieć obok zakapiora z obitym pyskiem i całym łbem w bandażach. Dzięki im za to!
Dwa miesiace później, również w podłej pogodzie, stanęliśmy znowu pod tą ścianą. Tym razem puściła nas. Na dodatek przeszliśmy ją w rewelacyjnym czasie. Tak hartuje sie stal i tak trzeba brać się za bary z własnymi niepowodzeniami i lękami.
P.s.
Równy rok po tamtym wypadku, siedzieliśmy z Adamem w schronisku Murowaniec w Dolinie Gąsienicowej. Przy piwie świętowaliśmy rocznicę tamtego wypadku. Zastanawialiśmy się kim mogli być ci dwaj kolesie, którzy Adama zanieśli do Moka. Kiedy tak sobie wspominaliśmy nagle zdałem sobie sprawę, że przy stole obok siedzi jakichś dwóch typów i też coś wspominają. Usłyszałem słowa "Moko, stracił przytomność, spadł z Rysy". Przysłuchiwałem się coraz mocniej. Szturchnąłem Adama i on też zaczął podsluchiwać. I wiecie co? To byli ci dwaj! Siedzieliśmy wtedy obok siebie, stół w stół! To było nieprawdopodobne.
Wreszcie była okazja im podziękować.
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Tatry. Pokaż wszystkie posty
piątek, 17 czerwca 2016
środa, 15 czerwca 2016
Opowieść taternicka. Ocalenie
Musiałem schodzić. I to szybko. Warunki pogarszały się z każdą chwilą. Halny rozkręcał się coraz bardziej. Rosła temperatura. Na polach śnieżnych śnieg zaczął przypominać wklęsłą soczewkę. Zrobił się mokry i ciężki. Cały Kocioł pod Rysami mógł w każdej chwili wyjechać. A wtedy.... szkoda gadać.
To co poszło za Adamem było ledwie wierzchnią warstwą zalegającą w Kotle. Reszta wciąż tam była.
Przemykałem gdzieś przy skałach, unikając otwartych przestrzeni. Nie było to łatwe. Ponadto usiałem nadrabiać drogi.
Mój umysł działał teraz jak precyzyjna maszyna, która miała mnie wynieść żywego z tamtego miejsca. Tylko to się teraz liczyło. Musiałem uznać Adama za zmarłego. Nie miał przecież żadnych szans. Nawet jeśliby przeżył upadek i jakimś cudem przeleciał żywy przez Kocioł, to musiałaby go zabić lawina, która zeszła po nim. Mógł jeszcze, ewentualnie żyć przysypany śniegiem, pewnie nieprzytomny. Zanim jednak ktokolwiek by go odnalazł, to umarłby z wychłodzenia.
Tymczasem schodziłem. Robiłem wszystko co możliwe, aby przeżyć. Dopiero gdzieś za Bulą poczułem się pewniej. To poczucie było złudne, bo gdyby faktycznie wyjechała góra Kotła, to lawina schodziłaby właśnie tędy, na staw poniżej.
Mimo tej świadomości zacząłem myśleć, że wyjdę z tego cało. Wtedy powróciły myśli o Adamie.
- Co ja powiem jego matce? - tłukło mi się po głowie.
- Jak wytłumaczę, że jej syn zginął, a ja wyszedłem żywy? Jak powiedzieć takie coś matce?
Pokonałem lodowy próg na samym dole podejścia i chwilę później znalazłem się na stawie. Wiedziałem, że mi się udało. A także to, że nie mogę tego tak zostawić. Musiałem coś zrobić. Choćby po to, bym nie miał później do siebie pretensji, że nic nie zrobiłem. Wolałem zaryzykować własnym życiem, niż winić siebie do końca życia, że go tam zostawiłem.
Ruszyłem z powrotem. Tak jak kilka godzin temu podchodziliśmy razem. Znowu dotarłem pod lodowy próg. Wcześniej nie widziałem żadnych śladów Adama. Lawina zatrzymała się nad progiem. Zamierzałem tam dotrzeć i szukać go w śniegu. Było to okropnie ryzykowne. Na stawie miałem jakąś szansę w razie zejścia kolejnej lawiny, mogłem przewidzieć kierunek jej uderzenia, a ze względu na dużą odległość, miałbym dość czasu, aby rozpocząć ucieczkę.
Pod, czy nad progiem nie miałem już żadnych szans. Wiedziałem o tym, a mimo to czułem, że muszę go szukać. Wszystko inne przestało się wtedy liczyć.
Podchodząc pod próg ujrzałem ludzi idących w moją stronę. Byli jeszcze daleko. To zespół wycofujący się z Kazalnicy. Liczyłem na to, że oni wszystko widzieli ze swojej ściany. Może wiedzą gdzie wylądował Adam? Miałem taką nadzieję. W trójkę szukalibyśmy go skuteczniej. Ponadto jeden z nich mógłby ruszyć po pomoc do schroniska.
Postanowiłem na nich poczekać pod progiem. Dotarli do mnie niebawem. Już z daleka jeden z nich coś do mnie krzyczał. Przez wiatr jednak nie mogłem nic z tego zrozumieć. Widziałem tylko, że on to powtarza co chwilę. Ruszyłem w ich kierunku. Chciałem jak najszybciej usłyszeć co on do mnie krzyczy.
- ..... do schroniska.....
- .....poszedł do schroniska.
Wreszcie znaleźliśmy się tak blisko siebie, że usłyszałem wszystko wyraźnie:
- Twój partner poszedł do schroniska!
- Jak to poszedł?! - zapytałem i jednocześnie osunąłem się na śnieg. Zwyczajnie nogi odmówiły posłuszeństwem i usiadłem.
- Przecież on spadł, potem lawina, jak to poszedł? - niczego już nie rozumiałem.
- Widzieliśmy wszystko. Zjechał z lawiną, właściwie na niej. Jakimś cudem go nie wciągnęła pod śnieg. Dojechał tak do progu, wstał i poszedł na dół.
Nie mogłem uwierzyć. To co mówił ten człowiek było nieprawdopodobne. Niemożliwe. Przecież ... Nie ważne. Istotne było tylko to, że Adam żyje. A skoro poszedł sam dalej, to znaczy, że nie jest jakoś specjalnie poturbowany. Chyba, że był w jakimś szoku .
Musiałem lecieć na dół. Jak najszybciej. Podziękowałem chłopakom z Kazalnicy i ruszyłem do schronu. Po drodze musiałem jeszcze zwinąć nasz obóz nad Czarnym Stawem. Namiot i sprzęt biwakowy schowaliśmy pod skałą. Musiałem teraz ją znaleźć. Nie było to łatwe, ale się udało. Szedłem najszybciej jak mogłem w stronę schroniska. Dotarłem tam już po zmroku. Nigdzie nie natknąłem się na Adama. To znaczyło, że najprawdopodobniej już tam dotarł. Co za ulga!
To co poszło za Adamem było ledwie wierzchnią warstwą zalegającą w Kotle. Reszta wciąż tam była.
Przemykałem gdzieś przy skałach, unikając otwartych przestrzeni. Nie było to łatwe. Ponadto usiałem nadrabiać drogi.
Mój umysł działał teraz jak precyzyjna maszyna, która miała mnie wynieść żywego z tamtego miejsca. Tylko to się teraz liczyło. Musiałem uznać Adama za zmarłego. Nie miał przecież żadnych szans. Nawet jeśliby przeżył upadek i jakimś cudem przeleciał żywy przez Kocioł, to musiałaby go zabić lawina, która zeszła po nim. Mógł jeszcze, ewentualnie żyć przysypany śniegiem, pewnie nieprzytomny. Zanim jednak ktokolwiek by go odnalazł, to umarłby z wychłodzenia.
Tymczasem schodziłem. Robiłem wszystko co możliwe, aby przeżyć. Dopiero gdzieś za Bulą poczułem się pewniej. To poczucie było złudne, bo gdyby faktycznie wyjechała góra Kotła, to lawina schodziłaby właśnie tędy, na staw poniżej.
Mimo tej świadomości zacząłem myśleć, że wyjdę z tego cało. Wtedy powróciły myśli o Adamie.
- Co ja powiem jego matce? - tłukło mi się po głowie.
- Jak wytłumaczę, że jej syn zginął, a ja wyszedłem żywy? Jak powiedzieć takie coś matce?
Pokonałem lodowy próg na samym dole podejścia i chwilę później znalazłem się na stawie. Wiedziałem, że mi się udało. A także to, że nie mogę tego tak zostawić. Musiałem coś zrobić. Choćby po to, bym nie miał później do siebie pretensji, że nic nie zrobiłem. Wolałem zaryzykować własnym życiem, niż winić siebie do końca życia, że go tam zostawiłem.
Ruszyłem z powrotem. Tak jak kilka godzin temu podchodziliśmy razem. Znowu dotarłem pod lodowy próg. Wcześniej nie widziałem żadnych śladów Adama. Lawina zatrzymała się nad progiem. Zamierzałem tam dotrzeć i szukać go w śniegu. Było to okropnie ryzykowne. Na stawie miałem jakąś szansę w razie zejścia kolejnej lawiny, mogłem przewidzieć kierunek jej uderzenia, a ze względu na dużą odległość, miałbym dość czasu, aby rozpocząć ucieczkę.
Pod, czy nad progiem nie miałem już żadnych szans. Wiedziałem o tym, a mimo to czułem, że muszę go szukać. Wszystko inne przestało się wtedy liczyć.
Podchodząc pod próg ujrzałem ludzi idących w moją stronę. Byli jeszcze daleko. To zespół wycofujący się z Kazalnicy. Liczyłem na to, że oni wszystko widzieli ze swojej ściany. Może wiedzą gdzie wylądował Adam? Miałem taką nadzieję. W trójkę szukalibyśmy go skuteczniej. Ponadto jeden z nich mógłby ruszyć po pomoc do schroniska.
Postanowiłem na nich poczekać pod progiem. Dotarli do mnie niebawem. Już z daleka jeden z nich coś do mnie krzyczał. Przez wiatr jednak nie mogłem nic z tego zrozumieć. Widziałem tylko, że on to powtarza co chwilę. Ruszyłem w ich kierunku. Chciałem jak najszybciej usłyszeć co on do mnie krzyczy.
- ..... do schroniska.....
- .....poszedł do schroniska.
Wreszcie znaleźliśmy się tak blisko siebie, że usłyszałem wszystko wyraźnie:
- Twój partner poszedł do schroniska!
- Jak to poszedł?! - zapytałem i jednocześnie osunąłem się na śnieg. Zwyczajnie nogi odmówiły posłuszeństwem i usiadłem.
- Przecież on spadł, potem lawina, jak to poszedł? - niczego już nie rozumiałem.
- Widzieliśmy wszystko. Zjechał z lawiną, właściwie na niej. Jakimś cudem go nie wciągnęła pod śnieg. Dojechał tak do progu, wstał i poszedł na dół.
Nie mogłem uwierzyć. To co mówił ten człowiek było nieprawdopodobne. Niemożliwe. Przecież ... Nie ważne. Istotne było tylko to, że Adam żyje. A skoro poszedł sam dalej, to znaczy, że nie jest jakoś specjalnie poturbowany. Chyba, że był w jakimś szoku .
Musiałem lecieć na dół. Jak najszybciej. Podziękowałem chłopakom z Kazalnicy i ruszyłem do schronu. Po drodze musiałem jeszcze zwinąć nasz obóz nad Czarnym Stawem. Namiot i sprzęt biwakowy schowaliśmy pod skałą. Musiałem teraz ją znaleźć. Nie było to łatwe, ale się udało. Szedłem najszybciej jak mogłem w stronę schroniska. Dotarłem tam już po zmroku. Nigdzie nie natknąłem się na Adama. To znaczyło, że najprawdopodobniej już tam dotarł. Co za ulga!
niedziela, 12 czerwca 2016
Opowieść taternicka: Adam
27 stycznia 1994 wbiliśmy się z moim przyjacielem Adamem w czterystumetrową, lodową drogę w Tatrach. Lód pokryty był mocno zmrożonym śniegiem, dzięki czemu wspinaliśmy się w bardzo dużym tempie, ale jednocześnie nie mieliśmy jak się asekurować. Normalnie, podczas wspinaczki w samym lodzie do asekuracji stosuje się śruby lodowe wkręcane w lód. To do nich przypinamy linę, która zapewnia nam asekurację. W twardym śniegu należy stosować szable śnieżne, ale tych akurat nie mieliśmy. Szliśmy więc na tzw. "żywca", czyli bez żadnej asekuracji.
Adam tego dnia wspinał się szybciej ode mnie. W pewnym momencie dzieliło nas dobre pięćdziesiąt metrów. Spieszyliśmy się. Nadciągał halny i pierwsze jego oznaki już dostrzegaliśmy. Nie było to zresztą trudne, bo po prostu wiało jak jasna cholera. Na dodatek, jak to przy halnym, u góry temperatura była wyższa niż na dole. Odwrotnie niż jest normalnie.
Przez to, że na górze było cieplej, z grani sypały się odłamki lodu i twardego śniegu. Jedne małe, drugie większe. Co i rusz coś waliło mnie w kask, w barki, plecak. W pewnym momencie dostałem w twarz. Bez sensu, odruchowo spojrzałem w górę słysząc spadającą bryłę. Ta trafiła mnie w pysk dokładnie w momencie kiedy podniosłem głowę.
Zalałem się krwią. Bolał mnie nos. To on oberwał najbardziej. Dłonią w rękawicy zebrałem śnieg i przyłożyłem go do nosa, aby zimnem zatamować krwotok. W końcu mi się to udało. Śnieg pode mną był czerwony. Wyglądało to jakby kogoś zamordowano w tym miejscu.
Już miałem ruszyć dalej, kiedy usłyszałem lecące naprawdę duże coś. W żargonie alpinistycznym mówiliśmy na takie duże bryły "telewizor" i raczej na myśli mieliśmy ruski Rubin, ze względu na rozmiar. To była bryła lodu, która mogła zakończyć żywot wspinacza. Teraz już nie próbowałem nawet spojrzeć ponad siebie. Skuliłem się jedynie i przesunąłem może z pół metra w prawo. Tyle na ile pozwoliły mi wbite w lód czekany i raki.
Telewizor szczęśliwie przeleciał z mojej lewej strony. Zahaczył mnie jednak. Poczułem mocne uderzenie w lewe ramię i biodro. Szarpnęło mną potężnie, ale przyklejony do lodowej ściany i czekanów, wytrzymałem to uderzenie. Patrząc w dół, między nogami widziałem jak coś leci w kłębach śnieżnego pyłu w kierunku wielkiego pola śnieżnego trzysta pięćdziesiąt metrów niżej.
I wtedy zrozumiałem co to jest. To nie był "telewizor". W kłębach pyłu błyskało od czasu do czasu coś niebieskiego. "Telewizory" nie mają takich kolorów! W środku tego spadania znajdował się Adam! To on spadał. I leciał prosto w objęcia śmierci!
W błyskawicznym tempie spadł na śnieżne pole. Musiał grzmotnąć w nie z ogromną prędkością i siłą. Stamtąd kolejne czterysta metrów zjechał w kłębowisku lawiny, którą wywołał swoim upadkiem.
Byłem wstrząśnięty. Na moich oczach ginął mój przyjaciel. Człowiek, z którym wspinałem się od dwóch lat, z którym planowałem wspaniałe wyprawy w wielkie góry. Jeszcze jakiś czas temu rozmawialiśmy, zastanawialiśmy się co robić w tych warunkach, a tu nagle on leci, mija mnie jak pociąg pospieszny i najprawdopodobniej ginie. Nie mógł przecież przeżyć upadku z czterystu metrów i potem jazdy w lawinie. To było niemożliwe!
c.d.n
Adam tego dnia wspinał się szybciej ode mnie. W pewnym momencie dzieliło nas dobre pięćdziesiąt metrów. Spieszyliśmy się. Nadciągał halny i pierwsze jego oznaki już dostrzegaliśmy. Nie było to zresztą trudne, bo po prostu wiało jak jasna cholera. Na dodatek, jak to przy halnym, u góry temperatura była wyższa niż na dole. Odwrotnie niż jest normalnie.
Przez to, że na górze było cieplej, z grani sypały się odłamki lodu i twardego śniegu. Jedne małe, drugie większe. Co i rusz coś waliło mnie w kask, w barki, plecak. W pewnym momencie dostałem w twarz. Bez sensu, odruchowo spojrzałem w górę słysząc spadającą bryłę. Ta trafiła mnie w pysk dokładnie w momencie kiedy podniosłem głowę.
Zalałem się krwią. Bolał mnie nos. To on oberwał najbardziej. Dłonią w rękawicy zebrałem śnieg i przyłożyłem go do nosa, aby zimnem zatamować krwotok. W końcu mi się to udało. Śnieg pode mną był czerwony. Wyglądało to jakby kogoś zamordowano w tym miejscu.
Już miałem ruszyć dalej, kiedy usłyszałem lecące naprawdę duże coś. W żargonie alpinistycznym mówiliśmy na takie duże bryły "telewizor" i raczej na myśli mieliśmy ruski Rubin, ze względu na rozmiar. To była bryła lodu, która mogła zakończyć żywot wspinacza. Teraz już nie próbowałem nawet spojrzeć ponad siebie. Skuliłem się jedynie i przesunąłem może z pół metra w prawo. Tyle na ile pozwoliły mi wbite w lód czekany i raki.
Telewizor szczęśliwie przeleciał z mojej lewej strony. Zahaczył mnie jednak. Poczułem mocne uderzenie w lewe ramię i biodro. Szarpnęło mną potężnie, ale przyklejony do lodowej ściany i czekanów, wytrzymałem to uderzenie. Patrząc w dół, między nogami widziałem jak coś leci w kłębach śnieżnego pyłu w kierunku wielkiego pola śnieżnego trzysta pięćdziesiąt metrów niżej.
I wtedy zrozumiałem co to jest. To nie był "telewizor". W kłębach pyłu błyskało od czasu do czasu coś niebieskiego. "Telewizory" nie mają takich kolorów! W środku tego spadania znajdował się Adam! To on spadał. I leciał prosto w objęcia śmierci!
W błyskawicznym tempie spadł na śnieżne pole. Musiał grzmotnąć w nie z ogromną prędkością i siłą. Stamtąd kolejne czterysta metrów zjechał w kłębowisku lawiny, którą wywołał swoim upadkiem.
Byłem wstrząśnięty. Na moich oczach ginął mój przyjaciel. Człowiek, z którym wspinałem się od dwóch lat, z którym planowałem wspaniałe wyprawy w wielkie góry. Jeszcze jakiś czas temu rozmawialiśmy, zastanawialiśmy się co robić w tych warunkach, a tu nagle on leci, mija mnie jak pociąg pospieszny i najprawdopodobniej ginie. Nie mógł przecież przeżyć upadku z czterystu metrów i potem jazdy w lawinie. To było niemożliwe!
c.d.n
czwartek, 26 maja 2016
Spotkania z niedźwiedziami
Wrzesień Roku Pańskiego 1997 był miesiącem wielkiej aktywności niedźwiedzi w okolicach Morskiego Oka. Ciągle też natykałem się na ich ślady, albo i wręcz na nie same. Zwłaszcza na dwa niedźwiadki, które przebywały tam wtedy ze swoją mama. Był też duży samiec, ten oczywiście był sam.
Na Taborze nie raz słyszeliśmy jak niedźwiedzica odganiała go od śmietnika na Włosienicy. Stał tam taki duży kontener na śmieci, do którego regularnie dobierały się niedźwiedzie. Wyrzucano do niego zużyte opakowania po hamburgerach, frytkach, naczynia jednorazowe, pewnie i resztki jedzenia. Dla niedźwiedzi zapachy żywności były wyczuwalne zapewne z kilku kilometrów.
Niedźwiedzica często się tam stołowała. Zwłaszcza, że jej maluchy nauczyły się, mimo zamknięcia na zasuwę, otwierać włazy kontenera. Samiec także próbował z niego korzystać, więc kiedy spotykał tam matkę z dziećmi, to dochodziło do przepychanek.
Niedźwiedzie zaglądały do śmietników, kręciły się po Taborze. Nie raz było słychać chrzęszczący pod ich łapami żwir pokrywający ścieżki między namiotami. Żyły obok nas ludzi, a nawet między nami czasami.
Któregoś wieczoru, dochodziła dwudziesta druga, siedziałem z kumplem na werandzie Moka, schroniska nad Morskim Okiem, i piłem piwo. Odpoczywaliśmy po jakiejś wspinaczce. Nagle usłyszałem rumor za oknem. Odwróciłem się i ujrzałem taką oto scenkę: mały miś wszedł na kontener na śmieci i otworzył jeden z jego włazów. Nie od razu mu się to udało, więc hałasował chwilę blaszaną klapą, którą podważał pazurami. Kilka razy wyślizgnęła mu się i stąd pochodził ów rumor. W końcu, chyba za czwartym razem, klapa otworzyła się na dobre i miś mógł dobrać się do wnętrza kontenera. Dosłownie zanurkował w nim tak, że na zewnątrz wystawało jedynie jego dupsko. Cała reszta misia była w środku.
Nie tylko ja zwróciłem swą uwagę na to widowisko. Kilkanaście osób przebywających w jadalni schroniska również. Niestety osoby te poczuły nieodpartą konieczność wyjścia za zewnątrz i przyglądania się niedźwiadkowi z małej odległości oraz zrobienia mu kilku zdjęć. Ja z kolegą obserwowałem natomiast wszystko przez okno.
Miś na ich widok wychynął z kontenera i zaczął ich obserwować. Po chwili jednak wrócił do swych zajęć. Znów pokazał wszystkim jedynie tyłek. To jednak ośmieliło kilka osób do podejścia jeszcze bliżej. Początkowo nie działo się nic. Miś miał ich wszystkich gdzieś. Jednak kiedy jedna z dziewczyn znalazła się niemal dwa metry od śmietnika, to zwierz postanowił jej pokazać, że postępuje niewłaściwie. Wyskoczył błyskawicznie na górę kontenera, uniósł przednią część ciała i grzmotnął przednimi łapami w blachę. Dziewczyna tak gwałtownie rzuciła się do tyłu, że padła jak długa. Szybko wstała i już do końca przedstawienia trzymała odpowiedni dystans. Miś natomiast ponownie zajął się grzebaniem w śmieciach.
Po jakimś czasie pojawił się leśniczy z Wanty, czyli leśniczówki położonej kilka kilometrów od Moka. Nikt jak on nie znał tutejszych niedźwiedzi i wiedział jak je pogonić z okolic schroniska. Najpierw jednak opierdzielił ludzi, którzy wyleźli z bliska podziwiać zwierzę. Zrobili to wyjątkowo bezmyślnie. Zapominając całkowicie o niedźwiedzich zwyczajach. Albo w ogóle ich nie znając. Otóż misia mama zawsze ma swoje dziecko na oku. Jeśli jej młody był na kontenerze, to ona sama musiała być w pobliżu i na pewno obserwowała całą sytuację. Zwłaszcza od momentu kiedy na zewnątrz wyleźli ludzie. Gdyby w jej mniemaniu cokolwiek zagroziło jej dziecku, to z całą pewnością napędziłaby obserwatorom znacznie większego strachu niż jej mały waląc łapami w kontener.
Ludzie jednak mieli jak to zwykle bywa, więcej szczęścia niż rozumu i nic się nie stało.
Leśniczy próbował zgonić miśka z kontenera klaksonem samochodu. Kilka razy trąbił oraz zapalał i gasił światła. Bezskutecznie. Niedźwiadek niewiele sobie z tych zabiegów robił. Zrezygnowany leśniczy zgasił silnik i zaczął zastanawiać się jakie kroki podjąć dalej. W pewnym momencie postanowił ponownie odpalić silnik. Nie wiadomo co przyszło mu do głowy i po co uruchomił samochód. Okazało się jednak, że na zwierzaka działa dźwięk rozrusznika. Musiało być w nim coś przerażającego dla miśka. Po pierwszym razie wychynął ze śmietnika i zaczął się bacznie przyglądać samochodowi. Leśniczy zgasił silnik i zaraz odpalił go ponownie. Miś stał teraz na kontenerze wyraźnie już przestraszony, cała jego pewność siebie uleciała. Po trzecim gwiździe rozrusznika maluch zeskoczył na ziemię i pognał w gąszcz kosodrzewiny, pewnie do swojej mamy. I tyle go widzieli. Wszyscy, którzy stali przed schroniskiem, po raz drugi wysłuchali gorzkich słów od leśniczego i było po wszystkim. Ja z kumplem dopiliśmy piwo i ruszyliśmy przez las na Tabor. Szliśmy ze świadomością, że kroczymy tak naprawdę wśród niedźwiedzi kręcących się właśnie w tym lesie. Nie czuliśmy się jednak jakoś specjalnie zagrożeni. Na głowach mieliśmy włączone czołówki, całą drogę rozmawialiśmy normalnymi głosami. Wszytko po to, żeby nie wyjść gdzieś na zaskoczonego misia. Dzięki rozmowie i światłu czołówek niedźwiedzie wiedziały gdzie się znajdujemy i mogły nas omijać.
Wielokrotnie w tamtym okresie chodziliśmy nocą po lesie. Nieraz słyszeliśmy kroki niedźwiedzi, czasem spotykaliśmy je oko w oko, ale nigdy nie dochodziło do żadnych niebezpiecznych sytuacji.
Opowiadam tu o jednym wrześniowym pobycie w Tatrach, ale spędziłem tam osiem lat i spotykałem niedźwiedzie każdego roku, nawet zimą, bo one czasem przerywają zimowy sen i na chwilę wychodzą z gawry.
Na Taborze nie raz słyszeliśmy jak niedźwiedzica odganiała go od śmietnika na Włosienicy. Stał tam taki duży kontener na śmieci, do którego regularnie dobierały się niedźwiedzie. Wyrzucano do niego zużyte opakowania po hamburgerach, frytkach, naczynia jednorazowe, pewnie i resztki jedzenia. Dla niedźwiedzi zapachy żywności były wyczuwalne zapewne z kilku kilometrów.
Niedźwiedzica często się tam stołowała. Zwłaszcza, że jej maluchy nauczyły się, mimo zamknięcia na zasuwę, otwierać włazy kontenera. Samiec także próbował z niego korzystać, więc kiedy spotykał tam matkę z dziećmi, to dochodziło do przepychanek.
Niedźwiedzie zaglądały do śmietników, kręciły się po Taborze. Nie raz było słychać chrzęszczący pod ich łapami żwir pokrywający ścieżki między namiotami. Żyły obok nas ludzi, a nawet między nami czasami.
Któregoś wieczoru, dochodziła dwudziesta druga, siedziałem z kumplem na werandzie Moka, schroniska nad Morskim Okiem, i piłem piwo. Odpoczywaliśmy po jakiejś wspinaczce. Nagle usłyszałem rumor za oknem. Odwróciłem się i ujrzałem taką oto scenkę: mały miś wszedł na kontener na śmieci i otworzył jeden z jego włazów. Nie od razu mu się to udało, więc hałasował chwilę blaszaną klapą, którą podważał pazurami. Kilka razy wyślizgnęła mu się i stąd pochodził ów rumor. W końcu, chyba za czwartym razem, klapa otworzyła się na dobre i miś mógł dobrać się do wnętrza kontenera. Dosłownie zanurkował w nim tak, że na zewnątrz wystawało jedynie jego dupsko. Cała reszta misia była w środku.
Nie tylko ja zwróciłem swą uwagę na to widowisko. Kilkanaście osób przebywających w jadalni schroniska również. Niestety osoby te poczuły nieodpartą konieczność wyjścia za zewnątrz i przyglądania się niedźwiadkowi z małej odległości oraz zrobienia mu kilku zdjęć. Ja z kolegą obserwowałem natomiast wszystko przez okno.
Miś na ich widok wychynął z kontenera i zaczął ich obserwować. Po chwili jednak wrócił do swych zajęć. Znów pokazał wszystkim jedynie tyłek. To jednak ośmieliło kilka osób do podejścia jeszcze bliżej. Początkowo nie działo się nic. Miś miał ich wszystkich gdzieś. Jednak kiedy jedna z dziewczyn znalazła się niemal dwa metry od śmietnika, to zwierz postanowił jej pokazać, że postępuje niewłaściwie. Wyskoczył błyskawicznie na górę kontenera, uniósł przednią część ciała i grzmotnął przednimi łapami w blachę. Dziewczyna tak gwałtownie rzuciła się do tyłu, że padła jak długa. Szybko wstała i już do końca przedstawienia trzymała odpowiedni dystans. Miś natomiast ponownie zajął się grzebaniem w śmieciach.
Po jakimś czasie pojawił się leśniczy z Wanty, czyli leśniczówki położonej kilka kilometrów od Moka. Nikt jak on nie znał tutejszych niedźwiedzi i wiedział jak je pogonić z okolic schroniska. Najpierw jednak opierdzielił ludzi, którzy wyleźli z bliska podziwiać zwierzę. Zrobili to wyjątkowo bezmyślnie. Zapominając całkowicie o niedźwiedzich zwyczajach. Albo w ogóle ich nie znając. Otóż misia mama zawsze ma swoje dziecko na oku. Jeśli jej młody był na kontenerze, to ona sama musiała być w pobliżu i na pewno obserwowała całą sytuację. Zwłaszcza od momentu kiedy na zewnątrz wyleźli ludzie. Gdyby w jej mniemaniu cokolwiek zagroziło jej dziecku, to z całą pewnością napędziłaby obserwatorom znacznie większego strachu niż jej mały waląc łapami w kontener.
Ludzie jednak mieli jak to zwykle bywa, więcej szczęścia niż rozumu i nic się nie stało.
Leśniczy próbował zgonić miśka z kontenera klaksonem samochodu. Kilka razy trąbił oraz zapalał i gasił światła. Bezskutecznie. Niedźwiadek niewiele sobie z tych zabiegów robił. Zrezygnowany leśniczy zgasił silnik i zaczął zastanawiać się jakie kroki podjąć dalej. W pewnym momencie postanowił ponownie odpalić silnik. Nie wiadomo co przyszło mu do głowy i po co uruchomił samochód. Okazało się jednak, że na zwierzaka działa dźwięk rozrusznika. Musiało być w nim coś przerażającego dla miśka. Po pierwszym razie wychynął ze śmietnika i zaczął się bacznie przyglądać samochodowi. Leśniczy zgasił silnik i zaraz odpalił go ponownie. Miś stał teraz na kontenerze wyraźnie już przestraszony, cała jego pewność siebie uleciała. Po trzecim gwiździe rozrusznika maluch zeskoczył na ziemię i pognał w gąszcz kosodrzewiny, pewnie do swojej mamy. I tyle go widzieli. Wszyscy, którzy stali przed schroniskiem, po raz drugi wysłuchali gorzkich słów od leśniczego i było po wszystkim. Ja z kumplem dopiliśmy piwo i ruszyliśmy przez las na Tabor. Szliśmy ze świadomością, że kroczymy tak naprawdę wśród niedźwiedzi kręcących się właśnie w tym lesie. Nie czuliśmy się jednak jakoś specjalnie zagrożeni. Na głowach mieliśmy włączone czołówki, całą drogę rozmawialiśmy normalnymi głosami. Wszytko po to, żeby nie wyjść gdzieś na zaskoczonego misia. Dzięki rozmowie i światłu czołówek niedźwiedzie wiedziały gdzie się znajdujemy i mogły nas omijać.
Wielokrotnie w tamtym okresie chodziliśmy nocą po lesie. Nieraz słyszeliśmy kroki niedźwiedzi, czasem spotykaliśmy je oko w oko, ale nigdy nie dochodziło do żadnych niebezpiecznych sytuacji.
Opowiadam tu o jednym wrześniowym pobycie w Tatrach, ale spędziłem tam osiem lat i spotykałem niedźwiedzie każdego roku, nawet zimą, bo one czasem przerywają zimowy sen i na chwilę wychodzą z gawry.
wtorek, 22 lipca 2014
Dramat koni z Tatrzańskiego Parku Narodowego
Ile jeszcze koni ma cierpieć w drodze do Morskiego Oka?! Dlaczego
pieniądze są ważniejsze od ich zdrowia i życia!?! Jak władze parku
narodowego mogą na to pozwalać!?! Chronią tylko "swoje" kozice,
niedźwiedzie i wilki, a konie mają gdzieś, bo przywożą im pieniądze
"turystów"!?!
W niedzielę 20 lipca po raz kolejny przewrócił się koń, który najprawdopodobniej nie wytrzymał tempa biegu - nie od dziś wiadomo, że fiakrzy poganiają konie, aby te biegły kłusem, gdyż tym sposobem udaje się wozakom zrobić o kilka kursów więcej. Tym razem konie biegły w dół, co wcale nie jest dla nich mniej męczące niż w górę. Dodatkowo na niekorzyść zwierząt wpływa wysoka temperatura.
Według relacji świadka wędrującego w górę, pana Marka Rabiasza koń "Wyglądał jakby się dusił się, bo łańcuch od chomąta zaplątał się w dyszel." Niedzielni pseudoturyści jadący wozem zsiedli z niego i zaczęli przytrzymywać wóz, aby przestał się on staczać w dół. Czyżby doszło do awarii hamulców? Oswobodzono też konia, który po jakimś czasie wstał.
Oczywiście według fiakrów nic się nie stało, koń się zwyczajnie potknął i przewrócił.
| fot. Marek Rabiasz |
W niedzielę 20 lipca po raz kolejny przewrócił się koń, który najprawdopodobniej nie wytrzymał tempa biegu - nie od dziś wiadomo, że fiakrzy poganiają konie, aby te biegły kłusem, gdyż tym sposobem udaje się wozakom zrobić o kilka kursów więcej. Tym razem konie biegły w dół, co wcale nie jest dla nich mniej męczące niż w górę. Dodatkowo na niekorzyść zwierząt wpływa wysoka temperatura.
Według relacji świadka wędrującego w górę, pana Marka Rabiasza koń "Wyglądał jakby się dusił się, bo łańcuch od chomąta zaplątał się w dyszel." Niedzielni pseudoturyści jadący wozem zsiedli z niego i zaczęli przytrzymywać wóz, aby przestał się on staczać w dół. Czyżby doszło do awarii hamulców? Oswobodzono też konia, który po jakimś czasie wstał.
Oczywiście według fiakrów nic się nie stało, koń się zwyczajnie potknął i przewrócił.
Prezes Stowarzyszenia Fiakrów Stanisław Chowaniec powiedział, że "Ma otarte kolana, ale poza tym nic mu nie jest. Dojechał
na dół ." Jaki jest naprawdę stan zdrowia konia może jednak ocenić jedynie lekarz weterynarii. I czy panu Chowańcowi na pewno chodziło o kolana? Jeśli koń upadł na przednie nogi, to na pewno ma otarte nadgarstki a nie kolana.
Tatrzański Park Narodowy jak na razie nie ma zamiaru komentować tego zdarzenia, zażądał wyjaśnień od fiakrów.
Zdjęcie leżącego konia zrobił pan Marek Rabiasza, a oto słowa którymi je podpisał na facebooku:
"W
pogoni za dudkami w tym upale nie każdy wytrzymuje. Co z tego, że
wozacy muszą m.in. przestrzegać liczby przewożonych osób na jednym
wozie, sokoro przy odpowiedniej prędkości to nawet z jednym turystą
można zagonić konia. A wozacy speszą się, bo rzadko zdarza się aby
turyści czekali na Palenicy na bryczkę a nie Fiakrzy na turystów.
Udostępnijcie to, może Ci wszyscy co wożą swoje szanowne 4 litery następnym razem się zastanowią czy nie lepiej iść spacerem ."
Jesteśmy głęboko wstrząśnięci postawą parku i
ciemnotą ludzi, którzy nie widzą nic złego w tak okrutnym
wykorzystywaniu koni do nadmiernej pracy. Wielokrotnie poruszaliśmy ten
temat na naszych stronach i apelowaliśmy o podpisywanie petycji w
sprawie zakazu transportu konnego do Morskiego Oka, niestety dramat koni
w dalszym ciągu trwa.
Jak widać w Polsce bardzo trudno tzw. zwykłym
ludziom zrobić z tym porządek, chyba musi do akcji dołączyć jakiś
celebryta, może wtedy władze parku i Zakopanego oraz korzystający z
transportu "niedzielni turyści" zmienią zdanie.
wtorek, 23 lipca 2013
Konie z Morskiego Oka - ciąg dalszy walki o ich życie
27 lipca w sobotę odbędzie się w Zakopanem bardzo ważna i niezmiernie potrzebna akcja rozdawania ulotek. Ma ona na celu uświadomienie turystów korzystających z transportu konnego do Morskiego Oka, że konie pracują tam ponad swoje siły i w konsekwencji po około roku trafiają do rzeźni.
Wiadomo, że nie uda się przekonać wszystkich ludzi, iż konie bardzo cierpią, ale trzeba próbować i mieć ciągle nadzieję, że możemy odmienić ich los.
Aby akcja przyniosła wymierny skutek wciąż potrzebni są wolontariusze, którzy pomogą rozdawać ulotki. Każda osoba chętna do wzięcia udziału w akcji uświadamiającej może potwierdzić swój przyjazd dołączając do wydarzenia na facebooku: https://www.facebook.com/events/372635112858338/
Zachęcamy również wszystkich do podpisania petycji dotyczącej wprowadzenia zakazu transportu konnego do Morskiego Oka: http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=9465
| Koń Jordek, który umarł z przemęczenia na trasie do Morskiego Oka/fot. facebook |
Wiadomo, że nie uda się przekonać wszystkich ludzi, iż konie bardzo cierpią, ale trzeba próbować i mieć ciągle nadzieję, że możemy odmienić ich los.
Aby akcja przyniosła wymierny skutek wciąż potrzebni są wolontariusze, którzy pomogą rozdawać ulotki. Każda osoba chętna do wzięcia udziału w akcji uświadamiającej może potwierdzić swój przyjazd dołączając do wydarzenia na facebooku: https://www.facebook.com/events/372635112858338/
Zachęcamy również wszystkich do podpisania petycji dotyczącej wprowadzenia zakazu transportu konnego do Morskiego Oka: http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=9465
piątek, 7 czerwca 2013
TPN - przestępcą
Niestety taka jest prawda i są na to absolutne dowody.
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Zakopanem, instytucja od wielu lat walcząca ze znęcaniem się nad końmi pracującymi na trasie do Morskiego Oka, otrzymała 5 czerwca niepodważalne dowody ciągłego i wieloletniego popełniania przestępstwa na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Otóż tego dnia opublikowano wyniki dwóch niezależnych ekspertyz dotyczących obciążeń w jakich pracują konie ciągnące fasiągi do Morskiego Oka. Jasno wynika z nich, że konie obciążane są od 1,5 do 1,7 dopuszczalnej normy, a na najbardziej stromych odcinkach trasy do nawet 2,9. Zatem łamane jest tam prawo, bowiem zmuszanie konia do takiej pracy jest w świetle prawa znęcaniem się nad zwierzętami. Jest więc przestępstwem.
Odpowiedzialnymi za ten proceder są zarówno fiakrzy prowadzący zaprzęgi jak i TPN, będący organizatorem przestępczej działalności. Mało tego, osoby korzystające z przestępstwa, czyli pasażerowie, także mogą w tej sytuacji spodziewać się zarzutów z racji współudziału w przestępstwie.
Towarzystwo Opieki nad Zwierzętami w Zakopanem, instytucja od wielu lat walcząca ze znęcaniem się nad końmi pracującymi na trasie do Morskiego Oka, otrzymała 5 czerwca niepodważalne dowody ciągłego i wieloletniego popełniania przestępstwa na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Otóż tego dnia opublikowano wyniki dwóch niezależnych ekspertyz dotyczących obciążeń w jakich pracują konie ciągnące fasiągi do Morskiego Oka. Jasno wynika z nich, że konie obciążane są od 1,5 do 1,7 dopuszczalnej normy, a na najbardziej stromych odcinkach trasy do nawet 2,9. Zatem łamane jest tam prawo, bowiem zmuszanie konia do takiej pracy jest w świetle prawa znęcaniem się nad zwierzętami. Jest więc przestępstwem.
Odpowiedzialnymi za ten proceder są zarówno fiakrzy prowadzący zaprzęgi jak i TPN, będący organizatorem przestępczej działalności. Mało tego, osoby korzystające z przestępstwa, czyli pasażerowie, także mogą w tej sytuacji spodziewać się zarzutów z racji współudziału w przestępstwie.
środa, 10 października 2012
Demonstracja
Pisaliśmy kilkukrotnie o koniach z Morskiego Oka. Wielokrotnie zabieraliśmy głos na ten temat na forach internetowych. Wielu ludzi, podobnie jak my, jest przeciwnikami pracy koni na drodze do Morskiego Oka. Wielu ludzi w rozmaity sposób okazuje swój sprzeciw dla tej chorej sytuacji jaka ma miejsce na terenie Tatrzańskiego Parku Narodowego.
Konie są obarczane zbyt ciężką pracą. Pracą wyniszczającą ich organizmy. Powodującą ich niezdolność do dalszej nawet po jednym, czy dwóch sezonach na tej trasie. A w efekcie sprzedaż zamęczonych koni do rzeźni. Niezależnie od wieku. Te konie nie mają prawa do emerytury, ani godnego życia! Nie maja nawet prawa do godnej śmierci. Pracują ciężko dla ludzi, a następnie trafiają do transportów śmierci. Taki los zgotował im człowiek.
My, ludzie wrażliwi i myślący nie zgadzamy się na to.
TPN, na skutek działań obrońców zwierząt, wprowadził wymagania dla koni i woźniców. Określają one różne aspekty pracy zaprzęgów. Prawie żadne z nich nie są przestrzegane. Żaden z fiakrów nie poniósł jak dotąd odpowiedzialności za niestosowanie się do przepisów. Wreszcie, na miejscu zmian i postoju koni, nie istnieją odpowiednie warunki dla tych zwierząt.
TPN zasłania się własnym regulaminem i wprowadzonymi przepisami. Twierdzi, że koniom nic złego się nie dzieje. Fiakrzy w ogóle nie widzą problemu. Zatem pozostaje tylko i wyłącznie przemówić do rozsądku ludzi korzystających z zaprzęgów.
Dlatego pragniemy zorganizować manifestację na tej trasie. Zapraszamy do udziału w niej wszystkich, którym los zwierząt leży na sercu. Musimy tam wyjść i powiedzieć ludziom, że korzystanie z usług fiakrów powoduje cierpienie koni. Musimy o tym mówić tam na miejscu, do konkretnych ludzi. Będziemy do nich podchodzić, kiedy czekać będą na swoją kolej na dole i u góry trasy. Będziemy rozmawiać z ludźmi na samej trasie idąc obok fasiągów, na najbardziej stromych odcinkach, gdzie konie pracują najmocniej. Tam gdzie można iść w tempie zaprzęgu.
Będziemy rozdawać ulotki z informacjami o pracy tych koni. Chcemy wierzyć, że przynajmniej część ludzi zrozumie jaką krzywdę robi koniom, dając niegodziwy zarobek ich właścicielom.
Jeśli nie zrozumie nikt wtedy trzeba będzie zmienić metody działania.
Póki co mamy nadzieję, że wystarczy rozmowa.
Potrzebujemy do niej współdziałania wszystkich ludzi, którym los zwierząt nie jest obojętny. Stowarzyszeń, fundacji i pojedynczych osób nie będących członkami żadnych takich organizacji, a mających podobne przekonania. Im będzie nas więcej tym lepiej.
Mamy sporo czasu na taką akcję, bowiem uważamy, że należy przeprowadzić ją w szczycie sezonu turystycznego. Wtedy kiedy będzie tam jak najwięcej turystów, licząc na ich wsparcie. Akcja powinna rozwinąć się właśnie poprzez włączanie się do niej osób postronnych. Mogłaby wtedy przyjąć naprawdę wielkie rozmiary, a co za tym idzie zdobyć spory oddźwięk. Gdyby dzięki temu zainteresowały się sprawą media, to jej rezultat byłby jeszcze lepszy.
Reasumując poszukujemy chętnych do demonstracji przeciwko pracy koni na trasie do Morskiego Oka w którąś z lipcowych sobót. Zapraszamy do współpracy przy jej tworzeniu i udziału w nich wszystkich, o których pisaliśmy powyżej.
Zjednoczmy się we wspólnej sprawie, abyśmy mogli żyć w pięknym i przyjemnym kraju. Abyśmy mogli pojechać w polskie Tatry i napawać się ich pięknem, a nie być świadkami barbarzyństwa.
Sami tworzymy rzeczywistość i otaczający nas świat. Tylko sami możemy go uczynić lepszym. Nikt, jak widać, nie zrobi tego za nas.
Konie są obarczane zbyt ciężką pracą. Pracą wyniszczającą ich organizmy. Powodującą ich niezdolność do dalszej nawet po jednym, czy dwóch sezonach na tej trasie. A w efekcie sprzedaż zamęczonych koni do rzeźni. Niezależnie od wieku. Te konie nie mają prawa do emerytury, ani godnego życia! Nie maja nawet prawa do godnej śmierci. Pracują ciężko dla ludzi, a następnie trafiają do transportów śmierci. Taki los zgotował im człowiek.
My, ludzie wrażliwi i myślący nie zgadzamy się na to.
TPN, na skutek działań obrońców zwierząt, wprowadził wymagania dla koni i woźniców. Określają one różne aspekty pracy zaprzęgów. Prawie żadne z nich nie są przestrzegane. Żaden z fiakrów nie poniósł jak dotąd odpowiedzialności za niestosowanie się do przepisów. Wreszcie, na miejscu zmian i postoju koni, nie istnieją odpowiednie warunki dla tych zwierząt.
TPN zasłania się własnym regulaminem i wprowadzonymi przepisami. Twierdzi, że koniom nic złego się nie dzieje. Fiakrzy w ogóle nie widzą problemu. Zatem pozostaje tylko i wyłącznie przemówić do rozsądku ludzi korzystających z zaprzęgów.
Dlatego pragniemy zorganizować manifestację na tej trasie. Zapraszamy do udziału w niej wszystkich, którym los zwierząt leży na sercu. Musimy tam wyjść i powiedzieć ludziom, że korzystanie z usług fiakrów powoduje cierpienie koni. Musimy o tym mówić tam na miejscu, do konkretnych ludzi. Będziemy do nich podchodzić, kiedy czekać będą na swoją kolej na dole i u góry trasy. Będziemy rozmawiać z ludźmi na samej trasie idąc obok fasiągów, na najbardziej stromych odcinkach, gdzie konie pracują najmocniej. Tam gdzie można iść w tempie zaprzęgu.
Będziemy rozdawać ulotki z informacjami o pracy tych koni. Chcemy wierzyć, że przynajmniej część ludzi zrozumie jaką krzywdę robi koniom, dając niegodziwy zarobek ich właścicielom.
Jeśli nie zrozumie nikt wtedy trzeba będzie zmienić metody działania.
Póki co mamy nadzieję, że wystarczy rozmowa.
Potrzebujemy do niej współdziałania wszystkich ludzi, którym los zwierząt nie jest obojętny. Stowarzyszeń, fundacji i pojedynczych osób nie będących członkami żadnych takich organizacji, a mających podobne przekonania. Im będzie nas więcej tym lepiej.
Mamy sporo czasu na taką akcję, bowiem uważamy, że należy przeprowadzić ją w szczycie sezonu turystycznego. Wtedy kiedy będzie tam jak najwięcej turystów, licząc na ich wsparcie. Akcja powinna rozwinąć się właśnie poprzez włączanie się do niej osób postronnych. Mogłaby wtedy przyjąć naprawdę wielkie rozmiary, a co za tym idzie zdobyć spory oddźwięk. Gdyby dzięki temu zainteresowały się sprawą media, to jej rezultat byłby jeszcze lepszy.
Reasumując poszukujemy chętnych do demonstracji przeciwko pracy koni na trasie do Morskiego Oka w którąś z lipcowych sobót. Zapraszamy do współpracy przy jej tworzeniu i udziału w nich wszystkich, o których pisaliśmy powyżej.
Zjednoczmy się we wspólnej sprawie, abyśmy mogli żyć w pięknym i przyjemnym kraju. Abyśmy mogli pojechać w polskie Tatry i napawać się ich pięknem, a nie być świadkami barbarzyństwa.
Sami tworzymy rzeczywistość i otaczający nas świat. Tylko sami możemy go uczynić lepszym. Nikt, jak widać, nie zrobi tego za nas.
czwartek, 6 września 2012
Czy Polska jest krajem ludzi głupich?
W tym poście nie będzie miło, ani sympatycznie. Będzie dosłownie, bez owijania w bawełnę. Rzecz dotyczy oczywiście praw zwierząt i powodów ich łamania.
Do jego napisania skłoniły nas dwie sprawy - sytuacja koni z Morskiego Oka i towarzyszące jej okoliczności oraz bardzo podobna historia rozgrywająca się na krakowskim rynku.
Wiadomo, że jak jest popyt to jest i podaż. W konsekwencji na każde zboczenie znajdzie się klient tak samo jak dla każdego zboczeńca znajdzie się ktoś, kto za pieniądze umożliwi mu realizację swoich zachcianek.
W takich właśnie kategoriach postrzegamy wszelkie dręczenie zwierzat ku uciesze gawiedzi.
Wiadomo też, że "lud tępy" kupi wszystko co wystawione będzie na sprzedaż. A im więcej chętnych, tym mniej wątpliwości dotyczących etycznej strony danego faktu. Skoro zatem wielu ludzi korzysta z fasiągów, nie zwracając uwagi na los koni, to znaczy, ze wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak samo z końmi sterczącymi w pełnym słońcu i czekającymi na pasażerów, żeby zrobić z nimi rundkę po starym mieście.
Tak samo mają kury na fermach, świnie i krowy w chlewach i oborach. To tylko zwierzę! Ma ludziom służyć! Po to bóg je stworzył!
Przecież jest oczywistością, że zwierzę nie czuje, nie myśli. Ze zwierzęciem, dzięki temu można zrobić to co chcemy. Wszak "bierzcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną". I ludzie biorą. I czynią. Aż nadto czynią i biorą. Bez opamiętania, bez umiaru. Głupio i kompletnie bezmyślnie.
Kiedy w Krakowie ktoś próbuje coś zmienić, wymyśla że może niech konie w największe upały pracują popołudniu i krócej, to zaraz taki wozak płacze, że zarobek straci, że pójdzie na bezrobocie biedaczyna.
Inny, od koni z Morskiego Oka, bez ogródek mówi, że zmienia konie co sezon, bo po cholerę ma bydlaki przez zimę utrzymywać. Po sezonie konie do rzeźni, a przed sezonem zawsze kupi następne. Jak dobrze polatają w sezonie to się zwrócą a i czapka dudków jeszcze zostanie. Na jesieni do rzeźni i tak w kółko.
Czy zgadzamy się, aby tacy ludzie wozili turystów w najpiękniejszych i najbardziej znanych miejscach w Polsce? Czy zgadzamy się, aby tacy ludzie byli nas Polaków wizytówką? Aby na ich przykładzie świat wyrabiał sobie o nas opinię? NIE i jeszcze raz nie!!!
Czy, natomiast, ludzie korzystający z tych "atrakcji" to istoty myślące? Czy bezrefleksyjni głupcy? Dlaczego mimo zła, które widzą na własne oczy i o którym ciągle się mówi, wciąż znajdują się chętni na "przejażdżkę"? Odpowiedź jest prosta. Wielu ludzi to debile. Kompletni!
Tylko w sierpniu umarły dwa konie na trasie do morskiego Oka. Wczoraj jeden zasłabł, ale w końcu się podniósł. Pewnie niebawem trafi rzeźni. W lipcu i czerwcu było podobnie. Czy podróż do Morskiego Oka jest warta śmierci tych pięknych zwierząt? Czy w porządku jest bawić się ich kosztem?
Fiakrzy to ludzie wyprani z uczuć i szacunku dla innych istot, innych ludzi także. Tak jak wszyscy, którzy fatalnie traktują zwierzęta. Nie od dziś miarą człowieczeństwa jest stopień współodczuwania, wrażliwość na los innych ludzi, czy zwierząt. Fiakrzy nie mają o tym pojęcia. Dla nich bogiem jest kasa. Oni nigdy nie zrozumieją zła jakie wyrządzają nie tylko zwierzętom ,ale także ludziom wrażliwym.
Postępowanie fiakrów jednak można zrozumieć, ot wiejski prymityw, który nie skończył szkoły, nie nauczył się jakiegoś zawodu, a czerpanie zysku z pracy zwierząt wyssał z mlekiem matki.
Ale co można powiedzieć o ich klientach? Ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, pracujący na stanowiskach, potrafiący czytać i pisać. I co? Głupcy, tak samo prymitywni jak tamci! Inni tam lezą to też wsiądę. Wszyscy żrą niezdrowe pseudowędliny z barbarzyńsko zabijanych zwierząt, to i ja zjem.
Głupota jest najważniejszym czynnikiem wywołującym zło. Gdyby człowiek częściej się zastanawiał nad otaczającym go światem, to zła byłoby zdecydowanie mniej.
Jak się jednak okazuje dla wielu myślenie to zbyt skomplikowany proces. Może nawet bolesny. Przeczytać artykuł w gazecie, czy obejrzeć reportaż w tv i zrozumieć o co w nim chodziło to wysiłek niemożliwy do podjęcia. Lepiej siedzieć i tępo gapić się w ekran, albo ścianę, niż choć przez chwilę pomyśleć, co się narobiło.
Jadę w Tatry, korzystam z fasiągu, umiera koń. Moja wina. To przez moje zachcianki umarło i cierpiało zwierzę.
Tak samo wszędzie. Podejmujemy różne działania, a każde z nich wywołuje jakiś skutek. Nierzadko tragiczny.
Pomyślmy o tym póki jeszcze jest na to czas. Zanim pewnego dnia obudzimy się w świecie skolonizowanym przez plastikowe, człekopodobne stwory, wyprane z uczuć, pędzące jedynie ślepo ku zaspokojeniu własnych potrzeb.
Na koniec garść linków, z których warto skorzystać, a nawet puścić dalej w obieg.
http://www.facebook.com/RatujmyKonieZMorskiegoOka?ref=ts
http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/650551,turysci-nie-chca-by-konie-sie-pocily-interwencja,id,t.html
http://www.dziennikpolski24.pl/pl/region/miasto-krakow/1230106-przerwijmy-meczarnie-dorozkarskich-koni.html,,0:pag:2#nav0
Do jego napisania skłoniły nas dwie sprawy - sytuacja koni z Morskiego Oka i towarzyszące jej okoliczności oraz bardzo podobna historia rozgrywająca się na krakowskim rynku.
Wiadomo, że jak jest popyt to jest i podaż. W konsekwencji na każde zboczenie znajdzie się klient tak samo jak dla każdego zboczeńca znajdzie się ktoś, kto za pieniądze umożliwi mu realizację swoich zachcianek.
W takich właśnie kategoriach postrzegamy wszelkie dręczenie zwierzat ku uciesze gawiedzi.
Wiadomo też, że "lud tępy" kupi wszystko co wystawione będzie na sprzedaż. A im więcej chętnych, tym mniej wątpliwości dotyczących etycznej strony danego faktu. Skoro zatem wielu ludzi korzysta z fasiągów, nie zwracając uwagi na los koni, to znaczy, ze wszystko jest w jak najlepszym porządku. Tak samo z końmi sterczącymi w pełnym słońcu i czekającymi na pasażerów, żeby zrobić z nimi rundkę po starym mieście.
Tak samo mają kury na fermach, świnie i krowy w chlewach i oborach. To tylko zwierzę! Ma ludziom służyć! Po to bóg je stworzył!
Przecież jest oczywistością, że zwierzę nie czuje, nie myśli. Ze zwierzęciem, dzięki temu można zrobić to co chcemy. Wszak "bierzcie ziemię i czyńcie ją sobie poddaną". I ludzie biorą. I czynią. Aż nadto czynią i biorą. Bez opamiętania, bez umiaru. Głupio i kompletnie bezmyślnie.
Kiedy w Krakowie ktoś próbuje coś zmienić, wymyśla że może niech konie w największe upały pracują popołudniu i krócej, to zaraz taki wozak płacze, że zarobek straci, że pójdzie na bezrobocie biedaczyna.
Inny, od koni z Morskiego Oka, bez ogródek mówi, że zmienia konie co sezon, bo po cholerę ma bydlaki przez zimę utrzymywać. Po sezonie konie do rzeźni, a przed sezonem zawsze kupi następne. Jak dobrze polatają w sezonie to się zwrócą a i czapka dudków jeszcze zostanie. Na jesieni do rzeźni i tak w kółko.
Czy zgadzamy się, aby tacy ludzie wozili turystów w najpiękniejszych i najbardziej znanych miejscach w Polsce? Czy zgadzamy się, aby tacy ludzie byli nas Polaków wizytówką? Aby na ich przykładzie świat wyrabiał sobie o nas opinię? NIE i jeszcze raz nie!!!
Czy, natomiast, ludzie korzystający z tych "atrakcji" to istoty myślące? Czy bezrefleksyjni głupcy? Dlaczego mimo zła, które widzą na własne oczy i o którym ciągle się mówi, wciąż znajdują się chętni na "przejażdżkę"? Odpowiedź jest prosta. Wielu ludzi to debile. Kompletni!
Tylko w sierpniu umarły dwa konie na trasie do morskiego Oka. Wczoraj jeden zasłabł, ale w końcu się podniósł. Pewnie niebawem trafi rzeźni. W lipcu i czerwcu było podobnie. Czy podróż do Morskiego Oka jest warta śmierci tych pięknych zwierząt? Czy w porządku jest bawić się ich kosztem?
Fiakrzy to ludzie wyprani z uczuć i szacunku dla innych istot, innych ludzi także. Tak jak wszyscy, którzy fatalnie traktują zwierzęta. Nie od dziś miarą człowieczeństwa jest stopień współodczuwania, wrażliwość na los innych ludzi, czy zwierząt. Fiakrzy nie mają o tym pojęcia. Dla nich bogiem jest kasa. Oni nigdy nie zrozumieją zła jakie wyrządzają nie tylko zwierzętom ,ale także ludziom wrażliwym.
Postępowanie fiakrów jednak można zrozumieć, ot wiejski prymityw, który nie skończył szkoły, nie nauczył się jakiegoś zawodu, a czerpanie zysku z pracy zwierząt wyssał z mlekiem matki.
Ale co można powiedzieć o ich klientach? Ludzie dorośli, nierzadko wykształceni, pracujący na stanowiskach, potrafiący czytać i pisać. I co? Głupcy, tak samo prymitywni jak tamci! Inni tam lezą to też wsiądę. Wszyscy żrą niezdrowe pseudowędliny z barbarzyńsko zabijanych zwierząt, to i ja zjem.
Głupota jest najważniejszym czynnikiem wywołującym zło. Gdyby człowiek częściej się zastanawiał nad otaczającym go światem, to zła byłoby zdecydowanie mniej.
Jak się jednak okazuje dla wielu myślenie to zbyt skomplikowany proces. Może nawet bolesny. Przeczytać artykuł w gazecie, czy obejrzeć reportaż w tv i zrozumieć o co w nim chodziło to wysiłek niemożliwy do podjęcia. Lepiej siedzieć i tępo gapić się w ekran, albo ścianę, niż choć przez chwilę pomyśleć, co się narobiło.
Jadę w Tatry, korzystam z fasiągu, umiera koń. Moja wina. To przez moje zachcianki umarło i cierpiało zwierzę.
Tak samo wszędzie. Podejmujemy różne działania, a każde z nich wywołuje jakiś skutek. Nierzadko tragiczny.
Pomyślmy o tym póki jeszcze jest na to czas. Zanim pewnego dnia obudzimy się w świecie skolonizowanym przez plastikowe, człekopodobne stwory, wyprane z uczuć, pędzące jedynie ślepo ku zaspokojeniu własnych potrzeb.
Na koniec garść linków, z których warto skorzystać, a nawet puścić dalej w obieg.
http://www.facebook.com/RatujmyKonieZMorskiegoOka?ref=ts
http://www.gazetakrakowska.pl/artykul/650551,turysci-nie-chca-by-konie-sie-pocily-interwencja,id,t.html
http://www.dziennikpolski24.pl/pl/region/miasto-krakow/1230106-przerwijmy-meczarnie-dorozkarskich-koni.html,,0:pag:2#nav0
czwartek, 23 sierpnia 2012
Pseudoturyści
Wczoraj TOZ Zakopane podał na swoim facebookowym profilu informację o tłumach chętnych do "przejażdżki" nad Morskie Oko konnym zaprzęgiem. Czekali po kilka godzin w kolejce, aby ich "marzenie" się ziściło.
Wywołało to u nas pewną refleksję. Po pierwsze kim są ludzie, którzy mimo medialnego hałasu na ten temat, nie wyciągnęli żadnych wniosków z tej sytuacji? Jak to możliwe, że ktoś słysząc o nadmiernym eksploatowaniu koni na tej trasie, jedzie tam i sterczy w kolejce, aby swoim widzimisię przyłożyć się do tego procederu?
Jak to możliwe, że ludzie są tak tępi? A może nie słyszeli, nie widzieli? Wszak w naszym kraju tylko drobny odsetek obywateli cokolwiek czyta. Nie mówiąc już o zrozumieniu tekstu.
Fasiągi jeździły wczoraj bez przerwy. Na Włosienicy konie mogły odpocząć tylko tyle czasu ile zajmuje zmiana pasażerów. Zaraz szły w dół!
Wywołało to u nas pewną refleksję. Po pierwsze kim są ludzie, którzy mimo medialnego hałasu na ten temat, nie wyciągnęli żadnych wniosków z tej sytuacji? Jak to możliwe, że ktoś słysząc o nadmiernym eksploatowaniu koni na tej trasie, jedzie tam i sterczy w kolejce, aby swoim widzimisię przyłożyć się do tego procederu?
Jak to możliwe, że ludzie są tak tępi? A może nie słyszeli, nie widzieli? Wszak w naszym kraju tylko drobny odsetek obywateli cokolwiek czyta. Nie mówiąc już o zrozumieniu tekstu.
Fasiągi jeździły wczoraj bez przerwy. Na Włosienicy konie mogły odpocząć tylko tyle czasu ile zajmuje zmiana pasażerów. Zaraz szły w dół!
poniedziałek, 6 sierpnia 2012
Jest nadzieja dla koni?
W artykule Wprost o koniu, który przewrócił się na Włosienicy 19 czerwca 2012 i najprawdopodobniej trafił do rzeźni zaraz po tym, pojawia się po raz pierwszy wypowiedź pracownika TPN, w której Park mówi, że być może praca koni na trasie Palenica - Włosienica zostanie zakazana.
Jest to już duży postęp. Jednak do rzeczywistego zakazu jeszcze daleka droga. Znowu bowiem pojawiają się w tej samej wypowiedzi zdania o tradycji, o potrzebie utrzymania hodowli konia pociągowego na Podhalu i fakcie posiadania źródła utrzymania dla 60 rodzin.
W porządku, ludzie muszą z czegoś żyć, muszą pracować. Ale czy mają prawo zmuszać do nadzwyczajnego wysiłku zwierzęta tylko po to , aby napchać własne brzuchy? Czy współczesny świat nie daje innych możliwości? Czy skoro ktoś mieszka na wsi to do końca świata on i jego potomni muszą uprawiać rolę, czy hodować zwierzęta na rzeż, a ludzie z miasta pracować w fabrykach?
Świat daje wiele innych możliwości. Wystarczy się rozejrzeć. Dokształcać, czytać książki, poszerzać swą wiedzę. To nie jest takie trudne!
wtorek, 31 lipca 2012
Petycja w sprawie koni z Morskiego Oka
Znaleźliśmy przed chwilą link do petycji w sprawie wyeliminowania transportu konnego z drogi do Morskiego Oka. My już ją podpisaliśmy. Prosimy o to Was wszystkich. Razem możemy coś zmienić!
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=4278
http://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=4278
Nie tylko o koniach z Morskiego Oka
Poprzedni tekst o koniach z Moka, dzięki naszym czytelnikom, trafił w różne miejsca w internecie. Pozwoliło to większej niż zazwyczaj grupie ludzi się z nim zapoznać.
Kolejnym tego efektem stała się dużo większa liczba komentarzy. Bardzo nas to cieszy, bowiem najważniejsze dla tej sprawy jest jej nagłośnienie. Jak wielokrotnie już to powtarzaliśmy, i robić będziemy to nadal, tylko mówienie ludziom o problemie może pozwolić im go dostrzec.
Wszystkie komentujące artykuł osoby dostrzegają zło czynione koniom. Widzą zmuszanie ich do pracy ponad siły oraz fatalne traktowanie ich przez właścicieli. To cieszy. Widać, że wielu ludziom nie jest los zwierząt obojętny. Nie wiemy niestety ile osób powstrzymało się od napisania komentarza, myśląc jednak podobnie jak komentujący.
Kolejnym tego efektem stała się dużo większa liczba komentarzy. Bardzo nas to cieszy, bowiem najważniejsze dla tej sprawy jest jej nagłośnienie. Jak wielokrotnie już to powtarzaliśmy, i robić będziemy to nadal, tylko mówienie ludziom o problemie może pozwolić im go dostrzec.
Wszystkie komentujące artykuł osoby dostrzegają zło czynione koniom. Widzą zmuszanie ich do pracy ponad siły oraz fatalne traktowanie ich przez właścicieli. To cieszy. Widać, że wielu ludziom nie jest los zwierząt obojętny. Nie wiemy niestety ile osób powstrzymało się od napisania komentarza, myśląc jednak podobnie jak komentujący.
piątek, 27 lipca 2012
Konie z Morskiego Oka
Od wielu lat na trasie Palenica Białczańska - Włosienica, miejsce 1,5km poniżej Morskiego Oka w polskich Tatrach, leniwych "turystów" wożą dorożki. Konie przez 8km idą cały czas pod górę. W każdym zaprzęgu pracują dwa konie, a na wozie teoretycznie siedzi 14 pasażerów.
Teoretycznie, bowiem w praktyce często jest ich więcej. Fiakrzy nie liczą dzieci ani bagażu.
W drodze powrotnej wcale nie jest koniom lżej, bowiem te same 8km idą dla odmiany cały czas w dół. Ciężkie wozy, zapełnione nawet i 27 osobami, bo w dół jest przecież lżej, pchają niemiłosiernie zwierzęta. Z relacji obserwatorów wynika, że z używaniem hamulców fiakrzy mają na tych zjazdach spore problemy. Rzadko kiedy używają ich właściwie. Przez to konie schodząc muszą także używać ogromnej siły, aby wozy ich nie poturbowały.
Nie zawsze im się to udaje! Ostatnio koń poślizgnął się na mokrym asfalcie, przewrócił, przejechał na nadgarstkach, mocno się przy tym raniąc. Fiakr dopiero po dwóch metrach szorowania po asfalcie użył hamulca, ale i tak koń przejechał w ten sposób jeszcze kawałek.
Pasażerowie pojechali dalej. Ciekawe co sobie pomyśleli? Biedny konik? Co za łajza, że się wywalił? A może w ogóle nic nie pomyśleli, bo zwierze po to jest, żeby tyrało dla człowieka?
Subskrybuj:
Posty (Atom)