Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styczeń 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styczeń 2012. Pokaż wszystkie posty

8 lutego 2012

Pstryk! I cię nie ma* („Steve Jobs” Walter Isaacson)

„Steve Jobs” Walter Isaacson
wyd. Insignis
rok: 2011
str. 732
Ocena: 6/6

Jeśli nie poświęcasz czasu na rodzenie się, czas zajmuje ci umieranie.**

Autorem jedynej, napisanej przy współpracy samego Steve’a Jobs’a, biografii tego wielkiego wizjonera i kreatora produktu, jest Walter Isaacson. Na kilka lat przed śmiercią, w 2004 roku, gdy Jobs już wiedział, jak może ułożyć się jego przyszłość, wykonał telefon do Isaacsona z prośbą o spotkanie. Panowie przyjaźnili się już wcześniej, a Steve odświeżał tę znajomość zawsze, gdy wprowadzał na rynek nowy produkt i chciał, aby trafił on na okładkę Time’a. Później, w trakcie jego trwania owego spaceru, Jobs poprosił Waltera, by ten napisał jego biografię. Isaacson, redaktor wspomnianego wcześniej Time’a, był akurat świeżo po opublikowaniu biografii Benjamina Franklina i w trakcie pisania książki poświęconej Albertowi Einsteinowi. Po chwili zastanowienia uznał on, że jest stanowczo za wcześnie na pisanie biografii Steve’a Jobs’a, w końcu mężczyzna znajdował się u szczytu kariery i jeszcze wiele mogło się wydarzyć w jego burzliwym życiu. W ciągu kilku następnych lat Jobs nie szczędził wysiłków i starał się za wszelką cenę przekonać Walera, że jego życie jest naprawdę dobrym materiałem na książkę, ten jednak niezmiennie odmawiał. Taka przepychanka trwała aż do 2009 roku, kiery to żona Steve’a Jobsa powiedziała Isaacsonowi, że jeśli kiedykolwiek ma zamiar zająć się biografią jej męża, to jest to ostatni moment by to zrobić. Steve udał się akurat na drugi urlop zdrowotny, Walter uznał więc, że faktycznie nie można już dłużej zwlekać. Tak właśnie rozpoczęła się, przynajmniej według mnie, chyba największa przygoda w życiu Waltera Isaacsona. Bo jak inaczej można nazwać bezpośrednią możliwość poznania od podszewki życia tak wybitnej osobowości, jaką niewątpliwie był Steve Jobs?

Przyznam, że pisanie tej recenzji nie przychodzi mi łatwo. Czuję dławienie w gardle i ściska mnie w dołku. Jestem przygnębiona i brak mi ochoty do czegokolwiek. Bohater jednej z najlepszych książek jaką miałam w ostatnim czasie możliwość przeczytać – zmarł. Zostawił po sobie wielką, wręcz niewyobrażalną pustkę, którą trudno będzie komukolwiek wypełnić. Jest mi tym ciężej, że przecież wiedziałam, jak ta książka się skończy. Zdawałam sobie sprawę, jaki będzie finał. Nie żyję w końcu w oderwaniu od rzeczywistości i wiem, co się dzieje wokół mnie. Wraz z całym światem przeżywałam swoją własną mini żałobę, gdy w październiku 2011 roku dowiedziałam się, że Steve Jobs zmarł. Nie przeszkadzało mi to jednak podczas lektury w tym, by wierzyć, że zdarzy się cud i historia skończy się dobrze. Niestety. Na koniec nie przyleciała wróżka, nie machnęła swoją różdżką i nie powiedziała: „co się stało niech się natychmiast odstanie”. Na końcu był tylko pstryk… i wszystko się skończyło. Skończyła się era Steva Jobsa. Światło zgasło i kurtyna opadła. Czy ktokolwiek, kiedykolwiek, będzie jeszcze w stanie ją podnieść? Cóż, myślę, że na to pytanie nie uzyskamy odpowiedzi w najbliższym czasie.

Na skrzyżowaniu technologii i sztuki spotkacie Steva Jobsa.

Steve Jobs był dupkiem. Myślę nawet, że słowo „dupek” jest wyjątkowo łagodnym określeniem na to, jaki typ człowieka on sobą reprezentował. Trzeba jednak przyznać, że był on wyjątkowo wrażliwym dupkiem. Miał naturę rozkapryszonego trzylatka. Wszystko musiało być dokładnie tak, jak on tego chciał. Jeśli coś, cokolwiek, choć odrobinę odbiegało od jego wizji, gotów był natychmiast zarzucić nad tym pracę. Zdarzało się, że wycofywał projekty w ostatniej fazie ich realizacji, bo kolor produktu różnił się od tego, który został przez niego wcześniej zatwierdzony. Gdy coś mu nie odpowiadało po prostu wychodził, albo wprost mówił, co o tym sądzi, nie przebierając przy tym w słowach. Gdy coś szło nie po jego myśli, wybuchał nieopanowanym gniewem i wyżywał się na otaczających go ludziach. A potem wybuchał płaczem. Zdarzało się, że później, po powrocie do domu, zastanawiał się, co musiała czuć osoba, która stała się obiektem jego złości. Szybko jednak zapominał, co skłoniło go do tych przemyśleń i wymazywał z pamięci mające wcześniej miejsce wydarzenia. Postępował więc dokładnie tak, jak mają w zwyczaju mali, rządni władzy chłopcy. Nic dodać, nic ująć. Przy tym wszystkim jednak, Steve Jobs miał nieodparty urok, w jego obecności wszystko stawało się możliwe. Czego nie zażyczył sobie szef – było w jego firmie spełniane. Ściany mają nieodpowiedni odcień bieli? Faktycznie – należy je przemalować. Maszyny produkcyjne kolorystycznie się ze sobą nie komponują? Należy je doprowadzić do stanu właściwego. To, że takie działania często pociągały za sobą gigantyczne koszty, nie miało większego znaczenia. Otaczający Jobsa ludzie nazywali to jego oddziaływanie „polem zniekształcania rzeczywistości”. I faktycznie, to, co działo się wokół niego określić można dokładnie takimi słowami. Nie można jednak zapominać, że Jobs był geniuszem, co prawda nie ponadprzeciętnie inteligentnym, ale jednak geniuszem. A tym, jak z historii wiadomo, wiele uchodzi na sucho. Tak też było i w tym przypadku.

W naturze Jobsa leżało wprowadzanie w błąd…

Długo by można było mówić o tym, jaki był założyciel Appla. Myślę, że nawet tych siedemset parę stron, które napisał na jego temat Walter Isaacson, to zdecydowanie za mało. Życie Jobsa obfitowało w liczne perturbacje. Ścieżka jego kariery była kręta i wyboista. Już jako nastolatek pokazywał na co go stać, robiąc nauczycielom i znajomym psikusy, które z dnia na dzień i z tygodnia na tydzień przybierały na sile. Nie było na niego mocnych, a on sam nie umiał dłużej usiedzieć w jednym miejscu. Przede wszystkim w związku z tym, nigdy nie udało mu się ukończyć żadnej uczelni wyższej. Pomimo wybitnej, zwykle wręcz szokującej szczerości wobec ludzi, często mijał się z prawdą. Nie przyznawał się otoczeniu do tego, nad czym w danej chwili pracował. Tą samą zasadę wprowadził do życia osobistego, co skutkowało tym, że nie informował zainteresowanych o swoim stanie zdrowia. Pytany wprost zawsze mijał się z prawdą, choć zwykle wypowiadał się w taki sposób, że trudno było mu zarzucić jawne kłamstwo.

I jeszcze jedno…

Powyższym stwierdzeniem Jobs lubił kończyć swe wypowiedzi, więc i ja nim rozpocznę podsumowanie. Zaczynając lekturę biografii Steve’a Jobs’a miałam wrażenie, że wiem, na co się piszę. Okazało się, że nie mogłam się bardziej pomylić. Już na wstępie książki, zapałałam… nienawiścią do jej głównego bohatera. Nie mogłam wprost uwierzyć, że tacy ludzie naprawdę chodzą po tym świecie. Jednak z każdą przeczytaną stroną, zaczynałam lubić go coraz bardziej. Ewidentnie wpływ na to miało pole zniekształcania rzeczywistości, jakie wprost emanowało od tego wizjonera i tworzonego przez biografa jego życiorysu. Co ciekawe, po zakończeniu lektury pole to nie osłabło. Nie doszłam do wniosku, że moja fascynacja Jobsem była chwilowa i płonna. Wręcz przeciwnie, w chwili obecnej podziwiam go jeszcze bardziej i żywię nadzieję, że dane mi będzie dowiedzieć się o nim jeszcze więcej. Sama powieść, bo zdecydowanie mogę użyć tego sformułowania w stosunku do tej pozycji, została doskonale napisana. Już od pierwszych stron wciąga czytelnika i nie pozwala mu się od siebie oderwać, aż do samego końca. Podczas lektury do naszego umysłu tłoczone są gigabajty danych. Daty, miejsca, nazwiska, wydarzenia. Prawdziwa lekcja historii na sterydach. Człowiek w trakcie czytania ma wrażenie, że łyknął właśnie kilka mało legalnych tabletek i przeżywa swego rodzaju odlot. Ja miałam ochotę krzyczeć: „mogę wszystko, skoro mu się udało, czemu mi ma się nie udać!”. Szkoda tylko, że finał jest taki tragiczny, bo podłamuje on odrobinę ten entuzjazm, jaki pompowany jest w nas w trakcie czytania. Nie zmienia to jednak faktu, że książka jest fenomenalna. Według mnie lektura obowiązkowa. Z całego serca szczerze polecam.

* 703
** 702

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Duże Ka i Wydawnictwa Insignis

31 stycznia 2012

Dość nietypowa pokuta („Pokuta” Anne Rice)


„Pokuta” Anne Rice
wyd. Otwarte
seria: Czas Aniołów
rok: 2011
str. 304
Ocena: 4/6

Dobry Boże, od tej chwili jestem Twój…

Anne Rice to światowej klasy powieściopisarka. Od lat jej dzieła goszczą na międzynarodowych listach bestsellerów i to nie tylko książkowych, ale i kinowych. Jej Wywiad z wampirem to już klasyka gatunku zarówno w formie papierowej jak i filmowej. Autorka tworzy głównie literaturę grozy i zwykle w swych dziełach, w rolach głównych, obsadza postaci paranormalne. Pani Rice pisuje również pod pseudonimami. Jeśli więc znajdziecie książki Anne Rampling lub A.N. Roquelaure, to wiedzcie, że trafiliście właśnie na stworzone przez nią pozycje.

Na Pokutę autorstwa Anne Rice ochotę miałam już od bardzo dawna. Sama jednak nie wiem dlaczego. Czarowała mnie okładka, no i tytuł wyjątkowo do mnie przemawiał. Muszę jednak przyznać, że ani razu, przed zdecydowaniem się na lekturę tej powieści, nie przeczytałam, o czym ta książka ma być. Co więcej, nawet kiedy ją już rozpoczęłam, nie wiedziałam na co się piszę. W głowie ułożyła mi się własna historia i byłam przekonana, że przeczytam romans paranormalny z lekką nutką horroru. Jak się okazuje, nie mogłam się bardziej pomylić.

Toby O’Dare, pseudonim Lucky, nie miał łatwego i przyjemnego dzieciństwa. Wręcz przeciwnie. To właśnie ten okres życia ukształtował jego, dość niezwykłą muszę przyznać, przyszłość. Brak ojca, matka alkoholiczka i dwójka rodzeństwa na głowie. Myślę, że takiego startu w życiu nikt sobie nie życzy, a tak właśnie zaczynają się losy naszego bohatera. Chłopiec nie poddaje się jednak. Z wiarą patrzy w przyszłość, uczy się gry na lutni, wytrwale uczęszcza do szkoły i pragnie by i jemu i jego rodzinie wiodło się coraz lepiej. Gdy nadchodzi dzień ukończenia nauki Toby wychodzi z domu wczesnym rankiem i nie tylko odbiera dyplom, ale i zarabia pieniądze, które mają posłużyć na spłatę licznych domowych rachunków. Do mieszkania wraca więc dość późno i już od progu wie, że stała się wielka tragedia. Matka podcięła sobie żyły, wcześniej topiąc jego rodzeństwo w wannie. Toby nie potrafi przejść nad tym do porządku dziennego, bo niby jak. Całe jego życie się załamuje. Wiara w Boga, jaką dotychczas żywił, przestaje mieć znaczenie. Wypiera się jej i rusza w przyszłość nie oglądając się za siebie. Znajduje prace i przybiera inne nazwisko. Koniec końców, w dość niezwykły sposób, zostaje płatnym mordercą i choć wie, że postępuje niezgodnie z własnymi zasadami moralnymi, to wierzy, że czyni dobrze. W końcu jego szef - Pan Sprawiedliwy, jak nazywa go na własny użytek, na pewno pracuje dla jakiejś tajnej organizacji rządowej, a ludzie, których dla niego zabija to po prostu źli ludzie. Lucky ma jedną zasadę – nie zabija kobiet i dzieci. Pewnego dnia, po dziesięcioletniej „służbie” otrzymuje zlecenie, które nieco go paraliżuje. Okazuje się, że ma dokonać morderstwa w miejscu, które dotychczas traktował jak drugi dom – ulubionym hotelu Mission Inn. Tam, na miejscu, poza obiektem zlecenia, spotyka kogoś jeszcze. Kogoś, kto odmieni całe jego życie, kto sprawi, że Toby narodzi się na nowo. Kim jest ta tajemnicza osoba, a raczej istota? Co powie Toby’emu? By się tego dowiedzieć musicie przeczytać, lub wysłuchać, powieści Anne Rice.

Choć spodziewałam się czegoś zupełnie innego, to w żadnym wypadku nie mogę stwierdzić, bym była niezadowolona. Pokuta to niezwykła opowieść o przemianie człowieka i o tym jak dziwne rzeczy czasem dzieją się wokół nas. Czy to możliwe, byśmy byli tylko malutką częścią ogromnego planu? By wszystkie zasady, które nas otaczają, były jedynie ułudą? Cóż, na pewno warto się nad tym głębiej zastanowić. Najnowsza seria Anne Rice, Czas Aniołów, z Pokutą, jako pierwszą częścią na czele, to hipnotyzujące thrillery paranormalne z wątkami kryminalnymi. Pokuta nie zachwyca i nie powala na łopatki, ale zdecydowanie zadawala i pobudza do myślenia. Mnie się podobała i miło mi było jej wysłuchać. Polecam miłośnikom paranormalnych thrillerów. Myślę, że warto.

Książkę wysłuchałam dzięki uprzejmości portalu Zbrodnia w Bibliotece
Baza recenzji Syndykatu ZwB

30 stycznia 2012

Całkiem mroczna antologia („Fatum” Piotr Rowicki)


„Fatum” Piotr Rowicki
wyd. Oficynka
rok: 2011
str. 240
Ocena: 4/6



Piotr Rowicki to zaprawiony w bojach autor. Od lat publikuje utwory prozaiczne, dramaty, kryminały, powieści oraz książki dla dzieci. Z wykształcenia jest historykiem co, moim zdaniem, znacznie ułatwia mu pracę nad powieściami, których akcja toczy się w zamierzchłej przeszłości. Na swoim koncie autor ma już kilkanaście publikacji, a co za tym idzie doświadczył współpracy z licznymi wydawcami. Książkę, którą miałam przyjemność przeczytać – Fatum, wydało w 2011 roku Wydawnictwo Oficynka.

Antologia Fatum to zbiór dziesięciu kilkunasto i kilkudziesięciostronicowych opowiadań kryminalnych połączonych nie tylko tematyką (na każdym kroku i na każdej stronie opowiadań czai się śmierć), ale i miejscem, w którym toczy się akcja. Barokowy Gdańsk, bo o nim mowa, w opowiadaniach Rowickiego czaruje czytelnika. Możemy wraz z bohaterami przemierzać jego kręte uliczki, zobaczyć ówczesny Długi Targ, zwiedzić Dwór Artusa i dowiedzieć się, dlaczego dawniej Gdańsk nazywany był Wenecją Północy. Możemy też odwiedzić liczne lochy i wraz z przestępcami i wszędobylskimi szczurami cierpieć głód i katusze. To oczywiście nie jedyne atrakcje tego miejsca. Jeśli chcecie poznać pozostałe, zdecydowanie musicie sięgnąć po Fatum i dowiedzieć się, co kierowało autorem podczas tworzenia tego zbioru.

Zbiór Fatum rozpoczyna się od opowiadania, którego tytuł posłużył autorowi do nazwania całości. Poznajemy w nim Filipa Tritta, szaleńczo zakochanego w Siasce van Dijk. Jedyne czego pragnie mężczyzna, to czym prędzej poślubić wybrankę i wieść z nią długie, szczęśliwe i pełne miłości życie. Niestety los nie jest dla niego łaskawy, pewnego dnia, podczas odwiedzin u ukochanej, okazuje się, że ta została zamordowana. Podejrzenie o dokonanie mordu pada na nie kogo innego, jak samego Filipa, który w panice ucieka i próbuje dociec, co stało się naprawdę. Czy mu się to uda, czy dowiemy się, kto zabił jego ukochaną i dlaczego? Jedno jest pewne, nic nie jest takie, na jakie wygląda.

W kolejnych opowiadaniach poznajemy coraz to innych bohaterów. Jedni wywołują uśmiech na twarzy czytelnika, inni trwogę, a jeszcze inni współczucie. Nie ma dwóch podobnych historii, nie spotkamy tu też ludzi o podobnych przeżyciach. Im dalej w przysłowiowy las, tym dziwniej i straszniej. Stworzone przez Rowickiego opowiadania niosą za sobą przesłanie i zmuszają czytelnika do przemyśleń. Czy właściwie postępuje? Czy idę właściwą ścieżką? Gdzie doprowadzi mnie obrana wcześniej droga? Czy nie powodują mną niewłaściwe przesłanki? Dzięki tej niewielkiej książeczce w umyśle czytelnika zaczyna się roić od pytań tego typu. I bardzo dobrze, bo każda lektura powinna skłaniać nas do przemyśleń. Choć nie każde stworzone przez Piotra Rowickiego opowiadanie uznać mogę za ulubione, jest wśród nich kilka perełek. Autor pisze w bardzo sposób interesujący, a rozwiązania historii, często tak proste, że aż absurdalne, pojawiają się zwykle w ostatnich zdaniach opowiadania. Mnie Fatum przypadło do gustu, liczę, że i Wam się spodoba. Warto przeczytać.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Oficynka
 Baza recenzji Syndykatu ZwB

27 stycznia 2012

W środku śmierci jesteśmy w życiu („Oblicze zdrady” Lis Wiehl, April Henry)


„Oblicze zdrady” Lis Wiehl, April Henry
wyd. Prószyński i s-ka
rok: 2011
str. 288
Ocena: 4,5/6



Obecnego miesiąca może nie mogę uznać za czas wybitny pod względem pochłoniętych lektur, ale czuję w stosunku do niego jakieś takie wewnętrzne zadowolenie. Wiem, że się przyłożyłam i wiem, że dałam z siebie wszystko. Oczywiście jak zwykle, na drodze do osiągnięcia przeze mnie wielkiego sukcesu zwanego „pobiciem ubegłomiesięcznego rekordu”, stanęły liczne przeszkody, ale z uporem maniaka starałam się je pokonywać. I co prawda wciąż jeszcze nie wiem, z jakim dokładnie wynikiem zakończę styczeń, ale na pewno będzie to wynik mnie samą zadawalający i to z prostej przyczyny. Już dziś wiem, że udało mi się zrealizować jedno z postanowień noworocznych i przy okazji osiągnąć mały sukces. Pierwsze w kolejce było to wspomniane zwycięstwo. Trafiłam w tym miesiącu na wyjątkowo dobrą, według mnie lektur, którą udało mi się przeczytać w zaledwie dwa dni (a miała niemal pięćset stron). Postanowiłam uczcić to wydarzenie i zrealizować przynajmniej część z mojego noworocznego postanowienia, sięgnęłam więc po książkę z własnej półki. Dzięki temu już dziś mogę wpisać pierwszą powieść , którą jest Oblicze zdrady autorstwa Lis Wiehl i April Henry, na listę wyzwania „Z półki”. Jestem z tego powodu z siebie bardzo dumna, a co J. No, ale do rzeczy.

Główną postacią, wokół której kręci się akcja powieści Oblicze zdrady, jest nastoletnia Katie Convers, która dzięki swojemu uporowi, sile przetrwania i wierze we własny sukces dostaje się na praktyki do Senatu Stanów  Zjednoczonych. Dzięki temu jednemu wydarzeniu zmienia się całe jej życie. Udaje jej się wyrwać z domu i spojrzeć na wielki świat z zupełnie innej perspektywy. Dotychczas dziewczyna zaharowywała się na śmierć, dawała z siebie wszystko, co tylko mogła. Liczyła się każda ocena, każdy panel w którym uczestniczyła. Dzięki tym małym kroczkom Katie w przyszłości miała zostać kimś wielkim. Pracowała więc wytrwale spełniając nie tylko swoje ambicje, ale i macochy i ojca. Te kilka miesięcy, które spędziła w DC odmieniły ją zupełnie. Zaczęła prowadzić anonimowego bloga, na którym skrupulatnie opisywała wydarzenia z życia własnego jak i senackiego. Katie wyraźnie rozkwitła podczas pobytu w Waszyngtonie. Stała się dojrzalsza i szczęśliwsza. Przynajmniej do czasu, bo kiedy wróciła do domu w grudniu, na przerwę świąteczną, ponownie stała się cicha i skryta. 13 grudnia postanowiła jednak, że dość tego. Nie można tak dłużej, musi się ocknąć i zacząć żyć na nowo. Umówiła się na spotkanie, a dla zachowania pozorów zabrała na nie pieska młodszej siostry – Jalapeno. Wyszła z domu i ślad po niej zaginął. Rodzice Katie natychmiast rozpętali burzę. Poinformowali o zniknięciu dziewczyny wszystkie możliwe władze oraz media, dzięki czemu sprawa tajemniczego zaginięcia ich córki została nagłośniona do granic możliwości. Katie nie była w końcu jakąś zwykłą dziewczynką z Portland. Była senacką praktykantką sponsorowaną przez senatora Fairviewa. Całą sprawę upubliczniła, dzięki informacjom rodziców, dziennikarka Channel Forth – Cassidy Show. Z ramienia FBI, do kontaktów z rodziną i samego śledztwa, oddelegowana została agentka Nicole Hedges. Czy dzięki nagłośnieniu sprawy i usilnej pracy agentów FBI uda się odnaleźć Katie? Kiedy po 24 godzinach wciąż brak jakiegokolwiek tropu do akcji przyłącza się prokuratura, którą reprezentuje w tym wypadku Allison Pierce. Jak się okazuje wszystkie trzy panie to przyjaciółki, które jakiś czas temu utworzyły klub potrójnej groźby. Czy dzięki takiemu zmasowanemu atakowi na sprawę, uda się ją szybko rozwiązać? Czy to możliwe, by Katie po prostu uciekła? A może za tym wszystkim kryje się coś więcej? Może popełniła samobójstwo, została porwana albo ktoś ją zamordował? Gdzie jest Katie Converse i z kim umówiła się 13 grudnia? Jakimi ścieżkami powędrowała i dlaczego nie wróciła? Jak to możliwe, by ślad mógł po niej zupełnie zaginąć? Jak zakończy się ta historia? By dowiedzieć się jak wygląda Oblicze zdrady, koniecznie musicie sięgnąć po powieść stworzoną przez Lis Wiehl i April Henry.

Powieść czyta się wyjątkowo dobrze. Muszę przyznać, że nie mam pojęcia które fragmenty stworzone zostały przez jedną, a które przez drugą autorkę. Całość zachowuje płynność i jednolity stopień napięcia i nasycenia informacjami. Czytelnik co i rusz pozyskuje nowe informacje, niestety częściowo są one niedostępne dla osób prowadzących śledztwo. Jednak nawet z tą wiedzą, trudno jest wytypować kto stoi za tajemniczym zniknięciem bohaterki. Nie wiem więc jak to możliwe, że mi się to akurat udało. Oblicze zdrady to doskonały kryminał napisany z pasją i przekonaniem. Podczas lektury naprawdę można uwierzyć, że dana historia miała miejsce. Do tego autorki wyśmienicie wykreowały postaci głównych bohaterek Cassidy, Nicole i Allison. Aż się chce poznawać ich losy. Dlatego bardzo się cieszę, że autorki postanowiły stworzyć całą serię opisująca przygody członkiń klubu potrójnej groźby. Zdecydowanie warto sięgnąć po tę powieść. Polecam.

Baza recenzji Syndykatu ZwB 

24 stycznia 2012

Chcę usłyszeć Twój krzyk („Zabić Jane” Erica Spindler)


„Zabić Jane” Erica Spindler
wyd. Mira
rok: 2011
str. 496
Ocena: 5/6



Muszę przyznać, że początki mojej przygody z książką Ericy Spindler - Zabić Jane, nie należały do najbardziej udanych. Przeczytałam pierwsze zdanie prologu i poległam na placu boju, najzwyczajniej w świecie zasypiając. Teraz mam nauczkę, że nie zaczyna się czytać nowej powieści w godzinach późnonocnych, wtedy jednak odniosłam wrażenie, że jest to całkiem niezły pomysł. Niestety, z powodu tej wieczornej klapy bardzo trudno mi było sięgnąć po tę powieść dnia następnego. Tak jakoś już mam, że, choć wiem, iż to całkowicie błędne podejście, te pierwsze zdania powieści są dla mnie bardzo ważne. Postanowiłam jednak nie być mięczakiem i następnego dnia, choć nie z samego rana i, jeśli idzie o szczerość, bliżej godzin wieczornych, ponownie sięgnęłam po Zabić Jane. I tym razem przepadłam z kretesem. Okazało się bowiem, że już te pierwsze zdania powieści są tak pasjonujące i tak wciągające, że od książki nie da się oderwać. W krótkim czasie pochłonęłam jedną trzecią lektury. Gdyby nie fakt, iż następnego dnia musiałam wcześnie wstać i udać się do pracy, na pewno nie przerwałabym czytania. Szybko jednak dokonałam kalkulacji i okazało się, że w tym tempie ta blisko pięćsetstronicowa powieść zostanie przeze mnie pochłonięta w maksymalnie trzy dni, co w moim wykonaniu można nazwać niebywałym sukcesem. Okazało się jednak, że moje rachunki był dość kiepskie, bo gdy zasiadłam do Zabić Jane w poniedziałek, nic nie było w stanie mnie od niej oderwać. Czytałam, czytałam i czytałam. Aż nastała ciemna i głucha noc, a ja zamknęłam książkę, ponieważ się skończyła. Jest to dla mnie o tyle szokujące, że do tej pory jedynie garstka przeczytanych przeze mnie powieści sprawiła, że zarywałam noc i czytam, aż do oporu. Przypuszczam, że gdyby lektura miała więcej stron, to snu nie zaznałabym wcale. Dlaczego? Bo gdy czyta się coś tak pasjonującego, nie sposób myśleć o rzeczach tak przyziemnych jak wypoczynek.

Paranoja, mania prześladowcza, obsesja. Obawa o siebie, o rodzinę, o spokojny i pewny dzień jutrzejszy. Niepewność, strach i przerażenie. Wywoływanie wilka z lasu, przepowiadanie przyszłości, samospełniająca się przepowiednia. To tylko słowa. Ale te właśnie słowa umożliwiają dokonanie opisu osoby, którą już kiedyś ktoś próbował zabić, którą ktoś kiedyś próbował… zamordować. Czy to możliwe, by piorun trafiał w to samo miejsce dwa razy? Czy los może być na tyle okrutny, że na jedną osobę sprowadza coraz to nowsze i większe nieszczęścia? Dlaczego są na świecie ludzie, którym po prostu złe rzeczy się nie dzieją, a są i tacy, którym dzieją się one na okrągło? Zastanawiające, prawda? Człowiek na co dzień nawet nie myśli, jaki świat może być niesprawiedliwy, jak nierówno może rozkładać się bilans dobrych i złych rzeczy przytrafiających się ludziom. Mnie do takich przemyśleń skłoniła powieść Ericy Spindler zatytułowana dość tajemniczo bo Zabić Jane. Dlaczego? Na ten temat odrobinę wyjawię poniżej.

Jane Killian - Westbrook od niedawna ma wszystko. Patrząc na jej życie z boku można by stwierdzić, że ta kobieta ewidentnie została w czepku urodzona. Dlaczego? Cóż, jest kilka powodów. Od kilku ładnych lat wygląda jak „człowiek”, a niektórzy mogliby się nawet pokusić o stwierdzenie, że jest piękna. Odniosła niesamowity wręcz sukces w życiu zawodowym i jest bardzo rozpoznawalną artystką. Po babce odziedziczyła gigantyczny majątek, przy czym nadmienić należy, iż babka w testamencie uwzględniła tylko i wyłącznie Jane. Szczęśliwie wyszła za mąż za przystojnego i bardzo w niej zakochanego chirurga plastycznego. A do tego wszystkiego kilka tygodni wcześniej zaszła w ciążę, co wydawało jej się niemożliwe. Czy można od życia chcieć czegoś więcej? Chyba nie. I Jane nie chce. Pragnie jedynie utrzymać to wszystko i być zawsze tak szczęśliwą, jak w chwili obecnej. Okazuje się jednak, że los bywa bardzo zdradliwy, a karty przez niego rozdawane w każdej chwili mogą okazać się nic niewarte. Pewnego wieczoru Jane budzi własny przeraźliwy krzyk. Koszmar powrócił. Ponownie jest nastolatką, która udała się na wagary i ponownie beztrosko dryfuje na wodzie. Na brzegu jej przyjaciele dopingują ją i sprawdzają jak daleko Jane wypłynie. Nagle ta sielanka zmienia się w prawdziwy horror. Na dziewczynę kieruje się motorówka, nic nie dają krzyki przyjaciół, nic nie daje przerażony wzrok Jane, bo sterujący łodzią jakby specjalnie płynął w jej stronę. Nie mija wiele czasu, a nasza bohaterka trafia pod motorówkę i ulega ciężkim obrażeniom. Koszmar się jednak na tym nie kończy. W przeciwieństwie do prawdziwych wydarzeń, zgodnie z którymi Jane zostaje cudem uratowana, w koszmarze sternik zawraca swą łódź i ponownie naciera na swoją ofiarę. Bo nie wystarczy mu, że okaleczył dziewczynę. Musi ją zabić. I to właśnie ta część snu przeraża Jane najbardziej. Niestety, w prawdziwym życiu motorówki i sternika nigdy nie odnaleziono, nikt więc nie został ukarany za to, co przytrafiło się dziewczynie. Lata po wypadku upłynęły jej więc na myśleniu, kto mógł dopuścić się tego czynu. Czy kiedykolwiek się tego dowiedziała? Czy to możliwe, by prześladowca z lat młodości powrócił i chciał zniszczyć to, co udało się jej przez te lata zbudować? Czy można być na tyle chorym, by czekać kilkanaście lat tylko na to, by móc zniszczyć komuś życie? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie przeczytać powieść Zabić Jane autorstwa Ericy Spindler.

Miałam już wcześniej kilkukrotnie okazję czytać powieści pani Spindler i muszę przyznać, że za każdym razem jestem pod większym wrażeniem. Autorka ma ewidentny talent do wciągania czytelnika w tworzoną przez siebie historię. Odnosi się wręcz wrażenie, że jest się jednym z głównych bohaterów. Ja już na wstępie powieści utożsamiłam się z Jane i wraz z nią przeżywałam wszystkie dotykające ją klęski. Jak ona się bałam i jak ona rozglądałam się za potencjalnym niebezpieczeństwem. Jedyną różnicą między nami był poziom zaufania. Bo ja, w przeciwieństwie do bohaterki, nie ufałam niemal każdej napotkanej osobie. Ona była pełna wiary, a ja pełna wątpliwości, bo w końcu, gdzieś w pobliżu czaiło się zło. Zaraz na wstępie powieści wytypowałam osoby, które mogły być odpowiedzialne za to wszystko i muszę przyznać, że wiele się nie pomyliłam. Autorka zastosowała jednak pod koniec powieści pewien zabieg, dzięki któremu równocześnie można było podejrzewać każdego i nikogo. Totalne pomieszanie z poplątaniem siejące w czytelniku wątpliwości. Zakończenie niemal mistrzowskie. Jestem pod ogromnym wrażeniem i polecam książkę każdemu.

Za książkę dziękuje Wydawnictwu Mira
Baza recenzji Syndykatu ZwB

21 stycznia 2012

Nie musisz umierać, chyba że tego chcesz… („Zły wpływ” Ramsey Campbell)


„Zły wpływ” Ramsey Campbell
wyd. Replika
rok: 2011
str. 312
Ocena: 4,5/6



Ramsey Campbell, a tak naprawdę John Ramsey Campbell, to angielski pisarz, twórca wysokiej klasy horrorów. Znany jest również z tego, iż często pisze pod pseudonimem. W latach siedemdziesiątych XX wieku, podpisując się jako Carl Dreadstone, napisał trzy powieści tworzące serię, które są książkowymi adaptacjami klasycznych filmowych horrorów. Były to Narzeczona Frankensteina, Córka Draculi oraz Wilkołak. Pozostałe książki, które ukazały się w ramach tego cyklu, choć podpisane są tym samym pseudonimem, nie zostały napisane przez Campbella. Autor publikuje również jako Jay Ramsey. To ciekawe, jak wielu pseudonimów zdarza się używać jednemu autorowi. Zastanawia mnie jednak, czemu one mają służyć.

 W 1988 roku na rynku wydawniczym ukazała się powieść The Influence. To wspomniany Zły wpływ miałam właśnie okazję przeczytać. Muszę szczerze przyznać, że nie spodziewałam się, że książka ma aż tyle lat. Co prawda opisywane w niej tło historyczne sugerowało odległe lata, przypuszczałam jednak, iż jest to jedynie zabieg autora. Według mnie świadczy to bardzo dobrze o autorze. Jego powieści się nie starzeją, nie dewaluują, są wciąż aktualne i, jeśli mogę tak powiedzieć, dobrze się je czyta. Oczywiście mam tu na myśli konstrukcję powieści i zdolności autora, a nie treść, którą przekazuje w swoich książkach. Bo ta… do najprzyjemniejszych nie należy. Ale, wszystko po kolei.

Alison Faraday, liverpoolska pielęgniarka, z wielu powodów zdecydowała, że wraz z mężem Derekiem i córką Rowan zamieszkają u jej ciotki, Queenie. Niestety, jak się można było tego spodziewać, życie w wielkiej posiadłości należącej do staruszki okazało się dość trudne. Kobieta wymagała ciągłej opieki i uwagi, w związku z czym Alison tak naprawdę nigdy nie kończyła pracy, po powrocie z dyżuru niezwłocznie udawała się do pokoju ciotki, gdzie rozpoczynała drugą zmianę. Rodzina Ali, z początku bardzo chętna do pomocy, w końcu skapitulowała, ponieważ Queenie nie była najmilszą w obyciu osobą. Niespodziewanie dla wszystkich, choć zdecydowanie spodziewanie z punktu widzenia kolejności rzeczy, jakie mają miejsce w ludzkim życiu, Queenie umiera. Jej śmierci nie można jednak zaliczyć do spokojnych i wieńczących udaną egzystencję. Męcząca wszystkich kobieta ostatnie tchnienie wydaje dokładnie w taki sposób, w jaki żyła, czyli rządząc i przerażając. Kiedy Alison w końcu udaje się wydostać z pokoju, w którym jej ciotka zmarła, rodzinie trudno uwierzyć, że ich koszmar dobiegł końca i, jak się wkrótce ma okazać, wcale się tak nie stało. Podczas pogrzebu okazuje się, że na szyi ciotki znajduje się medalion, w którym staruszka lata temu umieściła pukiel włosów Rowan. Siostra Ali wpada w histerię i stara się przekonać rodzinę, iż błędem jest chowanie kobiety wraz z rzeczami należącymi do dziewczynki. Nikt jej jednak nie słucha, a jej lamenty uznają za objaw przewrażliwienia. Czy słusznie? Czy Queenie nawet po śmierci nie da spokoju swojej rodzinie? Jaki z tym wszystkim ma związek mała dziewczynka? Jak potoczą się jej losy? Czy rodzina zorientuje się na czas, że w tym wszystkim coś nie gra i że wokół zaczynają się dziać naprawdę złe rzeczy? Tego, i nie tylko tego, dowiecie się, jeśli sięgniecie po znakomity horror, jakim zdecydowanie jest Zły wpływ autorstwa Ramseya Campbella.

Muszę szczerze przyznać, że horrory czytuję rzadko. Zwykle sięgam po kryminały lub thrillery, a najczęściej po mieszanki różnych gatunków literackich. Do przeczytania Złego wpływu zachęciła mnie oczywiście nota wydawcy. Wielka rodzinna tajemnica, zła kobieta, mała dziewczynka i śmierć, która wcale nie kończy życia. Zastanawiałam się czym to wszystko może skutkować. Przyznam również, że spodziewałam się czegoś zupełnie innego niż to, co otrzymałam. Nie mówię oczywiście, że powieść mnie rozczarowała, bo tak nie było, ale zdecydowanie rozwój wypadków mnie zaskoczył. Okazało się, że nic nie jest takie, jakie być powinno. Światem rządzą siły, o których nawet nie mamy pojęcia. Wszystko zależy od nas, od siły naszego umysłu, od wiary w to, czego pragniemy. Bo jeśli pragniemy… to wcześniej czy później to dostaniemy. Musimy tylko pragnąć wystarczająco mocno. Musimy iść do celu po trupach i nie oglądać się za siebie. Musimy stać się bardzo złymi ludźmi. Tak właśnie stało się z Queenie. Pragnęła, aż do bólu. I było jej dane. Nikt się jednak nie spodziewał, jakie będą tego wszystkiego konsekwencje.

Mnie osobiście książka przypadła do gustu, choć nie przeraziła tak, jakby mogła. Campbell bardzo sprawnie posługuje się językiem, przez co z zachłannością pochłaniałam każdą kolejną stronę powieści. Podczas zdecydowanie większej części lektury odczuwałam podenerwowanie i obawę o głównych bohaterów. Przeraziła mnie dopiero końcówka, wydarzenia mające miejsce wiele miesięcy po tych, które opisane zostały przez autora wcześniej. Przyznać muszę, że nie spodziewałam się takiego rozwinięcia akcji, bardzo mi jednak ono przypadło do gustu. Zakończyłam więc lekturę z drżeniem serca. Liczę, że Wam ta powieść się spodoba. Według mnie bardzo ciekawa i warta przeczytania książka. Polecam.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa Replika oraz Zbrodni w Bibliotece.
Baza recenzji Syndykaty ZwB

19 stycznia 2012

Jedna taka… dziwna podróż („Rzeka szaleństwa” Marek P. Wiśniewski)


„Rzeka szaleństwa” Marek P. Wiśniewski
wyd. Sol
rok: 2010
str. 336
Ocena: 4/6



Rzeka szaleństwa przybyła do mnie nieco… niespodziewanie. No nie, nie mogę powiedzieć, że zupełnie mnie ta pozycja zaskoczyła, ale na pewno nie byłam świadoma, że może dotrzeć do mnie akurat w okresie świątecznym, który zaliczyć mogę zdecydowanie do nieczytelniczego. Dawno dawno temu, kiedy byłam młoda i piękna (teraz oczywiście zostało tylko to nieszczęsne „i”) zgłosiłam się do tej lektury w ramach akcji Włóczykijka. Wówczas jeszcze przyświecały mi piękne cele i wierzyłam, że podołam każdemu stawianemu przede mną wyzwaniu. Później przyszła szara rzeczywistość i okazało się, że życie jednak czasem nie jest słodkie jak cukierek. Dlatego przystopowałam Włóczykijkowo. Nie wypisałam się jednak z tej zacnej grupy, a swoje losy powierzyłam w ręce Leny, która miała spokojnie dyrygować przesyłanymi mi od czasu do czasu lekturami. I właśnie dzięki niej, kilka tygodniu temu do mych drzwi zapukał listonosz i wręczył mi przesyłkę, w której znalazłam rzeczoną Rzekę szaleństwa.

Głównym bohaterem książki debiutanta Marka P. Wiśniewskiego jest młody logistyk, były nauczyciel historii, usilnie poszukujący pracy. Michał Marlowski, bo o nim mowa, jest zwyczajnym, niczym nie wyróżniającym się z tłumu mężczyzną, który podczas poszukiwań swojego miejsca na ziemi, czyli tak de facto, zarobku, natrafia na bardzo interesującą i intratną propozycję. Właściciel firmy spedycyjnej, niejaki Kurtz oferuje mu zarobienie pięciu tysięcy złotych za przetransportowanie ze Szczecina pod Sieradz pewnego ładunku. Michał nie zastanawia się długo, w końcu nigdzie indziej, w ciągu w zasadzie kilku dni, nie zarobi takiej kwoty. Jedynym zadaniem Marlowskiego ma być pilnowanie przesyłki (bazaltowej ogromnej rzeźby) podczas jej przewozu. Jedyny problem stanowi środek transportu, dzięki któremu owo „monstrum” ma znaleźć się w zupełnie innej części Polski. Rzeczna barka. Michał jednak żadnej pracy się nie boi i podejmuje się wykonania tego zadania. Podróż ta jednak okazuje się dość niezwykła. Już na wstępie, jeszcze w porcie w Szczecinie mają miejsce zdarzenia, których nasz bohater do końca nie rozumie. Później wcale nie jest lepiej. Współzałoganci są jacyś dziwni, a wydarzenia mające miejsce na barce zaliczyć można jedynie do grona niemożliwych. W powietrzu czuć napięcie i nie tylko. Michał domyśla się, że ewidentnie coś zostało przed nim zatajone. Na całe szczęście podróż dobiega końca i szczęśliwie dla całej załogi ładunek zostaje dostarczony do pałacu, w którym znajduje się ośrodek terapeutyczny. Koniec transportu nie oznacza jednak końca historii. To tu, w jednym z podsieradzkich pałaców rozgrywa się dalsza część książki, której zdecydowanie nie można zaliczyć do spokojnych i sielankowych. Co się wydarzy? Jak potoczą się losy Michała? Kogo pozna w pałacu? Jak i gdzie skończy się to przedziwna opowieść? Tego niestety dowiedzieć musicie się sami, a jedynym sposobem, by tego dokonać jest sięgnięcie po Rzekę szaleństwa autorstwa Marka P. Wiśniewskiego.

Książka wciąga, niczym rzeka, już od pierwszych napisanych w niej zdań. Zdecydowanie można zaliczyć debiut Marka P. Wiśniewskiego do udanych. Oby więcej takich. Powieść nie należy do łatwych. Autor przy pomocy Rzeki szaleństwa zmusza czytelnika do zadania sobie ogromu pytań, z których większość nie ma odpowiedzi. Niemal do samego końca książki trudno stwierdzić o co tak naprawdę chodzi i o co się dzieje. Przeplata się tu wiele różnych, z pozoru niepowiązanych ze sobą tematów, które koniec końców okazują się mieć jeden wspólny punkt. Chyba, bo… książka jest tak zagmatwana i wywołuje w czytelniku taki chaos, że ostatecznie trudno stwierdzić, czy to, co się myśli to prawda, czy tylko jakaś fantasmagoria. Polecam.

Książkę przeczytałam w ramach akcji Włóczykijka :)

17 stycznia 2012

Taki jeden, mały ptaszek („Niebieski ptak” Piotr Wojasz)


„Niebieski ptak” Piotr Wojasz
wyd. Videograf II
rok: 2011
str. 416
Ocena: 4,5/6



Słowem wstępu powinnam powiedzieć coś o autorze powieści. W tym wypadku jest to jednak o tyle trudne, iż już na samym początku musiałabym streścić całą książkę. W zasadzie już po tych kilku słowach wstępu domyślić się można, iż lektura, którą miałam właśnie okazję przeczytać była typowo autobiograficznym dziełem.

Niezwykle rzadko sięgam po powieści opisujące prawdziwe zdarzenia. Jeszcze rzadziej decyduję się na lekturę książek napisanych przez uczestników danych historii. A na samym dole listy pozycji, które czytuję, znaleźć można literaturę autobiograficzną. Sama nie wiem, czemu się tak dzieje, nie da się jednak ukryć, że tak właśnie jest. Do Niebieskiego ptaka namówiły mnie koleżanki. Muszę jednak przyznać, że chwilę trwało nim się przekonałam i postanowiłam spróbować. Bo to nie jest tak, że w ogóle nie czytuję powieści autobiograficznych, po prostu… bardzo ostrożnie je sobie dobieram. Lubię już wcześniej coś wiedzieć o osobie, której sekrety życia mam poznać. Przepadam za świadomością, że zagłębiam się w historię, a nie poznaje ją od podszewki. W tym wypadku miało być jednak inaczej. Nie znałam autora – nawet ze słyszenia. Nie żyłam w czasach, gdy królował on i jemu podobni. Jedynym wspólnym punktem odniesienia mogłoby być miejsce zamieszkania, a w zasadzie region pochodzenia, bo i ja i pan Wojasz pochodzimy ze Śląska. Wydaje mi się jednak, że to za mało, by móc stwierdzić, że wiem, jakie było jego życie. Postanowiłam jednak spróbować i przeczytałam powieść jego autorstwa, czyli Niebieskiego ptaka. Czy była to właściwa decyzja? Zobaczcie sami.

Jak już wcześniej wspomniałam, głównym bohaterem książki, a zarazem jej autorem jest Piotr Wojasz, katowiczanin, który urodził się w latach sześćdziesiątych, a jego młodość i czasy świetlności przypadły na okres peerelowski, czyli lata siedemdziesiąte i osiemdziesiąte dwudziestego wieku. Piotr nie miał najłatwiejszego dzieciństwa. Wychowywał się w domu despotycznego ojca, który znał tylko jedną metodę wychowawczą – pasek. A gdy ta metoda przestała skutkować, znalazł nową – kabel od żelazka. Matka, typowa żona dyrektora, by nie patrzeć na to co dzieje się w jej rodzinie, uciekała do łazienki i czekała, aż mąż zakończy tę specyficzną lekcję życia. Na Piotra metody ojca jednak nie działały – nieważne jak mocno tata do „wymasował”, nieważne ile zostało mu po tym „przytulaniu” siniaków, nieważne ile lekcji wf-u musiał z tego powodu opuścić – i tak się nie zmienił. Był buntownikiem, ryzykantem i, ogólnie rzecz ujmując, chadzał własnymi ścieżkami. Dokuczał dziadkowi, wagarował, nie uczył się. Z klasy do klasy zdawał cudem, a gdy pojawiały się problemy, rodzice przenosili go do innej szkoły. W zasadzie trudno mi zliczyć w ilu placówkach Piotr Wojasz podejmował naukę. Zdecydowanie jednak było ich więcej niż można by przypuszczać. Koniec końców udało mu się jednak „zdać” maturę i rozpocząć dorosłe życie, które ponownie brutalnie przerwał ojciec wręczając mu bilet do wojska. Wielki ojciec dyrektor uznał, że wojsko nauczy Piotra pokory. Niestety, jak się okazało, nic bardziej mylnego. A MarWoj, muszę Wam powiedzieć, stanowił jedynie preludium do zdumiewających perypetii Piotra Wojasza. Jak potoczyły się jego dalsze losy? Kim został? Kogo spotkał na swej życiowej ścieżce? Czy udało mu się zrealizować marzenia i czy w ogóle jakieś miał? Czy ojciec przestał mu układać życie po swojemu? Jakie były te cudowne lata PRL-u dla naszego bohatera? Tego i nie tylko tego dowiecie się, jeśli sięgniecie po powieść Piotra Wojasza zatytułowaną Niebieski ptak.

Muszę przyznać, że ta książka mile mnie zaskoczyła. Spodziewałam się, sama nie wiem, czegoś bardziej topornego i trudnego w odbiorze. Przerażał mnie niemal zupełny brak dialogów i narracja pierwszoosobowa autora opisującego swoją prawdziwą historię. Okazało się jednak, że pan Wojasz ma bardzo lekkie pióro, dzięki któremu czytelnik zostaje wciągnięty w wir powieści już od pierwszych przeczytanych zdań. Oczywiście nie jestem książką zachwycona w stu procentach. Opisy czasem były przydługie a liczne fakty historyczne miejscami bardzo mnie męczyły. Nie zmienia to jednak postaci rzeczy, że Niebieskiego ptaka czytało się bardzo przyjemnie. Język autora można uznać za dość specyficzny, bardzo nieliteracki, wręcz uliczny. Myślę jednak, że gdyby pan Wojasz napisał swoją powieść, stosując bardziej „formalny” język, to książka nie byłaby aż tak ciekawa. Całość zdecydowanie zasługuje na uwagę. Polecam.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Videograf II 

16 stycznia 2012

Niełatwe jest życie synowej („Teściową oddam od zaraz” Małgorzata J. Kursa)


„Teściową oddam od zaraz” Małgorzata J. Kursa
wyd. Prozami
rok: 2011
str. 216
Ocena: 4,5/6



Teściową oddam od zaraz jest trzecią z kolei powieścią Małgorzaty J. Kursy. Przed jej opublikowaniem na rynku wydawniczym pojawiła się Babska misja i Tajemnica Sosnowego Dworku. Wkrótce po ukazaniu się Teściowej… nakładem wydawnictwa Prozami wydana została czwarta książka tej autorki, nosząca tytuł Najlepsze jest najbliżej. Pani Małgorzata urodziła się i wychowała na Rzeszowszczyźnie. Na życie patrzy z optymizmem i, tak mi się przynajmniej wydaje, chce by i inni tak na nie spojrzeli. Myślę, że właśnie dlatego tworzy „humorystyczne czytadła”. Czy ich przeczytanie przynosi spodziewane efekty? Przekonajmy się J.

Do książki Małgorzaty J. Kursy zabierałam się już od pewnego czasu. I nie chodzi tu o żadną prozę życia, o brak czasu czy o niechęć. Po prostu odczuwałam zew natury i czytałam jedynie kryminały w czystej formie. Aż do teraz, bo nagle, bez wcześniejszych wyraźnych oznak, zachciało mi się lektury lżejszej i zdecydowanie bardziej rozrywkowej. Już dłużej nie zwlekając, sięgnęłam po Teściową oddam od zaraz i… wpadłam jak śliwka w kompot. W sumie teraz jak o tym myślę, to wiem, że powinnam była tę pozycję przeczytać już dawno temu. A później kilka razy to powtórzyć. Tak w sumie między każdym czytanym kryminałem. Dlaczego? Bo kryminały, jakie wspaniałe by nie były, mają jedną zasadniczą wadę – wprawiają człowieka w stany lekko depresyjne. Przynajmniej mnie. Ich zgłębianie, poznawanie psychiki psychopaty, podążanie tropem zbrodni i usilne starania mające na celu rozwiązanie piętrzących się zagadek powodują, że mój mózg potrzebuje resetu. A nic tak dobrze nie resetuje umysłu „czytacza” jak dobra, łatwa i przyjemna lektura, a taką właśnie jest powieść Teściową oddam od zaraz.

Izabela Łęcka od roku jest szczęśliwą mężatką. Pawełek, jej ślubny, gdyby mógł, nieustannie nosiłby ją na rękach. Na szczęście jest on również zapalonym stolarzem, który na widok antycznych mebli dostaje drgawek i nie mogąc się opanować od rana do wieczora usilnie je restauruje. W tym czasie Iza może odpocząć od ogromu miłości, jaką małżonek na nią przelewa. Bo, bądźmy szczerzy – kobiety uwielbiają być rozpieszczane i wielbione, ale z umiarem. Pawłowi Łęckiemu odrobiny tego umiaru brakuje. Brakuje mu również asertywności i czasami zdrowego rozsądku. Z tego też powodu nie jest w stanie odmówić niczyim prośbom – nieważne czy prosi mama, kolega czy… poprzednia żona. Na całe szczęście Iza jest dość pozbieraną kobietą i wie, z jakim typem mężczyzny się związała. Nie przeszkadza jej więc wsparcie, jakie mąż okazuje otoczeniu. Przeszkadza jej jednak ociupinkę własna teściowa. Czemu? Bo to czarownica, diabeł wcielony i zło całego świata w jednym. Czy na pewno? No tak, w końcu… od czego by tu zacząć? Skopała cały ogródek Izy nie pytając wcześniej o to, czy może. W tej sposób Izabela została pozbawiona bardzo drogich cebulek. Co dalej? Ugotowała obiad, od którego Izę rozbolał brzuch. No i jeszcze posoliła już posolone ziemniaki. Ale szczyt szczytów osiągnęła nazywając Izę – Belunią. No bo, czy Izabela zasłużyła sobie na takie straszne przezwisko? No raczej nie. Można więc postawić tylko jedną diagnozę – Ada Łęcka to zły człowiek. Prawda? No nie, z tym zgodzić nie może się nawet sama bohaterka. Bo Adą kierują tylko i wyłącznie dobre pobudki. Jest życzliwa na wyrost, i tyle. Jednak nawet przeprowadzenie tak szczegółowego rozpoznania nie sprawia, że Iza zmienia zdanie o teściowej. Najchętniej by ją komuś sprzedała. Choć nie, nikt by pewnie nie chciał jej kupić. To może… tak oddałaby ją z wielką chęcią. I jeszcze dopłaciła. Takie postanowienie składa sobie nasza bohaterka podczas wieczoru spędzonego z przyjaciółką. Jak się jednak okazuje… nie, tego zdradzić Wam nie mogę. O tym, jak potoczą się losy Ady, czyli znienawidzonej teściowej, wspaniałomyślnego Pawełka, będącej na skraju rozpaczy Izabeli i jej serdecznej przyjaciółki Amy, która alergicznie reaguje na mężczyzn, będziecie musieli przekonać się sami. Jedno jest jednak pewne, nie pożałujecie, że te perypetie poznaliście J.

Książka osadzona jest we współczesności, w jednym z podlubelskich miasteczek. Życie toczy się tam swoim własnym torem, każdy zna swojego sąsiada i wie co się dzieje w jego domu. Ludzie wtykają nos w nie swoje sprawy i przychodzi im to całkiem naturalnie. Nikogo nie dziwi obcy człowiek radzący, którą wodę mineralną powinno się zakupić. Okazuje się jednak, że nawet w takiej mieścince dziać się mogą rzeczy, których nie powstydziłoby się żadne wielkie miasto. Szaber, przemyt, ukrywanie łupów, morderstwa i szalone ucieczki stają się codziennością, kiedy na jaw wychodzą machlojki jednej z bardziej znanych rodzin w miasteczku. Jak potoczą się losy bohaterów? Kto przeżyje te wszystkie perypetie i wyjdzie z nich obronną ręką? Komu nie będzie dane doczekać finału tej historii? O tym przekonajcie się sami J.

Jedno jest pewne, pióro pani Małgorzaty J. Kursy jest wyjątkowo lekkie i łatwo przyswajalne. Dzięki Teściowej… zyskałam kilka chwil wytchnienia i zupełnie nowe spojrzenie na otaczającą mnie rzeczywistość. Koniec końców okazało się oczywiście, że sięgnęłam po przezabawny kryminał. Przyznam szczerze, że spodziewałam się po tej książce czegoś zupełnie innego. Sam tytuł sugerował, że poznam teściową z piekła rodem. Otrzymałam zabawną historię z morałem, którą śmiało mogę polecić każdej napotkanej osobie. Warto przeczytać. Zdecydowanie.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Prozami

14 stycznia 2012

Troja, miasto, ku…, wolności!* („Ofiara Polikseny” Marta Guzowska)


„Ofiara Polikseny” Marta Guzowska
wyd. W.A.B.
rok: 2012
str. 432
Ocena: 4,5/6



Ofiara Polikseny jest debiutancką powieścią doktor Marty Guzowskiej, pani archeolog, pracującej dla Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego. Autorka obecnie mieszka w Wiedniu i od dwunastu lat jest członkiem ekipy wykopaliskowej w Troi. Książka, którą właśnie miałam okazję przeczytać, jest pierwszą częścią cyklu kryminalno-archeologicznego, którego głównym bohaterem jest Mario Ybl.  

Przyznam szczerze, że wyczekiwałam tej pozycji z niecierpliwością. Niezmiernie zaintrygował mnie opis tej powieści, przede wszystkim zaś fakt, iż jej clue miało dotykać kwestii związanych z archeologią i antropologią. Jak się można domyślić są to tematy, które w jakiś tam sposób mnie fascynują i o których lubię od czasu do czasu dowiedzieć się odrobinę więcej. Książka trafiła do mnie akurat w czasie zwolnienia lekarskiego, co normalnie uznałabym za niezwykle pozytywne zrządzenie losu. Niestety nie tym razem. Choroba rozłożyła mnie na łopatki i uniemożliwiała osiągnięcie wysokiego poziomu skupienia, który niezbędny jest przy tego typu literaturze. I tak właśnie do mojej listy niewątpliwych „sukcesów” zaliczyć muszę czytanie powieści przez siedem dni, z czego cztery miałam wolne (przynajmniej teoretycznie). Nie żałuję jednak ani jednej minuty poświęconej tej pozycji. Każde przeczytane zdanie, każdy akapit, ba, każda strona, przenosiły mnie do niezwykłego świata tureckiego wybrzeża, na którym, jak się okazuje, nie ma rzeczy niemożliwych.

Trwa upalne lato, które w Turcji jest wyjątkowo uciążliwą porą roku. Wokół panoszą się tysiące, jeśli nie setki tysięcy much, które uparcie próbujących zaatakować i podbić każdy odsłonięty skrawek ciała człowieka. Gdy zaczyna brakować takich fragmentów w ludzkiej przestrzeni cielesnej – uparte muchy dobierają się do trudnodostępnych zakątków. Wówczas to dopiero rozpoczynają się ich prawdziwe harce, które, zdawałoby się, mają tylko jeden cel – doprowadzić przeciwnika – człowieka, do szewskiej pasji. Jak się jednak okazuje, te przeklęte owady to nie jedyny szkopuł dokuczający nowoprzybyłym w te rejony. Kolejnym problemem jest niesamowita wilgotność, która doprowadza ludzi na skraj wytrzymałości. Połączenie tych trzech przesłanek: temperatury, owadów i wilgotności daje wybuchową mieszankę, której w zasadzie z niczym nie da się porównać. Już po dwóch tygodniach prac wykopaliskowych, antropolog – Mario Ybl wie, że przyjazd do Troi, a w zasadzie do tego, co zostało po tym archaicznym mieście, nie miał większego sensu. Jego związek z Polą Mor to już zamierzchła przeszłość. Do tego brakuje widoków na inne, bardziej udane relacje. Wokół panoszą się znienawidzone insekty, a ilość tlenu w powietrzu jest znikoma. Prace w terenie trwają od bladego świtu do późnej nocy i nikt nie jest w stanie stwierdzić, po co to wszystko. Rejon Besik, w którym odkryto całopalne cmentarzysko, podejrzewany jest o noszenie w swych ziemiach przez tysiące lat ciał Achajów. Niestety, dokonane dotychczas odkrycia nie potwierdzają tej tezy. Jakby tego było mało, piwo sprzedawane w miejscowych barach i sklepach jest ciepłe i ohydne. Wszystko wskazuje na to, że może być tylko gorzej. Niespodziewanie jednak ekipa Maria dokopuje się do zachowanych w całości kobiecych szczątków. Już pobieżne oględziny przynoszą szokujące wyniki – kobieta najprawdopodobniej została zamordowana. Dodatkowo jej ciało obłożone zostało czysto złotymi blaszkami, istnieje więc prawdopodobieństwo, iż była to bardzo ważna w okolicy osoba. Postawiona zostaje hipoteza, iż odnaleziono ciało mitycznej Polikseny, najmłodszej córki Priama będącej branką Achillesa. Czy to możliwe? Jeśli to ona, to kto i dlaczego ją zamordował? Czy to wyjątkowe znalezisko może uratować całe wykopaliska? Te, i wiele innych pytań, zaczynają nurtować grupę archeologów. Nie jest im jednak dane szybkie rozwikłanie tych zagadek. Niedługo po sensacyjnym znalezisku, na jednym z ołtarzy archaicznego cmentarzyska odkryte zostaje kolejne ciało. Tym razem jest to jednak „świeży trup”, w dodatku należący do znanej wszystkim osoby. Czyżby miejsce wykopalisk obciążone było jakąś klątwą? Okazuje się to całkiem prawdopodobne, bo tureckie władze cofają ekipie pozwolenie na wykopaliska. Czy te wydarzenia są ze sobą powiązane? Kto posiada klucz do rozwiązania piętrzących się zagadek? Czy morderca uderzy ponownie i będzie więcej ofiar? Czy zdecydowanie szalony i bardzo bezpośredni główny bohater znajdzie odpowiedź na którekolwiek z tych pytań? Jeśli tak, to czy kogoś one zainteresują, nim zrazi on do siebie całą grupę? By się tego przekonać musicie sięgnąć po debiutancką powieść Marty Guzowskiej, zatytułowaną Ofiara Polikseny.

Jeszcze przed rozpoczęciem lektury byłam tą pozycją zaintrygowana, a później, każda przeczytana strona jedynie pogłębiała mój stan. Autorka znalazła idealną równowagę między przekazywanymi informacjami z dziedziny archeologii i antropologii a częścią kryminalną powieści. Dzięki temu czytelnik rozwiązuje zagadkę kawałek po kawałku, napięcie jest dozowane stopniowo, tak samo jak przekazywane przez autora informacje. Przyznam szczerze, że wytypowałam mordercę zaraz na początku, ale powątpiewałam, by mój typ okazał się trafiony. Pod koniec byłam mile zaskoczona, ponieważ okazało się, że nic nie jest takie, jakie się początkowo wydawało. Każdy ma ukryte pobudki, nikt nie mówi całej prawdy, nikogo nie interesuje to, co się dzieje naokoło. Archeolodzy okazują się bardzo egoistycznymi materialistami. Jeśli zaś chodzi o głównego bohatera, to muszę przyznać, że nie miałam okazji wcześniej spotkać się z tego typu kreacją człowieka. Po trochu przypomina mi on bohatera, którego w swych powieściach wykreował Marek Harny, przy czym jest on dużo bardziej prześmiewczy, bezpośredni i sarkastyczny. Nie ma dla niego tematów tabu, nie ma działań, których nie byłby w stanie się podjąć, by dopiąć swego. Koniec końców okazuje się jednak, że są osoby, dla których jest w stanie zrobić wszystko, nawet pokonać trawiącą go od lat chorobę.

Całość czyta się bardzo sprawnie. Każda strona dostarcza nowych wrażeń. Wszystkie informacje są istotne i umożliwiają rozwiązanie stworzonej przez autorkę łamigłówki. Jak sama Marta Guzowska stwierdziła, powieść zawiera wiele odchyleń od rzeczywistości, mnie jednak ta fikcja literacka nie przeszkadzała. Wręcz przeciwnie, przecież nie czytam tylko po to, by poznawać fakty historyczne. Książkę przeczytałam z wielką przyjemnością i chętnie sięgnę po kolejne części tej tworzącej się właśnie serii. Zachęcam do tego również Was. Warto.

*383

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa W.A.B.
Baza recenzji Syndykatu ZwB

12 stycznia 2012

W taką, taką ciszę… („Cisza” Becca Fitzpatrick)


„Cisza” Becca Fitzpatrick
wyd. Otwarte
rok: 2011
str. 400
Ocena: 4,5/6



Przyznam szczerze, że ocenę tej książki kilkukrotnie zmieniałam i to nie tylko w trakcie pisania tej recenzji, ale i w trakcie samej lektury. Głównie wahała się ona między 4 a pięć. Były oczywiście również momenty, w których miałach ochotę wystawić jej szóstkę albo tróję i to na szynach. Stanęło jednak na czwórce z dużym plusem. Za co? Chyba przede wszystkim za głównych bohaterów – Patcha i Norę. Za ich walkę, siłę przetrwania i za ten bunt przeciw nieustającym przeciwnościom losu. Za miłość, która ich połączyła i która przetrwała… wszystko. Ale do rzeczy.

Z cyklem Szeptem chciałam zapoznać się od razu, gdy tylko pojawił się na polskim rynku. Nie było mi to jednak wówczas dane. Zarówno część pierwszą – Szeptem, jak i drugą – Crescendo, poznałam latem 2011. No i oczywiście zakochałam się. Może nie na zabój, może nie bez pamięci, ale jednak. Bo to niezwykła opowieść. Przynajmniej według mnie. Długo czekałam na kolejną część, Ciszę, a kiedy tylko została wydana, zaczęłam się o nią starać. W końcu się udało i zaraz po świętach rozpoczęłam jej lekturę. Co prawda nie udało mi się jej zakończyć w roku 2011, ale za to mogę powiedzieć, że bardzo dobrze zaczęłam rok 2012.

Crescendo zakończyło się dość tragicznie i niespodziewanie, dając początek Ciszy. Nora została porwana przez Czarną Rękę, wobec czego Patch musiał rozpocząć natychmiastowe działania. Niestety nie udało mu się jej uwolnić, wykupić albo odnaleźć. Wobec tego postanowił się poświęcić i zawrzeć układ z największym ze swoich wrogów. Niestety, jak się można było spodziewać, układ okazał się wybitnie sprawiedliwy. Patch oddał wszystko co posiadał, w zamian otrzymując jedynie obietnicę, że za kilka miesięcy Nora odzyska wolność. Niemal dwanaście tygodni później Nora budzi się na miejskim cmentarzu. Pierwsza myśl, jaka przychodzi jej do głowy dotyczy tego, w jaki sposób znalazła się w tym miejscu. Niestety okazuje się, że nie jest w stanie sobie tego przypomnieć. W ogóle niewiele pamięta, wszystko wydaje jej się mętne, niepewne i takie odległe. Kiedy w końcu trafia wśród ludzi dowiaduje się, że jest wrzesień i od prawie trzech miesięcy mieszkańcy Coldwater próbują ją odnaleźć. Dziwne jest jednak nie tylko to bo, jak się okazuje, ostatnie zapamiętane przez nią zdarzenia miały miejsce w kwietniu. Lekarze stwierdzają amnezje wywołaną traumą, jaką niewątpliwie było porwanie. Nora postanawia być silną, nie załamuje się i wraca do szkoły, gdzie wita ją stara przyjaciółka Vee, która z grubsza nakreśla dziewczynie wydarzenia kilku ostatnich miesięcy. Nie wspomina jednak ani słowem o Patchu. W ogóle nikt nic o nim nie wspomina – chłopak rozpływa się jak przysłowiowa kamfora. Pojawia się natomiast Scott Parnell, przyjaciel z dzieciństwa będąc zarazem Nefilem, który wyjawia jej, w wielkim skrócie, co wydarzyło się tuż przed jej uprowadzeniem. Przy okazji chłopak nakreśla jej jak wyglądają dość skomplikowane relacje ludzi, Nefili i upadłych aniołów. Nora, po pierwszym szoku, postanawia pomóc Scottowi w unicestwieniu Czarnej Ręki. Czy im się to uda? Jak potoczą się ich losy? Gdzie podział się Patch? Czemu zniknął z życia i pamięci dziewczyny? Czy jest szansa, że jeszcze kiedyś Nora spotka go na swojej drodze? Kim jest tajemniczy Jev, który z wyraźną niechęcią ratuje ją z tarapatów i to niejednokrotnie? Czy to możliwe, by dziewczyna nigdy nie przypomniała sobie przeszłości, a wielka, ponadczasowa miłość, jaka połączyła ją z pewnym upadłym aniołem zniknęła na zawsze? By się tego przekonać musicie poznać Ciszę, najnowszą powieść Beccki Fitzpatrick.

Jak wspominałam już wcześniej, jestem zakochana w tej serii i Ciszę czytałam z wypiekami na policzkach. Z wielkim rozrzewnieniem wyczekiwałam spotkania Nory z Patchem. Niestety musiałam czekać na to całkiem długo. Dlatego? Tego niestety nie mogę Wam zdradzić, ale bardzo zachęcam Was do poznania całej serii. Dzięki temu będziecie mogli samodzielnie dowiedzieć się, co takiego przytrafiło się Norze i Patchowi. Mnie ta historia (w całości) bardzo się podoba. Po jej zakończeniu już wiem, że mogę spodziewać się kontynuacji. Wiem również, że nie wszystko jest zawsze tak, jakbyśmy tego chcieli. Jak się okazuje romanse paranormalne, choć w gruncie rzeczy bardzo do siebie podobne, mogą się jednak różnić. Seria Szeptem według mnie wyróżnia się pozytywnie i na pewno sięgnę po kolejne jej części, jeśli autorka zdecyduje się je wydać. Jedyne co mogę zarzucić tej powieści, to okazjonalne popadanie w tandetę. Na całe szczęście takich momentów w całej książce było zaledwie kilka. Cisza, jak i cały cykl autorstwa Beccki Fitzpatrick, skierowany jest zdecydowanie do młodszego grona czytelników, nie znajdziemy więc w niej ostrych scen i rozwiązłych bohaterów. Muszę jednak przyznać, że nie brakowało mi tego. Czasem miło przeczytać o takiej niemalże czystej, niemalże platonicznej miłości. Zdecydowanie polecam. Warto przeczytać.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości portalu Duże Ka

6 stycznia 2012

Uwikłana („W sieci tajemnic” Pam Jenoff)


„W sieci tajemnic” Pam Jenoff
wyd. G+J
rok: 2011
str. 268
Ocena: 5/6



Zdarza Wam się czasem zabrać za lekturę, której zupełnie się nie spodziewacie? Mieliście kiedyś okazję sięgnąć po powieść nie czytając wcześniej obwoluty? Przytrafiło się Wam może już na wstępie czytanej książki wpaść w takie zdumienie, że odebrało Wam mowę? Mnie się dotychczas coś takiego nie przytrafiło. Aż do teraz. Aż do momentu, w którym zdecydowanym ruchem dłoni z półki ściągnęłam powieść Pam Jenoff, zatytułowaną W sieci tajemnic. I… No właśnie. Otworzyłam oczy ze zdziwienia, rozdziawiłam usta, pokręciłam głową, uśmiechnęłam się. Bo dostałam coś, czego zupełnie się nie spodziewałam. Taki prezent gwiazdkowy zaraz po nowym roku J.

W sieci tajemnic to druga powieść Pam Jenoff, jaką miałam przyjemność przeczytać. Kilka miesięcy temu sięgnęłam po Prawie w domu i poczułam się… jakbym właśnie tam trafiła. Do domu. Bo to było to. Takie książki lubię czytać. Takie historię do mnie trafiają. Z takimi pozycjami mogłabym egzystować na co dzień. Bo w tej powieści autorka połączyła wszystko, czego zwykle szukam. Z tego właśnie powodu w ciemno zdecydowałam się na kolejną wydaną przez G+J książkę pani Jenoff. Nie przeczytałam zapowiedzi. Nie podejrzałam obwoluty. Zamówiłam i tyle. A w środku znalazłam, jak już wcześniej wspomniałam, bardzo niespodziewany prezent. Jaki? Może się to wydać dziwne, ale prezentem tym była bohaterka – Jordan Weiss, z którą miałam okazję się już wcześniej zaprzyjaźnić. To właśnie o losach Jo opowiadała autorka w swojej poprzedniej powieści Prawie w domu.

Jordan Weiss, oficer w wywiadzie Departamentu Stanu, po wydarzeniach mających miejsce w Wielkiej Brytanii i po zaskakującym wyznaniu swojej mentorki i jednej z najlepszych przyjaciółek – Mo, składa wymówienie. W zamian za informacje i udzieloną pomoc, zachowuje w tajemny machlojki, jakich dopuściła się jej szefowa. Jordan nie jest z tym łatwo, wie jednak, że inaczej nie będzie mogła zrealizować nagle zrodzonego w jej umyśle planu. Teraz nasza bohaterka ma tylko jeden cel – odnaleźć Jareda Shorta, swoją studencką miłość, człowieka który, jak dotąd przypuszczała, zginął dziesięć lat wcześniej. Jordan nigdy tak naprawdę nie uwolniła się od tego szczeniackiego uczucia i przez następną dekadę prześladowały ją wspomnienia tego związku. Każdego mężczyznę porównywała ze zmarłym kochankiem i, jak można się domyślić, żaden tej konfrontacji nie przetrwał. Nikt nie mógł dorównać wybitnemu doktorantowi z Cambridge. Kobieta udaje się w pasjonującą i pełną zaskakujących zwrotów akcji wyprawę. Ostatnio bytność Jareda zarejestrowano w Monako i tam właśnie swe kroki kieruje bohaterka W sieci tajemnic. Na miejscu natyka się na piękną blondynkę, Nicole, która zaprzecza jakoby znała dawnego kochanka Jordan. Ta jednak wyczuwa, że dziewczyna najzwyczajniej w świecie się boi. Po namyśle postanawia wrócić do niej i ponowić prośbę o jakieś informacje. Na miejscu okazuje się jednak, że Nicole wyjechała i to najwyraźniej w wielkim pośpiechu. Zaczyna się pogoń za kobietą, w której Jo wspiera nowo poznany mężczyzna, Aaron Bruck, prywatny detektyw, wynajęty do odnalezienia Nicole Martin. Gdzie poniosą ich odkrywane na każdym kroku wskazówki? Jak sobie poradzą, jeśli wpadną w tarapaty? Czy dwie obce sobie osoby mogą zacząć współdziałać tak, by rozgryźć piętrzące się przed nimi zagadki? Co czeka ich tuż za rogiem? Czy dzięki Nicole, Jordan odnajdzie Jareda? Czemu mocodawcy Ariego poszukują Nikki? Co ukrywa mężczyzna? Czy ta dwójka jest w stanie zaufać sobie na tyle, by doprowadzić sprawę do końca? Tego, i nie tylko tego dowiecie się, jeśli sięgniecie po omawianą w tej recenzji powieść

W sieci tajemnic jest zdecydowanie krótszą książką niż pierwsza część tej mini serii, czyli Prawie w domu. I to właśnie stanowi, moim zdaniem, jedyną wadę tej lektury. Czyta się ją ekspresowo i już po pierwszych kilku stronach żałuje się, że wkrótce się skończy. Tych 268 stron mnie zdecydowanie niezadowoliło, bo o losach Jordan mogłabym czytać i czytać. No ale cóż, cieszy mnie, że autorka w ogóle zdecydowała się na kontynuację tej powieści. Pamiętam, jak po przeczytaniu pierwszej części mówiłam mężowi, że chętnie przeczytałabym dalsze losy tej bohaterki – tak spodobała mi się sama wizja tego, jak pisarka mogłaby rozwinąć wszystko. No i patrzcie, życzenia czasem się spełniają i otrzymujemy niespodziewane prezenty. Bo oczywiście, nigdy mi nawet nie przyszło do głowy, by chociaż sprawdzić, czy Prawie w domu nie ma kontynuacji. Tym razem, zaraz po zakończeniu lektury, sprawdziłam, czy mogę spodziewać się części trzeciej. No i niestety, Pam Jenoff oficjalnie poinformowała, że nie ma zamiaru opisywać dalszych losów Jordan. A szkoda. Wielka szkoda. No ale cóż, jakoś to przeżyję. Chyba.

W sieci tajemnic to pasjonujący kryminał sensacyjny z elementami (dość licznymi) romansu. Jest to mój ulubiony typ literatury o który, niestety, nie jest tak łatwo na polskim rynku wydawniczym. A to kolejna szkoda, bo według mnie ten gatunek zasługuje na coraz szersze rozpowszechnianie. Styl autorki jest bardzo ciekawy i pociągający. Pam Jenoff pisze na tyle intrygująco, że w zasadzie od pierwszej strony czytelnik wciąga się w opisywaną przez nią historię i nie jest w stanie się od niej oderwać aż do jej zakończenia, które następuje za szybko. Historia stworzona przez pisarkę jest pasjonująca i aż kipi od nadmiaru energii. Polecam każdemu. Zdecydowanie warto sięgnąć po W sieci tajemnic.

Książkę przeczytałam dzięki uprzejmości Wydawnictwa G+J.
Baza recenzji Syndykatu ZwB