Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styczeń 2014. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą styczeń 2014. Pokaż wszystkie posty

5 lutego 2014

Organity („Dziewczyna w stalowym gorsecie” Kady Cross)

„Dziewczyna w stalowym gorsecie” Kady Cross
wyd. Fabryka Słów
rok: 2013
str. 440
Ocena: 4,5/6


Oj, długo czekałam na tę książkę. Ze mną to zawsze tak jest, że jak nie uda mi się sięgnąć po upragnioną powieść zaraz po jej otrzymaniu, to potem jest to niezmiernie trudne. Baaardzo, bardzo trudne. Dziewczyna w stalowym gorsecie docierała do mnie dość długo. Jakoś trafić nie mogła. W końcu zawitała w moich progach późną jesienią. No i jak się można było spodziewać, było wówczas wiele pilniejszych spraw. Teraz jednak już nie wytrzymałam i zajrzałam do niej. A gdy to zrobiłam, nie było już odwrotu. Musiałam ją przeczytać. Czy było warto? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie zapoznać się z poniższym tekstem.

Finley Jayne najchętniej schowałaby się jak mysz pod miotłą - byle tylko nikt nie zwracał na nią szczególnej uwagi, byle tylko mogła w spokoju wykonywać przydzielone jej obowiązki. Niestety nie jest jej to dane, w związku z czym notorycznie popada w tarapaty i zmienia pracę niemal z częstotliwością zmiany bielizny na czystą. Obecnie jest osobistą pokojówką lady Alyssy w domu August-Raynesów. Z samej pracy jest zadowolona (no może poza tym, że niewiele czasu pozostaje jej na sen), problemy stwarza jednak jeden z domowników - dwudziestojednoletni Felix. To z jego powodu lady Alyssa musiała znaleźć nową pokojówkę, bo poprzednia... powiedzmy, że nie wyszła bez szwanku po spotkaniu z nim. Filney udawało się go unikać przez dwa tygodnie, jednak tego wieczoru, a w zasadzie nocy, nie miała już wyboru i stanęła z nim twarzą w twarz. Jak się można było spodziewać, owo spotkanie nie skończyło się zbyt wesoło, na szczęście niekoniecznie dla głównej bohaterki. Zbiega ona z miejsca zdarzenia i... wpada w kolejne tarapaty, a właściwie pod koła pewnego pojazdu kierowanego przez księcia Greythorne - Griffina Kinga. No i tak właśnie zaczyna się niezwykła opowieść o dziewczynie skrywającej dwie twarze niczym doktor Jekyll i pan Hyde.

Chwilę trwało, nim wczytałam się w powieść, zgłębiłam jej tajniki i wsiąkłam w nią niczym w bagno. Ale gdy już to się stało, nie liczyło się nic innego. Pochłaniałam losy Finley w zastraszającym tempie równocześnie bojąc się, że zakończenie nieubłaganie się zbliża. Wielkimi krokami. Strony przelatywały mi przez palce, a ja drżałam z oczekiwania. Co będzie dalej? Czy Finley uda się wtopić w nowe otoczenie? Czy zyska przyjaciół? Czy będzie szczęśliwa? Czy odnajdzie bratnią duszę? Czy uda się jej skleić wewnętrzne rozdarcie i stać jedną osobą? Jeśli tak, to jakim nakładem kosztów? Na szczęście udało mi się znaleźć odpowiedzi na większość tych pytań, i nawet mnie one usatysfakcjonowały. W całą historię niesamowicie się wciągnęłam i wiernie, do samego końca, kibicowałam głównej bohaterce, która borykała się z dość sporymi problemami.  Wychodziło jej to jednak całkiem dobrze. Uparta i dumna, nie zawsze przyjmowała wyciągniętą do niej, pomocną dłoń. Potrafiła jednak odnaleźć się w każdej sytuacji i w razie potrzeby stanąć w obronie słabszych, bez względu na to, która natura akurat przez nią przemawiała.


Niestety powieść nie zakończyła się tak, jak mi się to marzyło. Może to jednak i dobrze, bo autorka nie pozostawiła czytelnika w niepewności - na pewno będą kolejne części tej pasjonującej historii. Już się nie mogę doczekać, gdy będzie mi dane przeczytać dalsze losy Fin i Griffa. Książkę polecam z czystym sumieniem, zdecydowanie warto poświęcić czas na jej lekturę.

28 stycznia 2014

W formie - "Moje lata w Top Gear” Jeremy Clarkson

Moje lata w Top Gear” Jeremy Clarkson
wyd. Insignis
rok: 2013
str: 556
ocena: 6/6


Cała recenzja mogłaby zawrzeć się w jednym zdaniu brzmiącym mniej więcej tak: mimo swojej sporej objętości, książka warta jest każdej chwili spędzonej na lekturze – polecam. Niestety, mimo iż temat w moich oczach został wyczerpany, to muszę napisać coś więcej ze względów formalnych, tak aby recenzja była dłuższa niż opis książki sporządzony przez wydawcę. Tak więc będę się starał sprostać temu zadaniu.

Cięty język Clakson’a, który do tej porty znałem tylko z telewizyjnego Top Gear'a, trafił w moje gusta również w wersji papierowej. Na samym początku okazało się, że książka jest zbiorem już wcześniej opublikowanych felietonów – tak więc od razu pomyślałem sobie, że przez swoje lenistwo związane z niechęcią do czytania wcześniejszych dzieł tego autora jedną książką wszystko załatwię. Niemal na każdej stronie trafiały się perełki, które wywoływały niepohamowaną i szczerą radość, którą chciałem się dzielić ze swoją lepszą połówką, ale Ona z tego faktu nie była zbytnio zadowolona. Zresztą nie ma się jej co dziwić, bo przecież co ją obchodzi dziesięć tysięcy wersji Porsche 911.

Kolejne felietony podzielone są na lata publikacji. Okazuje się, że przygoda Clarkosn’a z Top Gear rozpoczęła się w 1993 roku. Lektura książki pozwala nam wrócić do rzeczywistości minionych lat i zobaczyć jak autor postrzegał ówczesny świat. Proszę zwrócić uwagę na zwrot „postrzegał”, bo poglądy autora ulegały zmianie na przestrzeni kolejnych lat, co bardzo łatwo można zaobserwować, w trakcie lektury. Clarkson wywołuje zazdrość milionów ludzi, w tym także i moją, mogąc poruszać się najszybszymi i najdroższymi samochodami na świecie. Niestety nie wykorzystał potencjału drzemiącego w czterokołowych bestiach, w których żyłach płynie benzyna. Zapomniał, albo specjalnie nie chciał, umieścić zdjęć owych potworów w swojej najnowszej książce – przez co całość straciła w mojej opinii, bo każdy kto mnie zna dobrze wie, że brak bogatych ilustracji jest w mojej opinii wielkim minusem dla publikacji. W Polsce książka trafiła na nasze półki dzięki wydawnictwu Insignis. O ile fajna okładka z Veyron’em i straszącą facjatą autora jest bogata to wnętrze bardzo rozczarowuje. Pożółkły papier sprawił wrażenie, że mamy do czynienia z wiekową publikacja – na szczęście szybko poczułem zapach nowej książki. Taki zabieg pozwolił oferować książkę w cenie około 30 zł. Czy warto? Jeśli lubicie czytać, czasem kontrowersyjne - opinie to na pewno warto.  Poza tekstami, książka ma jeszcze jedną zaletę. Mianowicie każdy rok, to znaczy rozdział, zaczyna się od zestawienia najlepszych utworów muzycznych i filmów oraz szkicu (czemu nie zdjęcia?) samochodu roku.  


Mam nadzieje, że wymogi formalne co do objętości recenzji spełniłem, a nawet jeśli nie, to trudno więcej już nie napiszę, bo muszę wyruszyć na poszukiwania starszych książek Clarkson’a, twórcy imperium i marki Top Gear.

Artur Borowski

20 stycznia 2014

Daleko, daleko stąd... („On” Łukasz Henel)

„On” Łukasz Henel
wyd. Videograf
rok: 2013
str. 288
Ocena: 4/6


Gdy czytam, lubię czuć emocje. Uwielbiam ten dreszczyk przebiegający mi po plecach, gdy coś się dzieje. Kocham kryminały, uwielbiam thrillery, lubuję się w sensacji. Po powieści grozy raczej nie sięgam, ale i one czasem wpadają w moje zachłanne dłonie. Jedne przypadają mi do gustu, inne odkładam na półkę z obrzydzeniem. Przyznam szczerze, że do najnowszej książki Łukasza Hanela zatytułowanej On podchodziłam dość sceptycznie, a gdy w końcu rozpoczęłam lekturę targały mną różnorakie odczucia. W końcu jednak zagościła w mojej głowie jedna myśl, mianowicie, że książka jest bardzo dziwna i tajemnicza. Ale chyba o to chodzi w powieściach grozy, prawda? Tak mi się przynajmniej wydaje.

Podczas podróży, młody poznański biznesmen widzi przy drodze autostopowiczkę. Pogoda jest koszmarna, a dziewczyna nie daje w żaden sposób znać, że potrzebuje podwózki. Tomasz dłuższą chwilę zastanawia się, czy na pewno powinien się zatrzymywać. Może to jakaś pułapka? Albo dziewczyna uzna go za zboczeńca lub mordercę? Przypomina mu się jednak, że były czasy, gdy i on potrzebował skorzystać z uprzejmości innych kierowców. Teraz stać go na drogie auto, a na koncie ma kilka zer więcej niż reszta jego znajomych. Zatrzymuje więc białego lexusa i zaprasza dziewczynę do środka. Młoda kobieta jest dość tajemnicza. Praktycznie się nie odzywa, nie mówi, gdzie chciałaby zostać podwieziona. Uśmiecha się tajemniczo i jedynie przytakuje. Ostatecznie Tomasz wysadza ją w najbliższej wiosce, praktycznie z dala od zabudowań. Mężczyzna niemal natychmiast orientuje się, że zostawiła coś z samochodzie - medalion. Postanawia więc go jej zwrócić. Wchodzi za nią w ciemny las, ale jej nie znajduje. Na jego drodze staje jednak pałac, który najwyraźniej został wystawiony na sprzedaż. Niebywałym zbiegiem okoliczności interes, który Tomasz planował, nie dochodzi do skutku. Mężczyzna postanawia więc zainwestować "odrobinę" więcej i kupić pałac. Może zrobi z niego hotel? Albo restaurację? Kiedy jednak przystępuje do rzeczy, zaczynają się dziać dziwne i przerażające rzeczy.

Początkowo fabuła wydaje się błaha, a nawet banalna. Akcja niby jest przerażająca, ale równocześnie, by naprawdę się przestraszyć, należy głęboko zagłębiać się w tekst, a to miejscami bywa nużące więc... trudno się przestraszyć. Jednak z każdą kolejną linijką, wraz z kolejnym akapitem i przewróconą stroną autor pokazuje nam więcej, a to zmusza czytelnika do większego skupienia. A to pociąga za sobą zdwojony strach. Co będzie dalej? Czy to, co widzi bohater ma faktycznie miejsce? Ktoś sobie robi głupie żarty? A może to duchy? Trudno znaleźć jakąkolwiek odpowiedź. Czym lub kim jest tytułowy On? Co chce lub musi zrobić? Jakie ma zadanie? Jak skończy się ta historia? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po powieść Łukasza Hanela.


Mnie książka się podobała, ale nie przekonała mnie zupełnie do siebie i do swojego gatunku. Czegoś mi w niej brakowało. Choć była dobra i miała potencjał, to jednak nie była moja bajka. Może chodziło o troszkę przydługie opisy? A może o to, że fabuła miejscami wydawała mi się tak dziwna, że aż śmieszna? Szczerze powiedziawszy trudno mi jednoznacznie stwierdzić, co mi nie pasowało. Ważne jednak, by spodobała się wielbicielom gatunku, i myślę, że z tym nie będzie problemu.

Baza recenzji Syndykatu ZwB

16 stycznia 2014

Prosty przepis na utratę wszystkiego („Upadające królestwa” Morgan Rhodes)

„Upadające królestwa” Morgan Rhodes
wyd. Gola
rok: 2013
str. 512
Ocena: 4/6


Uwielbiam książki paranormalne, to chyba wie każdy, choć odrobinę mnie zna. Jeszcze bardziej lubię pozycje, które łączą w sobie kilka gatunków literackich, np. romans z dramatem, kryminałem czy właśnie wątkiem paranormalnym. A jeszcze lepiej - jak jest tych rodzajów literackich w powieści jak najwięcej. No nie da się ukryć, zakręcona jestem i takie też książki czytuje. Nie dla mnie gorący romans kipiący od pożądania, w którym brak czegokolwiek poza miłością głównych bohaterów (problemy egzystencjonalne typu: jak żyć, do mnie nie trafiają). Moją bajką nie są powieści obyczajowe, w których ktoś traci wszystko, a potem bez większego problemu, na tym niby gruzowisku, stawia zamek, który już na pewno nie runie. Dla mnie liczą się emocje i sensacja, oraz magia - duuużo magii. Dlatego, gdy tylko zaproponowano mi lekturę Upadających Królestw - zgodziłam się bez wahania. W końcu miała być to powieść idealna dla mnie - paranormalna, pełna zwrotów akcji, sensacyjnych wydarzeń oraz miłości. Czy mogłabym pragnąć czegoś więcej?

Upadające Królestwa to tak naprawdę trzy, kiedyś stanowiące jedność krainy: Auranos, Paelsia i Limeros. Różnią się one diametralnie, ale pod wieloma względami stanowią swoje lustrzane odbicie. Ludzie żyją w nich pod zwierzchnictwem króla bądź wodza. Nie ma jednak znaczenia, kto sprawuje rządy. Jedno jest natomiast pewne - tym, mieszkającym za wysokimi murami, nic złego się nie dzieje. Jakiej biedy nie klepaliby poddani, władza ma się dobrze. W tym książka absolutnie nie odstaje od rzeczywistości. Nie da się również ukryć, że w jednej z tych krain żyje się zdecydowanie lepiej, niż w pozostałych. Auranos, bo o nim mowa, nie ma problemów z niedostatkami jedzenia, a pogoda zwykle u nich dopisuje. Dawno zawarte umowy, regulujące handel między królestwami, zdążyły już powygasać i teraz w Auranosie brakuje jedynie takich zbytków, jak dobre wino. To ostatnie produkowane jest w Paelsi, ale z powodu znacznej biedy, to Auranos dyktuje co, kiedy i za ile zakupi. Wśród mieszkańców pokrzywdzonych przez los krain narastać zaczyna napięcie, a ich władcy zrzeszają się i podejmują ostateczną decyzję - czas stanąć do walki. Równocześnie, a w zasadzie na pierwszym planie, rozgrywają się większe i mniejsze dramaty dzieci władców i zwykłych mieszkańców. Są i tacy, którym w głowie tylko magia, a jedyne w co wierzą, to to, że wkrótce spełni się przepowiednia i ta, która narodziła się szesnaście lat wcześniej, posiądzie władzę nad czterema żywiołami.

Czy w przepowiedni jest choć krztyna prawdy? Czy królestwa staną do walki? Jeśli tak, to jak się ona zakończy? Jak potoczą się losy Cleo, Janosa, Lucii i Magnusa? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Upadające Królestwa, pierwszą cześć trylogii autorstwa Morgan Rhodes.


Mnie osobiście książka się podobała, ale nie powaliła mnie na kolana. Czytało się ją dobrze, ale nie wyśmienicie. Główni bohaterowie to buńczuczne nastolatki, którym wydaje się, że mogą góry przenosić. Niczego się nie boją, żadna siła nie jest im straszna, żadna podróż za długa. Może to i dobrze, że są nastawieni w ten, a nie inny sposób, bo inaczej na pewno nie podołaliby zadaniom, jakie zostały im przydzielone. Akcja Upadających Królestw wciąga, jest ciekawie zarysowana, ale skierowana zdecydowanie do młodszego, mniej wymagającego odbiorcy.

7 stycznia 2014

Żółwik („Michael Vey. Więzień celi 25” Richard Paul Evans)

„Michael Vey. Więzień celi 25” Richard Paul Evans
wyd. Fabryka Słów
rok: 2013
str. 368
Ocena: 4/6


Chyba nikt żyjący w realnym świecie nie zakłada, że mógłby się nagle, z minuty na minutę, przenieść do zupełnej fantazji. No, przynajmniej ja tak nie robię. A chyba jednak czasem powinnam, bo okazuje się, że wokół czyha wiele niebezpieczeństw. Jeden nieostrożny ruch i można wpaść do króliczej nory rodem z Alicji w krainie czarów. Tyle, że nie z wszystkich tego typu tarapatów da się wydostać.

Michael jest dość niepozornym chłopcem, na co dzień mieszkającym w Idaho. Jest niewielki, raczej nie rzuca się w oczy. No dobrze, to za dużo powiedziane. Odrobinę się jednak w oczy rzuca. Jego najlepszym przyjacielem jest Ostin, szkolny kujon i, bądźmy szczerzy, grubasek. Do tego Michael choruje na Tourette'a. Nie jest to co prawda jakaś poważna odmiana, chłopak nie rzuca wulgaryzmami, ale namiętnie mruga, gdy się denerwuje. Nie pomaga mu to niestety w szkolnym życiu. Niektóre dzieciaki się z niego naśmiewają. Inne namiętnie zamykają go w szkolnej szafce. Michael jakoś by to zniósł, ale do tego dochodzi osoba dyrektora szkoły. Dallstrom ma nawyk karania ofiar za przewinienia winowajców. Nauczyciel wychodzi z założenia, że każdy powinien potrafić się obronić. Jeśli nie ma takiej umiejętności - dostaje mu się słusznie. Nie jest to tylko dziwne, ale i chyba mało wychowawcze podejście. Ale jak widać i tacy ludzie błąkają się po tym padole. Jednak nawet to nie jest największym problemem Vey'a. Chłopiec nawet gdyby chciał, nie może się bronić. Choć ma odpowiednią siłę, by przeciwstawić się każdemu. Nie może jednak ujawniać swoich ponadnaturalnych zdolności, bo mogłaby mu się przytrafić krzywda. Mu i jego bliskim. Więc się ukrywa i nie wykorzystuje swoich umiejętności. Aż do czasu...

Michael od zawsze wiedział, że coś jest z nim nie tak. I wiedział, że nie powinien z nikim dzielić się swoją wiedzą. Jednak dopiero gdy przez przypadek wykorzystuje swoją moc, zaczyna się otwierać przed nim jaskinia wypełniona wiedzą na temat jego przeszłości. Jego moce nie pojawiły się wraz z jego narodzinami. Nie jest też jedynym, dość specyficznym dzieckiem. Pewne jest natomiast, że grozi mu niebezpieczeństwo. Ktoś za wszelką cenę chce go znaleźć i nie cofnie się przed niczym.

Książka jest ciekawa i napisana w dość interesujący sposób. Sam pomysł również jest interesujący, ale... No właśnie, szkoda, że pojawia się to ale. Odniosłam wrażenie, że pierwsza część historii została napisana dużo lepiej, niż druga. Na wstępie poznajemy historię i problemy głównego bohatera. Jego codzienność i odkrywanie tajemnic. Druga część to już zupełny odlot. Pojawiają się porywacze, mordercy, tajemnicze organizacje, dzieci nie rozróżniające zła, władające niespotykanymi w przyrodzie mocami. Dzieją się straszne, niewyobrażalne wręcz rzeczy. Dzieci - dzieciom. To trudno zaakceptować.

Ogólnie powieść przypadła mi do gustu, nie była jednak wolna od wad. W książce wielokrotnie pojawiają się zwroty, których normalny nastolatek na pewno by nie użył. Do tego większość negatywnych bohaterów, masowo, pod koniec powieści przechodzi metamorfozy, których nikt się po nich nie spodziewa. Są one mało prawdopodobne, ale napawają czytelnika wiarą w ludzi i w ich możliwości. Niepozorna młodzież pokonuje przeszkody, z którymi niejeden dorosły nie dałby sobie rady. Podejmują wyzwania, przemieszczają się z miejsca na miejsce, układają plany, używają wyrafinowanej broni. Nie boją się, nie płaczą, nie chcą wracać do rodziców. Nikt ich nie szuka, jeśli ktoś się martwi ich zniknięciem - szybko przechodzi nad tym do porządku dziennego. To wszystko odrobinę dziwi, a nawet czasem podważa wiarygodność powieści. Mimo to, książka wzbudza w czytelniku liczne pozytywne odczucia. Opowiada w końcu o przyjaźni, miłości do rodziców, odwadze i przezwyciężaniu przeciwności losu. Pokazuje, że można się zmienić i, że warto walczyć.

Michael Vey. Więzień celi 25 to książka pełna sprzeczności, zdecydowanie skierowana do młodszego czytelnika.