Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień 2011. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą sierpień 2011. Pokaż wszystkie posty

17 listopada 2011

Najmądrzejsze słonie pochodzą z Polski („Woda dla słoni” Sara Gruen)



„Woda dla słoni” Sara Gruen
wyd. Rebis
rok: 2011
str. 402
Ocena: 5,5/6



Książki, filmy, słuchowiska… gdzie by człowiek nie nadstawił ucha, w końcu usłyszy od kogoś „kocham cyrk”. Ja za cyrkiem nigdy nie przepadałam. Sama nie wiem dlaczego, ale nigdy mnie nie bawił. Całkiem możliwe jednak, że nigdy nie widziałam cyrku z prawdziwego zdarzenia. Takiego cyrku, jaki opisała Sara Gruen w swojej powieści. Cyrku, który stanowi sens życia setek ludzi. Cyrku, w który można zobaczyć dosłownie… wszystko.

„Woda dla słoni” wyjątkowo krótko stała w mojej biblioteczce grzejąc sobie miejsce. Zaledwie po kilku dniach od jej przybycia nie opanowałam się i ją stamtąd zabrałam. I tak zaczęła się moja przygoda z Najbardziej Osobliwym Widowiskiem na Świecie Braci Benzinich. Wędrówka ta obfitowała w wiele zwrotów akcji, chwile prawdziwego szczęścia oraz liczne dramaty. Z tego wszystkiego, właśnie wspomnianych dramatów w powieści Sary Gruen było najwięcej. Śmiało więc mogę stwierdzić, że książkę można zaliczyć właśnie do tego gatunku prozy.

Bohaterem i narratorem powieści jest Jacob Jankowski, dwudziestotrzyletni były student weterynarii na Uniwersytecie Cornell. Jest rok 1931. Tuż przed końcowymi egzaminami, w wypadku samochodowym, giną jego rodzice. Po pogrzebie okazuje się, iż kryzys dotknął i rodzinę Jacoba. Bank przejmuje jego dom oraz praktykę weterynaryjną ojca. Chłopak załamuje się i podczas końcowych egzaminów nie jest w stanie odpowiedzieć na żadne pytanie. Tak właśnie zaczyna się historia Jacoba, który wyrusza przed siebie nie myśląc o tym, co będzie dalej. Po drodze trafia do cyrku, gdzie zostaje etatowym weterynarzem. Praca ta staje się być przepustką do zupełnie innego świata, niekoniecznie lepszego, od tego, który znał do tej pory. Jak Jacob poradzi sobie w zupełnie nowych warunkach? Czy zapomni o tragedii, która spadła na jego rodzinę? Czy praca w cyrku przywróci mu radość życia, czy też sprawi, że załamie się zupełnie? Na te, i na wiele innych pytań, odpowiedź znajdziecie podczas lektury niesamowitej powieści, jaką zdecydowanie jest „Woda dla słoni” autorstwa Sary Gruen.

Mnie powieść przede wszystkim niesamowicie wzruszyła. Pod koniec odetchnęłam z ulgą i poczułam, że wszystko… w końcu zatoczyło krąg. Okazało się, że wszystkie drogi prowadzą do cyrku - nieważne, czy się go kocha, czy nie. Dzięki powieści „Woda dla słoni” ja pokochałam cyrk. Ale nie taki, w który seans trwa trzydzieści minut, a na scenie w zasadzie nic się nie dzieje. Nie. Pokochała cyrk iluzji, miejsce tętniące życiem. Dom setek ludzi.

1 września 2011

Drwiący śmiech śmierci



„Noc śmierci” Heather Graham
wyd. Mira
rok: 2009
str. 288
Ocena: 4/6



Tym razem, podczas przeglądania mojej recenzenckiej biblioteczki trafiłam na powieść Heather Graham pod tytułem „Noc śmierci”. W zasadzie nie zastanawiałam się długo, sięgnęłam i rozpoczęłam lekturę. Już na wstępie ucieszył mnie fakt, iż jest to seria. Pani Graham stworzyła zbiór, składającą się z trzech książek opisujących losy trójki braci dziedziczących po nieznanej ciotce plantację w Nowym Orleanie. Co przyniosła mi ta powieść? Zobaczcie sami.

Aidan Flynn, trzydziestosześcioletni detektyw, były policjant i agent FBI, jest najstarszy z trójki rodzeństwa. Wraz z braćmi dziedziczy posiadłość, która, jak mówią okoliczne legendy, jest nawiedzona. Młodsi z braci, Jeremy i Zach, od pierwszego wrażenia zakochują się w tym domu. Aidan, bardziej sceptyczny z braci, czuje, że z plantacją nie wszystko jest w porządku. Do tego na otaczającym dom balkonie widzi piękną kobietę, która po chwili znika. Wewnątrz natomiast spotyka zupełnie inną damę. Ostatecznie ulega namowom rodzeństwa i decyduje się rozpocząć wraz z nimi prace nad renowacją domu. Równocześnie, w dwóch różnych miejscach Nowego Orleanu, w tym na własnej plantacji, odnajduje ludzkie kończyny. Budzi się w nim instynkt i postanawia zacząć śledztwo na własną rękę. Niestety miejscowe władze nie są skore do pomocy wychodząc z założenia, iż kości pochodzą ze zniszczonych w trakcie huraganu Katrina grobów. Aidan nie poddaje się jednak i angażuje w sprawę własne rodzeństwo. Jakie będą jego rezultaty? Kogo będzie musiał poprosić o pomoc? Kto stanie na jego drodze? To tylko kilka pytań, na które odpowiedź znajdziecie zapoznając się z tekstem „Nocy śmierci”.

Książkę czyta się niemal błyskawicznie. Akcja pochłania czytelnika już od pierwszych stron prezentując historię sprzed lat, która mnie osobiście zafascynowała. Równolegle z wątkiem kryminalnym rozwija się wątek romansowy oraz paranormalny. Głównym bohaterem zaczynają miotać sprzeczne uczucia, ale ostatecznie zwycięża jedno, to najważniejsze. Czy właściwe?

Mnie książka przypadła do gustu, ale nie powaliła na łopatki. Autorka gładko przebrnęła przez akcje, ale niektóre opisy były moim zdaniem zbędne i przydługie. Nie miało to jednak wpływu na prowadzone wątki. Z wszystkich trzech najbardziej spodobał mi się paranormalny oraz liczne odniesienia do przeszłości rodziny. Powieść polecam przede wszystkim miłośnikom mieszania gatunków literackich. Powinna również przypaść do gustu osobom, które lubią, gdy autor żongluje w treści książki czasem, pokazując czytelnikowi przeszłość. Zdecydowanie dobra lektura na leniwe letnie wieczory.


30 sierpnia 2011

Po prostu… MAGICZNA



„Lucian” Isabel Abedi
wyd. Nasza Księgarnia
rok: 2011
str. 528
Ocena: 5/6



Biorąc do ręki ostatnią pozycję otrzymaną od Wydawnictwa Nasza Księgarnia myślałam tylko o jednym – byle ta książka nie była kopią miliona innych, trafiających obecnie na rynek. Czasem dodawałam do tej myśli zdanie: „Oby to nie był kolejny, kalkowy paranormal”. Przypuszczam, że właśnie obawa, że mogę zetknąć się z czymś, co niezupełnie przypadnie mi do gustu sprawiła, iż tak długo odkładałam tę książkę na półkę. Nie powinnam była tego robić, w końcu do tej pory nie zawiodłam się na pozycjach tego Wydawnictwa. Teraz, po zakończonej lekturze wiem już, że powinnam była słuchać mojej intuicji, w końcu zwykle mnie nie zawodzi.

Kolejnym „tyci” problemem, jaki, delikatnie mówiąc, odstraszał mnie od tej pozycji, była liczba stron. Autorka zmieściła swą powieść na całych pięciuset dwudziestu ośmiu kartach. Dla mnie oznaczało to minimum cztery dni, które powinnam poświęcić lekturze. Nic nie mogę poradzić, takie jest moje tempo czytania. I w tym momencie zdradzić Wam muszę, iż Luciana dzierżyłam w mych dłoniach jedynie dwie doby. I były to jedne z najlepiej spędzonych dób w ostatnim czasie. Książka pochłonęła mnie do tego stopnia, iż nie byłam w stanie jej odłożyć, mimo iż wiedziałam, że rano będę niewyspana. Przy każdym kolejnym zdaniu obiecywałam sobie: „Jeszcze tylko jeden akapit”, a gdy łamałam własne postanowienie dodawałam: „Jeszcze tylko jeden rozdział”. Końcem końców morzył mnie sen. Dlatego czytałam tę powieść tak długo J.

Rebeka Wolff jest szesnastoletnią Niemką, mieszkającą nad Łabą, w Hamburgu. Jej życie niezupełnie można podczepić pod stwierdzenie „normalne”. Beka wychowuje się w dość oryginalnej rodzinie. U boku matki – Janne, stoi Wróbelek, jej partnerka życiowa. Ojciec , Amerykanin – Alec Reed, od kilku lat mieszka wraz z żoną i córką w USA. Utrzymuje jednak z Rebeką stały kontakt mailowy, wspierany kilkoma wizytami w ciągu roku. Mimo nieco dziwnie skonstruowanej rodziny, dziewczyna wydaje się być szczęśliwa. Jedyną zadrę w jej sercu stanowi zakończony niedawno związek z kolegą z klasy, Sebastianem. Nieprzyjemne zachowanie chłopaka sprawia jej przykrość, ale u jej boku zawsze stoi wierna przyjaciółka – Suse, zawsze gotowa podać Rebece pomocną dłoń. Życie głównej bohaterki zmienia się radykalnie podczas pewnego środowego wieczoru. W jej domu zwykle w tym dniu odbywa się Ladies Night In, i ta październikowa środa niczym się od poprzednich różnić niemiała. Tematem przewodnim wspomnianego wieczoru staje się porządkowanie staroci. Co znajduje się w czeluściach ogromnej szafy? Czy jest coś, w życiu nastoletniej Rebeki, o czym dziewczyna nie wie? Jak zakończy się ten niezwykły wieczór i co przyniesie kolejny dzień, tydzień, miesiąc? Czemu Rebekę zacznie nawiedzać wciąż ten sam koszmar, a w sercu pojawi się niewytłumaczalna pustka? To tylko kilka pytań, które w tym momencie należy sobie postawić i na które odpowiedź znajdziecie podczas lektury wspomnianej powieści. Jedno jest pewne, odpowiedzi nie będą takie, jakich się spodziewacie.

23 sierpnia 2011

Mityczny Partholon wita ponownie


„Powołanie” P.C. Cast
wyd. Mira
rok: 2011
str. 556
Ocena: 4,5/6



Kilka miesięcy temu miałam niezwykłą przyjemność zapoznać się z najnowszą wówczas książką bardzo dobrze znanej na naszym rynku autorki - P.C. Cast, zatytułowanej „Przepowiednia”. Autorka przeniosła nas w niej w odległe w czasie i przestrzeni miejsca, do mitycznego Partholonu, w którym poza zwykłymi ludźmi spotkać można wyznawców Bogini Epony, Fomorian, centaury i wiele innych ciekawych postaci. „Przepowiednia” niezwykle przypadła mi do gustu i gdy tylko pojawiła się na rynku kolejna część opowieści o klanie McCallana, musiałam ją zdobyć. Tak właśnie po pewnym czasie w mych skromnych progach rozgościła się powieść „Powołanie” autorstwa P.C. Cast.

Jak to zwykle u mnie bywa, nie byłam w stanie sięgnąć po „Powołanie” zaraz po jego otrzymaniu. Upłynęło więc nieco przysłowiowej wody, nim w końcu przyszła kolej Ne tę książkę  i mogłam rozpocząć niezwykłą przygodę wraz z bohaterami omawianej powieści. Już niemal na samym początku zostałam mile zaskoczona. Przyznać muszę, iż zastanawiałam się, co jeszcze autorka może mieć do powiedzenia na temat Elphame, przywódczyni klanu i jej męża – uskrzydlonego pół człowieka pół Fomorianina – Lochlana. Zaraz na początku powieści okazuje się jednak, iż tym razem głównymi bohaterami zostały postacie, które w poprzedniej części serii grały drugie skrzypce. Czyją historię postanowiła przybliżyć nam pani Cast? Zobaczcie sami J.

„Przepowiednia”, choć w gruncie rzeczy kończy się pozytywnie, nie wszystkim przyniosła happy end. Brat Elphame, bez pamięci zakochany w oszpeconej uzdrowicielce Brennie z powodu Fomorian traci wszystko, co zaczęło stanowić sens jego życia. Cuchulainn musi poradzić sobie z tym, co zgotował mu los. Postanawia na jakiś czas oddalić się od klanu i wyrusza w wędrówkę mającą na celu sprowadzenie do Partholonu pobratymców Lochlana mieszkających za górami. Jego zadanie nie jest łatwe, a przeprowadzenie wszystkich przez niebezpieczny szlak górski może skończyć się niepowodzeniem. Choć nie wyrusza on sam, jego siostra nie umie przestać się o niego martwić. Widząca to jej najlepsza przyjaciółka Brighid, postanawia wyruszyć w ślad za Cuchulainnem, by nie tylko mu towarzyszyć, ale i wspierać w razie potrzeby. Brighid, kobieta-centaur, niezwykle szybko namierza brata przyjaciółki i od tej chwili wędrują razem. Co przyniesie im droga? Czy uda im się sprowadzić do Partholonu pół-fomorian? I czy na tym skończą się przygody bohaterów? Jak się zapewne domyślacie nie ma jednej, prostej odpowiedzi na te pytania. Co więcej, z każdą przeczytaną stroną powieści, liczba pytań krążących po umyśle czytelnika rośnie w zastraszającym tempie. Jest tylko jeden sposób, by poznać na nie odpowiedź. Najzwyczajniej w świecie, należy sięgnąć po powieść P.C. Cast „Powołanie”.

22 sierpnia 2011

Wzgarda twórcą



„Requiem dla tancerki” Agnieszka Fibich
wyd. W.A.B.
rok: 2011
str. 439
Ocena: 5/6



Zaraz na wstępie muszę stwierdzić, iż powieść Agnieszki Fibich była jedną z bardziej wyczekiwanych książek w moim domu. Usłyszałam o niej od przyjaciółki i tak zaczęła się moja choroba. Postanowiłam spróbować szczęścia i napisałam do autorki, która niemal natychmiast odpowiedziała i obiecała zorganizować dla mnie egzemplarz recenzencki. Tak właśnie zaczęła się moja przygoda z Wydawnictwem W.A.B. Cała ta historia miała miejsce kilka miesięcy temu. Z różnych przyczyn (mniej lub bardziej obiektywnych), po książkę sięgnąć mogłam dopiero teraz. I powiem tylko jedno – warto było czekać.

Sama nie wiem jak to się dzieje, ale ostatnimi czasy nie czytam praktycznie nic poza kryminałami  i thrillerami. Zdarzają się oczywiście ich ewentualne miksy z różnymi dodatkami (mój ulubiony to romans i paranormal). Kiedy przyszła kolej na Requiem… mocno zastanawiałam się, czy na pewno chcę się teraz brać za tego typu literaturę. Czy nie lepiej sięgnąć po jakiś lekki romans? Zdecydowałam jednak, że muszę się trzymać założonego planu. Sięgnęłam więc na półkę, chwyciłam za książkę pani Fibich i … było już po mnie. Bo książka pochłonęła mnie w zupełności i nie pozwoliła zapomnieć o sobie nawet na chwilę. Jak autorka tego dokonała? Postaram Wam się to odrobinę przybliżyć.

W sierpniu 2008 roku w Paryżu znalezione zostaje ciało jednej z tancerek pracujących w klubie na Montmartrze. Tessa van Graaf, bo to o niej mowa, porzucona została przez swojego oprawcę w bramie w pobliżu  kosza na śmieci, gdzie rankiem odnaleźli ją pracownicy zakładu oczyszczania miasta. Trzydziestodwuletnia piękna blondynka została uduszona. Sprawą zaczyna się interesować biuro, w którym pracuje Cesar Bresson, gdy w miesiąc później, pięćset metrów od mieszkania, zostaje znalezione ciało kolejnej kobiety. Tym razem trafia jednak na  tancerkę z jednej z najsłynniejszych rewii na świecie – Moulin Rouge. Nie trzeba chyba tłumaczyć, iż sprawa nagle zaczyna nabierać rozgłosu. Julie Strass a tak naprawdę Julia Strzałkowska, czyli druga ofiara Pasażera, była bardzo dobrze zapowiadającą się polską baletnicą. Niefortunna kontuzja przekreśliła jej możliwość zrobienia międzynarodowej kariery, w związku z czym Julie osiadła na stałe we Francji. Czy to możliwe, by obie sprawy nie były ze sobą powiązane? A może w Paryżu zaczął grasować seryjny morderca? Z każdym dniem i z każdym nowym śladem, jednostka inspektora Bressna coraz bardziej utwierdza się w tym przekonaniu. Sprawa staje się jasna, gdy październik przynosi kolejną ofiarę. Czy to już koniec zabójczego korowodu? Czy Cesarowi uda się złapać sprawcę, nim ten namierzy kolejną ofiarę? Jaki związek mają paryskie ofiary z wydarzeniami mającymi miejsce w Polsce kilkanaście lat wcześniej? Jeśli chcecie poznać odpowiedzi na zadane powyżej pytania, koniecznie musicie sięgnąć po powieść Pani Agnieszki Fibich „Requiem dla tancerki”.

18 sierpnia 2011

Zapraszam do stołu


"Zasada nieoznaczoności” Andrzej Andrysiak
wyd. Prozami
rok: 2011
str. 413
Ocena: 5/6




Czasem rozmowa znaczy tyle, co nic. Ktoś zadaje pytanie, ktoś inny krótko odpowiada i na tym kończą się dysputy. Czasami przy tak zwanym "stole” rozmawia się o błahych i nic nieznaczących sprawach, ktoś mówi bez opamiętania, ktoś inny wpuszcza jednym uchem a drugim wypuszcza. Zdarza się jednak, że zwykła wymiana zdań przeradza się w coś więcej, że nagle zaczyna coś znaczyć dla "postronnych widzów”, jakimi są nie do końca zaangażowani rozmówcy. Myślę, że właśnie dlatego Bóg wymyślił słowa. Dzięki nim ludzie są w stanie porozumiewać się ze sobą, przekazywać myśli, dzielić się doświadczeniami. Autor powieści "Zasada nieoznaczoności” - Andrzej Andrysiak udowodnił w niej, że Bóg stworzył słowa do jeszcze jednego celu - rozmowy z nim. I nie chodzi mi tu tylko o nocne rozmowy, przy zgaszonym świetle, ze złożonym rękoma, ale o coś więcej - o osobistą rozmowę, przy stole, w gronie... niezupełnie znanych sobie ludzi.

Pewnego dnia, pewien Pan postanowił wydać przyjęcie. Na pożegnalną kolację zaprosił kilka niezwykłych, na pierwszy rzut oka niemających za dużo ze sobą wspólnego, osób. Wybrańców. Na pierwszym miejscu na liście gości Pana Boga, bo to on zorganizował to przyjęcie, znalazła się Lidia, restauratorka stojąca na zakręcie swojego życia. Dalej pojawili się: zakochany w niej kucharz - Luciano, zagubionego w otaczającej go rzeczywistości architekta - Adam, żądny sensacji dziennikarz - Jacek oraz nieco zwariowana Anna. Co wyjdzie z tej dość niespotykanej mieszanki? Jak potoczy się ta pożegnalna kolacja? Gdzie zaprowadzi ich dyskusja i jak długo potrwa to spotkanie? Czy Pan Bóg to dobry kompan do rozmowy i czy udzieli zaproszonym odpowiedzi na męczące ich pytania? To tylko kilka kwestii, na które znajdziecie, bądź nie, odpowiedzi w niezwykłej powieści jaką jest "Zasada nieoznaczoności” Andrzeja Andrysiaka.

17 sierpnia 2011

Nie rób drugiemu….



„Coś niebieskiego” Emily Giffin
wyd. Otwarte
rok: 2008
str. 378
Ocena: 4/6



Dziś miałam okazję zapoznać się z ekranizacją powieści Emily Giffin pod tytułem „Pożyczony narzeczony” (wersja książkowa nosiła tytuł „Coś pożyczonego”). Oba tytuły, zarówno ten książkowy jak i filmowy w pełni oddają treść wspomnianych dzieł. Po seansie naszła mnie wielka ochota na poznanie dalszych losów bohaterów filmu, które opisane zostały przez autorkę w książce „Coś niebieskiego”. Przyznam się szczerze, iż miałam już wcześniej w ręce wspomnianą powieść. Nie zagłębiałam się jednak w nią szczególnie. Dlaczego? Powiedzmy, że nie zapałałam wielką miłością do Darcy Rhone, przyjaciółki Rachel, która była główną bohaterką pierwszej części wspomnianej wcześniej książki. Film nastroił mnie jednak odpowiednio i niezwłocznie, gdy tylko zniknęły napisy końcowe, sięgnęłam po tę powieść.

Kilka miesięcy przed rozpoczęciem akcji mającej miejsce w książce „Coś niebieskiego”, Darcy była szczęśliwie zaręczona z Dexem, którego poznała siedem lat wcześniej dzięki najlepszej przyjaciółce – wspomnianej wcześniej Rachel. Niestety związek ten nie przetrwał. Nie doszło do upragnionego finiszu przed ołtarzem, Dex zerwał zaręczyny i związał się z kochaną od lat Rachel. Fakt ten, delikatnie mówiąc, nie wpłynął korzystnie na stosunki między dziewczynami. Dodatkowo całość skomplikowała zagmatwana przeszłość dziewczyn, czyli nieustająca uległość Rachel wobec przyjaciółki i zdecydowana dominacja Darcy w tym tak zwanym związku. Darcy nie ma krystalicznie czystego sumienia i sama dążyła do zakończenia związku Dexem. Wydarzenia potoczyły się jednak tak, a nie inaczej, i Darcy, którą poznajemy w „Coś niebieskiego”, przedstawia nam swoją, dość subiektywną, wersję wydarzeń. Z biegiem czasu i z każdym na nowo przeżytym wspomnieniem, Darcy zaczyna się zmieniać. Nie są to gigantyczne zmiany, przewracające jej życie do góry nogami, są jednak dość spore. Trudno się temu dziwić, w końcu za kilka miesięcy nasza bohaterka ma zostać matką. Jak potoczą się jej losy? Czy odnajdzie szczęście? Czy jej stosunki z najlepszą przyjaciółką ulegną poprawie? Czy będzie potrafiła zapomnieć wyrządzone jej krzywdy i co najważniejsze, czy uda się jej odmienić własne życie na tyle, by zacząć je od nowa? I czy to „od nowa” możliwe będzie w Nowym Jorku? Czy Darcy ostatecznie stanie się zupełnie inną kobietą? O tym wszystkim, przy odrobinie wysiłku, dowiecie się dzięki lekturze powieści „Coś niebieskiego” Emily Giffin.

14 sierpnia 2011

Bezpieczna przystań



„Oszukać przeznaczenie” Joshilyn Jackson
wyd. G+J
rok: 2011
str. 385
Ocena: 5/6



„Oszukać przeznaczenie” to kolejna pozycja książkowa, która od dłuższego czasu oczekiwała na swą kolej dzielnie utrzymując miejsce w mojej domowej biblioteczce. Założenie było takie, by ją wraz z dwunastoma innymi książkami, przeczytać podczas urlopowego lenistwa. Bo czyż może być coś lepszego niż dobra lektura, delikatna bryza od morza, mięciutki piasek pod stopami, lazurowa woda, zimne napoje i grono najlepszych przyjaciół? Nie, nie… zdecydowanie nic lepszego nie ma, ale… Stop, stop! Jaki mięciutki piasek? W ramach korekty wyobrażenia o idealnych wakacjach nadmienić muszę, iż od teraz w wyobraźni mej góruje wybrzeże kamieniste.

Jak to zwykle ze mną bywa, nie wszystkie moje plany zostały zrealizowane. Skutek? Ostatecznie podczas urlopu przeczytać udało mi się całe… trzy książki. Same egzemplarze recenzenckie (na urlop zabrałam pół na pół książek własnych i do recenzji, zakładając z góry, że podgonię nieco z tymi książkami, na które normalnie nie mam czasu). Plan upadł jeszcze w drodze do miejsca przeznaczenia. Statystyka przeczytanych stron na godzinę była tragiczna. Na miejscu nie było wiele lepiej i tak oto finiszowałam z trzecią książką podczas podróży do domu. Nie oznacza to jednak, że wakacje były nieudane. Wręcz przeciwnie, świadczy to ich intensywności. Przynajmniej według mnie. Ale do rzeczy.

Sięgając po „Oszukać przeznaczenie” Joshilyn Jackson niezupełnie wiedziałam, na co się piszę. Z jednej strony urzekająca intensywnością i tajemnicą okładka, z drugiej niezupełnie zrozumiały dla mnie tytuł. Zwykle przecież odnajduje się przeznaczenie, a nie oszukuje się je, prawda? Co więc autorka chciała nam przekazać poprzez ten tytuł? Gwarantuje Wam, iż kończąc lekturę tej powieści wiedzieć będziecie to doskonale.

Ro Grandee, główną bohaterkę powieści, poznajemy w przełomowym momencie jej życia. Przypadkowo spotkana na lotnisku tarocistka wyjawia jej czekającą na nią przyszłość. Przesłanie, choć w gruncie rzeczy jednoznaczne, nie od razu zostaje zaakceptowane przez Rose. W końcu nieco dzień słyszy się stwierdzenie „ty albo twój mąż”. W końcu Ro zaczyna rozumieć, co musi zrobić, by odmienić swoje życie. Wstaje wczesnym rankiem i przygotowuje dla Thoma pożywny posiłek, który ma pomóc mu w regeneracji sił po upojnej nocy. Następnie pozwala mężowi zabrać ukochaną psinę do weterynarza i pojechać na poranny jogging. Sama w tym czasie wyciąga rewolwer dziadunia, pakuje naboje i wybiera się w miejsce przeznaczenia, którym jest pobliski park. To tam ma zamiar uśmiercić swojego małżonka. Czy uda się jej zrealizować swój, dość skomplikowany plan? Dlaczego musi się pozbyć Thoma? Kim była tajemnicza tarocistka i czy spotkanie z nią było rzeczywiście zupełnie przypadkowe? Na te i na wiele innych pytań odpowiedź znajdziecie podczas lektury powieści Joshilyn Jackson pod tajemniczym tytułem „Oszukać przeznaczenie”.

10 sierpnia 2011

Źle się dzieje w państwie … Alexii



„Bezzmienna” Gail Carriger
wyd. Prószyński i S-ka
rok: 2011
str. 320
Ocena: 5/6



Od czasu, gdy przeczytałam „Bezzmienną” Gail Carriger, nie mogłam doczekać się kontynuacji tej serii. Minęło kilka miesięcy i otrzymałam do recenzji drugą część genialnej i nadprzyrodzonej powieści o Alexii Maccon, wcześniej Tarabotti. Niestety nim przyszła na nią kolej upłynęło nieco wody, a gdy w końcu to nastąpiło czytałam ją między wycieczkami, kąpielami w morzu i plażowaniem, jednak dzięki temu oczekiwaniu czytało mi się ją jeszcze lepiej, a czasu poświęconego na jej lekturę zdecydowanie nie mogę zaliczać do zmarnowanego.

Od pierwszych kart „Bezzmiennej” próbowałam zgadnąć, co autorka próbowała przekazać czytelnikowi za pomocą intrygującego (przynajmniej mnie) tytułu. Z jednej strony odpowiedź na to pytanie powinna być dość banalna dla osoby, która czytała poprzednią część, z drugiej jednak dość oczywistym było, iż pod  tytułem tym ukryte zostało jakieś przesłanie. Jak się okazało, nie pomyliłam się w tej kwestii. Na ostateczne rozwiązanie zagadki czekać jednak musiałam niemal do ostatnich stron powieści.

Akcja „Bezzmiennej” rozpoczyna się w kilka miesięcy po wydarzeniach opisanych w „Bezdusznej”. Alexia, jako lady Maccon, rozpoczęła nowy etap swojego życia. Dwa razy w tygodniu, po wielogodzinnych przygotowaniach, podczas których jej wierna pokojówka Angelique stara się przemienić panią w wytworna damę, udaje się na narady do Pałacu Buckingham. Tam, pod czujnym okiem dewana i potentata, pełni rolę prawej ręki królowej. Podczas jednego z takich spotkań dowiaduje się, iż na nadprzyrodzonych padła plaga. Nic nie jest takie, jak jeszcze kilka godzin wcześniej i nikt nie jest w stanie stwierdzić, czy zmiany zachodzące w ich otoczeniu spowodowane są chorobą czy też jakąś nieznaną do tej pory bronią. Królowa na ręce Alexii składa obowiązek przeprowadzenia śledztwa, którego celem będzie wyjaśnienie tajemnicy. Nim jednak bohaterka podejmie się tego zadania, na jaw wyjdą rzeczy, których absolutnie nikt się nie spodziewał i które samym swym pojawieniem pokrzyżują plany Alexii. Jak skończy się cała historia? Czy, tak jak w przypadku „Bezdusznej”, liczyć możemy na happy end? Czy Alexii uda się znaleźć rozwiązanie zagadki i wypełnić powierzony jej obowiązek? O tym wszystkim przekonać musicie się sami, a nie ma na to lepszego sposobu, niż lektura preyentowanej właśnie powieści.

3 sierpnia 2011

Po nitce do kłębka



 „Spójrz na mnie” Yrsa Sigurdardóttir
wyd. Muza
rok: 2011
str. 463
Ocena: 5/6



Gdybyście spojrzeli na mój egzemplarz „Spójrz na mnie” Yrsy Sigurdardóttir nie uwierzylibyście, iż należy on do mnie. Pozaginane rogi, przemoczone kartki, plamki od sosów. Jak to możliwe? To dość banalne – wakacje połączone z niezwykle wciągającą powieścią, sprawiają że jest ona czytana w każdej wolnej chwili. Jeśli zaś spojrzycie na mój terminarz ponownie przeżyjecie chwile konsternacji. Czemuż to? Bo, niestety, wspomnianych wolnych chwil jest niezwykle mało. Czytam więc akapitami, zdaniami, wyrazami. Podczas powrotów do lektury muszę cofać się, by ponownie wbić się w akcję. Jaki wniosek? Wakacje nie są najlepszym okresem na czytanie. Szczególnie tak intensywne wakacje jak moje.

Powieść Yrsy Sigurdardóttir stała na mojej półce już od kilku miesięcy. Niezwykle ubolewam nad tym, iż nie zawsze jestem w stanie, w odpowiednio krótkim czasie, przeczytać otrzymane egzemplarze recenzenckie i zaprezentować Wam opinię na ich temat. Tak było i z tą pozycją. W końcu jednak i ona doczekała się swojego czasu i została przeze mnie pochłonięta.

Po przeczytaniu zwiastuna z obwoluty, popadłam w swego rodzaju konsternację. Okazało się bowiem, iż nie jest to pierwsza powieść Yrsy Sigurdardóttir traktująca o perypetiach zdolnej i ambitnej prawniczki z Reykjaiku. Na szczęście okazało się, iż każda jej książka to zamknięta całość i do jej lektury nie jest wymagana znajomość poprzednich pozycji.

Thora Gudmundsdottir otrzymuje niezwykłe zlecenie. Zostaje poproszona o poprowadzenie sprawy mającej na celu rewizję wyroku. Zleceniodawca napawa ją jednak obrzydzeniem i na początku ma zamiar wykręcić się od prowadzenia tej sprawy. Josteinne jest kilkukrotnie skazanym pedofilem niewykazującym znamion chęci poprawy. Dodatkowo sprawę komplikuje przyłapanie go na gorącym uczynku. Jaki sens ma więc rewizja wyroku? Już przy pierwszym spotkaniu z klientem okazuje się, iż chodzi o zupełnie inną sprawę. Czemu Josteinne postanowił pomóc jednemu ze współwięźniów? Czy ma w tym jakiś interes? Jakiego czynu dopuścił się chory na zespół Downa Jakob? Czy wysuwane w jego kierunku oskarżenia są zasadne? Od kogo Thora otrzymuje tajemnicze wiadomości i czy mają one na celu pomóc jej w rozwiązaniu zagadki, czy też zastraszyć ją i zmusić do porzucenia sprawy? W końcu, jeśli to nie Jakob jest winny, to kto? Na te i na wiele innych pytań odpowiedź znajdziecie w powieści Yrsy Sigurdardóttir zatytułowanej „Spójrz na mnie”.