Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 3/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ocena 3/6. Pokaż wszystkie posty

3 marca 2016

Polityczne związki („Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” Wojciech Sumliński)

„Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” Wojciech Sumliński
wyd. Wojciech Sumliński Reporter
rok: 2015
str. 388
Ocena: 3/6


Do lektury książki namawiali mi znajomi, którzy po jej przeczytaniu całkowicie zmienili swój światopogląd. Mówili, że teraz całkowicie inaczej widzą Polską scenę polityczną. Pan Wojciech Sumliński to reporter śledczy i to dobry, tak przynajmniej wyczytałem zapoznając się z jego biografią. Niestety wcześniejsze jego dzieła nie są mi znane. I to zarówno te telewizyjne jak i literackie.

Po takich słowach moich znajomych rozpoczynałem tę lekturę licząc na prawdziwą bombę, na rakietę, która wywróci mój świat do góry nogami i jeszcze dodatkowo na lewą stronę i to bez mydła. Tymczasem było trochę mniej spektakularnie, mniej efektownie. No chyba, że sprawiły to moje poglądy polityczne. Kończąc ostatnia stronę zastanawiałem się , co jest ze mną nie tak, że nie widzę tego co inni.

W książce autor przedstawia niezliczone fakty o powiązaniach WSI, mafii oraz rosyjskiego wywiadu. W tle z olbrzymią ilością pieniędzy. We wszystkich tych wydarzeniach główną rolę odgrywa Bronisław Komorowski. Niektóre sytuacje i powiązania przedstawione przez Sumlińskiego mogą przyprawić o dreszcze. Wszystko trzyma się przysłowiowej kupy. Jednak bardzo ciężko z tym polemizować, bo te aspekty życia publicznego, aż tak mnie nie wciągają, a ponadto brakuje jakichkolwiek źródeł. W zasadzie jest to oczywiste, bo przecież wszystko pochodzi ze ściśle tajnych akt i dokumentów przekazywanych przez „agentów” oraz oficerów CBŚ. Szkoda tylko, że autor skupia się na swojej wizji świata i w faktach znajduje potwierdzenie swojego zdania, choć bez problemu można by wyciągnąć z nich zupełnie inne wnioski. Za przykład może posłużyć fundacja Pro Civili, która prowadzona przez byłych i obecnych (w tamtych czasach) agentów WSI przynosiła im olbrzymie zyski. Ja to widzę trochę inaczej, otóż służby wywiadowcze nie zawsze mogą mieć oficjalny budżet. Ich działania operacyjne, które nierzadko kosztują setki tysięcy dolarów są finansowane właśnie z takiego typu organizacji. Taka organizacja może również prowadzić działa operacyjne w imieniu organizacji, która nie do końca chce oficjalnie je prowadzić. To tylko takie moje zdanie, ale oczywiście mogę się mylić. Ponadto sam autor wspomina nie raz, że informatorzy z jakimi miał styczność potrafią realizować plany, w których nawet on nie potrafi się połapać np. ujawnienie zdjęcia Aleksandra Kwasniewskiego i Marka Dochnala. Tak więc skąd Pan Sumliński ma pewność, że ujawnione mu materiały są prawdziwe? Tymi prostym przykładami chciałem pokazać, że nie wszystko, co w niej zawarte należy brać za pewnik i to całkiem bezkrytycznie. Jest to moja pierwsza książka polityczna, ale odnoszę wrażenie, że zdecydowanie za dużo w niej osobistego życia Wojciech Sumlińskiego. Kilkukrotnie przeczytamy, że jest niezwykle religijnym człowiekiem, przeczytamy o kolejnych nieprzespanych nocach w trakcie czytania tajnych teczek. Na razie po lekturze tej książki postanowiłem więcej nie sięgać po ten gatunek literatury.

Tak, macie rację, czytałem tę książkę bardzo krytycznie. Kilkuletnia praca dziennikarza śledczego zakończyła się wydaniem książki tuż przed wyborami prezydenckimi w których główny „oskarżony” Bronisław K bierze udział. Jest to fakt co najmniej zastanawiający. Powiedzmy sobie szczerze, czy ten opozycjonista z czasów PRL strzelający gafy na lewo i prawo, mógłby być szefem wszystkich szefów, czy on mógłby być „Tym człowiekiem”? Mój poziom krytycyzmu zwiększył się po ostatnich aferach ze wykrytymi plagiatami. To prawda nie wpływają one na treść i nie zmieniają faktów przedstawionych w książce, ale delikatny niesmak pozostaje. Dziennikarz śledczy, który chce abyśmy uwierzyli w jego historię powinien unikać takich sytuacji.

Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego stały się swego rodzaju biblią dla prawicy, tej fanatycznej prawicy i każdy powinien po tę książkę sięgnąć, aby dowiedzieć się czy słusznie. Może ona być szokiem dla każdego kto naiwnie wierzył, że ludzie na świeczniku polityki, mediów i kościoła kierują się wyłącznie czystymi jak kryształ ideałami takimi jak patriotyzm czy też dobro. Brudny świat w którym mafia, służby wywiadowcze i polityka mieszają się w sposób nierozłączny przyprawiony jest olbrzymią ilością gotówki i haków. Niemal każdy jego uczestnik jest umoczony w poprzednim ustroju i nie ma tam czystych intencji. Wszystko robi się dla interesu własnego i swoich ludzi. Reszta się nie liczy. Jeśli te ostatnie zdanie są dla ciebie oczywistą oczywistością, to „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” autorstwa Wojciech Sumlińskiego niczym cię nie zaskoczą i będą tylko kolejną lekturą.


Artur Borowski


12 czerwca 2015

Zabity 1 („Uprowadzona 3” reżyseria: Olivier Megaton)


„Uprowadzona 3” reżyseria: Olivier Megaton
wyd. Monolith
rok: 2015-05-21
czas. 110
Ocena: 3/6


Będąc najtajniejszym z tajnych, super tajnym agentem niełatwo jest przejść na emeryturę. Wszystkie zbiry i ich organizacje, które skutecznie eliminowaliśmy z tego świata przez całe swoje zawodowe super tajne życie, nigdy o nas nie zapomną i tylko czekają, aby się zemścić. Ech, to taki urok tego fachu. To jest chyba jedyny powód, dla którego nie zostałem super tajnym agentem.

Główny bohater filmu (Nesson Liam) po latach bycia super tajnym agentem, próbuje sobie ułożyć życie na nowo. Zacieśnienie relacji z dorosłą już córką okazuje się o wiele trudniejsze, niż zabicie kilkudziesięciu zbirów za pomocą zapałki. W dodatku córka ma przed nim tajemnicę. Jakby tego było mało była żona ma kłopotów ze swoim obecnym partnerem. Takich problemów nie przewidywało szkolenie super agenta. Na szczęście bardzo szybko wszystko się zmienia, gdy Bryan Mills (Liam Neeson) zostaje wrobiony w morderstwo.

Scenarzyści bardzo starali się, aby w nowej odsłonie serii zostawić to, co było najlepsze w poprzednich i dodać jakiś powiew świeżości w postaci wątku kryminalnego. Niestety ten zabieg się za bardzo nie udało, bo zagadkę rozwiąże każdy widz, który tylko potrafi kojarzyć podstawowe fakty jak ogień parzy albo woda mokra i przy okazji nie przegapił pierwszych scen filmu załatwiając w kuchni jakieś przekąski. Starzy dobrze znani bohaterowie są jacyś inni. Sam super agent - emeryt Mills, ma nie lada orzech do zgryzienia. Nie może tradycyjnie (jak w poprzednich częściach) mordować wszystkich na swojej drodze, aby pokonać czarny charakter, bo musiał by zabijać dzielnych, a przede wszystkim niewinnych hamburgerskich policjantów, z Dotzlerem (Forest Whitaker) na czele. Wszyscy oni przeczą stereotypowi. Są zwinni i sprawni jak wojownicy ninja. Mają również dziwny fetysz do gumek recepturek. W ogóle to muszę powiedzieć, że bardzo ucieszyło mnie pojawienie się Whitakera na ekranie, bo bardzo lubię jego kreacje, ale po skończonym seansie odniosłem wrażenie, że był on tam zupełnie niepotrzebny. Zresztą w ogóle w bohaterowie filmu byli jacyś tacy trochę ograniczeni, zwłaszcza rezolutna w poprzednich częściach córka agenta emeryta ( grana przez Maggie Grace) teraz była jakaś taka ograniczona. Może spowodowane jest to jej wewnętrzna bitwą o to, czy a przede wszystkim jak, przekazać ojcu wiadomość o ciąży. W zasadzie wszelkie sceny bez udziału Liam Neesona można by wyciąć z filmu, a i tak można byłoby go oglądać i niewiele by się straciło.

Powiedziałem sobie, że w filmie akcji nie liczy się fabuła i poboczni bohaterowie, a jedynie czysta i nieskrępowana akcja, gdzie leje się krew, a fragmenty ciał latają po całym ekranie. Niestety tu też było jakoś dziwnie. Po pierwsze, to wszystko jest bardzo złagodzone ze względu na ograniczenia wiekowe. Dynamikę scen akcji uzyskano przez absolutny standard we współczesnym kinie akcji, czyli szybkie i cięte ujęcia oraz trzęsącą się kamerę. Obecnie powoduje to u mnie niezadowolenie i to delikatnie mówiąc. Bo w większości przypadków zwyczajnie zaciemnia to obraz. Zresztą, niektóre atrakcje przygotowanie przez twórców są bardzo absurdalne – co również jest standardem w obecnym kinie. Wszystko wybucha, ludzie latają jak wystrzeleni z katapulty. No dobrze, ale co w tym złego? Otóż absolutnie nic. Tak ma wyglądać dobry film akcji, przy którym czas szybko zleci i nim się zorientujemy już polecą końcowe napisy końcowe. To dobry film do spędzenia niezobowiązujących i rozluźniających dwóch godzin, ale tylko na jeden raz i oby Liam Neesona nas więcej nie znalazł.


Artur Borowski

31 lipca 2014

Szczęśliwym być („Szczęście all inclusive” Krystyna Mirek)

„Szczęście all inclusive” Krystyna Mirek
wyd. Filia
rok: 2014
str. 368
Ocena: 3/6


Morze, słońce, przystojniacy. Czy to nie o tym marzy każda kobieta? A co jeśli to się spełni, ale nie do końca tak, jakbyśmy sobie tego życzyli? Co byście zrobili, albo inaczej, zrobiły, gdyby się okazało, że macie możliwość wyjechania do Grecji, na calutkie dwa miesiące, będziecie mieszkać w pięciogwiazdkowym hotelu z plażą pod nosem? Albo (uwaga! Teraz imagine) jedziecie do Grecji, do pięciogwiazdkowego hotelu, ale musicie zabrać ze sobą swoje rozwydrzone dziecko, którego za nic nie da się uspokoić, albo jeszcze lepiej! (Teraz zwracam się do panów) Musicie zabrać ze sobą swoją bogatą narzeczoną, która jest PER-FECT (koniecznie wymawiane w brytyjskim akcentem). Nie, nie, nie, wróć, to ona zabiera was, ponieważ wy, to tylko kolejna marionetka w jej zgrabnej, wymanicurowanej dłoni. Nie? A może jednak?

Zacznijmy od początku. Wszystko rozgrywa się w pięknym, polskim mieście o nazwie Karków (tak, tak, dobrze czytacie). Beata, pracownica jednej z firm telekomunikacyjnych, błaga w myślach o to, żeby żaden klient już nie przyszedł, bo za pięć minut koniec zmiany i może iść do domu. Aż tu nagle, do salonu wbiega facet, chcący złożyć reklamację. No i plan się rypnął…
A żeby tego było mało, gdy kobieta wraca do domu, wymęczona, w głowie ma tylko jedną myśl: a może tym razem Kacper posprzątał chociaż mieszkanie. No i, proszę państwa, kolejne rozczarowanie, ponieważ Wielmożny Pan Kacper smacznie śpi w NIE SWOIM łóżku (jakby nie było, mieszkanie wciąż jest Beaty). Dziewczyna załamuje ręce, po czym zabiera się za porządki.

Okay, zmieńmy trochę otoczenie. Jest późny wieczór, galeria handlowa zostanie zamknięta za nie całe pięć minut, wszyscy ludzie zmierzają ku wyjściu, jest tylko jeden wyjątek. Alina biegnie do pokoju zabaw, w którym zostawiła Franka, swojego sześcioletniego synka. Trzeba dodać, ROZWYDRZONEGO DO GRANIC MOŻLIWOŚCI synka. Panie opiekunki załamywały nad nim ręce, ponieważ nie wiedziały co mają robić, a mamusia, korzystając z „chwili” (całego dnia, tak by the way) wytchnienia, załatwiała swoje sprawy. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie późna pora odebrania synka z bawialni. Dwie młode dziewczyny pracujące tam, chciały już dzwonić po policję.

Jeszcze jeden zwrot akcji? Nie ma sprawy. W jednym w krakowskich hoteli żyją sobie Jaś i Małgosia (hyhy, taki żarcik), a tak na serio, to żyją sobie Oliwia i Jakub. Wcześniej wspomniana bogata i PER-FECT (nie zapominajcie o akcencie) redaktor naczelna jednego z kobiecych pisemek oraz jej asystent, a zarazem narzeczony. On – nie wie, jakim cudem jego dziewczyna znika z łóżka przed świtem. Ona – ma wszystko gdzieś.

Pozostają nam jeszcze piękna Polka pracująca w Grecji jako sprzątaczka – Agnieszka, oraz przystojny, grecki bóg, mający własną plantację oliwek – Kostas. Nie, nie są razem, ale kto wie….

Jak potoczą się losy wszystkich bohaterów? Czy wszyscy będą prowadzić sielankowe życie, czy może jednak nie? Czy wyjdzie z tego kolejna Moda na sukces?

Dobraaaa… powiem tak, szału nie ma, dupy nie urywa, a staniki nie latają. Nie jest źle, ale mogłoby być lepiej. I to o wiele lepiej. Jednym słowem, jest to kolejna banalna powieść, w której po przeczytaniu pierwszych pięciu rozdziałów, można się domyślić jaki będzie koniec. Ale, tak jak zapewnia nas, nie wiem kto, pewnie wydawca, jest to książka lekka, wcale nie o takiej wartkiej akcji, ale na pewno o ciepłym przesłaniu (biorąc pod uwagę fakt, że akcja dzieje się w Grecji).

Czy ją polecam? Na pewno nie osobom, które NIENAWIDZĄ banałów (czyli takich jak ja), ale jeśli ktoś nie chce zaprzątać sobie głowy nadmiarem problemów, to spoko, czemu nie? Ja osobiście poddałam się w połowie książki i powiedziałam „nie ma bata, nie czytam dalej”, bo po prostu mi się nudziło. Dla mnie ta książka to przysłowiowe flaki z olejem, ale dla kogoś innego może być świetna i będzie polecał ją każdej napotkanej na swojej drodze osobie. I pewnie całkiem słusznie zrobi. Dla każdego coś innego, dla każdego coś miłego. Jeśli to wasz klimat, sięgajcie bez zastanowienia.


Vic :D

5 maja 2014

Na bezrybiu? („Ogień” Mats Strandberg, Sara S. Elfgren)

„Ogień” Mats Strandberg, Sara S. Elfgren
wyd. Czarna Owca
seria: Engelfors
rok: 2013
str. 696
Ocena: 3/6


Gdy pół roku temu czytałam Krąg miałam co do tej pozycji pewne wątpliwości. Uważam jednak, że w życiu trzeba być twardym, a nie miękkim, wzięłam się więc w garść i przeczytałam książkę do końca. Po jej zakończeniu stwierdziłam, że w sumie, po niemal sześciuset stronach było nawet dobrze. Co jakiś czas wracały do mnie fajne fragmenty tej powieści, a to bardzo dobrze. Równocześnie przez wiele miesięcy nie byłam w stanie sięgnąć po kolejną część serii, pomimo tego, że znajdowała się ona w mojej biblioteczne. Kilka razy byłam niezmiernie blisko - ale zawsze się poddawałam. W końcu uświadomiłam sobie, że nigdy jej nie przeczytam i jedyny sposób na to, by ukazała się recenzja tej książki, to jej przekazanie młodszemu pokoleniu. Byłam przekonana, że komu jak komu, ale mojej siostrze ta seria przypadnie do gustu. Możecie się jedynie domyślać, jakie było moje zaskoczenie, gdy przeczytałam jej recenzję... Chyba rodzinnie niezupełnie przepadamy za tą serią. Ze swojej jednak strony chciałabym powiedzieć, że po książkę warto sięgnąć, by się na własnej skórze sprawdzić, o co ten cały szum.

Sil

Minoo, Linnea, Anna-Karin, Vanessa i Ida spotykają się po przerwie wakacyjnej w szkole. Wszystkie dźwigają na swoich ramionach brzemię magii. To one zadecydują czy świat zostanie zniszczony.
Dziewczyny muszą ćwiczyć swoje magiczne zdolności, które odkryły całkiem niedawno, bo bez nich nie są w stanie przeciwstawić się demonom. Lecz w jaki sposób mają to robić, kiedy do miasta przybywa Rada, która wyraźnie zakazuje używania magii, a jeśli ktoś złamie zasady - grozi mu kara? Na domiar złego w mieście zaczyna działać Pozytywne Engelsfors, czyli tajna sekta.
Czy dziewczyny poradzą sobie z demonami? Jak wszystko się dalej potoczy? Aby się tego dowiedzieć, musicie przeczytać Ogień!

Szczerze mówiąc…. Ta książka nie spodobała mi się ani trochę, nie dobrnęłam nawet do połowy. Czytało mi się źle i straaasznie powoli. Fabuła…. No cóż, chyba łatwo domyślić się, jakie będzie zakończenie. Nie przekonują mnie żadne magiczne moce, ani nic w tym stylu, wolę książki bardziej… „przyziemne”, że tak powiem. Albo i nie, bo w końcu kto powiedział, że fanfici są przyziemne? Nie ważne… Ja osobiście nie poleciłabym tej książki żadnemu z moich znajomych, nie wspominając już o obcych ludziach…

Podsumowując, jedyne co czułam podczas czytania, to znudzenie totalne i chęć wyrzucenia książki przez okno, byleby więcej na nią nie patrzeć…. Niestety, z racji tego, że to nie moja książka, nie mogłam tego uczynićL.
Grrr, ja taka niedobra, jak to tak? Wyrzucać książkę przez okno? Możecie mnie za to zlinczować :P


Vic


20 października 2013

O Dziadku słów kilka („Piłsudski. Wielkie biografie” Fiołka Katarzyna)

„Piłsudski. Wielkie biografie” Fiołka Katarzyna
wyd. Buchmann
rok: 2010
str. 144
Ocena: 3/6


Zapewne gdyby każdego w naszej ojczyźnie zapytać o znamienitych Polaków, to zdecydowana większość wśród nazwisk wymieniłaby Józefa Piłsudskiego. Problem pojawiłby się wówczas, gdy trzeba byłoby uzasadnić swoją odpowiedź. W moim zamyśle właśnie takie niedociągnięcia w wiedzy uzupełnić ma książka „Piłsudski. Wielkie biografie”, wydawnictwa Buchmann. Od razu zwrócę uwagę, że Wielkie biografie to cała seria książek, ale niestety pozostałe pozycje są mi zupełnie obce – nie słyszałem o nich i żadnej na oczy nie widziałem. Jeśli natomiast chodzi o słowo "Wielkie" to odnosi się ono raczej do opisywanych ludzi, a nie objętości i szczegółowości danego dzieła. Czytając pierwsze strony, miałem wrażenie, że czytam reportaż o marszałku. Kolejne strony w tym mnie tylko utwierdzały – zwykle były to krótkie informacje, bardzo skromnie skomentowane, choć oczywiście wszystko było jasne i bardzo przejrzyste. Po skończonej lekturze czułem niedosyt. Ciekawym pomysłem było umieszczenie na końcu kalendarium. Książka aż się prosiła o umieszczenie w niej zdjęć z opisywanych wydarzeń, zwłaszcza po tak świetnie przygotowanej okładce. No nic, może tylko ja mam takie odczucia, w końcu lubię kolorowo i wesoło – ale pierwsze spojrzenie na Piłsudskiego z okładki rozbudziło moje nadzieje na wiele fotografii. „Piłsudski. Wielkie biografie” to książka skierowana do ludzi, którzy chcą w telegraficznym skrócie poznać całą historię życia Dziadka. Na pewno będą z niej zadowoleni uczniowie przygotowujący się na klasówkę z historii II Rzeczypospolitej.

Ocena jaka jest, każdy widzi. Ja po ostatniej stronie, zastanawiałem się czemu tylko tyle. No nic, pozostaje tylko poszukać kolejnej książki o Naczelniku.

Artur Borowski


1 kwietnia 2013

Coś do odkrycia? („Heterezada” Maja Porczyńska)


wyd. PaperMint
rok: 2013
str. 256
Ocena: 3/6


Mała, niepozorna, a taka intrygująca.

Nie da się ukryć, że gdyby nie opis z obwoluty powieści Heterezady, pewnie nie zdecydowałabym się na jej lekturę. Przyciągała mnie jednak ta cała korporacja, porzucenie, nowe wyzwania, nowe związki... i stara miłość. Zamarzyła mi się fajna, ale lekka i przyjemna książka i pomyślałam, że właśnie na taką trafiłam. Czy faktycznie? O tym poniżej.

Blanka Dmochowska to trzydziestoparoletnia karierowiczka z Łodzi, która żadnych wyzwań się nie boi. Jak coś pilnego trzeba w firmie zrobić, nawet się nie zastanawia - po prostu to robi. Gdy trzeba zostać po godzinach - nie kręci nosem, tylko zostaje. Można by się więc spodziewać, że skoro daje tyle od siebie, równie dużo będzie otrzymywać. Niestety, życie rzadko kiedy w tej kwestii bywa sprawiedliwe. Z powodu pracoholizmu Blankę porzuca ukochany Darek. Mimo to dziewczyna nie załamuje się i za wszelką cenę chce osiągnąć założony cel - upragniony awans. Do ostatniej chwili pracuje nad prezentacją nowego pomysłu, który ma być kluczem do jej sukcesu. Kiedy w piątkowy wieczór wychodzi z pracy, marzy tylko o jednym - by sprawić sobie przyjemność. Uświadamia sobie także, że lodówka od dawna świeci pustymi półkami. Wyrusza więc na zakupy, oczywiście jedzeniowo-modowe. Czas upływa jej więc na buszowaniu wśród wieszaków. Gdy w końcu Blanka stwierdza, że czas wrócić do domu, niespodziewanie natyka się na swojego byłego partnera i już wie, że nadchodzący weekend upłynie jej pod znakiem depresji porozstaniowej. To oczywiście nie koniec nieszczęść, które przytrafią się głównej bohaterce. Z czym będzie musiała poradzić sobie panna Dmochowska? By się tego dowiedzieć, należy sięgnąć po najnowszą powieść Mai Porczyńskiej.

Gdy kończyłam czytać Heterezadę w głowie kłębiło mi się wiele myśli, jednak żadna z nich nie nadawała się do publikacji. Nie będę ukrywała, nie tylko zawiodłam się na tej powieści, ale również mi się ona nie podobała. Liczyłam na to, że poznam przebojową bohaterkę, która będzie mi przewodniczką w tym upiornym świecie. Miałam nadzieję, że Blanka pokaże mi drogę, którą powinnam podążać, by nie zagubić się w opanowanych przez biurokrację realiach. Tymczasem bohaterka jest tak naprawdę słabą psychicznie, płytką dziewczynką. Gdy szef proponuje jej kolację, najzwyczajniej w świecie się zgadza i liczy na to, że może podczas niej przełożony poinformuje ją o awansie. Gdy to nie następuje, niemal natychmiast ląduje z nim w łóżku i nie widzi w tej relacji nic złego. W krótkim czasie po firmie rozchodzą się plotki, które jednak w żaden sposób Blance nie przeszkadzają. Nie ukrywa jednak przed kochankiem, że miło by było, gdyby się określił i ujawnił ich związek. Ten jednak na jej prośbę nie reaguje tak, jak to sobie dziewczyna wyobrażała. To oczywiście jedynie niewielki wycinek życia i zachowań głównej bohaterki, które sprawiły, że w nią zwątpiłam. Nie chcę takiej przewodniczki, nie chcę takiej mentorki i, niestety, nie chcę takiej książki. Bohaterka jest przerysowana i sztuczna. Jej zachowanie jest banalne, a akcja zarysowana przez autorkę miejscami wręcz tandetna. Czytając Heterezadę miałam nieodparte wrażenie, jakby mi ktoś przedstawiał jakiś tasiemcowy serial, w którym każdy z każdym był lub będzie, każdy każdego kochał i każdy ostatecznie dostaje to, czego pragnął. Nieważne jak niskimi chwytami (zastosowanymi przez autora) trzeba będzie się posłużyć. I tak właśnie postępowała Maja Porczyńska. Gdy bohaterowie zanadto się do siebie zbliżali, rozdzielała ich w najbardziej oklepany z możliwych sposobów. Gdy o sobie zapominali, wprowadzała przewidywalne rozwiązania. I tak nieustannie przez całą powieść.

Oczywiście nie twierdzę, że Heterezada nikomu nie przypadnie do gustu. Czyta się ją w miarę płynnie, a sam pomysł na historię uznać można za ciekawy i intrygujący. W końcu to z jego powodu sięgnęłam po tę powieść. Niestety okazuje się, że opis z obwoluty nie jest jedynie zalążkiem życia bohaterki, a jej kwintesencją. Jest A, potem B, a na sam koniec C. I tyle. Nic dodać nic ująć.

Może za wiele chciałam od tej powieści? Być może ona powinna być dokładnie taką, jaką jest? Trudno mi stwierdzić. Jedno jest pewne, Heterezada jest raczej powieścią na leniwe letnie popołudnie, gdy czytelnik potrzebuje czegoś, o czym zapomni zaraz po odłożeniu na półkę.

Może jednak tego co intrygujące, nie powinno się odkrywać?

Za książkę dziękuję portalowi Czytajmy Polskich Autorów

22 grudnia 2012

W siną dal („Podróż Bezślubna” Julia Llewellyn)

„Podróż Bezślubna” Julia Llewellyn
wyd. Prószyński i S-ka
rok: 2012
str. 382
Ocena: 3/6


Co zrobić, gdy życiowe plany w jednej chwili legną w gruzach? Gdy największe senne marzenia w jednej chwili pękają niczym bańka mydlana? Można się załamać, albo wręcz przeciwnie podnieść wysoko głowę i pokazać otoczeniu, że to co człowieka nie zabija – wzmacnia go. Można również podkulić ogon i uciec gdzie pieprz rośnie. Takie zachowanie nie jest może zalecane, ale jak się okazuje, dość popularne. Kiedy więc doktor Amy Bubbins, zamiast przysięgać przed ołtarzem, siedzi załamana w pokoju przyjaciółki, nie do końca wie co ma ze sobą począć. Telefon dzwoni nieustannie a ona nie jest w stanie odebrać nawet jednego połączenia. W końcu za wygraną daje Gaby i rozmawia z każdym, kto chce wylać swoje żale z powodu ślubu, którego nie było. A jest tych ludzi całkiem spora gromadka. Dwustu gości to nie przelewki, a większość z nich przyjechała do Londynu z bardzo daleka. Dziewczyna najchętniej zapadłaby się pod ziemię i nikomu nigdy więcej nie pokazywała się na oczy. I pewnie by tak zrobiła, gdyby nie wizja rychłej utraty pracy, a przecież teraz ma do spłacenia niezłą sumkę za wesele i podróż poślubną, które się nie odbyły. A może by tak odwołać wyjazd do Rzymu? Może biuro podróży zwróciłoby choć część kwoty? Niestety, okazuje się, ze odwołanie takiego wyjazdu dzień przed wylotem jest niemal niemożliwe. Jasne, można nie pojechać, ale środków nikt nie zwróci. Dlatego właśnie Gaby postanawia namówić Amy, by z podróży poślubnej nie rezygnowała. Postanawia nawet, mimo dość zaawansowanej ciąży,  towarzyszyć przyjaciółce choć przez kilka dni pobytu w Rzymie. Jak wyglądać będzie podróż poślubna bez ślubu? Czy Amy znajdzie w Rzymie chwilę ukojenia? Kogo pozna na miejscu? Czy uleczy zranione serce? Czy czytelnikom będzie dane dowiedzieć się, dlaczego nie doszło do ślubu? Odpowiedzi przynajmniej na część z tych pytań znaleźć można w powieści Podróż Bezślubna autorstwa Julii Llewellyn.

Ciąg dalszy recenzji przeczytać można TUTAJ

Za książkę dziękuję wortalowi Granice

26 października 2012

„Leksykon imion” Mirosław Winczewski


Dziś kolejna recenzja mojego szanownego małża, liczę, że się Wam spodoba :)

„Leksykon imion” Mirosław Winczewski 
wyd. Studio Astropsychologii 
Ocena 3/6
str. 224
rok: 2006



Gdy zobaczymy tę książkę na półce, na pewno nie będziemy spodziewać się dramatu czy horroru – tak, to po prostu leksykon imion. Przy czym, ze względu na ograniczoną ilość stron, nie znajdziemy tu absolutnie wszystkich imion, tylko te najpowszechniejsze spośród tysięcy. Słowo „tylko” nie jest tu właściwe, bo nie znalazłem ledwie jednego czy dwóch, spośród znanych mi imion, np. Gabriela. Autor przedstawił w książce pochodzenie imion i zestaw cech, którymi charakteryzują się lub powinni się charakteryzować ich posiadacze. Każde imię ma swoją numerologiczną moc. O tym jak ludzie będą postrzegać „nosiciela” danego imienia, jakie będzie miał on wnętrze, czy też jak będzie podchodzić do napotkanych problemów, przekonamy się dzięki sumowaniu samogłosek i spółgłosek – tak „My” jesteśmy zapisani w liczbach. Podchodzę do tego sceptycznie, ale książkę przeczytałem z czystej ciekawości. „Rozmyte” opisy cech imion, przypominają to co możemy przeczytać w horoskopach, czyli tekst bardzo łatwo poddaje się różnorakiej interpretacji – tak więc każdy może sobie dopasować praktycznie co chce.  Po każdym imieniu szukałem znajomej osoby, która by je nosiła i starałem się ją dopasować do cech. Jak się mogłem spodziewać, nie zawsze to pasowało. Znajomi, którym dałem książkę do przejrzenia również dość sceptycznie się do niej odnosili – może po prostu nie trafiła na podatny grunt? Logicznie patrząc, każdy z nas ma znajomych, którzy mają takie same imię, a są do siebie podobni niczym woda i ogień. Mało tego, z opisu mojego imienia wynika, że dobrze bym się czuł jako kontroler – czyli każdy napotkany przez nas kontroler lotów czy biletów powinien mieć na imię Artur.

Wróćmy jednak do książki. Po słowie wstępu autor pisze troszkę o numerologii imion i  przedstawia znaczenie każdej z liczby z trzech kategorii (sumowania liter) – są one również bardzo rozmyte. Następnie znajdują się już same imiona, podzielone alfabetycznie. Na końcu znajduje się najlepsze: wykaz patronów. Powiem szczerze nie wiedziałem, że blacharze, chorzy na grypę i ekolodzy mają swoich patronów.

Książka ta na pewno jest obowiązkowa dla osób lubujących się w astrologii, numerologii i innych takich „magicznych” sprawach. Leksykon imion może być również wspaniałym prezentem dla par spodziewających się pociechy – a nóż widelec ich Józef będzie aktywistą społecznym, tak jak chcieli tego rodzice. Dla mnie to po prostu ciekawostka, opisy traktuję z przymrożeniem oka, ale pochodzenie imion jest dla mnie czymś ciekawym. A co najważniejsze dla mnie, w książce są wypisane wszystkie daty imienin – może w końcu o jakiś nie zapomnę? Z uwag technicznych, autor nie wyjaśnił o co chodzi ze znakami zodiaku, mogę się jedynie domyślać, że podane są znaki najbardziej pasujące do danego imienia.

Artur Borowski

Za książkę dziękujemy wydawnictwu Studio Astropsychologii

28 listopada 2011

Bodyguard po polsku („Puszka Pandory” Kornelia Romanowska)


„Puszka Pandory” Kornelia Romanowska
wyd. Novae Res
rok: 2011
str. 230
Ocena: 3/6



Puszka Pandory to kolejna oczekiwana przeze mnie premiera tej jesieni. Dlaczego? Po pierwsze polska autorka. Po drugie – debiutantka. Po trzecie – treść książki, czyli wielki świat, wielkie problemy i wielka miłość. Tak to przynajmniej widziałam, więc… wyczekiwałam. W końcu nadszedł listopad, przybył kurier i wręczył mi przesyłkę. Tak szybko jak mogłam uporałam się z najpilniejszymi lekturami i zabrałam się za powieść Kornelii Romanowskiej.

Główną bohaterką powieści jest Dominika Orzechowska, światowej sławy polska piosenkarka, która swoją wspaniałą karierę zaczęła bardzo wcześnie, bo już jako 16-to latka. Wbrew powszechnej tendencji Dominice do głowy nie uderzyła przysłowiowa „woda sodowa” i nie zachłysnęła się życiem, które stanęło przed nią otworem. Została niemal tą samą dziewczyną, co dawniej. Jedyną różnicą był stan konta, umożliwiający jej dostatnie życie z samych tylko odsetek, aż do śmierci. Wszystko byłoby więc idealne, gdyby nie Magda, siostra Dominiki, stanowiąca jej zupełne przeciwieństwo i wyraźnie źle nastawiona do głównej bohaterki. Pewnego dnia dwudziestosześcioletnia Dominika przestaje czuć się bezpiecznie. Ktoś wyraźnie chce się jej pozbyć. Otrzymywane liściki z groźbami przeradzają się w brutalną napaść na piosenkarkę w jej własnym mieszkaniu. Prześladowca próbujący podtopić dziewczynę, ostatecznie zostawia ją jednak przy życiu. Zdesperowana dziewczyna postanawia zabezpieczyć się na przyszłość i pozbyć się uczucia strachu. Najlepszy przyjaciel Marek, wysuwa propozycję, by Dominika zatrudniła ochroniarza-detektywa, który nie tylko uwolni ją od uczucia prześladowania, ale i znajdzie czyhającego na nią mordercę. I tak właśnie w dotychczas sielankowej egzystencji Domi pojawia się przystojny, wysportowany, inteligentny i uszczypliwy Krzysztof Tyszkiewicz. Jej prywatny bodyguard ma jednak pewne tajemnice, których nie chce wyjawić swojej pracodawczyni. Czy taki układ ma rację bytu? Czy Krzysztofowi uda się uchronić Dominikę przed jej prześladowcą? Kim jest potencjalny morderca i z jakiego powodu nastaje na życie piosenkarki? Czy możliwe, by rozwiązanie leżało na wyciągniecie ręki? I w końcu, skąd taki, a nie inny tytuł powieści? Na większość tych pytań odpowiedź uzyskacie dzięki lekturze powieści Puszka Pandory autorstwa Kornelii Romanowskiej.

Niestety nie mogę powiedzieć, że książka mnie zachwyciła. Nie mogę również powiedzieć, że zapamiętam tę historię na długo. Często dopiero w trakcie lektury, okazuje się, że nie należy ona do czytywanego przez nas gatunku. Osobiście nie przepadam za powieściami, które mają niewiele wspólnego z rzeczywistością. Jedyne odstępstwo od tej reguły stanowią bardzo lubiane przeze mnie powieści fantasy, choć i wśród nich zdarza mi się znaleźć takie, które są nie do zaakceptowania przez mój bardzo logiczny umysł. Podczas lektury staram się skupić w całości na przedstawionym przez autora obrazie i przenieść go na mój własny grunt. Testuję w ten sposób umiejętności autora i realność powieści. Równocześnie nie przepadam za marnowaniem czasu na powieści, którym z racji mojego usposobienia zmuszona jestem wystawić nienajlepszą ocenę. Z tego też powodu zwykle nie sięgam po czyste romanse, w których zwykle jest piękna Ona i cudowny On, przybywający na białym rumaku by wyrwać ją ze szponów smoka. Dzięki takiemu podejściu jest i wilk syty i owca cała. Po Puszkę Pandory sięgnęłam spodziewając się głębszego przesłania. Oczekiwałam tajemnic, które nigdy nie powinny ujrzeć światła dziennego, psychopaty, który będzie nieuchwytny, a jego motywy, gdy już zostaną ujawnione, wstrząsną wszystkimi. Liczyłam, że zostanie mi pokazana walka dobra ze złem, zwycięstwo miłości nad śmiercią. Dostałam przerysowany romans ze słabym wątkiem kryminalnym, czyli to, za czym nie przepadam. Winić jednak mogę tylko siebie i to, że nastawiłam się na zgoła inny typ książki.

Jak wspomniałam już wcześniej Kornelia Romanowska jest debiutantką. Jak dobrze wiadomo, nie od razu Rzym zbudowano, nie można więc oczekiwać, że już pierwsza książka tej autorki stanie się dziełem literatury współczesnej. Muszę wręcz przyznać, że jak na pierwszy raz poszło jej całkiem nieźle. W powieści znaleźć można kilka błędów rzeczowych, ale takie zdarzają się nawet najlepszym. Gorzej, że przez korektę przedarły się błędy ortograficzne i stylistyczne, co stanowi dodatkowy minus Puszki Pandory. Dodatkowo mnie samej nie udało się odkryć powiązania tytułu książki z jej treścią.

Osobiście tego typu literaturę polecam na leniwe, słoneczne popołudnia, gdy człowiek pragnie się zrelaksować i nie przemęczać umysłu. Polecam również wielbicielom gorących romansów. Autorce życzę jak najlepiej i czekam na jej kolejną powieść, bo z doświadczenia wiem, że im dalej w las, tym wyższy poziom i lepsze pomysły.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Novae Res

18 marca 2011

Wstrząśnięta, niezmieszana …



„Podwójny uśmiech Mona Lisy” – Małgorzata Wilk
wyd.  Novae Res
rok: 2010
str. 186
Ocena: 3/6



Bardzo dobrze pamiętam dzień, w którym po raz pierwszy trzymałam tę książkę w ręce. Późne lato. 17 Wrzesień 2010. Austria – Wiedeń. Nie będę pisała gdzie to było, ani jak tam trafiłam, bo ważne jest tylko to, że wówczas w me ręce trafiła książka pani Wilk. Przeczytałam opis z okładki i pomyślałam „jaki ten świat mały” i postanowiłam, ze przy pierwszej nadarzającej się okazji sięgnę po tę pozycję. Jest marzec 2011, a ja właśnie zakończyłam lekturę tej powieści.

Pani Małgorzata Wilk przedstawiła nam w swojej powieści dość skomplikowaną sytuację rodziny Kulewiczów. Na samym początku poznajemy Magdę, którą po latach zdrad i upokorzeń porzucił mąż. Jeden telefon od kolegi z szkolnych lat, odmienia jej życie. Magda jest matką głównych bohaterek, bliźniaczek Mony i Lisy, które choć stanowią swoje lustrzane odbicia, to różnią się niczym dzień i noc. Mona od zawsze była cicha i spokojna. Starsza od siostry Lisy o pół godziny, była przez nią traktowana jak środek do osiągnięcia celu. Lisa stosując odwiecznie tą samą śpiewkę, pod tytułem „ty masz wszystko, ja nie mam nic”, wykorzystywała Monę na każdy możliwy sposób. Klasówki, kartkówki, matura, kolokwia, projekty, egzaminy. Do żadnej z tych rzeczy Lisa nigdy nie przystąpiła. Nigdy nie musiała się starać, uczyć, zabiegać. Pragnęła czegoś, i to otrzymywała. Od tak, pstrykała palcami, a siostra załatwiała sprawę. Studia się skończyły, ale niezdrowa sytuacja trwała nadal. Zamiany, kłamstwa, podstępy. To świat, w którym żyła Lisa i do którego niejednokrotnie wciągała swoją siostrę Monę.

13 marca 2011

Czarna perła łzą... Daniela?

"Spalona róża" Anna Walczak
wyd. Novae Res
rok: 2010
str. 347
Ocena: 3/6





Na tę książkę czekałam od dawna. Jeszcze w ubiegłym roku doszły mnie słuchy, że 14-sto letnia Anna Walczak wydała książkę. Gdy w Internecie zobaczyłam okładkę – zakochałam się. Książka musiała się znaleźć na mojej półce. Dlatego współpracę z Wydawnictwem Novae Res rozpoczęłam od tej pozycji.

Medison Carpen nie ma łatwego życia. Pochodzi z biednej rodziny mieszkającej w północnej Anglii, jako nastolatka została porzucona przez matkę i wówczas zaczął się jej horror – życie z maltretującym ją ojcem. W szkole nie  było o wiele lepiej – przyjaciół nie miała, każdy patrzył na nią krzywym wzrokiem, chyba przede wszystkim ze względu na jej wiecznie poszarpane ubrania i obitą buzię. No i był jeszcze on, Daniel, który za nadrzędny cel obrał sobie zamianę jej i tak już strasznego życia w klęskę totalną. Ciągłe poniżanie, wyśmiewanie, ubliżanie sprawiły, że dziewczyna zupełnie zatraciła pewność siebie. Kilka lat później, za sprawą niezwykłego zbiegu okoliczności ich życia ponownie się ze sobą krzyżują. Daniel jest w podbramkowej sytuacji i jedynie Medison może wyciągnąć go z kłopotów, w które wpakował się na własne życzenie. Medison jest w niewiele lepszej sytuacji i jedynie pakt z diabłem, czyli właśnie Danielem, może wyprowadzić jej życie na prostą ścieżkę. Jak potoczą się ich losy? Tego już będziecie się musieli dowiedzieć sami, czytając Spaloną Różę Anny Walczak.

Myśl  przewodnia tej książki zaliczana jest do kategorii ciężkich, o ile nie bardzo ciężkich. Stykamy się w niej z maltretowaniem – zarówno fizycznym jak i psychicznym. Autorka po dwóch stronach barykady stawia bohaterów, pałających do siebie wzajemną nienawiścią, ich rozmowy przesycone są pretensjami, cynizmem i złością. Z takiego układu nie może wyjść nic dobrego. No chyba, że coś się zmieni. Że któreś z nich, albo najlepiej oboje, zmienią swoje życie o 180 stopni. Ale czy to jest możliwe? Czy takie obopólne zmiany są w ogóle możliwe? Na to pytanie każdy musi odpowiedzieć samodzielnie.