Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzec. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą marzec. Pokaż wszystkie posty

5 lipca 2017

Kraniec świadomości ("To, co nam zostaje" Sally Hepworth)

"To, co nam zostaje" Sally Hepworth
wyd. Filia
rok: 2016
str. 546
Ocena: 4,5/6



Czasem mam ochotę być odrobinę nostalgiczna. Powspominać. Podumać. Pogdybać. Zwykle właśnie w takich momentach decyduję się na powieści, po które niekoniecznie sięgnęłabym w normalnych warunkach. Tak właśnie do moich rąk trafiła pozycja Sally Hepworth zatytułowana To, co nam zostaje. Podczas lektury problemem stał się dla mnie czas, którego niestety nie miałam, by ponownie trafić na ten nostalgiczny nastrój, dzięki któremu poczułabym ponownie ten nastrój. Czy to wpłynęło na mój odbiór tej lektury? O tym więcej poniżej.

Eve Bennett ma problem. W sumie to ma sporo problemów, ale jeden jest naglący. Musi wylegitymować się adresem z pobliża szkoły, do której uczęszcza jej córka. Jeszcze kilka miesięcy temu kobieta nie kłopotała się takimi błahostkami, ale wiele w jej życiu się zmieniło. Jej mąż okazał się być przestępcą. Do tego okazał się być również tchórzem, bo zaraz po przyznaniu się do wszystkiego żonie, odebrał sobie życie. Eve została więc sama z winą, jaką obarczono ją za przewinienia ukochanego. Wszechobecna nagonka nie tylko jej nie pomagała, ale i wprowadzała w stan zdołowania. Musiała pilnie wyprowadzić się z domu, który przestał być jej ostoją. Musiała znaleźć pracę, której nie miała od lat, by móc utrzymać siebie i córkę. I ta praca musiała być w zasięgu szkoły Clemmy, by czasem nie musiała jej przenosić i odcinać od koleżanek i kolegów. Z wykształcenia, i to dość dobrego, jest kucharzem. Może poszukać pracy w restauracji. Ale tam pracuje się głównie wieczorami, a wtedy musi zajmować się dzieckiem. Kiedy więc trafia na ogłoszenie z Rosalind House, dość nietypowego ośrodka dla ludzi z demencją, wie, że ta praca będzie idealnym rozwiązaniem. Oczywiście, jeśli ją dostanie. I jeśli później w niej przetrwa, bo to, wbrew pozorom, wcale nie będzie takie proste.

Kiedy rozpoczynałam lekturę mój nastrój bynajmniej nie był melancholijny. Gdy lektura już trwała, nie miałam wyjścia i sama się odrobinę w ten nastrój wprawiłam. Tyle, że niezupełnie mi się to podobało. Nie mówię, że książka mi się nie podobała, co to, to nie. Ale trudno było mi przez nią przebrnąć. Szczególnie psychicznie, bo prosta nie była. Wręcz przeciwnie, była dość przytłaczająca, a do tego miejscami dość poplątana. Wielokrotna narracja pierwszoosobowa co prawda umożliwia poznanie historii z punktu widzenia wielu osób, ale do tego autorka dodała przejścia w czasie. Często trudno było mi się odnaleźć w tym co jest teraz, a tym, co było kiedyś. No i wciąż się zastanawiałam, co będzie kiedyś. Dla mnie delikatnie psychodeliczne. Do tego każde rozpoczęcie na nowo lektury bardzo mnie dołowało, przez co czytanie tej książki zajęło mi dość sporo czasu.

Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że To, co nam zostaje to bardzo dobra książka. Ale chyba nie dla mnie, a na pewno nie w tym momencie mojego życia. Cieszę się, że udało mi się skończyć lekturę, ale już nie z tego, że dzielę się z wami tą opinią. Pewnie gdybym ją przeczytała kilka miesięcy temu to jej odbiór przeze mnie byłby zupełnie inny. Szkoda, że wtedy nie miałam takiej możliwości. Liczę, że u was ta książka wpasuje się lepiej w wasz nastrój. Bo to naprawdę piękna ale i trudna historia. Zachęcam.

Sil


7 kwietnia 2017

Wytrwałość ("Zły Romeo" Leisa Rayven)



"Zły Romeo" Leisa Rayven
wyd. Otwarte
rok: 2017
str. 440
Ocena: 5/6



Zwykle nie wiemy, co nas czeka. Każdy kolej krok może przynieść niespodziewane konsekwencje. Nie zawsze jesteśmy zaskoczeni, zazwyczaj jednak nie jesteśmy pewni, co będzie dalej. Zdarza się jednak, że jakiś cichy głosik, może siódmy zmysł podpowiada nam, że to, co właśnie się dzieje, zmieni nasze życie na zawsze. To, czy to będzie zmiana na lepsze czy gorsze, trudno zwykle stwierdzić. Jedno jest jednak pewne – ona nastąpi. I będzie wielka.

Cassandra Taylor od dawna marzy tylko o jednym – dostać się do najlepszej szkoły dla przyszłych aktorów – Grove. Niestety, jej marzenia są skutecznie tłamszone przez nastawionych na jeden cel rodziców – dziewczyna ma zdobyć konkretne, porządne wykształcenie, tak by nie martwić się o przyszłość. To, że dziewczyna znalazła się na przesłuchaniu do wymarzonej szkoły to niemal cud. Gdyby nie obiecała rodzicom odwiedzenia w tym czasie innej uczelni, zapewne nic by z tego nie wyszło. A tak – siedzi teraz na podłodze korytarza i zastanawia się, co tu tak w zasadzie robi. Bo na pewno nie czuje się tak pewna, dojrzała i doświadczona jak inni przybyli na casting. Dlatego gdy tylko nadarza się okazja, Cass wchodzi w swą rolę i stara się, by cala grupa ją polubiła. Nie rozumie tylko zachowania tego chłopaka… który jak ona od początku stał na uboczu… taki przystojny… i patrzący na nią z taką złością. Przecież nawet się nie znają, a on zachowuje się jakby mu wymordowała co najmniej połowę rodziny. To jego zachowanie to jeszcze nic wielkiego, w porównaniu z tym, co dzieje się dalej i jak traktuje ją ten intrygujący skądinąd chłopak. Co wpłynęło na jego podejście do Cassie? Czy to możliwe, by ta dwójka, jeśli dostanie się do wymarzonej szkoły, zostanie przyjaciółmi? A może połączy ich niespotykana chemia, która nie pozwoli im być daleko od siebie? Jak rozwinie się i zakończy ta niezwykła historia? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Złego Romea, czyli debiutancką powieść Leisy Rayven.

Cassie i Ethan od początku znajomości działają na siebie dość intensywnie. Z lektury wręcz bucha buzującymi między nimi emocjami. Dzięki temu, oraz dzięki podzieleniu akcji na nie do końca oczywiste teraz i na początku jeszcze bardziej tajemnicze wtedy, autorka intryguje czytelnika. Wciąga go w mętną nieco fabułę i zachęca do jej śledzenia. Z każdą kolejną stroną powieści poznajemy coraz lepiej Cass i Ethana i krok po kroku dowiadujemy się, co zaszło między nimi lata temu. Co spowodowało, że z początkowych wrogów stali się znajomymi, przyjaciółmi, a w końcu kimś więcej. I co ostatecznie doprowadziło do zastanej obecnie sytuacji? Jedynym sposobem, na odkrycie tajemnic tej dwójki jest sięgnięcie po Złego Romea i zaczytanie się w nim. A gwarantuję, oderwać się od lektury będzie trudno.

Nie będę ukrywała, bardzo czekałam na tę powieść i gdy w końcu dane mi było jej przeczytanie, nie posiadałam się z radości. Zresztą, większość książek wydawanych przez Otwarte i klasyfikujących się do serii Moondrive tak na mnie działa. I zwykle mnie nie zawodzą. Zły Romeo tak jak i pozostałe – nie tylko nie zawodzi ale i cieszy. Nie mówię, że powieść czytało się fenomenalnie. Czasem przeskoki w czasie nieco mnie męczyły. Czasem nie umiałam się połapać w tym, co teraz się dzieje, gdzie tak naprawdę są bohaterowie. Gdzie jestem ja. Ostatecznie jednak wszystko pojęłam i chyba nawet pokochałam. Ujęła mnie szczególnie końcówka. Po zakończeniu lektury odczułam lekkie uczucie żalu. Czegoś mi brakowało. Ale dzięki temu mogę sama kreować ten brak. Tworzyć w głowie niekończące się dalsze ciągi. Takie powieści lubię. Takich powieści chciałabym czytać więcej. Zdecydowanie polecam.


Sil

21 marca 2016

Chcieć bardziej ("Układ" Elle Kennedy)

"Układ" Elle Kennedy
wyd. Zysk i s-ka
rok: 2016
str. 464
Ocena: 5/6




The story of my life, I take her home
I drive all night to keep her warm and time
Is frozen 1)

Kilka lat temu, gdy czytałam jedna z moich pierwszych powieści young/new adult wiedziałam, że jest to gatunek, który na długo zagości w moim umyśle i w mojej biblioteczce. Wtedy niezwykle trudno było zdobyć takie powieści, na rynku panował jeszcze boom na powieści paranormalne ewentualnie dystopię i urban fantasy. I w związku z tym właśnie takich książek było u mnie najwięcej. Z czasem rynek zaczął się zmieniać i przyszedł nawet czas, że czytałam naprzemiennie – raz ya, raz dystopię albo jakiś kryminał. Dziś przyjrzałam się uważniej mojej recenzenckiej półce. Niemal wszystkie powieści, które się w niej znajdują, to young albo new adult. Dziś stoję więc przed regałem i nie zastanawiam się, jaki gatunek tym razem przeczytam, tylko po którego autora sięgnąć. Rynek wydawniczy po prostu zalały opowieści o młodych gniewnych, którzy skrywają w swoich wnętrzach bardziej lub mniej mroczne tajemnice. Nieodmiennie owi bardziej lub mniej młodzi gniewni stykają się ze sobą, a takie spotkanie porównać można z rozbłyskiem supernowej. Po drodze tajemnice wychodzą na jaw, czytelnik styka się ze wzlotami i upadkami par, by finalnie, no tak w 95% zapoznać się z happy endem.

Jeszcze kilka lat temu tego typu powieści wydawała garstka wydawnictw, teraz para się tym w zasadzie każdy na rynku. Jest popyt – jest podaż. Tylko czy jakość nie zawsze zadawala finalnego odbiorcę. Powyższe rozważania prowadzą do jednego, przynajmniej mnie. Naprawdę trudno znaleźć wśród tych wszystkich pozycji perełkę, którą śmiało będzie można polecić znajomym. Czasem historia ma naprawdę duży potencjał, ale wykonanie kuleje. Czasem autor ma marny pomysł, ale naprawdę potrafi wciągnąć w fabułę czytelnika. Niezmiernie rzadko widujemy połączenie idealne – pomysł i wykonanie. Jak było tym razem? O tym poniżej.

Kiedy kilka miesięcy wcześniej na uczelni Briar pojawił się Justin Kohl Hannah Julie Wells poczuła, że to może być chłopak dla niej. Im częściej mijała go na korytarzu, im więcej razy zerkała na niego na wykładach – tym bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że zabujała się w tym chłopaku. A gdy zobaczyła, jak czyta Hemingwaya, poczuła, że wpadła jak śliwka w kompot. Tylko jakoś nie mogła przemóc się, by wykonać pierwszy krok. Wszystko zmieniło się po egzaminie z etyki filozoficznej, który to aż 75% studentów oblało. Ale Hannah nie i, jak się później okazało, Justin również nie. Oblał za to kapitan uczelnianej drużyny hokeja, Garrett Graham, któremu ten stopień znacząco wpływał na średnią. A naczelną zasadą Briar było utrzymywanie odpowiedniej średniej u wszystkich sportowców. Garrett potrzebował więc pilnie pomocy. I to najlepiej pomocy kogoś, kto ten egzamin zdał śpiewająco. A jedyną taką osobą jest właśnie Hannah. Tyle, że ona nie tylko nie chce, ale i nie może mu pomóc. Najzwyczajniej nie ma czasu. Garrett nie daje jednak za wygraną, tak długo chodzi za dziewczyną, tak intensywnie męczy ją prośbami, tak bardzo docieka, czego mogłaby potrzebować, że w końcu odkrywa, w kim zakochana jest Hannah i, nie przebierając w słowach informuje ją, że nie ma szans u Justina. No, chyba, że skorzysta z jego pomocy. Tak oto dwójka studentów idzie na pewien ryzykowny układ – w zamian za korepetycje Garrett wprowadzi Wellsy do towarzystwa. A by móc tego dokonać inni muszą uwierzyć, że ta dwójka się spotyka. Tylko, czy przy okazji, sami w to nie uwierzą?

Przyznam, że na początku lektury byłam odrobinę zniechęcona. Bardzo denerwowało mnie zachowanie Garretta. Irytowało mnie jego zupełne zapatrzenie w siebie. A dziecinność Wellsy doprowadzała mnie do szewskiej pasji. Były momenty, że chciałam rzucić tę książkę w kąt. Tak więc lektura początkowych rozdziałów szła mi dość opornie. Jednak z każdą przeczytaną stroną przekonywałam się do Układu coraz bardziej. Bohaterowie dorastali, dialogi robiły się coraz poważniejsze, akcja coraz ciekawsza. Ostatecznie mogę uznać tę książkę nie tylko za ciekawą, ale bardzo wciągającą, interesującą i wartą zainteresowania. Gdy człowiek już się w niej zatraci, to naprawdę trudno się od niej oderwać. Ja zarwałam z jej powodu dwie noce. Ale nie żałuję. Układ naprawdę jest godny polecenia.

Sil

1) One Direction - Story of My Life



15 marca 2016

I stało się wszystko ("In Vitro. Bez strachu. Bez ideologii" Anna Krawczak)In Vitro. Bez strachu. Bez ideologii" Anna Krawczak

"In Vitro. Bez strachu. Bez ideologii" Anna Krawczak
wyd. Muza
rok: 2016
str. 464
Ocena: 5,5/6



Eyes make their peace in difficulties
With wounded lips and salted cheeks
And finally we step to leave
To the departure lounge of disbelie1)

Mąż widząc mnie kolejny dzień z książką Anny Krawczak w ręce stwierdził, że "coś nie idzie mi czytanie". Musiałam się dłużej zastanowić, zanim udzieliłam mu odpowiedzi. Bo w pierwszej chwili sama nie wiedziałam, czy faktycznie – nie idzie mi, czy też problem leży zupełnie gdzie indziej. Już po chwili wiedziałam, że diagnoza małżonka nie była prawidłowa. Zresztą… czy naprawdę potrzebowałam się nad tym zastanawiać? Przecież wiedziałam, że to nie chodzi o to, że książki nie da się czytać. Albo o to, że na przykład jest źle napisana. Nic z tych rzeczy. To ten temat, tak bliski mi… tak bliski nam. Nie będę się tu jednak rozwodzić nad moją i mojego męża historią. Po latach starań i ostatnich intensywnych miesiącach zgłębiania tematu już chyba odrobinę okrzepłam. Zrzuciłam wcześniejszą, jak się okazało bardzo cienką skórę. Coraz rzadziej płaczę, gdy ktoś z najbliższego otoczenia zachodzi w ciążę. Nie ma już powodzi łez na reklamie płynu do prania rzeczy dla niemowląt. Nie zaglądam już jak wariatka do wózków kobiet mijanych w parku. Nie płakałam więc podczas czytania tej książki. No dobrze, nie płakałam za często, bo kilkukrotnie uroniłam łzę, gdy czytałam historię do złudzenia przypominającą moją. Wielokrotnie też podnosiłam głos, zaczynałam kipieć złością i rozpoczynałam wertowanie stron, by wrócić tam, gdzie bulwersujący wątek się zaczął i… czytałam wszystko na głos małżonkowi. By i on wiedział. Wydawało mi się, że ostatni rok naszego życia był do granic możliwości naszpicowany informacjami. Myliłam się. Teraz przynajmniej zdaję sobie sprawę, że wiem niewiele. I że pewnie jeszcze nie raz przyjdzie mi uronić łzę, gdy będę czytała coś, co po raz kolejny przesunie moją granicę wytrzymałości psychicznej i bólu.

Myślę, że młodziutkiej Annie Krawczak nawet do głowy nie przyszło, że kiedyś będzie musiała podjąć decyzję, która na zawsze zmieni jej życie i pojmowanie otoczenia. Wychowywana w katolickim domu wyznawała określone normy etyczne. W pierwszą ciążę zaszła ekspresowo. Drugiego dziecka, już z innym partnerem, nie mogła wymodlić latami. Ale, tak to już jest. Niepłodność nigdy nie dotyka jednej osoby, zawsze dotyczy pary. Anna Krawczak jest idealnym przykładem tego stwierdzenia. Niepłodność dotknęła ją dopiero w drugim związku, kiedy najmniej się tego spodziewała. Możemy sobie więc tylko wyobrażać, jak ciężko było jej pogodzić się z myślą, że tak naturalna rzecz, jak zajście w ciążę i urodzenie zdrowego bobasa, może nie być już nigdy jej udziałem. In vitro nigdy jednak nie leżało w jej zasięgu. I nie chodziło tu o czystko ekonomiczne podejście do sprawy, ale o samo przeświadczenie – in vitro to wcielenie zła. Żaden katolik tak świadomie i ostatecznie nie zgrzeszy. A jednak, zdarza się to tysiącom, o ile nie setką tysięcy ludzi. W tym nieprawdopodobnej wręcz rzeszy katolików. Bo gdy przychodzi do spraw rodzinnych, gdy w grę wchodzi realna niepłodność, brak możliwości posiadania siostrzeńca, wnuka czy syna, ludzie radykalnie zmieniają swoje poglądy. Autorka słusznie zauważyła to w swojej książce – do kościoła chodzi się w niedzielę, z rodziną żyje się przez pozostałe dni tygodnia.

W sumie nie wiem, jak powiedzieć wam o czym jest "In vitro. Bez strachu. Bez ideologii." Z jednej strony to historia autorki. Bardzo pouczająca i wzruszająca oczywiście. Z drugiej strony przedstawienie faktów. Ale nie faktów o samym in vitro, tylko i jego nieprawidłowym postrzeganiu. O zapatrzeniu w nauki kościoła i nie słuchaniu prawd naukowych. Książka traktuje o naprotechnologii, przez wielu określanych naprościemą. To również opowieść o zarodkach, o ich wiernych ochroniarzach, którzy zapominają, że chronić wypadałoby również potencjalnych rodziców. To wreszcie opowieść o trudnych decyzjach dotyczących szeroko rozumianego dawstwa oraz o wzlotach i upadkach prowadzenia tak potrzebnego pacjentom portalu, jakim jest Nasz Bocian. Sumą tego wszystkiego i wielu innych elementów jest właśnie książka Anny Krawczak.

Wciąż się zastanawiam, czy powinnam powiedzieć coś więcej, czy na tym poprzestać. I nadal nie potrafię się zdecydować. Mogłabym zacząć rzucać licznymi cytatami, które systematycznie, z wytrwałością godną lepszej sprawy, zaznaczałam. Wiem jednak, że nie na wiele by się one wam zdały, bo nawet najlepszy cytat nie przedstawi wam, w czym rzecz. Niewątpliwie więc jedynym rozwiązaniem, jest sięgnięcie po tę pozycję. Z mojego punktu widzenia, po tę książkę powinien sięgnąć każdy. Absolutnie każdy, w tym zagorzali przeciwnicy in vitro i wszyscy propagatorzy innych metod zapłodnienia. Nie zmuszam nikogo do zmiany zdania, nie tłukę otoczeniu i wam, czytelnicy, byście zamykali się tylko na tę jedną metodę leczenia niepłodności. Ale powinno się dać szansę różnym rozwiązaniom. Ja dałam, wiele z nich zwiodło, inne wciąż staram się testować.

W książce zabrakło mi jedynie szczegółowych opisów samej stymulacji. Już nie mówię o lekach, ale o rodzajach protokołów, o długości ich trwania, o wpływie na organizm kobiety, o sposobach poprawiania komórek. Te wszystkie kwestie należałoby przybliżyć samym pacjentom, jak i przeciwnikom metody in vitro. Ale i bez tych elementów książkę Anny Krawczak z czystym sumieniem mogę polecić. To naprawdę kawał rzetelnej literatury.

Sil

1) Ellie Goulding - Beating Heart



9 marca 2016

Ocalić Alice ("Prawda o dziewczynie" T.R. Richmond)

"Prawda o dziewczynie" T.R. Richmond
wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 400
Ocena: 4/6


Śmierć nie zawsze jest spodziewana i oczywista. Nie każdemu dane jest dożyć sędziwej starości, niektórzy nie mają szans być na świecie nawet połowy tego czasu, co inni. Co jednak mają powiedzieć ci, którym nawet to nie jest dane? Których życie na dobre się jeszcze nie rozpoczęło, a już zostało zakończone.

Dwudziestopięcioletnia Alice Salmon nie żyje. Niby dopiero rozpoczęła życie. Niby przed chwilą wkroczyła w dorosłość, a już została jej ona odebrana. Nic już się nie da zrobić, nie da się cofnąć czasu. Już nigdy nie będzie jej dane zmienić pracę, poznać mężczyznę jej życia czy pójść z przyjaciółkami na imprezę. Po ostatniej zabawie z dziewczynami nie wróciła już do domu. Jej ciało wyłowiono z rzeki. Najpewniej spadła z mostu. Albo została z niego zrzucona. Policja od początku nie bierze pod uwagę, że może mieć do czynienia z morderstwem. Most był nie najlepiej zabezpieczony. A dziewczyna miała we krwi kilka promili alkoholu. Nikt nie musiał jej pomagać przy zejściu z tego ziemskiego padołu. Ale czy cokolwiek przepowiadało, że Alice ma zamiar ze sobą skończyć? Czy coś złego działo się w jej życiu? Czy popadała w stany depresyjne? Czy nie układało się jej w związku? Czy miała problemy w pracy? A może to w niej tkwił problem? Prawdę o przeszłości dziewczyny i przyczynach jej śmierci próbuje zgłębić jej były profesor – wykładowca akademicki Jeremy Cooke. Czy mężczyźnie uda się poskładać życie dziewczyny w całość? Czy zrozumie, co wydarzyło się tej feralnej nocy? Czy dawni znajomi, przyjaciele i bliscy dziennikarki będą skłonni podzielić się z tym dość ekscentrycznym człowiekiem ostatnimi wspomnieniami na temat zmarłej? Jeśli tak, to do jakich wniosków doprowadzi Cooka to, co od nich wyciągnie? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po powieść T.R. Richmonda zatytułowaną Prawda o dziewczynie.

Przyznam, że zaintrygowała mnie ta książka, dlatego też poprosiłam o jej egzemplarz wydawcę. Miałam nadzieję, że uda mi się ją skończyć na premierę, niestety ten plan się nie powiódł. Nie dlatego, że się nie starałam… jednak Prawda o dziewczynie nie była aż tak wciągająca, jak miałam nadzieję, że będzie. Wydawca zachwalał książkę jako elektryzujący thriller i przyrównał ją do Zaginionej dziewczyny. Już wtedy miałam pewne wątpliwości, bo choć Zaginiona dziewczyna była intrygująca, to jednak nie nazwałabym jej elektryzującą. Całość jest ciekawa, sprawia, że czytelnik ma ochotę ciąg dalszy, ale nie koniecznie teraz , niekoniecznie w tej chwili. Stąd też małe opóźnienie w zakończeniu lektury jak i w napisaniu powieści.

Szczerze powiedziawszy Prawda o dziewczynie jest ciekawa, ale nie powala na kolana. To tak jakby rozsypane puzzle, które profesor Cook zbierał przez jakiś czas i próbował ułożyć w jednolitą całość. Czy mu się udało? Tego już musicie dowiedzieć się sami.

Sil


Baza recenzji Syndykatu ZwB

7 marca 2016

I nie trzeba się bać1) ("Panika" Lauren Oliver)

"Panika" Lauren Oliver
wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 360
Ocena: 5/6


Maybe I should cry for help
Maybe I should kill myself 2)

Czasami miejsce w którym przychodzimy na świat predysponuje nas do określonych zachowań. Poddajemy się presji otoczenia. Używamy takiego samego języka jak nasi pobratymcy. Obracamy się ciągle wśród tych samych osób. Przesiąkamy danym miejscem. I nie ważne jak mocno się staramy, niezmiernie trudno jest nam się wyrwać z tej matni.

Heather Lynn Nill od urodzenia mieszka w Carp, zaledwie dwunastotysięcznym miasteczku w stanie Nowy Jork. Od lat przyjaźni się z Natalie Velez i Bishopem Marksem. W tym roku cała trójka kończy szkołę średnią i to ich jedyna okazja, by zagrać w Panikę. W zasadzie nikt nie wie, jak to wszystko się zaczęło. Kilka lat temu po prostu młodzież z ostatniej klasy liceum zaczęła w  to grać. Od tego czasu całość owiewana była coraz większą tajemnicą. Nie znano założyciela, organizatora ani sędziów. Uczniowie młodszych klas codziennie musieli dokładać od puli Paniki po jednym dolarze. Jeśli nie dawali swojej doli, byli do tego zmuszani. Dzięki temu co roku wygrana była coraz większa. Ale też zadania do wykonania – coraz trudniejsze. Dorośli o Panice nie wiedzieli, a młodzież zobligowana była do zachowania tajemnicy. I dotychczas nikt tej tajemnicy nie wyjawił. Heather nie planowała brać udziału w grze. Co innego Nat, ona od lat mówiła, że to zrobi, choć krócej by wymieniać to, czego się nie bała. Dziewczyna jednak bardzo chciała wygrać pieniądze i wyjechać do Los Angeles, by zostać aktorką. Bishop zawsze kręcił tylko głową. Panika w ogóle nie siedziała mu w głowie. Pewnie dlatego tak trudno mu było zrozumieć, dlaczego Heather niespodziewanie zgłosiła się do rozgrywki. Przecież uważali grających za nieodpowiedzialnych idiotów. Mimo to jego najlepsza przyjaciółka wykonała Skok równocześnie zostając jedną z uczestniczek Paniki. Te wakacje miały stać się testem jej nerwów i silnej woli. Czy dziewczyna da radę? Czy dotrze do finału? Czy wygra 57 tysięcy dolarów? A może zginie, nim Panika się skończy? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po najnowszą powieść Lauren Oliver zatytułowaną Panika.

Wiedziałam, że na książkach tej autorki nie można się zawieść. Wiedziałam, że zawsze dostaję to, czego akurat potrzebuję. Ale, szczerze powiedziawszy, początek Paniki mnie zawiódł. Jakoś nie mogłam wkręcić się w tę historię. Coś do mnie nie przemawiało. Przeczytałam jednak jedną, czy dwie recenzję i odkryłam, że nie tylko ja tak miałam. I że każdy, jak wzrokiem w sieci sięgnąć, był później zachwycony. Nie poddałam się, czytałam i… coraz bardziej zachwycałam.

Panika jest niezmiernie pouczającą lekturą. To nie tylko obraz dorastania młodzieży w bardzo specyficznych i co tu dużo ukrywać, trudnych warunkach, ale i niezwykle realistyczne przedstawienie ewolucji uczuć młodych ludzi. Każdy z bohaterów ma swoje problemy i każdy na swój sposób sobie z nimi radzi. Panika wyzwala w nich skrajne emocje, dzięki czemu dowiadujemy się o nich coraz więcej i więcej. Nie są białymi kartkami, na których przyszłość dopiero zostanie zapisana. Przeszłość i teraźniejszość tak wyraźnie ich ukształtowała, że ich przyszłość wydaje się oczywista. Brak pieniędzy. Brak perspektyw. Brak opieki i miłości ze strony bliskich. A może… czasem patrzymy za daleko? Może trzeba spojrzeć bliżej. Może tu, zaraz obok, znajdziemy to, co nas uszczęśliwi?

Jedno po przeczytaniu najnowszej książki Lauren Oliver mogę powiedzieć na pewno – to niezwykła opowieść, po którą nie tylko należy, ale i trzeba sięgnąć. To obowiązkowa lektura na ten rok. Zachęcam do niej wszystkich.

Sil

1) str. 358

2) Awolnation - Sail

Baza recenzji Syndykatu ZwB

5 marca 2016

Bookowo 2/2016 (35)

Stosik stosikowi nie równy, no nie? Ja co miesiąc robię fotkę książek z danego miesiąca i... zapominam ją wstawić. Potem zastanawiam się czy wstawić ją w poniedziałek, albo środę... W końcu nie wstawiam wcale, albo wstawiam w zupełnie niespodziewanym momencie. Dziś co prawda nie jest ostatnia sobota miesiąca, albo ostatni dzień miesiąca, ale pierwsza sobota miesiąca, więc... może nie jest ze mną aż tak źle? Oto mój lutowy stosik. 


Jak widzicie, odrobinkę tego do mnie w lutym spłynęło. W sumie dobrze, że nie zrobiłam fotki w sobotę, bo w poniedziałek chyba jeszcze 6 książek dostałam... A teraz odrobinkę o nich. 

Od prawej:
Kamień i sól - Victoria Scott (IUVI) - na tę książkę czekałam bardzo długo. Strasznie często śnią mi się wydarzenia z pierwszej części, potem długo dochodzę do siebie. Mam nadzieję, że wkrótce uda mi się sięgnąć po tę część i dowiem się, jakie są dalsze losy bohaterów Wody i Ognia. 
Say it - Paula Bartosiak (Novae Res) - jeszcze nie miałam okazji przeczytać, ale oceny są bardzo dobre, mam więc nadzieję, że mnie ta książka nie zawiedzie. 
Jesteś moja, dzikusko - Agnieszka Lingas-Łoniewska (Novae Res) - To już egzemplarz finalny. Jedna z moich ulubionych. Recenzja TUTAJ
Siła wiary - Sandra Orzelska (Novae Res) - lektura jeszcze przede mną. Ale na pewno wkrótce przeczytam :) 
Piętno Midasa - Agnieszka Lingas-Łoniewska (Novae Res) - książkę przeczytałam już dawno, daaawno temu. Recenzja pojawi się w maju, ale już teraz mogę wam powiedzieć, że zdecydowanie warto sięgnąć po tę powieść. 
Wiedźma z lustra - Maggie Stiefvater (Uroboros) - to trzeci tom serii The Raven Cycle. Poprzednia część mnie zachwyciła, już nie mogę doczekać się lektury. 
Tu i teraz - Ann Brashares (YA!) - już wkrótce planuję zacząć czytać tę książkę. Słyszałam o niej wiele dobrego :) 
Ta dziewczyna - Colleen Hoover (W.A.B.) - to finał serii Pułapka uczuć. Według mnie wspaniała seria. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ
Łowczyni - Virginia Boecker (Jaguar) - to początek serii Łowczyni i niespodzianka dla mnie od wydawcy. Postaram się przeczytać jak najszybciej :) 
Tak słodko... - Tammara Webber (Jaguar) - to trzeci tom serii Kontury serca. Już nie mogę doczekać się, gdy zacznę czytać. 
Odkąd cię nie ma - Morgan Matson (Jaguar) - poprzednia książka tej autorki - Lato drugiej szansy, bardzo mi się podobała. Mam nadzieję, że i ta przypadnie mi do gustu. 
Biała róża - Amy Ewing (Jaguar) - to kontynuacja serii The Lone City. Poprzednia część mną wstrząsnęła, nie mogę się więc doczekać lekury. 
Długo i szczęśliwie - Soman Chainani (Jaguar) - to trzeci tom serii Akademii Dobra i Zła. Czekam :) 
Życie i Śmierć - Stephenie Meyer (Dolnośląskie) - to już piąty tom sagi Zmierzch. W sumie chyba nikt się tego nie spodziewał, ale... Czy to naprawdę kontynuacja sagi? Raczej nie. Dostajemy nowe wydanie pierwszej części i nową powieść autorki, która z okazji 10 lat od wydania Zmierzchu postanowiła napisać książkę od drugiej strony. Ale nie jest to powieść z punktu widzenia Edwarda, czego wszystkie fanki pragną. 
Sześć serc - L.H. Cosway (Filia) - jest to pierwsza część cyklu Hearts. Już nie mogę doczekać się, gdy sięgnę po tę powieść. 
In vitro - Anna Krawczak (Muza) - to pozycja, po którą sięgnę jako następną. Już nie mogę się doczekać. Książkę napisała jedna z założycielek Stowarzyszenia Nasz Bocian. Temat jest mi bardzo bliski, mam nadzieję, że już wkrótce nasza droga się zakończy, ale jestem przekonana, że dzięki tej pozycji mi będzie o wiele łatwiej...Książka otrzymana od portalu DużeKa. 
Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego - Wojciech Sumliński (Wojciech Sumliński Reporter) - to lektura, za którą zabrał się mój małżonek. Recenzję możecie przeczytać TUTAJ. Książka przeczytana dzięki uprzejmości księgarni internetowej Matras
Na koniec, choć nie ostatnia - kolorowanka Fantastyczne konstrukcje - Steve McDonald (Egmont)

I na koniec tradycyjnie, coś polecacie? Coś odradzacie? 

4 marca 2016

Koniec gry ("Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?" Estelle Maskame)

"Czy wspominałem, że Cię potrzebuję?" Estelle Maskame
seria: DIMILY
tom: II
wyd. Feeria Young
rok: 2016
str. 360
Ocena: 5,5/6

We're under pressure,
seven billion people in the world trying to fit in.
Keep it together,
smile on your face even though your heart is frowning
But hey now, you know girl,
We both know it's a cruel world
But I will take my chances

As long as you love me
We could be starving,
We could be homeless,
We could be broke 1)

"Nie wiem, jak powinien się czuć człowiek, który kogoś kocha -…- ale jeśli miłość oznacza, że człowiek myśli o drugiej osobie w każdej sekundzie dnia… Jeśli oznacza, że cały jego nastrój poprawia się, gdy ta osoba jest w pobliżu… Jeśli oznacza, że zrobiłby dla tej osoby absolutnie wszystko - …- to moja miłość do ciebie nie zna granic".2)

Czasem, to nie my decydujemy o swoim życiu. To nie my odpowiadamy za to, gdzie kieruje nas nasze serce, a nie zawsze jesteśmy w stanie słuchać umysłu.

Gdy rok wcześniej Tyler wyjeżdżał do Nowego Jorku Eden nie spodziewała się, że będzie za nim aż tak tęsknić. Że tak trudno będzie jej przeżyć te 359 dni rozłąki, choć przecież trwała ona znacznie dłużej, bo już wtedy od roku się nie spotykali. Im więcej czasu mijało, tym bardziej zacieśniał się jej związek z Deanem i tym mocniej uświadamiała sobie, jak bardzo zakochana jest w przyrodnim bracie. Jej marzenia nie miały szans na realizację, więc upchnęła je głęboko w zakamarkach serca i umysłu. Nie potrafiła jednak odmówić, gdy brat zaprosił ją do siebie na sześć tygodni. Pomysł wyjazdu nie podobał się nikomu. Dean był zrozpaczony, przecież jesienią Edem miała wyjechać na studia do Chicago i zupełnie go zostawić. Matka też miała nadzieję, że te ostatnie tygodnie spędzą razem. Już nie wspominając o przyjaciółkach, które w wakacje miały zjechać się z różnych części kraju. Dziewczyna jednak nie potrafiła odmówić i liczyła dni, aż będzie mogła wyruszyć do Nowego Jorku, by zobaczyć to niesamowite miasto i… miłość swojego życia. Tylko, czy on wciąż ją kocha? Czy nadal mu na niej zależy? A może ona sobie coś tylko uroiła? Cóż, o tym musicie przekonać się na własnej skórze.

Od listopada z niecierpliwością czekałam na drugi tom serii DIMLY. Bohaterowie nie tyle mnie urzekli, co rozkochali mnie w sobie. Czasem było mi trudno zrozumieć przyczyny ich postępowania i powody, dla których ostatecznie podjęli takie, a nie inne decyzje. Z całego serca jednak pragnęłam dowiedzieć się, co będzie dalej. Teraz już wiem, i… cierpię dalej, bo chciałabym już teraz, zaraz, przeczytać ostatni tom tej trylogii. Bo, jak się można było spodziewać, nie wszystko skończyło się tak, jakby tego wiele czytelniczek pragnęło. Ostatnie strony są na tyle zaskakujące, że jeśli nie z powodu chęci poznania tej historii, to już tylko dla tego zwrotu akcji warto przeczytać powieść Czy wspominałem, że Cię potrzebuję.

Pierwotnie polski wydawca miał zamiar wydać powieść pod tytułem "Czy wspominałam,…". Długo się zastanawiałam, co spowodowało zmianę. Teraz już wiem, i wiem, jak wiele znaczy ten tytuł. Jeśli nie mówi on o tej książce wszystkiego, to mówi bardzo wiele.

Opowieść o Eden i Tylerze na pierwszy rzut oka może nie wydawać się realna, niesie jednak za sobą wiele prawd i ostatecznie okazuje się być bardziej realna, niż niejedno wydarzenie z naszej codzienności. Zdecydowanie warto sięgnąć po najnowszą powieść Estelle Maskame. Ja zrobiłam to z wielką przyjemnością i nie żałuję ani jednej minuty poświęconej na lekturę. Mam nadzieję, że finał trylogii już wkrótce zagości na półkach naszych księgarń i będzie mi dane się z nim zapoznać. Z czystym sumieniem polecam.

Sil

1) Justin Bieber - As Long As You Love Me feat. Big Sean

2) str. 286


3 marca 2016

Polityczne związki („Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” Wojciech Sumliński)

„Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” Wojciech Sumliński
wyd. Wojciech Sumliński Reporter
rok: 2015
str. 388
Ocena: 3/6


Do lektury książki namawiali mi znajomi, którzy po jej przeczytaniu całkowicie zmienili swój światopogląd. Mówili, że teraz całkowicie inaczej widzą Polską scenę polityczną. Pan Wojciech Sumliński to reporter śledczy i to dobry, tak przynajmniej wyczytałem zapoznając się z jego biografią. Niestety wcześniejsze jego dzieła nie są mi znane. I to zarówno te telewizyjne jak i literackie.

Po takich słowach moich znajomych rozpoczynałem tę lekturę licząc na prawdziwą bombę, na rakietę, która wywróci mój świat do góry nogami i jeszcze dodatkowo na lewą stronę i to bez mydła. Tymczasem było trochę mniej spektakularnie, mniej efektownie. No chyba, że sprawiły to moje poglądy polityczne. Kończąc ostatnia stronę zastanawiałem się , co jest ze mną nie tak, że nie widzę tego co inni.

W książce autor przedstawia niezliczone fakty o powiązaniach WSI, mafii oraz rosyjskiego wywiadu. W tle z olbrzymią ilością pieniędzy. We wszystkich tych wydarzeniach główną rolę odgrywa Bronisław Komorowski. Niektóre sytuacje i powiązania przedstawione przez Sumlińskiego mogą przyprawić o dreszcze. Wszystko trzyma się przysłowiowej kupy. Jednak bardzo ciężko z tym polemizować, bo te aspekty życia publicznego, aż tak mnie nie wciągają, a ponadto brakuje jakichkolwiek źródeł. W zasadzie jest to oczywiste, bo przecież wszystko pochodzi ze ściśle tajnych akt i dokumentów przekazywanych przez „agentów” oraz oficerów CBŚ. Szkoda tylko, że autor skupia się na swojej wizji świata i w faktach znajduje potwierdzenie swojego zdania, choć bez problemu można by wyciągnąć z nich zupełnie inne wnioski. Za przykład może posłużyć fundacja Pro Civili, która prowadzona przez byłych i obecnych (w tamtych czasach) agentów WSI przynosiła im olbrzymie zyski. Ja to widzę trochę inaczej, otóż służby wywiadowcze nie zawsze mogą mieć oficjalny budżet. Ich działania operacyjne, które nierzadko kosztują setki tysięcy dolarów są finansowane właśnie z takiego typu organizacji. Taka organizacja może również prowadzić działa operacyjne w imieniu organizacji, która nie do końca chce oficjalnie je prowadzić. To tylko takie moje zdanie, ale oczywiście mogę się mylić. Ponadto sam autor wspomina nie raz, że informatorzy z jakimi miał styczność potrafią realizować plany, w których nawet on nie potrafi się połapać np. ujawnienie zdjęcia Aleksandra Kwasniewskiego i Marka Dochnala. Tak więc skąd Pan Sumliński ma pewność, że ujawnione mu materiały są prawdziwe? Tymi prostym przykładami chciałem pokazać, że nie wszystko, co w niej zawarte należy brać za pewnik i to całkiem bezkrytycznie. Jest to moja pierwsza książka polityczna, ale odnoszę wrażenie, że zdecydowanie za dużo w niej osobistego życia Wojciech Sumlińskiego. Kilkukrotnie przeczytamy, że jest niezwykle religijnym człowiekiem, przeczytamy o kolejnych nieprzespanych nocach w trakcie czytania tajnych teczek. Na razie po lekturze tej książki postanowiłem więcej nie sięgać po ten gatunek literatury.

Tak, macie rację, czytałem tę książkę bardzo krytycznie. Kilkuletnia praca dziennikarza śledczego zakończyła się wydaniem książki tuż przed wyborami prezydenckimi w których główny „oskarżony” Bronisław K bierze udział. Jest to fakt co najmniej zastanawiający. Powiedzmy sobie szczerze, czy ten opozycjonista z czasów PRL strzelający gafy na lewo i prawo, mógłby być szefem wszystkich szefów, czy on mógłby być „Tym człowiekiem”? Mój poziom krytycyzmu zwiększył się po ostatnich aferach ze wykrytymi plagiatami. To prawda nie wpływają one na treść i nie zmieniają faktów przedstawionych w książce, ale delikatny niesmak pozostaje. Dziennikarz śledczy, który chce abyśmy uwierzyli w jego historię powinien unikać takich sytuacji.

Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego stały się swego rodzaju biblią dla prawicy, tej fanatycznej prawicy i każdy powinien po tę książkę sięgnąć, aby dowiedzieć się czy słusznie. Może ona być szokiem dla każdego kto naiwnie wierzył, że ludzie na świeczniku polityki, mediów i kościoła kierują się wyłącznie czystymi jak kryształ ideałami takimi jak patriotyzm czy też dobro. Brudny świat w którym mafia, służby wywiadowcze i polityka mieszają się w sposób nierozłączny przyprawiony jest olbrzymią ilością gotówki i haków. Niemal każdy jego uczestnik jest umoczony w poprzednim ustroju i nie ma tam czystych intencji. Wszystko robi się dla interesu własnego i swoich ludzi. Reszta się nie liczy. Jeśli te ostatnie zdanie są dla ciebie oczywistą oczywistością, to „Niebezpieczne związki Bronisława Komorowskiego” autorstwa Wojciech Sumlińskiego niczym cię nie zaskoczą i będą tylko kolejną lekturą.


Artur Borowski


31 marca 2015

Bookowo 3/2015 (25)

Rzutem na taśmę wrzucam marcowy stosik. Miał być duuużo czasu temu, ale domowe obowiązki mnie pochłonęły i czas uciekł w ekspresowym tempie. Prawdą jest również, że stosik tradycyjnie powinien się był pojawić w ostatnią sobotę miesiąca, ale miałam awizo do odebrania i żal mi było, że jakieś książki nie znajdą się w stosiku. Tak więc, nie przedłużając, oto stosik marcowy :) 

Nie mam absolutnej pewności, że to wszystkie książki, jakie do mnie w marcu dotarły, ale wydaje mi się, że tak. 
Od prawej znajdują się: 
Wielkanoc Jolanty Muras, czyli znakomite przepisy na zbliżające się święta. Oczywiście od Świata Książki. RECENZJA 
Dalej znajduje się, również otrzymana od ŚK najnowsza powieść Joanny Jodełki - Kryminalistka. Mam nadzieję, ze wkrótce uda mi się ją przeczytać :) 

Grupa Wydawnicza Foksal podesłała mi w marcu do recenzji kilak ciekawych pozycji. Złodziejów snów - Maggie Stefvater otrzymałam w wydaniu przedpremierowym, a po chwili przywędrowała do mnie wersja finalna. RECENZJA.
Otrzymałam również bardzo wyczekiwane In Vitro - Bogdy Pawelec, którą w najbliższych dniach planuję przeczytać, oraz powieść Tabula Rasa - Kristen Lippert-Martin, której lektury już nie mogę się doczekać. 

Jeszcze jesienią ubiegłego roku miałam okazję przeczytać drugą odsłonę Hopeless, czyli Losing Hope - Colleen Hoover. Świetna książka. RECENZJA.

W marcu otrzymałam jeszcze wersję elektroniczną After II - Anny Todd, od wydawnictwa Między Słowami. Jestem w trakcie lektury. Recenzja wkrótce :) 

Zupełnie niespodziewanie otrzymałam propozycję przeczytania 5 sekund do IO - Małgorzaty Wardy (wydawnictwo Media Rodzina). Niezpiernie się z tego ucieszyłam i mam nadzieję, że wkrótce przeczytam tę książkę. 

No i na koniec, ale nie ostatnie, znajdują się dwie nowości od wydawnictwa Jaguar. Pierwsza to Geek girl - Holly Smale, a druga to oczywiście Akademia Dobra i Zła - Soman Chainani. Wydaje mi się, że będę się świetnie bawić przy tych książkach :) 

Już tradycyjnie - coś przypadło wam do gustu? Coś polecacie? Coś odradzacie? Czekam na wasze komentarze :) 

25 marca 2015

Gra kolorów („Tajemnice makijażu” Agata Wyszomirska)

„Tajemnice makijażu” Agata Wyszomirska
wyd. GW Foksal
rok: 2015
str. 208
Ocena: 5/6


Nie ma chyba na świecie kobiety, która choć raz w życiu nie nakładała na twarz makijażu. Myślę nawet, że każda z nas robiła to, co najmniej kilka razy. Nie wszystkich, a w zasadzie chyba wręcz niewiele osób stać, by naszą urodę poprawiała profesjonalna wizażystka, musimy więc sobie radzić same. Przy czym, mówiąc o samodzielności bynajmniej nie mam na myśli jakichś domowych sposobów. Nie mówię, że są złe, bo pewnie nie są, ale czy chcemy ryzykować? Ja lubię stosować sprawdzone i przetestowane przez siebie kosmetyki. Choć staram się, by moja toaletka była na czasie, nie oznacza to, że wiem wszystko o wszystkim. Wręcz przeciwnie, wiem niewiele. Dlatego też chętnie czytam i poszerzam swoją wiedzę.

Tajemnice makijażu od razu mnie zaciekawiły. Kto jak kto, ale ja lubię bawić się różnymi sposobami nakładania make-upu. Moja paleta cieni ciągle się rozrasta. Mąż przed każdą wizytą w drogerii pyta, czy ja tak na serio, czy potrzebuję czegoś nowego? No jak to, czy potrzebuję. Oczywiście, że potrzebuję, a gdybym mogła, to bym kupiła trzy razy tyle, co kupuję. Potem przychodzę do domu, wypróbowuję, albo i nie, a później wdrażam w życie, albo i nie :) Z tym nie, to bywa tak, że nie zawsze jestem po zakupie przekonana, co do tego, czy słusznie zrobiłam coś kupując. Nie, że jest to bezużyteczne, ale np. nowy kolor cienia do powiek jest cudowny, ale zupełnie do niczego mi nie pasuje. Może dzięki pozycji autorstwa Agaty Wyszomirskiej moje zakupy staną się bardziej rozsądne?



Autorka przede wszystkim informuje nas, czy jest wizaż i na czym polega. Później, krok po kroku wprowadza nas w tajniki makijażu. Dowiadujemy się jak, z czym, gdzie i kiedy. Po co i dlaczego również. Kiedy i jaką bazę zastosować? Jaki rodzaj podkładu najlepszy dla danej cery? Czym nakładać makijaż? Jakie są typy pędzli? Jak i kiedy je pielęgnować? W jaki sposób ukryć niedoskonałości? To oczywiście tylko kilka z kilkuset kwestii poruszonych w Tajemnicach makijażu. Każdy problem jest szczegółowo opisywany i wyjaśniany. Szkoda, że autorka nie zdradza, z produktów jakich marek najchętniej korzysta, ale to w końcu nie miała być reklama, tylko poradnik. W tym zakresie ta pozycja idealnie się sprawdza. Myślę, że przyda się niejednej dojrzałej kobiecie, a na pewno powinna znaleźć się w domu każdej dziewczyny, która właśnie rozpoczyna eksperymenty z modelowaniem swojej twarzy. Ja na pewno do odpowiedzi na niektóre z zadanych pytań w poradniku wrócę, bo jednokrotne czytanie nie zawsze się sprawdza. A teraz... pędzę wyszorować moje pędzle, bo już widzę, jak osadzają się na nich bakterię. Muszę też namówić męża, na co najmniej jedną nową półkę i kuferek. O tak, zakup tego ostatniego małżonek obiecał mi już kilka lat temu. Tajemnice makijaży Agaty Wyszomirskiej oczywiście polecam. Zdecydowanie.


Sil

23 marca 2015

Nic nie warty („Wszystkie świństwa świata” Jolanta Mokrzyńska)

„Wszystkie świństwa świata” Jolanta Mokrzyńska
wyd. Sonia Draga
rok: 2015
str. 416
Ocena: 4/6


I'm that flight that you get on
International
First class seat on my lap girl
Riding comfortable
'Cause I know what the girls them need
New York to Haiti
I got lipstick stamps on my passport
You make it hard to leave1)

Wszystkie świństwa świata trafiły do mnie zupełnie niespodziewanie i ich obecność wywołała w moim wnętrzu pewną konsternację i niezwykłe drżenie. Autorka mi nie znana. Tytuł intrygujący. Temat nadzwyczaj ciekawy. Czego chcieć więcej? Czemu więc sama nie wpadłam na pomysł, by po tę powieść sięgnąć? Wraz z Świństwami przyszła również zamówiona pozycja, postanowiłam jednak, że tym razem zacznę lekturę od niespodzianki. Dziś myślę sobie, że to nie był wcale zły pomysł, z drugiej jednaj strony minęło dość sporo czasu, nim udało mi się z sukcesem zakończyć czytanie. Dwa miesiące tyle trwała moja przygoda z pozycją Jolanty Mokrzyńskiej. Nie ma czym się chwalić. Co więcej, jakieś siedemdziesiąt procent książki przeczytałam w ciągu ostatnich dwóch dni. Gdy już się poważnie wciągnęłam, gdy fragmenty układanki zaczęły się układać, Wszystkie świństwa świata czytało się naprawdę dobrze.

Aleksander Rawski jest kimś. I to kimś, przez duże K. Prezenter telewizyjny, jeszcze do niedawna dyrektor jednej z lokalnych stacji telewizyjnych. W Opolu ma żonę i dziecko, w Warszawie karierę. I tak krąży między Opolszczyzną a Mazowszem. Od poniedziałku do piątku nocuje w hotelach, weekendy spędza z rodziną. Oczywiście do czasu, bo gdy w jego małżeństwie dochodzi do pewnego zgrzytu, żona stawia na swoim i zmusza głowę rodziny do niemal codziennych podróży pociągiem lub prywatnymi busikami. Nie ukrywajmy, Aleksander to nie ideał, z czystym kontem. To prawdziwie szary charakter, któremu nie są obce nocne wypady do barów, urwane filmy z powodu za dużej ilości alkoholu oraz kobiece wdzięki. Szczególnie kobiece wdzięki, od których nie szczędzi, nawet, a może przede wszystkim w miejscu pracy. Trudno więc dziwić się małżonce, gdy zmusza go do codziennych powrotów, może nieco trudniej zrozumieć, czemu najzwyczajniej nie przeniosła się z małżonkiem do stolicy. Gdy jednak małżonek informuje ją, że nie wróci z czwartku na piątek do domu, a w piątek nie ma go na antenie, kobieta zaczyna się martwić. Sięga po telefon, dzwoni i dzwoni i nic. Zero efektu. Telefon jest włączony, ale nikt go nie odbiera. Czyżby Aleksander ponownie zabalował? Znalazł nową kochankę? A może komuś podpadł? Albo miał wypadek? Gdy w końcu telefon zostaje odebrany, Justynie nie pozostaje nic, jak tylko udać się do Warszawy i dowiedzieć, co też stało się z jej małżonkiem.

Dziwna, szalona i przez zdecydowanie większą część czasu dla mnie niezrozumiała. Czytając zastanawiałam się, czy to lektura na pewno dla mnie. Czy powinnam była po nią sięgać? Bardzo lubię kryminały, ten jednak dość silnie powiązano z erotyką i nie zawsze byłam przekonana, czy było to zrobione ze smakiem. Autorka jednak wykreowała dość spore napięcie i przedstawiła tak wiele wątków, że w pewnym momencie już nie byłam pewna, kto tu jest czarnym charakterem i kto kogo wrabia. Naprawdę wiele opcji przewinęło się przez moją głowę, niejedna powieść by z tego powstała. Czas we Wszystkich świństwach świata płynie w dość dziwnym tempie. Cała historia toczy się na przełomie... roku? Dwóch? Czytałam dokładnie, ale jak już wcześniej wspomniałam dość długo mi się zeszło i w pewnym momencie już sama nie wiedziałam, czy to pierwsza zima? Czy druga? Czy lato już wcześniej było? Czy to pierwsze? Historia opowiadana jest również przez wielu bohaterów i zwykle nie dotyczy tego samego okresu. Można więc się dość poważnie w akacji zagubić. Mimo, ze przez pierwszych kilkadziesiąt stron chciałam odłożyć książkę i o niej zapomnieć, a potem faktycznie odłożyłam ją na kilka tygodni, ostatecznie nie żałuję poświeconego jej czasu. Wszystkie świństwa świata, to ciekawe studium ludzkich zachowań. Powieść pokazuje, co z człowiekiem może zrobić sława. Pokazuje również, jak łatwo zatracić się i przywyknąć do nowej sytuacji życiowej. Naprawdę, ciekawa lektura. Zachęcam do przeczytania.

Sil

1) Jason Derulo - Talk Dirty feat. 2 Chainz


Baza recenzji Syndykatu ZwB

21 marca 2015

Indiańska bańka („Apacze i Komancze” Wolfgang Kramer, Michael Kiesling)

„Apacze i Komancze” Wolfgang Kramer, Michael Kiesling
wyd. Egmont
rok: 2014
liczba graczy: 2-4
czas rozgrywki: 60 minut
wiek: 10-110 lat
cena: ok 90 zł
Ocena: 4/6

W nasze niecierpliwe łapki trafiła gra Apacze i Komancze. Po okładce i tytule sądziłem, że będzie to gra wojenna o krwawych porachunkach między tytułowymi plemionami. Liczyłem na figurki reprezentujące oddziały wojskowe. Tymczasem po brutalnym zdarciu folii z pudełka i niecierpliwym otwarciu, w środku nie znaleźliśmy ani skrawka plastiku (no może poza workami foliowymi skrywającymi w sobie niektóre elementy gry).

Kafelki, czyli plansza do gry, cztery plansze gracza oraz żetony reprezentujące tipi i czółna.

Od razu zabraliśmy się za rozdzielanie, przeglądanie oraz ocenę jakości tekturowych elementów gry. Wszystko ładnie wydrukowane i sprawiające wrażenie trwałego, a to bardzo szybko okazało się potrzebne, bo nasz kot skoczył na stół, ale się przeliczył i przejechał po nim na jednym z kafelków robiąc wielki bałagan i wylewając herbatę. Wszystko mokre, ale po przetarciu i wysuszeniu nie ma ani śladu po katastrofie. Wśród dotychczas wymienionych elementów zabrakło pionków do gry. Otóż one są, bo jakże wyglądałaby gra planszowa bez pionków? Tak więc są i mają się dobrze, bo wykonane są z drewna (jakieś podobieństwo z grą Agenci?). Zwykłe drewniane klocuszki pomalowane farbą. Tak więc w poprzedniej recenzji się nimi zachwycałem, bo eko i fajne, no ale żeby we wszystkich tak samo? Wydawca mógł się pokusić o jakieś lepsze wykonanie, ale może wówczas gra była by droższa? Jest jeszcze jedno podobieństwo do gry Agenci - za duże pudełko, z którym teraz będę miał problem, aby je schować do szafy, ale za to mogę powiedzieć, że na pewno przyciąga wzrok.

Jak już wspomniałem sama rozgrywka nie ma nic wspólnego z krwawą indiańską wojną, a jej celem jest zdobywanie zasobów zwierzęcych (bizony, łososie i indyki), co jest bardzo charakterystyczne dla indiańskich krain. Zasady gry początkowo są bardzo zawiłe, a przebrnięcie przez instrukcję jest nużące i to bardzo (małżonka zasnęła, gdy czytałem). Pierwsze etapy gry są raczej męczące i niektórych na pewno doprowadzą do szewskiej pasji. Z czasem jednak, gdy tylko pierwsze koty już poszły za płoty, a zasady stały się logiczne i oczywiste, to gra przynosi wiele radości. Nam grało się bardzo przyjemnie i z przykrością przyjęliśmy fakt końca rozgrywki.

Sama gra opiera się na zdobywaniu regionów, a w zasadzie na zdobywaniu zasobów z regionów. Gracze po wybraniu koloru plemienia i otrzymaniu zestawu startowego przystępują do rozgrywki. Każdy gracz kolejno ma do wykonania maksymalnie cztery akcje.

Plansza gracza i początek gry


Kolejne kafelki na stole

Pierwszą z nich jest losowanie i rozkładanie kafelków, czyli elementów planszy do gry. Każdy kafelek składa się z trzech regionów: preria, na której mogą być bizony, rzeka gdzie oczywiście mogą być łososie oraz gór z indykami. W tej części gracze mogą wprowadzać do gry swoich Indian. Teraz można przystąpić do kolejnych akcji, czyli ruchu swoimi Indianami oraz budową tipi oraz czółna. Każda jednak czynność kosztuje gracza i musi za nią zapłacić swoimi zasobami zgodnie z tabela kosztów. Cała zabawa polega na tym, aby mieć więcej Indian lub lepsze „budowle” w danym regionie od swoich przeciwników. Po zakończeniu wszystkich akcji przez wszystkich graczy następuje podliczanie punktów, czyli ilość zebranych zasobów z opanowanych regionów. O zwycięstwie w grze musimy myśleć od samego początku gry i to mimo tego, że o naszym zwycięstwie decyduje ostatnia runda. Tak więc do ostatniej chwili każdy z graczy ma szansę wygrać, chyba ze zupełnie zawalił rozgrywkę.

Prawie koniec rozgrywki

W grze fajne jest to, że ciągle trzeba liczyć i sprawdzać jaki ruch się bardziej opłaca. Co prawda ruchy Indian są ograniczone i trochę kosztowne, ale pozwalają na interakcje między graczami. W zasadzie to nie wyobrażam sobie, aby ta gra mogła działać inaczej. W rodzince zagraliśmy ledwie kilka partii i to w dwie osoby i się dobrze bawiliśmy. Jednak pudełko delikatnie maskuje to, co jest wewnątrz. Miała być wojna, a jest zbieractwo.


Artur Borowski

18 marca 2015

Brat sen („Złodzieje snów” Maggie Stiefvater)

PREMIERA 18.03.2015

„Złodzieje snów” Maggie Stiefvater
tom: II
cykl: The Raven Cycle
wyd. GW Foksal
rok: 2015
str. 480
Ocena: 5/6

Now that I know what I'm without
You can't just leave me
Breathe into me and make me real
Bring me to life
(Wake me up)
Wake me up inside
(I can't wake up)
Wake me up inside
(Save me)
Call my name and save me from the dark
(Wake me up)
Bid my blood to run
(I can't wake up)
Before I come undone
(Save me)
Save me from the nothing I've become1)

Czasami czegoś bardzo mocno chcemy. Pragniemy tego z całego serca. Nie możemy przestać o tym myśleć, więc dążymy z całych sił do celu, by w końcu owo magiczne coś posiąść. A potem okazuje się, że lepiej było nam bez tego. Że cały ten wewnętrzny płomień zgasł, nim zdążył na poważnie zabłysnąć. Wychodzi na to, że wcale nie było warto chcieć. Może gdybyśmy nie spoglądali zapamiętale w przyszłość, zrozumielibyśmy, że to, czego najbardziej w życiu nam potrzeba, od dawna mamy? Jest tuż obok nas, wystarczy przejrzeć na oczy. Czy nie byłoby prościej i przyjemniej? Zdecydowanie.

Jane, a w zasadzie Blue Sargent jest nieco rozdartą wewnętrznie i bardzo nietypową nastolatką. Przede wszystkim pochodzi z rodziny z magicznymi tradycjami, a sama żadnych nie przejawia. No może nie absolutnie żadnych, bo pewną moc ma, ale sama nigdy nie jest w stanie jej wykorzystać. Dzięki Blue wzmacniają się zdolności innych, jest więc bardzo pożądaną towarzyszką, ale czuje się fatalnie ze świadomością, że sama nic nie zdziała. Od jakiegoś czasu dziewczyna spotyka się z Adamem Parrish'em, nie jest jednak w stu procentach przekonana do tego związku. Zresztą, do żadnego związku nie jest przekonana, bo... i tak nic z tego nie będzie. Od najmłodszych lat dziewczyna była uświadamiana, że chłopak, w którym się zakocha i którego pocałuje - umrze. Blue więc nie całuje żadnego mężczyzny, choć bardzo by chciała. I codziennie, co chwilę wręcz sprawdza samą siebie. Czy go kocham? Czy to miłość? Czy to on przeze mnie umrze? Czy to będzie Adam? Ronan? A może Gansey? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po Złodziejów snów, a w zasadzie po całą serię o niezwykłych Krukach.

Przepraszam. Przepraszam, przepraszam, przepraszam. Przepraszam, ale przez pierwszych kilkadziesiąt stron nienawidziłam tej książki. Wielu z was może się zacząć poważnie zastanawiać, dlaczego. Odpowiedź jest prostsza, niżby się to mogło komukolwiek wydawać. Jak można pokochać coś, czego się kompletnie nie rozumiem i w co wdepnęło się przez zupełny przypadek? No, powiem wam, trudno jest. Ale, zacznijmy może od początku.

Kocham książki Maggie Stiefvater. Do tej pory wspominam z nostalgią cały cykl Drżenie (który jak się okazuje określany jest jako Wilkołaki z Mercy Falls). Na mojej półce stoi i dzielnie czeka na przeczytanie Wyścig śmierci. Powiem więcej, w biblioteczne znalazł się nawet Król kruków. I właśnie z tą ostatnią pozycją mam największy problem, bo... nie miałam jeszcze okazji jej przeczytać. SZCZERZE, zapisując się na Złodziejów snów nie miałam pojęcie, że to kontynuacja. Myślałam, że Stiefvater wykreowała kolejną pojedynczą, zamkniętą opowieść. Teraz wiem jak płytkie były moje oczekiwania i jak niewiele wiem. Już więcej się tak nie pomylę, obiecuję. Cóż było jednak począć, na powieść się zapisałam, przyszła do mnie przedpremierowo, czasu na czytanie tomu pierwszego nie było, rozpoczęłam więc walkę z tomem drugim. I faktycznie to była poważna, pełna rozlewu krwi bitwa. Nic nie rozumiałam. Nie znałam bohaterów. Nie rozumiałam łączących ich relacji. Nie łapałam półsłówek i nie byłam w stanie czytać między wierszami. Byłam za to przekonana, że polegnę. Po raz pierwszy od bardzo dawna. Nie poddałam się jednak i... nie żałuję. Po Maggie Stiefvater po raz kolejny oddała w ręce czytelnika nieziemskie wprost dzieło. Pełne magii, nadprzyrodzone a równocześnie takie prawdziwe, aż do bólu. Książka wywołuje burzę, ba, lawinę emocji. Gdy czytelnik już się w nią wciągnie, nie sposób się od niej oderwać. Cały czas chce się więcej i więcej. Zaczyna pochłaniać nas jej mrok, nie zawsze wiemy, w którym świecie się znajdujemy i w którym tak naprawdę chcielibyśmy przebywać. Gubimy się, przy okazji odnajdując to, co naprawdę ważne. Nienawidzimy, równocześnie kochając. Nie pojmujemy nic, jednocześnie rozumiejąc wszystko.

Złodzieje snów zdecydowanie powinni zostać przeczytani po lekturze Króla kruków, choć, jak widać na moim przykładzie, nie jest to warunek konieczny do sukcesu. Wydaje mi się jednak, że ta chronologiczność wiele ułatwi, choć oczywiście pewna nie będę, póki sama nie zapoznam się z pierwszym tomem. Bohaterowie, nie ważne czy poznawani powoli i zgodnie z logiką, czy przedstawiani nam nagle i bez żadnego wstępu - urzekają i rozkochują czytelnika w sobie. Każdy ma w sobie tajemniczą moc, nawet jeśli sobie z tego nie zdaje sprawy. Każdy zasługuje na uwagę i każdy jest dokładnie taki, jaki powinien być. Wszyscy oni pozostaną w moich myślach na długo i, zapewniam was, często będę ich wspominać, mając nadzieję, że wkrótce dane mi będzie zapoznać się z tomem trzecim, a następnie z finałem finałów. W oczekiwaniu na to czekam na wasze opinie, może dzięki nim ten okres stanie się przyjemniejszy. Z całego serca zachęcam do lektury.

W życiu każdego z nas są tajemnice. Albo ich dochowujemy, albo ktoś ich dochowuje przed nami. Posługujemy się nimi, albo ktoś posługuje się nimi przeciwko nam.2)
W tym momencie Blue czuła, że kocha po trochu każdego z nich. Ich magię. Ich zadanie. Ich ohydę i dziwność.3)
Jeśli nigdy nie widziało się gwiazd, świeczki wystarczały.4)
Obraz dotykających się jej ciemnych i jego szarawych włosów wypalił coś w środku Adama, jednak było to tylko kolejne oparzenie w morzu pełnym meduz.5)
Albo był niesamowicie nieświadomy, albo niezwykle oświecony(...) Najbardziej denerwujące było w nim to, że wściekał się, gdy wszyscy byli spokojni, i był spokojny, gdy wszyscy się wściekali.6)
Odwrócił się, przyciskając pięść do czoła. Drugą uderzył w ścianę, lecz nie mocno. Zupełnie jakby się uziemiał, pozbawiał ładunku. Rozrywał gniew, kończyna po kończynie. Skupiał się na palącym, straszliwym ogniu w piersi, dopóki nie zgasł. "To nie będziesz ty".7)
Przystojny diabeł z jednym okiem koloru obietnicy, a drugim barwy tajemnicy.8)
Uznajmy, że śmierć to skrótowa wersja konsekwencji.9)

Sil

1) Evanescence - Bring me to Life
2) str. 5-6
3) str. 15
4) str. 67
5) str. 134
6) str. 177
7) str. 380
8) str. 404

9) str. 416

Syndykat Zbrodni ZwB