Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocena 5.5/6. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Ocena 5.5/6. Pokaż wszystkie posty

22 kwietnia 2019

Uratuj mnie ("Save you" Mona Kasten)

PREMIERA 24.04.2019

Save you - Mona Kasten
Jaguar 2019


Stresowałam się cały dzień tym, że "muszę" napisać tę recenzję. Wydaje mi się, że ostatnią opinię na temat przeczytanej powieści wyraziłam w jakiejś zupełnie innej epoce. Świat był inny i ja byłam inna. O czym innym się pisało. Inaczej się pisało. A recenzowało… to już w ogóle inny level. Teraz na kiedyś znanych i lubianych przeze mnie blogach pojawiają się fotorelacje z otwierania paczek z zaledwie garstką informacji pisanej, a same blogi zamieniają się w obco brzmiące vlogi czy vogi. To wszystko to nie moja bajka, tylko, czy to, co ja mam do zaoferowania, jest we współczesnym świecie jeszcze cokolwiek warte?

Kiedy kilka tygodniu temu sięgałam po pierwszą część nowej trylogii Mony Kasten, zatytułowaną Save me, nie spodziewałam się, że aż tak na mnie wpłynie. Że mnie pochłonie. Że gdy ją skończę nie będę w stanie o niej zapomnieć i że najpierw co kilka godzin, a później co kilka dni, wspominać będę ulubione sceny z tej powieści. Ciągle łapałam się na rozmyślaniach na temat Ruby i Jamesa. Czy dojdą do porozumienia? Czy wszystko sobie wyjaśnią i w końcu znajdą wspólną ścieżkę? Dawno nie miałam takiego fioła na punkcie książki i jej bohaterów. To będzie tylko niewielkie przekłamanie jeśli powiem, że liczyłam dni i godziny do premiery Save you.

Save me pozostawiło mnie z niedosytem szczęśliwego zakończenia, a przecież tak niewiele brakło, by bohaterowie mogli spocząć na laurach. Jeszcze krok, jeszcze chwila… wszystko przecież mogłoby się skończyć zupełnie inaczej.

Save you przynosi niezmiernie wiele bólu zarówno Ruby jak i Jamesowi. Bólu, który wydawać by się mogło, nigdy nie będzie mieć szans na ukojenie. Dwójka młodych ludzi traci siebie, nim tak naprawdę staje się parą. To niby nic niezwykłego, a jednak w wykonaniu Mony Kasten nawet rozdzielenie zakochanych w sobie ludzi jest niczym trzęsienie ziemi. I tak jak taki wstrząs, tak i to rozstanie rozkłada na łopatki nie tylko Ruby i Jamesa, ale i ich bliskich. A gdy w sprawach cierpiących ludzi zaczynają maczać palce inni, to już nic tak naprawdę nie jest pewne. No, może poza tym, że pewnie w finale zobaczymy jeszcze większy dramat niż poprzednio.

Druga część trylogii pozostawiła mnie w rozsypce podobnej do tej poprzedniej. Aż do finału byłam pewna, że czeka mnie piękne zakończenie, a tu ponowny przeżyłam szok. To już chyba Monie Kasten weszło w krew, takie rzucanie bomby w ostatnich zdaniach powieści.

Save you to istny emocjonalny rollercoaster. Nigdy nie wiadomo w którym kierunku potoczy się fabuła, co kryje za sobą kolejna scena i jak to wszystko się zakończy. Wprowadzenie kolejnych narratorów sprawiło, że fabuła z jednej strony bardziej się zagmatwała, a z drugiej zaczęła się klarować. Niby wiemy coraz mniej, zdobywamy pozornie niepotrzebną wiedzę, by finalnie przekonać się, że w tej powieści nic nie zostało powiedziane nadaremno. Jak wspominałam wcześniej, Save pozwala zatopić się w lekturze i popłynąć z jej nurtem zapominając o wszystkim co jest wokół. Jednocześnie po wynurzeniu się z niej czytelnik nigdy tak naprawdę się nie otrząsa. Żyje tą historią dalej, pławi się we wspomnieniach, rozkoszuje myślą, że wkrótce przeczyta finał finałów. I dowie się, czy bohaterowie podniosą się z dna, na które po raz kolejny zepchnęła ich autorka. Ja już żyję Save as. A wy?

Jeśli nie mieliście okazji sięgnąć po serię Mony, to ja zdecydowanie, z pełnym przekonaniem – polecam. Nie ma to tamto, po prostu warto.

12 lipca 2017

Piękni i młodzi ("Chłopak z innej bajki" Kasie West)Chłopak z innej bajki" Kasie West

"Chłopak z innej bajki" Kasie West
wyd. Feeria Young
rok: 2017
str. 352
Ocena: 5,5/6




Ostatnie kilka miesięcy pod względem lektur upłynęły mi raczej nie najlepiej. Trudno było mi się zmobilizować do czytania. Jak już po coś sięgałam, to niezwłocznie odkładałam, albo lektura trwała dużo dłużej niż kilka dni. W końcu w ogóle przestałam czytać, bo jaki to miało sens? Absolutnie żaden. Tak było do wczorajszego wieczoru, gdy nagle pomyślałam, że muszę coś przeczytać. Podeszłam do biblioteczki i długo się nie zastanawiając sięgnęłam po jedną z najnowszych pozycji. Usiadłam. Po kilku godzinach przeniosłam się do łóżka, a po kolejnych dwóch zamknęłam książkę. Skończyłam. Nie byłam śpiąca. Chciałam więcej. Czuję się, jakby ktoś odetkał mi jakieś kanaliki. Jakby mózg na nowo zaczął działać. I choć wiem, że to pewnie dlatego, że sięgnęłam po lekką młodzieżówkę, to i tak jestem z siebie taka dumna. W końcu powróciła stara Sil. Niech zostanie ze mną jak najdłużej 😊 Nawet piszę mi się lepiej. Niesamowite 😊

Caymen Meyers jest 17to letnią uczennicą ostatnie klasy liceum, ze z góry przewidzianą przyszłością. Może się to wydawać, delikatnie mówiąc, nieprawdopodobne, ale Caymen już wie, jak będzie wyglądało jej życie. Przynajmniej przez kilka następnych lat. Może niekoniecznie godzi się z tym losem, ale wie, że nic innego nie może jej spotkać. Dlatego nie ekscytuje się wizją nadchodzących studiów. Choć wszyscy wokół mówią jej, że powinna sprecyzować, co chce zrobić i jaki kierunek wybrać, ona odpowiada zawsze jedynie uśmiechem. Bo nie planuje w najbliższym roku udać się na studia. Może za 2-3 lata. Na pewno nie teraz. Teraz potrzebna jest mamie. Musi pomagać w prowadzeniu sklepu. Inaczej zbankrutują i wylądują na bruku. Nie ma więc innego wyjścia i choć nawet mama pyta wciąż o uczelnie, to chyba obie zdają sobie sprawę, jak mało prawdopodobne są te rojenia. Sklep z lalkami jest więc jej początkiem i końcem. Jej wizją przyszłości. Tak jej się przynajmniej wydaje, aż do dnia, gdy próg tego bardzo niemęskiego przybytku przekracza pewien ewidentnie za bogaty chłopak, który niespodziewanie wpada w oko Caymen. Jest z tym jednak pewien problem. Nie dość, że chłopak jest zupełnie z innej ligi, do tego jest klientem, wnuczkiem najlepszej klientki, to jeszcze jej mama ma dość ekstremalne poglądy na to, z kim jej córka może się spotykać. Z grona jej adoratorów wykluczona jest tylko jedna grupa społeczna: ludzie bogaci. Caymen wie więc z góry, że taki związek skazany będzie na porażkę. Mimo to podejmuje z chłopakiem nietypową grę, w której zwycięzca może być tylko jeden. Tak im się przynajmniej wydaje. Z czasem jednak te podchody przeradzają się w coś więcej, a kłopoty zamiast maleć, narastają. Czy ten dziwny związek ma szansę przetrwania? Dlaczego Xander w ogóle zwrócił uwagę na dziewczynę? Dlaczego ona nie może przestać o nim myśleć? Czemu Susan ma tak restrykcyjne zasady dotyczące ludzi bogatych? By się tego dowiedzieć koniecznie musicie sięgnąć po najnowszą powieść Kasie West, zatytułowaną Chłopak z innej bajki.

Chyba nie muszę wam pisać, że mnie książka porwała, wytrząsał i wypluła przeżutą o 4 rano. Jestem zachwycona nie tylko fabułą, która była fajna, przemyślana i choć z pozoru lekka to i odrobinę dramatyczna, ale przede wszystkim autorką. To już kolejna książka Kasie West, która niezaprzeczalnie przypadła mi do gustu. Po tych przeczytanych pozycjach spokojnie mogę stwierdzić, że po powieści West mogę sięgać w ciemno, co zresztą już nawet raz (przy ostatniej premierze) uczyniłam. Chłopak z innej bajki to typowa powieść z grupy young adult. A w ostatnim czasie to właśnie w takich pozycjach najlepiej się odnajduję. W mojej biblioteczce w zasadzie mogłoby nie znajdować się nic innego a i tak byłabym szczęśliwa. Może za kilka miesięcy to się zmieni. Może w końcu dorosnę, wydorośleję. Może powrócę do czytania mrocznych i wstrząsających thrillerów. A może nie. Teraz cieszy mnie, że w ogóle czytam. Chłopaka z innej bajki polecam z czystym sumieniem. Świetna książka. Do schrupania.

Sil



23 lutego 2017

Kolor uczuć ("Księga snów" Nina George)

"Księga snów" Nina George
wyd. Otwarte
rok: 2017
str. 424
Ocena: 5,5/6




Co bym zrobiła, gdyby wszyscy wokół mnie ginęli?
Co bym zrobiła, gdybym chciała komuś zaufać, ale równocześnie śmiertelnie się tego bała?
Co bym zrobiła, gdybym znała swoje uczucia na wylot, ale nie potrafiła się do nich przyznać?
Co by było, gdybym…

Każdy z nas, codziennie zadaje sobie setkę pytań i na większość nawet nie zwraca uwagi. Przemykają one przez nasz umysł, wpadają i wypadają, pozostawiając tylko znikomy ślad, niemal zdarte wspomnienie po wykonywanej czynności.

Henri nie przyznaje się, do goszczących w nim pytań. Pomija je zupełnie. Stara się nawet nie pamiętać, że mógł kiedyś chciał o czymś pomyśleć. Dni, miesiące, lata jego życia mijają bez jakiegokolwiek zaangażowania. Tak to na pozór wygląda. Kobiety na jedną noc, teksty o pojedynczych przypadkach, szybkie przemieszczanie się z miejsca na miejsce, byle na dłużej się nigdzie nie rozgościć. Żyć trzeba szybko i prosto. Tylko… gdyby sen przychodził bez problemu… Niestety, Henri od lat boryka się z bezsilności, zdążył jednak do niej przywyknąć. Wszystko ulega zmianie, gdy w jego życiu pojawia się Eddie. Sen przychodzi bez problemu, a coraz gorętsze uczucie rozpala jego zmarznięte na kość serce. Tylko… czy w obliczu decyzji, będzie umiał się do niego przyznać? Czy jednym słowem nie przekreśli wszystkiego, co mógł od życia dostać? A jeśli tak, to czy dostanie jeszcze kiedyś od losu drugą szansę? By się tego dowiedzieć koniecznie należy przeczytać fenomenalną powieść autorstwa Niny George zatytułowaną Księga snów.

Zwykle nie czytam takich powieści, zwykle staram się od takiej problematyki trzymać z daleka. Zwykle… Jak się jednak okazało - nie tym razem. Bo teraz nie tylko trafiła mi się taka lektura, ale jeszcze na dodatek totalnie w nią wsiąknęłam. Na początku nie za bardzo widziałam w niej sens. Z biegiem czasu coraz więcej rozumiałam, równocześnie rozumiejąc coraz mniej. Na koniec ją pojęłam, choć trudno mi było się z tą wiedzą pogodzić. W końcu… ile można na siebie przyjąć? Ile można unieść na nieświadomych ciężaru barkach? Jak się okazuje - wiele. Tyle że to "wiele" w obliczu niektórych problemów, okazuje się być czymś maleńkim.

Księga snów zaczarowała mnie. Wciągnęła w swą toń i nie uwolniła od siebie aż do chwili, gdy ujawniła swe zakończenie. Gdy już je poznałam, gdy dowiedziałam jaki jest finał zmagań Henriego, Eddie, Sama i Maddie, wszystko stało się tak oczywiste i tak koszmarne zarazem. Niby piękne, ale równocześnie bardzo bolesne i wstrząsające. Ta powieść doszczętnie zniszczyła mur mojej wewnętrznej odporności. Lekturę skończyłam już jakiś czas temu, ale wciąż ją przeżywam. I wciąż nie mogę odbudować własnego spokoju. Pewnie, wcześniej lub później, w końcu mi się to uda. Na pewno jednak ślad po tej opowieści zostanie we mnie na długo, jeśli nie na zawsze. Nawet nie wiem, jakimi słowami polecić mam tę książkę. Dla mnie stała się ona fundamentem, na którym będę mogła budować. Myślę, że i wy na niej wiele zbudujecie. Naprawdę warto poznać tę historię.

Sil


5 lutego 2017

Poświęcenie ("Bez szans" Mia Sheridan)

"Bez szans" Mia Sheridan
wyd. Moondrive/Otwarte
rok: 2017
str. 320
Ocena: 5,5/6





Ostatnimi czasy rozpoczęłam ponowną przygodę z powieściami Mii Sheridan. Sięgnęłam po wychwalanego i osławionego Caldera i… przyznam bez bicia nieco utknęłam. Jakoś nie wciągnęła mnie jeszcze ta powieść, nie przekonała mnie do siebie, nie skradła mego serca i umysłu. Nawet zaczęłam się zastanawiać, czy ze mną jest wszystko w porządku. Wtedy, niemal rzutem na taśmę, otrzymałam egzemplarz Bez szans. Odłożyłam Caldera na półkę i sięgnęłam po czytnik. Nawet nie zauważyłam, jak minęło kilka ostatnich wieczorów, podczas których mogłam pozwolić sobie na czytanie. Lektura była… No, może nie będę tego zdradzała tak zaraz, na początku J

Tenleigh Falyn jest osiemnastoletnią uczennicą najstarszej klasy liceum w Dennville w stanie Kentucky. Miasteczko to zapadła dziura, która zawstydziłaby niejedne slumsy. Aż trudno w to uwierzyć, ale ta część Appalachów nie stanowi dla nikogo chluby. Ludzie są tam nie tyle ubodzy, co po prostu potwornie biedni. Dzieci czekają na poniedziałek, by pójść do szkoły, zagrzać się i może podkraść jakieś jedzenie. Jedynym źródłem utrzymania jest pobliska kopalnia, która pochłonęła już niejedno życie. Większość ludności żyje z tego, co przekaże im pomoc społeczna. Nie kupują jednak z tych funduszy jedzenia dla dzieci. Nie płacą nimi za prąd czy ogrzewanie. Co to, to nie. Wszystko co kupią niezwłocznie sprzedają i kupują to, na czym naprawdę im zależy – alkohol. I tak to trwa, z miesiąca na miesiąc, z roku na rok, z pokolenia na pokolenie. Bez szans na jakąkolwiek zmianę. Bez szans na lepszą przyszłość. Bez szans na cokolwiek. Dzieci wiedzą, jak potoczy się ich życie. Po skończeniu przez nielicznych edukacji, rozpocznie się etap pracy i życia od wypłaty do wypłaty. A kto nie zdecyduje się na kopalnie, może ewentualnie zatrudnić się w którymś z barów, w pobliskim Evenly. Jeśli oczywiście będzie mu dana taka szansa, bo bezrobocie w tej okolicy jest zastraszające. Jest jeszcze jedna opcja – dla jednej osoby rocznie. Można przez lata wykazywać się wiedzą, piąć się po jej szczeblach by ostatecznie podczas zakończenia nauki dowiedzieć się, czy udało się zdobyć stypendium, przyznawane na studia. Niewielu próbuje, ale zawsze ktoś staje w szranki o jego zdobycie. Od lat stara się o nie Ten, w tym roku w końcu się dowie, czy będzie jej dane radować się wiosną przeprowadzką do wyśnionej Kalifornii. Nie spodziewa się jednak, że na starcie stoi nie tylko ona i kilka miejscowych dziewczyn, ale też chłopak z pobliskiego domu, z jej wzgórza biedaków – przystojny Kyland Battett. Gdy w końcu dociera do niej ta informacja jest już niemal za późno, bo dziewczyna od wielu dni wodzi za nim rozmarzonym spojrzeniem. Czy uda się jej oddzielić własne marzenia, od kiełkującego w niej pragnienia? Czy Ky podzieli jej uczucia? Czy będzie im dane być razem? A może największe szkolne marzenie stanie się tym, co nie pozwoli im być ze sobą, lub ich rozdzieli? By się tego dowiedzieć musicie niezwłocznie sięgnąć po Bez szans i dowiedzieć się osobiście.

Jak już wcześniej wspomniałam – w moim życiu nastał czas na powieści Mii. Po przeczytaniu Bez szans wiem, że będzie to dobry okres. Wkrótce wrócę do Caldera i liczę, że tym razem pochłonie mnie całkowicie i da się poznać od tej lepszej strony. Bez szans okazało się cudowną powieścią, pełną pasji, miłości i bezinteresownego poświęcenia. Równocześnie historię bohaterów przepełnia rozpacz, samotność i głód – jedzenia oraz uczuć. Niezupełnie wiedzą, jak radzić sobie z kiełkującą w nich miłością. Jednego są pewni – muszą z nią walczyć, bo wewnętrznie czują, że nie przyniesie ona nic dobrego, jedynie ich zrani. Czy tak będzie faktycznie? Tego nie zdradzę. Mogę jednak powiedzieć, że na pewno czytelnik zostanie wielokrotnie zaskoczony – niestety nie zawsze pozytywnie. Jak dla mnie powieść Mii Sheridan stanowi wspaniałe studium miłości i przyjaźni. Warto poświęcić tej lekturze każdą możliwą chwilę. Bez szans pochłania bez reszty. Zachęcam.

Sil


17 stycznia 2017

Cztery strony ("November 9" Colleen Hoover)

"November 9" Colleen Hoover
wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 336
Ocena: 5,5/6





Czasem przeznaczenie czeka na nas w bardzo dziwnych miejscach. Nietypowych. A czasem niesamowitych. Dworzec. Ulica. Centrum handlowe. Restauracja. Toaleta. Wszędzie.

Fallon O'Neil, to osiemnastoletnia była aktorka, która od dwóch lat boryka się z koszmarnym wspomnieniem. Widzi je codziennie w lustrze. Dotyka go przy każdym prysznicu. Przeżywa w każdym śnie. W tej właśnie chwili siedzi w restauracyjnej loży, przed ojcem, który odpowiada za ten koszmar i wysłuchuje imperatyw. Ostatni czas nie był dla niej łatwy. Dziewczyna nie potrafi się pogodzić z tym, co stało się w trakcie pożaru. Ojciec o niej zapomniał, zostawił ją w domu który płonął i doprowadzić do tego, jak w dniu dzisiejszym wygląda. Że nie ma już szans robić tego, o czym zawsze marzyła. Nikt już jej nie zatrudni jako aktorkę. Zaraz po wypadku wytwórnia zerwała z nią kontrakt, nikt nawet nie wziął pod uwagę, że mogłaby pracować dalej. Dlatego postanowiła wyjechać z Los Angeles do Nowego Jorku. Tego ojciec nie potrafi zrozumieć już zupełnie. Bo, co ją tam czeka? Według niego – nic dobrego. Według niej – nic gorszego niż w rodzinnym mieście nie może jej spotkać. Kiedy jest już u kresu sił, kiedy myśli, że nie da rady więcej na siebie przyjąć – pojawia się on. Zupełnie jej obcy chłopak z loży obok. Dosiada się do nich, a w zasadzie do niej, przytula, cmoka i prosi, by go nie wydała. I by improwizowała. I zaczyna udawać… zakochanego w niej po uszy chłopaka. Wyjaśnia jej ojcu jak wspaniałą ma córkę, i jaką szansą jest dla niej wyjazd i próba swoich sił na Brodwayu. To niemal niemożliwe. To jakby historia z książki – niewiarygodna, wręcz śmieszna. Ale w tej chwili Fallon nie jest do śmiechu. W sumie niezupełnie wie co robić. Czy ten Ben oszalał? Czemu się do nich dosiadł? Czemu tak wytrwale ją broni? Tak po prostu? Bezinteresownie? A może jednak, robi to z dobroci serca? Gdy tylko dziewczyna zaczyna w to wierzyć, wchodzi całą sobą w tę farsę. Dzięki temu wychodzi obronną ręką z rozmowy z ojcem. I zyskuje… chłopaka na kilka godzin. Bo Ben postanawia jej towarzyszyć do końca dnia, kiedy to dziewczyna wsiądzie na pokład samolotu i odleci na zawsze. A może, nie na zawsze? Może tylko na rok? A za rok, w tym samym dniu, w tym samym lokalu, o tej samej porze – spotkają się ponownie i będą dalej pisać swą historię? By się przekonać, jak będzie w rzeczywistości, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść mistrzyni young adult – Colleen Hoover, zatytułowaną November 9.

Nie będę ukrywać, ta książka pochłonęła mnie całkowicie. Wciągnęła od pierwszych stron i sprawiła, że nie tylko zaczęłam wierzyć w historie jak z powieści, ale i sama zechciałam taką przeżyć. Fallon i Ben stali się dla mnie bardzo realnymi bohaterami, pełnymi wad, wątpliwości, tajemnic, ale i swoistych zalet, obok których nie dało się przejść obojętnie. Przynajmniej ja nie mogłam. Pokochałam ich oboje, choć tak naprawdę, jak się poniewczasie okazało, niewiele siebie przed nami odkryli. Za to, gdy w końcu zaczęli ujawniać prawdziwe ja, trudno było uwierzyć, że to naprawdę wciąż te osoby, które było nam wcześniej dane poznać. A jednak. Nie zawsze to, co widzimy na pierwszy rzut oka, jest tym, co powinno być najważniejsze. Czasem prawdziwe intencje ukryte są pod grubym płaszczem. Tylko jego brutalne zdarcie może ujawnić prawdę, a ta, niejednokrotnie, jest niezmiernie bolesna. Ale może być również boleśnie piękna. Jaka będzie u Bena i Fallon? Musicie dowiedzieć się sami. Mi nie pozostaje nic innego, jak was gorąco zachęcić do lektury November 9. Naprawdę warto.

Sil



Za książkę dziękuję księgarni Matras

14 listopada 2016

By być ("Trzynaście powodów" Jay Asher)

"Trzynaście powodów" Jay Asher
wyd. Rebis
rok: 2015
str. 272
Ocena: 5,5/6




Trochę ta książka u mnie poleżała. Przepraszam. Tym bardziej teraz, już po jej przeczytaniu wiem, że powinnam się była z nią zapoznać już dawno.

Clay nie potrafi pogodzić się z tym, co wydarzyło się kilka tygodni wcześniej. Nie rozumie, dlaczego Hannah odebrała sobie życie. Czemu odeszła tak młodo. Co spowodowało, że postąpiła tak, a nie inaczej. Tym bardziej po tamtym wieczorze, który spędzili razem. Najgorsze w tym wszystkim jest jednak to, że nigdy nie będzie mu dane dowiedzieć się w czym tkwił problem. Tak mu się wydaje, aż do dnia, gdy po powrocie ze szkoły na swoim łóżku znajduje paczkę. Bez adresu zwrotnego. Skierowaną do niego. W środku… z jakiegoś niezrozumiałego powodu znajdują się taśmy magnetofonowe. Kto teraz słucha taśm? Clay chwilę się zastanawia i w końcu uświadamia sobie, że może ich wysłuchać na starym sprzęcie używanym w warsztacie. Gdy jednak zaczyna się wsłuchiwać, wie już na pewno jedno – nie może dopuścić do tego, by wysłuchał ich ktoś inny poza nim. A przecież puszczając je z głośników, właśnie na to się naraża. Postanawia więc ukraść odtwarzacz i wyruszyć w najdłuższy spacer w swoim życiu. Czego w jego trakcie się dowie? Jakie tajemnicy okryje przed słuchaczami żyjąca jeszcze w trakcie nagrania Hannah? Dlaczego taśmy trafiły właśnie do chłopaka? Czy był on ich jedynym odbiorcą, a może wcześniej wysłuchała ich już cała rzesza ludzi? By dowiedzieć się tego, i wielu innym, zdecydowanie ważnych rzeczy, koniecznie musicie sięgnąć po Trzynaście powodów, czyli powieść Jay'a Ashera.

Od dawna chciałam przeczytać tę książkę. Równocześnie, za każdym razem gdy po nią sięgałam, zaczynałam się bać. Wiedziałam, o czym ma być. Zdawałam sobie sprawę, że fabuła będzie kręciła się wokół śmierci. Że ktoś zginie, a ktoś inny, a w zasadzie wiele ktosiów, będzie za to odpowiedzialnych. Tylko tak bardzo nieświadomych.

Z każdą wysłuchaną przez Clay'a stroną kasety coraz bardziej lubiłam Trzynaście powodów i równocześnie coraz bardziej nienawidziłam tej książki. Znienawidziłam również narratorkę taśm, która brutalnie uświadamiała słuchaczom ich przewinienia, nie tylko wobec niej, ale w ogóle wobec całego otoczenia. Tylko chłopak wciąż nie mógł zrozumieć, w jaki sposób jego i Hannah historia łączy się z tymi tragediami, które dziewczyna opisywała na kolejnych taśmach. Zrozumiał dopiero wtedy, gdy dotarł do opowieści o sobie i… Nie, nie. Tego wam nie zdradzę. Powiem tylko, że według mnie autor miał niesamowity pomysł na genialną powieść i niemal idealnie go zrealizował. Oczywiście w książce znajdują się przydługie opisy, które według mnie niewiele wnosiły, ale nie było ich za dużo i w zasadzie, w zalewie informacji i historii Hannah – znikały. Mnie ta książka do siebie przekonała, liczę i w was obudzi to, co najlepsze. Bo tego co złe, to po Trzynastu powodach, zdecydowanie mam dość.
Polecam.

Sil


9 listopada 2016

Zmiana ("Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?" Estelle Maskame)

"Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię?" Estelle Maskame
Seria: DIMLY
Tom: 3
wyd. Feeria Young
rok: 2016
str. 368
Ocena: 5,5/6


Czekałam. Oj, bardzo długo (we własnym mniemaniu) czekałam na tę książkę. Na finał trylogii DIMLY. Pilnie wyczekiwałam na ostateczne rozwiązanie problemów dwójki młodych ludzi, których zdążyłam pokochać w dwóch poprzednich odsłonach tej serii. Gdy dowiedziałam się, że trzeci tom wkrótce się pojawi, byłam bardzo szczęśliwa, a gdy w końcu trafił w moje ręce, wiedziałam, że nie spocznę, nim nie poznam zakończenia tej opowieści. I tak spędziłam kilkanaście godzin – na poznawaniu dalszych losów Eden i Tyler. Przepadłam.

Za 3 tygodnie minie rok, odkąd Tyler przywiózł swoją ukochaną do Santa Monica i… niespodziewanie, tuż po oznajmieniu rodzinie, że są parą – wyjechał. Niby próbował wyjaśnić, niby tłumaczył, dlaczego to robi. I obiecał, że wkrótce wróci. Niemal rok… tyle czasu miała czekać Eden na jego ponowne pojawienie się. Tyle, że… dziewczyna przestała to robić już dość dawno temu. Przez wiele tygodni go wypatrywała. Czekała. Przez wiele płakała. W końcu jednak łez zabrakło, a płomienne uczucie zaczęło przeradzać się w nienawiść. Bo Tyler nie tylko nie pojawił się w rodzinnym mieście, ale i nie odbierał telefonu. Nie odpowiadał na smsy. Nie dawał znaku życia w portalach społecznościowych. Przepadł niczym kamień w wodę. Gdyby nie to, że utrzymywał kontakt ze swoją matką, macochą Eden, ta nie miałaby nawet pewności, czy żyje. Pewnego dnia zdecydowała więc, że już dłużej czekać nie będzie. Że więcej bólu nie zniesie. Zrozumiała, że on po prostu nie wróci. Nigdy. Przykre tylko, że zostawił ją samą z tą całą kabałą. Bo przy każdym powrocie do Californii słyszała szepty mijanych ludzi. Widziała nienawistne spojrzenie ojca. Niczym biczem smagana była okrutnymi słowami młodszego przybranego brata. Była chora. Była wykolejeńcem. Była nienormalna, bo zakochała się w przybranym bracie. A on, podobno, zakochał się w niej. Ale przecież – porzucił ją. Więc raczej nic do niej nie czuł. A skoro on mógł odstawić ją na boczny tor, to i ona mogła. Jak pomyślała, tak zrobiła. I już nie kochała Tylera. Co prawda niewiele zmieniło to w jej otoczeniu, ale przynajmniej poczuła się wolna. Do momentu, gdy przeszłość niespodziewanie wróciła i upomniała się o swoje.

Jak widać, nie tylko ja czekałam. Tak samo, a może nawet i bardziej intensywnie, czekała Eden. Ona jednak w pewnym momencie złożyła broń i postanowiła zapomnieć, ja natomiast wierzyłam, że będzie mi dane doczekać szczęśliwego zakończenia. Tylko, czy tej dwójce w ogóle takie było pisane? O to zdecydowanie najbardziej się martwiłam. Wciąż się zastanawiałam, jak autorka wyprowadzi całą historię na prostą ścieżkę. Czy jej się to uda? Powątpiewałam. Nie mieściło mi się w głowie, jak można byłoby rozwikłać ten galimatias. Nie będę wam zdradzała czy, a jeśli tak, to jak, autorka to zrobiła. To pozbawiłoby sensu czytanie ostatniej odsłony DIMLY, a przecież nie o to chodzi, prawda?

Mnie Czy wspominałam, że za Tobą tęsknię? Przypadło do gustu. Powieść czytało mi się znakomicie, z wielkim zaangażowaniem, a miejscami i z zapartym tchem. Chciałam więcej i więcej. Książka tak mnie pochłonęła, że nawet nie zauważyłam, że już zmierzam ku końcowi. Ten odrobinę mnie zawiódł, nie na tyle jednak, bym uznała, że potencjał tej historii został zaprzepaszczony. Co to, to nie.

Czytało się wyśmienicie. Tak samo poznawało się całe DIMLY. Znakomicie. W związku z czym zdecydowanie zachęcam i was do lektury. Naprawdę warto.


Sil


22 sierpnia 2016

Potencjalna energia szczęścia ("Moje serce i inne czarne dziury" Jasmine Warga)

"Moje serce i inne czarne dziury" Jasmine Warga
wyd. Burda Książki
rok: 2016
str. 324
Ocena: 5,5/6



Czytanie o umieraniu nie należy do moich ulubionych rozrywek. A jednak ostatnimi czasy przydarza mi się to coraz częściej. Wciąż i wciąż trafiam na takie powieści, na szczęście coraz częściej są one pokrzepiające, a nie dołujące.

Aysel Seran to szesnastolatka, w której przez kilka ostatnich lat narastało pragnienie śmierci. Samobójstwo stało się jej obsesją. Przy każdej możliwej okazji zaglądała na forum dla samobójców i szukała partnera. Bo wiedziała jedno – sama nie da rady przeprowadzić takiego przedsięwzięcia. Ktoś ją znajdzie, ktoś sprawi, że zamiast w trumnie, wyląduje w szpitalnym łóżku. A tego nie chciała. Kiedy więc na forum odezwał się FrozenRobot i wstawił swoje ogłoszenie, dziewczyna poczuła, że znalazła osobę która pomoże jej odejść z tego świata. Chłopak miał tylko kilka warunków, które należało spełnić – mieszkać blisko niego – to akurat żaden problem, bo ich miasteczka oddzielało od siebie tylko 15 minutowa droga. I trzeba być zdecydowanym. Nie ma ściem. Nie ma unikania. I nie ma odwoływani obietnicy. A tak, był jeszcze jeden warunek – śmierć musiała nastąpić 7 kwietnia (czyli za niecały miesiąc). Ten ostatni warunek również nie stanowił problemu. Co prawda Aysel wolałabym umrzeć jak najszybciej, ale ten miesiąc jakoś wytrzyma. Pisze więc do FrozenRobota i umawia się z nim na spotkanie. Spodziewa się… w sumie sama nie wie czego. Ma nadzieje, że to nie będzie jakiś stary zbok, który ją zgwałci. Bo co prawda chce umrzeć, ale nie chce cierpieć. To o cierpieniu chce zapomnieć. Nie chce już dłużej być na tym świecie, patrzeć na ludzi, którzy mają ją za zło wcielone. Nie chce być obciążeniem dla własnej rodziny. Kiedy więc na spotkaniu pojawia się chłopak, niewiele starszy od niej, do tego przystojny, wysportowany i najwyraźniej popularny – myśli tylko o jednym: czy to przez przypadek nie jest żart? I, jak się okazuje, nie jest. Roman wyjaśnia jej dlaczego chce się zabić i dlaczego potrzebuje partnera. Wyjawia jej również czemu śmierć musi nastąpić we wskazanym dniu, a nawet we wskazany sposób. Aysel nie potrafi się jednak przed nim otworzyć. Wciąż się boi. Wciąż martwi się tym, jak chłopak zareaguje na jej wyznanie. Dlatego nic nie mówi, a im dłużej to tai, tym gorzej się z tym czuje.

Przyznam, że nie spodziewałam się, że książka mnie aż tak wciągnie i… że aż tak mnie zachwyci. Z każdym kolejnym zdaniem, z każdą kolejną stroną i rozdziałem coraz bardziej przeżywałam to, co autorka napisała. Wczułam się w bohaterów i… sama nie wiem, zaczęłam żyć ich życiem. Osobiście nie chcę umierać, ale nie wypieram się depresji. Może nie teraz, ale jeszcze półtorej roku temu tkwiłam w niej głęboko i nie potrafiłam się podnieść. Człowiek ma wtedy różne myśli, wszystkie raczej mało pozytywne. Śmierć może niektórym faktycznie przyjść na myśl. Może stać się obsesją. Może się nawet wydawać, że nie ma już innego wyjścia. Czasem w takiej chwili wystarczy jedna pomocna dłoń, jedna wskazówka i wszystko staje się inne – lepsze.

Co stanie się z bohaterami? Czy oboje dotrwają do 7 kwietnia? Czy pragnienie opuszczenia ziemskiego padołu będzie w nich wciąż tak samo silne? Czy udadzą się na urwisko? A jeśli tak, to czy będą tam razem? Czy skoczą? A może coś powstrzyma ich przed tym ostatecznym ruchem? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po Moje serce i inne czarne dziury.

Książka Jasmine Wargi nie przytłacza, ale zdecydowanie przeraża. Stawia czytelnika przed dylematem co lepsze – życie z wielkim balastem, czy śmierć. Myślę, że póki nie będzie się w takiej sytuacji, w jakiej byli bohaterowie, trudno zrozumieć ich motywy. Mogą się one wydawać mniej lub bardziej błahe, mogą wydawać się wręcz idiotyczne. Mogą też wydawać się poważne i rozsądne. Wszystko zależy od perspektywy.

Do ostatnich stron żyłam nadzieją, że wszystko skończy się dobrze. Czy skończyłam płacząc z radości czy z rozpaczy? Ode mnie się tego nie dowiecie. Jedyny sposób, to zapoznanie się z tą lekturą. Ja zdecydowanie i z czystym sumieniem polecam.

Sil


17 sierpnia 2016

TYDZIEŃ Z NEVER, NEVER Nigdy, przenigdy… ("Never, never" Colleen Hoover, Terryn Fisher)

Tydzień z Never, Never...

"Never, never" Colleen Hoover, Terryn Fisher
wyd. Moondrive
rok: 2016
str. 390
Ocena: 5,5/6



"Nie kocham Cię,
Nic a nic.
I nigdy nie pokocham.
Nigdy, przenigdy."1)

Bardzo, baaaardzo chciałam przeczytać tę powieść. Poznać losy Charlie i Silasa. Chciałam wiedzieć, czym zachwycają się ludzie, czym zachwyca się świat. A potem, tuż przed tym jak książka do mnie dotarła, przeczytałam recenzję. I zaczęłam bać się tej powieści. Strasznie się bałam, że nie będzie tak, jak to sobie wyobrażam, że nie będzie mi dane pokochać bohaterów, a ostatecznie znienawidzę tę książkę. Bo, podobno, zakończenie zawodzi…

Charlize Margaret Wynwood właśnie ocknęła się na lekcji historii. Przynajmniej tak się jej wydaje. Wszyscy dziwnie na nią patrzą. A ona… nie wie kim jest. Nie wie kim oni są. Nie wie nawet, czy powinna znajdować się właśnie tu. Właśnie wtedy do klasy wchodzi nauczyciel i zaczyna zajęcia. A dokładnie test. Chyba każdemu kiedyś śniło się, że poszedł do szkoły nieprzygotowany. Albo bez ubrania. Mi jeszcze śniło się, że szłam bez okularów. Ale bez pamięci? To mi nigdy nawet nie przyszło do głowy. Charlie nawet o swoim imieniu dowiaduje się od obcych, którzy wiedzą o niej zdecydowanie więcej niż ona sama. Jakaś dziewczyna prowadzi ją na kolejne zajęcia. Ktoś inny uświadamia ją, że chłopak, który siedzi obok niej to miłość jej życia. Ale czy na pewno? Może to jakiś spisek? Może to jakiś głupi żart? Chyba powinna komuś powiedzieć, że nic nie pamięta. Że dzieje się z nią coś złego i ktoś powinien jej pomóc. Ale… kto jej uwierzy? W końcu… pamięta jak się prowadzi, pamięta aktorów i celebrytów. Zna teksty piosenek. Wie kto jest prezydentem. Nie wie tylko nic o sobie i swoim otoczeniu. Czy to normalne? Na domiar złego, z tym chłopakiem, Silasem, którego zdaje się, że zna lepiej niż innych, dzieje się również coś złego. Czyżby on również utracił pamięć? Tylko, jak to możliwe, żeby dwóm osobom, jednocześnie, przytrafił się identyczny horror? By się tego dowiedzieć, koniecznie będziecie musieli przeczytać najnowszą powieść Collleen Hoover i Tarryn Fisher, zatytułowaną Never, Never.

Jak już wcześniej wspomniała, bardzo chciałam przeczytać tę powieść. Powiem więcej, jak zaczęłam lekturę – wsiąkłam zupełnie. Równocześnie za bardzo nie chciałam dojść do tego strasznego momentu, w którym wszystko przestaje mieć sens i schodzi na psy (niemal cytując przeczytaną wcześniej recenzje). Tak więc z biegiem stron czytałam coraz spokojniej i wolniej, bojąc się tego, co przede mną. Bo bardzo pokochałam bohaterów i strasznie im kibicowałam. Chciałam, by odnaleźli zarówno siebie, jak i swoje wspomnienia. Tym czasem otrzymywałam coraz więcej niewiadomych i, w zasadzie, dość przerażających odkryć. Dla mnie najgorszym możliwym rozwiązaniem byłby jego brak. Albo takie rozwikłanie historii, które prowadziłoby do przekreślenia wszystkiego, co udało się tej dwójce w ciągu kilku dni zbudować. Na szczęście takiego finału nie otrzymałam. Może faktycznie ostatnie strony były mniej intensywne niż wcześniejsze. Może rzeczywiście można by od autorek wymagać jakiejś większej finezji z tytułu finału powieści. Ja jednak nie mam na co narzekać. Według mnie wszystko skończyło się właściwie.

Cała opowieść budziła we mnie wielki niepokój, ale równocześnie dawała nadzieję na lepszą przyszłość. Z każdą stroną poznawaliśmy coraz to gorsze rzeczy na temat bohaterów. Równocześnie dane nam było dowiedzieć się, jak silne było łączące ich uczucie i jak bardzo pewne wydarzenia wpłynęły na nich samych. Całe życie byli ze sobą, ale równocześnie ten czas sprawił, że na wszystko patrzyli przez pryzmat wcześniejszych wydarzeń i uczuć. Nie byli w stanie trzeźwo analizować swojej historii. To zmieniło się dzięki utracie pamięci. Coś, co z pozoru było bardzo złe, okazało się jedynym ratunkiem. Dla mnie Never, Never to powieść fenomenalna i warta uwagi każdego. Historia Charlie i Silasa rozkochuje w sobie i sprawia, że zaczynamy zupełnie inaczej patrzeć na własne otoczenie. Dzięki niej rodzi się w czytelniku świadomość, że jego życie jest takim, jakim go postrzega. Naprawdę niewiele trzeba, by zacząć patrzeć na nie z innej perspektywy. By wszystko się zmieniło. By zmienić drogę, którą się podąża.

Never, Never to jedna z lepszych historii jakie przeczytałam. Zdecydowanie warta czasu, jaki należy poświęcić, by ja przeczytać. Polecam. 

Sil

1) str. 183


22 lipca 2016

Buntuj się, buntuj… ("Na przekór nocy" Estelle Laure)

"Na przekór nocy" Estelle Laure
wyd. Jaguar
rok: 2016
str. 248
Ocena: 5,5/6


Czasem książki zupełnie niespodziewanie nas zaskakują. Mile. Albo mniej miło. Czasami sięgamy po powieść i jesteśmy niemal pewni, że czeka nas lekka lektura, która nie pozostawi po sobie żadnego śladu. I mylimy się. Czasem bierzemy do ręki książkę i otwieramy ją z przekonaniem, że to będzie najlepsza powieść tego roku. I zawodzimy się sromotnie. Tak naprawdę nigdy nie wiadomo, co nas czeka w trakcie czytania.

Do Na przekór nocy przekonywałam się przez kilka miesięcy. Książka leżała na półce w biblioteczce i grzecznie czekała. Co kilka dni, gdy podchodziłam by wybrać nową pozycję do przeczytania zerkałam na nią i kręciłam nosem. To nie był czas na nią. Nie miałam ochoty. Nie byłam przekonana… Aż do tego wieczoru, kiedy zaczęłam ją czytać. Nie minęła doba a książka się skończyła. Nawet nie wiem kiedy. Wciąż się zastanawiam, czemu tak długo zwlekałam z rozpoczęciem lektury Na przekór nocy.

Lucille Bennet ma siedemnaście lat i od dwóch tygodni zajmuje się młodszą siostrą  - Wren. Jej matka któregoś dnia po prostu spakowała się i zniknęła. Powiedziała, że to tylko na chwilę, że musi dojść do siebie, poukładać w głowie to, co stało się ostatnio. Poszła i już nie wróciła. Lucille do wczoraj łudziła się, że mama zaraz wróci. Znalazła jednak w poczcie kopertę ze studolarowym banknotem. Bez kartki, bez adresu zwrotnego, bez wyjaśnienia. Jakby ona i Wren nic nie znaczyły. Do domu przychodzi coraz więcej rachunków, lodówka robi się pusta, w spiżarni już dawno nie ma żadnych zapasów. Jeśli matka zaraz nie wróci, będzie źle – naprawdę źle. Już teraz sąsiadka dopytuje się, gdzie jest ich mama. Matka Eden, najlepszej przyjaciółki Lucille również dopytuje. Jeszcze chwila i wszyscy się dowiedzą. Na pewno wówczas zabiorą je z domu i rozdzielą. Nie będą już rodziną, bo matka je porzuciła. Dziewczyna czuje, że nikomu nie może zaufać. Musi zachować w tajemnicy to, co dzieje się w domu. I musi zacząć płacić rachunki. Pojedyncze studolarowe banknoty nie uratują sytuacji, jedyną opcją jest znalezienie pracy i pogodzenie jej z nauką. Na szczęście Lucille jest dość obrotna, a dzięki poznanej na placu zabaw dziewczynie, dowiaduje się, gdzie poszukują pracowników. Jedną rozmowę później ma już zajęcie na kilka popołudni i wieczorów w tygodniu. Gorzej, że musi na ten czas zorganizować opiekę nad młodszą siostrą. Na szczęście przyjaciółka obiecuje, że będzie jej pomagać jak tylko może. Niestety ta pomoc nie starcza na długo, bo Eden nie może dłużej okłamywać rodziców i nauczycieli. W obliczu kolejnych tarapatów brat bliźniak Eden wyciąga do Lucille pomocną rękę. Tylko… czy dziewczyna na pewno powinna korzystać z tej pomocy? Czy przez przypadek nie doprowadzi do kolejnej tragedii? Czy z biegiem czasu będzie jej łatwiej, czy trudniej utrzymać nieobecność matki w tajemnicy? By dowiedzieć się tego, a także poznać wiele innych tajemnicy nastolatki, koniecznie należy zapoznać się z powieścią Estelle Laure.

Nie spodziewałam się, że historia dwóch dziewczynek porzuconych przez matkę (a wcześniej przez ojca), tak bardzo mną wstrząśnie. Nie spodziewałam się również, że będzie mi się ją tak dobrze i szubko czytało. Nawet nie zauważyłam a już kończyłam lekturę. Ostatnie rozdziały były najbardziej interesujące, ale równocześnie najtrudniejsze. Z jednej strony chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, jak to wszystko się skończy. Z drugiej piekielnie bałam się tego zakończenia. Bo mogło być ono naprawdę różne. Teraz już wiem, jaki był finał tej opowieści, ale równocześnie czuję się, jakbym niewiele wiedziała. Bo niestety nie wszystkie karty zostały odkryte. Ale może to i lepiej? Dzięki temu każdy może dopowiedzieć sobie co zechce. Napisać sobie w głowie własną interpretację zakończenia. I z nią żyć. Ja sobie "dopisałam" co chciałam. I dobrze mi z tym. Liczę, że i was to zadowoli. Zdecydowanie zachęcam was do lektury. Według mnie naprawdę warto.


Sil


18 lipca 2016

Coś prawdziwego ("Wyśnione miejsca" Brenna Yovanoff)

PREMIERA 17.08.2016


"Wyśnione miejsca" Brenna Yovanoff
wyd. Moondrive
rok: 2016
str. 360
Ocena: 5,5/6

"Ty nic nie tracisz. Wracasz do swojej rzeczywistości i mnie tam nie ma"1)

Muszę przyznać, że nie spodziewałam się, że ta książka będzie aż tak dobra. Szczególnie, że przez pierwszych kilkanaście, a może nawet kilkadziesiąt stron wcale się taka nie wydawała. Ciągnęła mi się niemiłosiernie i poważnie zastanawiałam się nad odłożeniem jej na półkę. Zaczynałam żałować, że ta bardzo mi na niej zależało. Na szczęście ten dziwny, metaliczny wręcz posmak niechęci do powieści dość szybko i niezauważalnie przeminął, a pozostało tylko wszechogarniające pragnienie dowiedzenia się czegoś więcej. W ten sposób w niecałą dobę połknęłam Wyśnione miejsca.

Waverly Camdenmar jest wybitnie inteligentną, wręcz genialną siedemnastoletnią uczennicą liceum Morgana. W zasadzie przeszła już niemal cały program nauczania, zrobiła wszystkie kursy podstawowe i niemal wszystkie rozszerzone. Brakuje dla niej zajęć pozalekcyjnych. Obsesyjnie biega, a w trakcie tak zwanych okienek dyżuruje w recepcji szkolnych pedagogów. Jest wolontariuszką, członkiem samorządu i współtwórcą wszystkich szkolnych imprez. Z nauką jest do przodu, zadania domowe robi z miesięcznym wyprzedzeniem. Czasem otwiera zeszyty i zastanawia się, czy to naprawdę ona zrobiła te zadania. A może zrobił je za nie ktoś inny? Waverly nie może spać. Przytłacza ją ogrom jej własnych myśli, których nie potrafi w nocy wyłączyć. Przeciąża się więc jak może, dzięki czemu czasem zyskuje dwie, może trzy godziny lekkiego snu, nigdy takiego, który pomógłby jej poważnie wypocząć. A naprawdę tego potrzebuje. Zaczyna więc szukać rozwiązań nietypowych. Przeszukuje Internet i… postanawia wprowadzić swoje ciało w stan podobny do hipnozy. Potrzebuje tylko świeczki i metodycznego odliczana wstecz. Czy ten zabieg się powiedzie? Czy dzięki niemu Waverly w końcu zaśnie? Czy dane jej będzie wypocząć? A może wciąż będzie tym idealnym cyborgiem, za którego wszyscy w szkole ją uważają? Może w trakcie próby ratowania samej siebie zniszczy to, co budowała przez tak wiele lat? A może uda się jej odnaleźć prawdziwą Waverly, która od lat uwieziona była w jej głowie? Czy w trakcie tej szalonej i specyficznej wędrówki coś się w niej zmieni? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po powieść Brenny Yovanoff zatytułowaną Wyśnione miejsca. Ta książka nie tylko otworzy przed wami drzwi do zupełnie nowego, zdawałoby się niemożliwego do zaistnienia, świata, ale i rozwali was na kawałeczki. Tylko, czy potem uda wam się potem poskładać te części w całość?

Niby powinnam wiedzieć, czego się spodziewać po książce z Moondrive'a, a jednak takiego obrotu spraw zupełnie nie przewidziałam. Gdy świeczka Waverly powoli się wypalała cierpiałam wraz z dziewczyną. I modliłam się, by to, co czekało na nią na progu jawy i snu miało szansę powodzenia w szarej rzeczywistości. Czasem dużo łatwiej otworzyć nam się przed kimś, gdy wydaje nam się, że to, co właśnie się dzieje nie jest rzeczywiste. Sama przeprowadzam w głowie miliony rozmów z dziesiątkami osób. Czasem jestem świadoma, że to tych dyskusji nigdy nie doszło. Czasem jednak te rojenia mieszają mi się z rzeczywistością i już nie wiem, czy to "wygadanie" było prawdziwe czy nie. Czy ta druga osoba wie co czuję? A może tylko mi się wydawało, że to właśnie przed nią otworzyłam moje serce? Waverly dość szybko wpada w pułapkę własnych uczuć i nie wie, czy może ufać samej sobie. Choć nocami jej lepiej, w ciągu dnia wciąż udaje, wciąż i wciąż popełnia te same błędy. Nakręca samą siebie i stara się przekonać, że tak jest lepiej. Że to, co przynosi noc nigdy nie powinno mieć miejsca. Z czasem jednak coraz częściej odlicza czas do wieczornego rytuału. Tylko, czy dane jej będzie cieszyć się nim do końca życia? A jeśli nie, to czy uda się jej przenieść to, co dobre we śnie, do tego, co nie zawsze dobre w ciągu dnia?

Wyśnione miejsca są nierealne, trudne do ogarnięcia, ale równocześnie piękne, delikatne i tak strasznie kruche. Na początku trudno się w nich odnaleźć, jednak gdy już się w nich człowiek zagłębi, nie chce ich opuszczać. Wrastają w nas, stają się częścią naszej duszy. Zostają z nami na zawsze. Ze mną zostaną na pewno. Z całego serca polecam wam lekturę tej powieści. Warto poświęcić jej każdą sekundę i delektować się czasem z nią spędzonym.

Sil


1) str. 320

29 czerwca 2016

Chcąc znów być sobą ("Kamień i sól" Victoria Scott)

"Kamień i sól" Victoria Scott
Seria: Ogień i woda
Tom: 2
wyd. IUVI
rok: 2016
str. 368
Ocena: 5,5/6

Długo czekałam na drugi tom serii Ogień i woda. Pierwsza część mną wstrząsnęła, sprawiła że, sama wiem, że to głupio zabrzmi – ale rozpadłam się i złożyłam na nowo. Wspomnienie tej powieści prześladowało mnie przez wiele miesięcy. Chciałam jak najszybciej dowiedzieć się, co będzie dalej, a gdy w końcu Kamień i sól trafiła w moje ręce, zaczęłam się bać. Strach mnie obleciał i przez jakiś czas już nie miałam ochoty dowiadywać się, co będzie dalej. Nie mogłam przeżyć tego, że wszystkie zagadki zostaną rozwiązane. Bo to przecież oczywiste, że nie będzie już nic dalej, że gdy powieść się skończy, to skończy się również ta opowieść, prawda? Innego rozwiązania, nawet nie brałam pod uwagę…

Tella Holloway od kilku tygodni bierze udział w Piekielnym Wyścigu. Robi wszystko co może, naprawdę wszystko, by uratować swojego śmiertelnie chorego brata – Cody'ego. Nikt nigdy nie dowie się, że to zrobiła. Nikt się nie dowie, że jego choroba nie jest naturalna. Nikt nie pomyśli nawet, że to wszystko jakaś śmieszna gra, w której tylko jedna osoba z setek biorących udział otrzyma lek dla bliskiej jej osoby. Niewiele brakowała, by to Tella wygrała II etap wyścigu. Pozwoliła jednak, by do mety pierwsza dotarła Harper. To ona otrzymała lek dla córki, który powinien jej pomóc w przeżyciu kolejnych pięciu lat. Niestety, malutka umarła jeszcze nim dostała lek. Harper zdecydowała się oddać lek komu innemu i poprzysięgła, że wróci i pomoże wygrać Telli ten Piekielny Wyścig. Zrobi wszystko co w jej mocy, by brat dziewczyny przeżył, a ta chora organizacja rozpadła się w drobny pył. Rozpoczyna się etap trzeci – Ocean. Harper do tej pory się nie pojawiła. To nawet dobrze, już nie będzie się narażać. Tak dużo osób zdążyło zginąć w trakcie dwóch poprzednich etapów, Harper nie może do nich dołączyć. Lepiej więc, że jej tu nie ma. Wystarczy, że wciąż jest tu Guy, Olivia, Jaxon i Braun. Każda z tych osób może w każdej chwili zginąć. Mogą umrzeć również ich Pandory. Dla Telli to bardzo duże obciążenie psychiczne, bo bardzo przywiązuje się do ludzi oraz do ich towarzyszy. Kiedy więc niespodziewanie na statek wsiada Harper, nadzieja dziewczyny, że choć ona będzie bezpieczna, po prostu znika. Jak potoczy się dalej Wyścig? Kto umrze? Kto odejdzie z własnej woli? Kto będzie walczył jeszcze bardziej zajadle? Czy ostatecznie znajdziemy odpowiedzi na wszystkie dręczące nas pytania? Czy zakończenie będzie zamknięte? A może nic tak naprawdę nie zostanie wyjaśnione? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy przeczytać Kamień i sól.

Wczoraj, w drodze powrotnej z urlopu, skończyłam czytać tę książkę. Skończyłam i… zatkało mnie zupełnie. Odłożyłam powieść na bok i nie mówiłam nic przez kilkanaście minut, aż w końcu mąż zapytał, czy coś się stało. No i jak już zapytał, to mu opowiedziałam, z drastycznymi szczegółami, o czym właśnie czytałam. Opowiedziałam mu i pierwszą i drugą część, oraz druzgocące mnie zakończenie i zapytałam: jak myślisz, będzie ciąg dalszy? On z całym przekonaniem zapewnił mnie, że tak. Zapewnił, więc ja zaczęłam szukać, ale niestety nie znalazłam nic w sieci. Naprawdę mam nadzieję, że Victoria Scott napisze trzecią część serii Ogień i woda, bo takie zakończenie mnie nie satysfakcjonuje. Ja muszę poznać odpowiedzi na męczące mnie pytania. Po prostu muszę.

Kamień i sól czyta się wręcz znakomicie. Książka wciąga od pierwszych napisanych przez autorkę zdań, aż po sam, jak już wcześniej wspomniałam, szokujący finał. Ten pasjonujący thriller czyta się z zapartym tchem i trudno od niego oderwać wzrok, a gdy to już się uda – to trudno oderwać myśli. Czytelnik wciąż się zastanawia, co będzie dalej, czy autorka skończy zgodnie z naszymi przewidywaniami, a może zaskoczy wszystkich. Czasem trudno ogarnąć to, co się dzieje w tej książce. W jednej chwili jest spokojnie, a chwilę później dochodzi do kolejnej tragedii, która sprawia, że jedyne na co mamy ochotę, to usiąść w kącie i się kiwać. Nie można się jednak poddawać, trzeba czytać dalej. A potem? Potem zostaje nam tylko modlitwa, by autorka zlitowała się nad nami i napisała kontynuację losów Telli i grupy ludzi, których w trakcie wyścigu zaczęła traktować jak rodzinę. Z mojej strony nie pozostaje już nic, poza zachęceniem was do lektury. Naprawdę warto po nią sięgnąć.


Sil

27 czerwca 2016

Numer ósmy ("Zanim umrę" Jenny Downham)

wyd. Nasza Księgarnia
rok: 2016
str. 352
Ocena: 5,5/6


" - Kocham cię – szepcze gniewnie z ustami przy mojej szyi. – Czuję ból, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłem, ale cię kocham. Nie masz prawa temu zaprzeczać. Nie mów tak więcej!"1)

Przyznam, że umyślnie przez kilkanaście dni pomijałam tę powieść. Leżała w trakcie urlopu na półce nad łóżkiem, a ja po nią specjalnie nie sięgałam. Nie robiłam tego, bo w trakcie urlopu aż dwie książki mówiły o śmierci, nie chciałam, by te wakacje wpisały się w moją pamięć pod znakiem tragicznych powieści. Odkładałam więc lekturę Zanim umrę tak długo, jak tylko mogłam. W ten sposób wróciłam do domu i… w końcu musiałam sięgnąć po tę książkę. Początki nie były łatwe. Czytało się dość trudno i, szczerze powiedziawszy, było jakoś mało pociągająco. Wstęp był napisany jakoś tak… odstraszająco. Przemykałam wzrokiem przez kilka stron i musiałam odkładać powieść na półkę. Niewiele brakowało, a zarzuciłabym lekturę zupełnie. Jednak z każdą kolejną pokonaną stroną Zanim umrę bardziej mnie do siebie przyciągało. W pewnej chwili rozkręciło się na całego i… już nie byłam w stanie odłożyć książki na bok. Czytałam, aż autorka postawiła ostatnią kropkę.

Tessa Scott ma szesnaście lat i białaczkę. Ot tyle. I aż tyle. Jedno jest pewne – wcześniej czy później umrze. Może to mieć miejsce za rok, może za pół roku, może jutro? Tessa prawie nie wstaje z łóżka. Niewiele rozmawia z ludźmi. Spotyka się tylko ze swoją szkolną przyjaciółką Zoey, a nawet ona odwiedza ją rzadziej niż dawniej. Matka wyprowadziła się lata temu, odwiedzają ją z bratem tylko w wyznaczonych terminach. Pozostałą część miesiąca spędzają z ojcem, który robi wszystko, by Tessa żyła jak najdłużej. Konwencjonalne metody zawiodły już dawno, teraz przyszedł czas na te mniej popularne, i zdecydowanie mniej dotowane. Specjalna dieta? Zioła? Ojciec nic więcej nie może zaproponować swojej umierającej córeczce. Ta jednak ma dla siebie nieco inny plan. Już od jakiegoś czasu nosi się z zamiarem jego wcielenia w życie. Ułożyła listę rzeczy, które chce zrobić nim przyjdzie na nią czas. Na pierwszy ogień idzie seks. Dziewczyna czuje, że nie zostało jej dużo czasu, postanawia więc wziąć byka za rogi i… niezwłocznie udaje się na łowy. Jak zakończy się ta szalona wyprawa z Zoey? Czy Tessa pozna księcia z bajki, a może raczej przeżyje najgorszą noc w swoim życiu? Czy to możliwe, by ostatnie miesiące swojego życia szesnastolatka spędziła tak, jak to sobie wymarzyła? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Jenny Downham.

Jak już wcześniej wspomniałam, początkowo Zanim umrę mnie do siebie nie przekonało. Zupełnie. Chciałam odłożyć książkę i o niej zapomnieć. Nie chciałam więcej czytać o śmierci. Nie zrobiłam tego jednak i przeczytałam powieść do końca. A wtedy, na finiszu, nie było już ani zabawnie, ani pięknie, ani nawet ciekawie. Było przerażająco i dołująco. I bardzo prawdziwie. Może to śmiesznie brzmi, bo przecież nigdy nie umarłam. Wydaje mi się jednak, że tak to musi wyglądać. Śmierć przychodzi i zabiera nas po kawałku, każdego dnia jest nas mniej, aż w końcu otoczenie nas już w zasadzie nie zauważa. My je jeszcze tak. Wołamy, krzyczymy wręcz… Ale nikt nas nie słyszy, bo to wszystko odbywa się wewnątrz nas i nie dociera do tych, którzy są jeszcze blisko nas. A potem nie pozostaje już nic poza ciszą.

Nie popłakałam się, ale niewiele brakowało. Pewnie gdybym kończyła lekturę wieczorem, w łóżku, łzy byłyby bardziej oczywiste. Nie udało mi się jednak wieczorem książki skończyć, więc sam finał został mi na poranek. Wówczas już nie było to takie uderzające, wiedziałam co nadciąga.

Zanim umrę to dobra książka, przemyślana i mądra. Myślę, że jest to lektura dla każdego. Nie jest łatwa, nie jest również banalna. Jest trudna i przejmująca. I piękna. Polecam.

Sil


1) str. 287

Książkę otrzymałam od księgarni Matras

#matrasrecenzje

22 czerwca 2016

I jednorożce… ("Promyczek" Kim Holden)

"Promyczek" Kim Holden
wyd. Filia
rok: 2016
str. 592
Ocena: 5,5/6


Oj, nadenerwowałam się w trakcie lektury Promyczka – nadenerwowałam. Poważnie, kilka razy miałam nawet ochotę odłożyć tę książkę, dać sobie z nią spokój. I to zapewne z całkiem innych powodów, niż by się wam wydawało. Przez jakieś 30 procent czasu poświęconego powieści Kim Holden uważałam, że jest ona płytka i bardzo głupiutka. Dopiero później zaczęło się coś klarować, coś dobrego z tego wszystkiego wychodzić – a i tak dalej trudno mi było pojąć, dlaczego główna bohaterka zachowuje się tak, a nie inaczej. Dopiero potem… ale o tym, może później, a może wcale?

Katherine Sedgwick właśnie przeprowadziła się ze słonecznego i cudownego San Diego, do niewielkiej mieścinki zwanej Grant, znajdującej się gdzieś w Minnesocie. Jedno jest pewne, zimy w tym miejscu na pewno nie będą takie jak w jej rodzinnym mieście. Ale cóż zrobić, właśnie w Grant Kate ma zacząć studiować. W ciągu ostatnich kilkunastu miesięcy plany Kate uległy radykalnej zmianie. Dziewczyna od początku to właśnie w Grant chciała się znaleźć, ale pierwotnie planowała studiować tu muzykę. Od dzieciństwa grała na skrzypcach i na studiach chciała rozwijać ten talent. Rok wcześniej dostała się na wymarzony kierunek i otrzymała pełne stypendium – niestety musiała zrezygnować z tego pomysłu. Rok później z dnia na dzień postanawia ponownie złożyć papiery, tym jednak razem na kierunek związany z nauczaniem. I tym razem szczęście jej sprzyja, dostaje się i otrzymuje stypendium, dzięki czemu niezwłocznie może się przeprowadzić i rozpocząć naukę. Kilka pierwszych nocy, jeszcze przed rozpoczęciem roku akademickiego, Kate spędza u swojej niedawno odnalezionej ciotki. Na całe szczęście nie zaplanowała u niej dłuższego pobytu, bo jak się okazuje z ciotką, choć niewiele starszą od niej, nie najłatwiej się żyje. Na szczęście w Grant jest zupełnie inaczej. Już w pierwszych dniach Kate udaje się znaleźć idealną, miejscową kawiarenkę z pyszną czarną kawą, pracę w lokalnej kwiaciarni oraz poznać dość ekscentrycznych ludzi, którzy staną się dla niej nie tylko przyjaciółmi, ale w zasadzie rodziną. Do grona tych osób dość szybko dołączy Keller Banks, z którym Kate nie tylko będzie się przyjaźnić, ale i flirtować. Tylko – czy Kellerowi wystarczy niewinny flirt? Bo, jak wiadomo, Kate nie planuje z nikim się wiązać. Nie chce mieć chłopaka, nie szuka miłości na całe życie, nie ma zamiaru spędzać z żadnym facetem więcej niż jednej nocy. Keller może mieć jednak na ten temat nieco odmienne zdanie i postanowi przekonać do niego Kate. Czy mu się to uda? Czy dziewczyna postanowi otworzyć przed nim swoje serce? A jeśli tak, to czy przy okazji nie złamie serca Kellera?

Jak wspomniałam wcześniej, na początku Promyczek nie przekonał mnie do siebie. Czasami czułam w tej książce wręcz odrobinę zakłamania. Trudno mi było uwierzyć, że ktoś może być tak dobry, tak szczery, tak otwarty na ludzi i tak mało mściwy. A jednak – może. Może, jeśli okoliczności sprzyjają i jeśli ludzie wokół na to pozwalają. Bo czasem mają miejsce takie wydarzenia, które nie pozwalają dłużej trwać człowiekowi w przekonaniu, że wszystko będzie dobrze. I Kate też czasem dochodzi na skraj własnej wytrzymałości – gdy jednak się tam znajdzie, czytelnikowi dużo łatwiej się z nią utożsamić. Ja właśnie wtedy zaczęłam czuć tę powieść, zaczęłam rozumieć o co chodzi i modlić się, by autorka nie kończyła jej tak, jak myślałam, że ją skończy. Zaczęłam prosić o happy end, który nie do końca został mi dany. Ale czy to źle? By się tego dowiedzieć, będziecie musieli przekonać się samo. Ja mogę jedynie powiedzieć, że zdecydowanie polecam wam lekturę Promyczka.


Sil