Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrzesień 2012. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wrzesień 2012. Pokaż wszystkie posty

3 października 2012

Spełniające się marzenia („A między nami ocean…” Susan Wiggs)

„A między nami ocean…” Susan Wiggs
wyd. Mira
rok: 2012
str. 464
Ocena: 4,5/6



Susan Wiggs to autorka licznych powieści obyczajowych i romansów, na naszym rodzimym rynku wydawanych przez oficynę Mira. Na co dzień, poza pisaniem, zajmuje się wychowywaniem dzieci i stara się być idealną żona hodującą w przydomowym ogródku olbrzymie pomidory. Pisze książki przede wszystkim po to, by ratować zdrowie psychiczne czytelników. Sama kiedyś znalazła się w kryzysowej sytuacji (strajk linii lotniczych, w momencie kiedy przebywała na lotnisku w Barcelonie), i gdyby nie książka, nie dałaby rady jej przetrwać. Tak to się zaczęło i dzięki temu miałam okazję przeczytać powieść A między nami ocean…

Grace Bennet wydaje się być, ba, nawet na pewno jest, żoną idealną. Ostatnie dwadzieścia lat swojego życia spędziła u boku Steve’a –najpierw chłopaka, później narzeczonego a w końcu męża, którego kochała, kocha i planuje wiernie kochać do końca swoich i jego dni. Dzięki małżonkowi i pracy, jaką ten na co dzień wykonuje, kobieta wygrywa los na loterii – tak przynajmniej może to wyglądać z boku. Podróżuje, poznaje różne kultury, nie musi się martwić o przyszłość swoich bliskich. Żyje dostatnio a ukochany mężczyzna zapewnia jej poczucie bezpieczeństwa – nie mogłoby być inaczej – w końcu pracuje jako oficer marynarki wojennej armii Stanów Zjednoczonych. Jak się jednak okazuje, ta idylla jest jedynie pozorna. Małżeństwa, poza wspólnymi, niemal już dorosłymi dziećmi i obopólną miłością, niewiele już łączy. Dawne pasje odeszły w przeszłość, przykryła je monotonia dnia codziennego. Do tego, w związku z pracą, Steve i Grace spędzają ze sobą naprawdę niewiele czasu. Mężczyzna większą część roku przebywa na lotniskowcach, więc półroczne rozłąki weszły im już w krew. O życiu swoich dzieci nie jest on w stanie wiele powiedzieć. W większości przypadków, o ważnych wydarzeniach ich dotyczących, dowiadywał się telefonicznie lub za pośrednictwem obszernych listowych, a później mailowych relacji żony. Gdyby nie te formy komunikacji nie wiedziałby, że właśnie został ojcem, że dziecku wyszedł pierwszy ząb czy też, że właśnie jedna z jego pociech postanowiła zacząć chodzić. Nie można jednak powiedzieć, że na rodzinie mu nie zależy, nic z tych rzeczy. Po prostu... tak wyszło. I pewnie wszystko to dalej trwałoby w swoistej stagnacji, gdyby Grace któregoś dnia nie uznała, że ma dość życia w taki sposób. Burzliwa rozmowa, w trakcie której kobieta wyznała mężowi jakie ma plany, nie skończyła się tak, jak to sobie wymarzyła. Steve wrócił na statek rozgniewany, a Grace postanowiła mimo wszystko zrealizować swoje zamierzenia. Kupiła dom, założyła firmę i zaczęła dbać o formę fizyczną. Po raz pierwszy w życiu realizowała swoje i tylko swoje marzenia. I była szczęśliwa, aż do momentu, w którym dowiedziała się, że na lotniskowcu, na którym stacjonował Steve doszło do potężnej eksplozji a jej mąż uznany został za zaginionego. Ta sytuacja oczywiście wszystko odmienia, jednak… czy nie jest już za późno na zmianę zdania? Czy to możliwe, by Grace nigdy więcej nie miałaby zobaczyć ukochanego? Czy los może być na tyle okrutny, by odebrać jej najważniejszą istotę jej życia? Jak potoczą się losy zrozpaczonej żony i trójki dzieci wypatrujących zaginionego ojca? By się tego dowiedzieć koniecznie należy sięgnąć po jedną z nowszych powieści Susan Wiggs zatytułowaną A między nami ocean…

Kiedy sięgałam po tę powieść byłam przekonana, że otrzymam lekką i przyjemną w odbiorze książkę, która pozwoli mi się zrelaksować po trudach dnia codziennego. Nic bardziej mylnego. A między nami ocean… niesie za sobą większe przesłanie. To nie tylko opowieść o tym, jak trudne jest życie żony marynarza. To nie tylko historia niespełnionych marzeń i dość późnego przystąpienia do ich realizacji. To nie tylko łzawa historyjka o wielkiej, ponadczasowej miłości. To przede wszystkim obraz społeczeństwa i problemów, z którymi się ono boryka. Książka pokazuje, jak pokręcone mogą być ludzkie losy i jak czasami niewiele trzeba, by uległy one radykalnej zmianie.

A między nami ocean… czyta się zdumiewająco dobrze. Lekkie pióro autorki sprawia, że trudno się od tej historii oderwać. Mimo niełatwych tematów, jakie poruszyła w powieści Susan Wiggs, lekturę i tak raczej klasyfikuje się jako obyczaj a nie dramat. I całe szczęście, bo dramatów to mamy aż nadto w życiu codziennym. Zachęcam do lektury wszystkich wielbicieli pióra pani Wiggs oraz tych, którzy mają od czasu do czasu ochotę zagłębić się w dobrej powieści obyczajowej.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Mira

1 października 2012

[Miłość] („Pandemonium” Lauren Oliver) - recenzja przedpremierowa

Premiera 3.10.2012

[Miłość]

wyd. Otwarte
rok: 2012
str. 374
Ocena: 5,5/6


Kiedy kilka miesięcy temu przeczytałam Delirium Lauren Oliver, od razu wiedziałam, że ta pasjonująca seria stanie się jedną z moich ulubionych. Pasjonująca i przerażająca zarazem wizja przyszłości nie tylko mnie przytłoczyła, ale również zagarnęła całą moją uwagę. Książka zrobiła to na takim poziomie, że przez chwilę (nawet dość długą) uwierzyłam, że to co w niej zostało zawarte – jest prawdą. Miłość to choroba, która wyniszcza człowieka od środka. To ona jest przyczyną wszystkich ludzkich dolegliwości, wojen, buntów, i krzywd, które dzieją się człowiekowi. Jest tylko jeden sposób, by człowiek zyskał spokój – leczenie. Jeden zastrzyk i po kłopocie… o ile się go przeżyje. Jest strach, jest obawa, ale… nie ma wyboru – przychodzą 18-ste urodziny i trzeba poddać się terapii, o ile… nie ucieknie się do Dziczy. Tak właśnie skończyła się pierwsza część serii. Zakochana po uszy Lena Halowey, po tym jak dowiaduje się, że bliscy okłamywali ją co do śmierci matki, podejmuje się przekroczenia granicy. Niestety, nie wszystko idzie po jej myśli.

Druga część przygód Leny, Pandemonium, rozpoczyna się w chwili, gdy dziewczyna trafia poza granicę cywilizacji. Jest ranna, wykończona i zrozpaczona. Idzie sama, a powinien być z nią Alex. Zupełnie nie wie, w którą stronę powinna wędrować. Czuje tylko, że musi uciekać. Im dalej i szybciej – tym lepiej. Gdy dochodzi do granic własnej wytrzymałości – pada na twarz i wie, że to już koniec, że nie ma ciągu dalszego. Zaraz skończy się jej męczarnia i znów zobaczy Alexa. Jednak, gdy otwiera oczy, widzi co prawda pewną postać, ale niestety nie jest to jej ukochany. Nie może jednak stwierdzić kim jest ta tajemnicza osoba, bo ponownie traci przytomność. Tak oto ponownie trafiamy do świata, w którym miłość jest zwalczana i zakazana. Teraz jednak dowiadujemy się, jak do tej sprawy podchodzą ci, którzy zbuntowali się przeciw odgórnie ustalonym regułom i zamieszkali w Dziczy. Jak sobie radzą? Gdzie mieszkają? Jak traktują obcych i czy ktoś im pomaga w codziennym życiu? Kim są sympatycy? Jak i czy w ogóle kontaktują się z Odmieńcami? Gdzie mieszkają Hieny i jakie mają plany? Tego, ale również wielu innych rzeczy dowiecie się, jeśli sięgniecie po najnowszą powieść Lauren Oliver zatytułowaną Pandemonium.

Jedno jest pewne – ta książka mnie nie zawiodła – wręcz przeciwnie. Choć początkowo było mi trudno uwierzyć w to, jak zakończyła się sytuacja na pograniczu, to w końcu przyjęłam to do wiadomości i zaakceptowałam. Gdy już to uczyniłam, dużo łatwiej było mi poznawać dalsze losy Leny, która wkrótce po znalezieniu się w Dziczy została Leną Morgan Jones. Całość napisana została, zresztą jak poprzednia część serii, porywającym i pochłaniającym czytelnika językiem. Akcja jest wartka, autorka nie traci czasu na przydługie i nudnawe opisy. Historia pędzie do przodu w zawrotnym tempie nie dając ani chwili wytchnienia. Czasoprzestrzeń powieści podzielona została na tu i teraz, które dzieją się w przyszłości, oraz na tajemnicze wtedy, mające miejsce obecnie (przynajmniej tak to można odebrać, jeśli chodzi o chronologię czasu). Lena w Pandemonium daje się poznać jako zupełnie inna postać. Staje się dużo twardsza i wytrwalsza. Choć początkowo jest jej niezmiernie trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości, dość szybko zaczyna rozumieć, co musi zrobić by zostać zaakceptowaną przez otaczający ją teraz świat i ludzi, którzy go zamieszkują. Jednak w tej nowej Lenie wciąż siedzi ta dziewczyna, która zostawiła po tamtej stronie ludzi, których kochała. I to napędza ją do działania. Dzięki temu jest w stanie robić rzeczy, których w dawnym życiu by się nie podjęła. I robi je dobrze.

Mnie ta historia poruszyła, przekonała do siebie i sprawiła, że chcę poznać jej finisz. Mam nadzieję, że natychmiast po ukazaniu się Requiem na polskim rynku, będzie mi dane przeczytać tę książkę. Już nie mogę się tego momentu doczekać. Zdecydowanie warto sięgnąć po Pandemonium. Polecam.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu Otwarte

28 września 2012

Po pierwsze – nie zapomnij („Braterstwo krwi” Agnieszka Lingas-Łoniewska)

PREMIERA KSIĄŻKI 17 PAŹDZIERNIK 2012


„Braterstwo krwi” Agnieszka Lingas-Łoniewska
seria: Zakręty losu
wyd. Novae Res
rok: 2012
str. 328
Ocena: 6/6



Nie ma co ukrywać faktu, że należę do grona najwierniejszych fanów twórczości Agnieszki Lingas-Łoniewskiej. Dotychczas przeczytałam, od  deski do deski, w tę i nazad i w każdy inny możliwy sposób wszystkie powieści tej autorki. I jedno mogę powiedzieć z pełną świadomością i odpowiedzialnością za własne słowa – nie żałuję ani jednej sekundy poświęconej na wspomniane lektury. Nie raz, nie dwa zdarzało mi się z powodu jej książek „delikatnie” zarwać noc, albo wcale nie pójść spać. Później cały dzień „odchorowywałam” ten fakt, nieustannie wspominając co też wydarzyło się w czytanej właśnie przede mnie powieści i myśląc o tym, jakie czekają mnie wrażenia gdy wrócę do lektury. Na wydanie Braterstwa krwi czekałam, jak zresztą wielu czytelników, niezmiernie długo. Co i rusz docierały do mnie informacje, że to jeszcze nie teraz, że przełożono premierę, że należy poczekać. Na szczęście ten okres w końcu można uznać za przeszły. Niektórzy, tacy jak ja, już dziś dzierżą w dłoniach tę pozycję. Inni już za kilkanaście dni ją zdobędą. Wraz z drugą częścią przygód braci Borowskich pojawi się na rynku reedycja części pierwszej (ze zmienioną okładką) oraz część trzecia, zatytułowana bardzo tajemniczo – Historia Lukasa, również z inną niż pierwotnie zapowiadano okładką.

On – najszczęśliwszy na świecie mężczyzna, w końcu może powiedzieć, że marzenia się spełniają. Ona – zakochana po uszy kobieta, która oddzieliła swoją teraźniejszość i przyszłość od przeszłości grubą czarną kreską. Oboje na co dzień nie wspominają tego, co miało miejsce w ich życiu kilka lat wcześniej. Zapomnieli, albo przynajmniej udają przed sobą i otaczającym ich światem, że cokolwiek złego kiedykolwiek się wydarzyło. Istnieje tylko to co jest TU i TERAZ. A w danej chwili są to tylko i wyłącznie ONI. Tak jest do momentu odebrania przez Krzysztofa Borowskiego telefonu, który zmienia ich, a przynajmniej jego, dotychczasowe życie. Bo przerażająca przeszłość postanowiła się o nich upomnieć w jeden z najokrutniejszych sposobów. Mężczyźnie wydaje się, że nie ma wyboru. Musi wejść po raz drugi do tej samej, przysłowiowej rzeki, i zrobić to, czego nie miał już robić nigdy więcej w życiu. Przy okazji podejmuje jeszcze jedną decyzję, która może zaważyć na jego dalszych losach – postanawia nie informować żony, że coś jest nie tak. A przecież Kaśka jest najbliższą mu na świecie osobą, prawda? Jaki wkład w ich przyszłe życie będzie miał odsunięty na boczny tor Łukasz Lukas Borowski? Czy mężczyźnie uda się zmienić? Czy odnajdzie szczęście w tym parszywym świecie? Przekonajcie się sami.

Zmiana okładek całej serii ma jeden zasadniczy plus – czytelnikom przybędzie w biblioteczkach jedna dodatkowa pozycja. Bo w końcu jaki fan serii darowałby sobie zakup ponownie pierwszej części, skoro ta wydana kilka lat temu nie pasuje już do pozostałych? No ja na pewno się skuszę. Drugą dodatkową zaletą jest to, że okładki bardziej rzucają się w oczy. W zasadzie wprost można z nich wyczytać jaka jest myśl przewodnia danej pozycji. Poprzednie obwoluty, zaprezentowane przez wydawcę przy premierze Zakrętów losu kryły w sobie pewną tajemnicę, pobudzały wyobraźnie, zmuszały do myślenia. Były zdecydowanie bardziej sensacyjno-dramatyczne. Nowe okładki są czytelniejsze i jakieś takie bardziej… sama nie wiem, pożądliwe? Mnie osobiście książki z kobietą na okładce nie bawią, zaraz mam wrażenie, że otrzymam nic nie wnoszące romansidło. Facet, cóż.. facet to facet. Mężczyźni od zawsze mają ogromny wpływ na kobiety i wydaje mi się, zresztą chyba podobnie jak i wydawnictwu Novae Res, że to właśnie jakiś „pan” powinien grać pierwsze skrzypce na okładkach książek tej autorki. I tak oto Braterstwo krwi dzięki męsko-żeńskiej obecności na obwolucie zyskało zupełnie nowy wymiar. Co prawda, nie do końca jestem przekonana do pani, która na okładce zakrywa sobie oczy jak w ciuciubabce, ale to tylko moje osobiste zdanie. Reszta jak najbardziej mi się podoba. Zresztą z tego co wiem, w okładce po rozesłaniu egzemplarzy recenzenckich dokonano jeszcze kilku zmian, zapewne wszystkie na plus.

Fabuła powieści niczym nie odbiega od tego, czego się spodziewałam, równocześnie będąc bardzo… niespodziewaną. Wiem, pokrętne to moje rozumowanie, ale tak właśnie jest. Agnieszka Lingas-Łoniewska pisze w konkretny sposób. W jej powieściach nie ma miejsca na kompromisy. Kocha się bezgranicznie, a jak się nienawidzi – to grobowej deski, chyba że… no właśnie. Chyba, że ktoś odkupi swoje winy. Pokuta nigdy nie jest łatwa, niejednokrotnie jej wielkość znacznie przewyższa wagę popełnionych wcześniej błędów. Jest tak z jednego zasadniczego powodu – by nie popełnić drugi raz tego samego błędu. I bohaterowie Braterstwa krwi nie popełniają – przynajmniej zdecydowana ich większość. Bo i od tej reguły są oczywiście wyjątki. Gdy jedni prą do przodu i starają się za wszelką cenę pokazać światu swoje nowe, lepsze oblicze, inni popadają ze skrajności w skrajność, przez co popełniają ponownie równie głupie błędy jak poprzednio. Na szczęście nad całością czuwa opatrzność, dzięki której bohaterom udaje się wyjść z największych opresji, choć… i to ostatnie nie jest takie pewne. Bo czy kiedykolwiek można tak zupełnie zapomnieć? Czy można całkowicie wybaczyć? Czy da się pozbyć wszystkich, piętrzących się w życiu przeszkód? Czy to możliwe, by gdzieś tam, za zakrętem losu, wiodła prosta ścieżka prowadząca do niezbadanego dotąd szczęścia? Jest tylko jeden sposób, by się tego dowiedzieć. Lektura Braterstwa krwi odpowie, jeśli nie na wszystkie, to na zdecydowaną większość z tych pytań.

Całość, jak to zwykle ma miejsce w przypadku powieści tej autorki, jest bardzo hipnotyzująca. Czytelnik już od pierwszych zdań wpada w sidła Zakrętów losu, z których nie jest w stanie się wyplątać, aż do momentu, w którym zostaną ode naprostowane, a to trwa, wbrew pozorom, dość długo. Bo w Braterstwie krwi akcja goni akcję, a każda kolejna, nawet niewielka tragedia, pociąga za sobą lawinę niekończących się konsekwencji. Bohaterowie w jednej chwili przepełnieni radością, już w następnej popadają w totalną rozpacz, bo ich życie nagle się załamuje. Na szczęście nie mamy do czynienia z miękkimi i poddającymi się przeciwnością ludźmi. Zarówno Krzysiek jak i Katka kryją w sobie wielkie pokłady męstwa, dzięki którym są w stanie uporać się z niejednym problemem – potrzebują do tego jedynie odrobiny czasu. Jeszcze twardszy od nich, jak zwykle zresztą, okazuje się być starszy brat Krzyśka, Łukasz, który czuje głęboką odpowiedzialność za tragiczne losy wielu osób. Zresztą chyba każdemu czytelnikowi Zakrętów losu wiadomo, że nie jest to nieuzasadnione poczucie winy. Mężczyzna postanawia więc odpokutować w najtrudniejszy z możliwych sposobów. Według niego istnieje tylko jedna kara za jego grzechy. Jaka? Chyba nietrudno się domyślić.

Muszę się szczerze przyznać, że byłam wielką antyfanką Lukasa. Po Zakrętach losu… po prostu nie byłam w stanie przełknąć faktu, że w kolejnej części sagi zetknę się z tą kreaturą ponownie. Odrzucało mnie, nie chciałam o nim czytać, nie interesowało mnie to, jak dalej potoczy się jego życie. Złych ludzi nie lubię, a za takiego właśnie go uważałam. Wielki starszy brat. Pan losu, pan siebie, pan otoczenia. Nic nie jest ważne poza nim i jego osobistym szczęściem. Motto: po trupach do celu spokojnie według mnie mógł nosić wytatuowane na czole. Za takiego potwora go miałam. I z takim podejściem rozpoczęłam lekturę Braterstwa krwi. Z góry zdecydowałam, że nie będę jego fanką, a potem… cóż, potem przeczytałam książkę. I musiałam zrewidować moje postanowienia.

Braterstwo krwi czyta się wyśmienicie. Książka wzrusza, wzburza, nęci i pobudza. Każdy kolejny rozdział wnosi coś istotnego do całej opowieści. Wprowadzenie nowych postaci nie tylko nie pogorszyło odbioru całości, ale bardzo wzbogaciło całą powieść. Ja jestem urzeczona i z niecierpliwością wyczekuję już października, gdy razem z Braterstwem krwi na rynku pojawi się Historia Lukasa. Zdecydowane must have w mojej jesiennej liście życzeń. Gorąco zachęcam do lektury wszystkich, bez względu na płeć, wiek i upodobania literackie.

Za książkę dziękuję autorce oraz Wydawnictwu Novae Res
Baza recenzji Syndykatu ZwB

26 września 2012

Do celu („Zabójcze marzenia” Sophie Hannah)

„Zabójcze marzenia” Sophie Hannah
wyd. G+J Książki
rok: 2012
str. 416
Ocena: 4,5/6



Niemal dokładnie rok temu, po raz pierwszy sięgnęłam po powieść autorstwa Sophie Hannah. Do tej pory pamiętam, jakie to było dla mnie ciężkie, a zarazem niezwykłe przeżycie. Cały znój związany z lekturą tej powieści wynikał tylko i wyłącznie z „zakręcenia” akcji. Czytelnik od początku niezupełnie wiedział co się dzieje, komu ma wierzyć i dokąd prowadzi cała opowieść. Wydawać by się więc mogło, że książka jedynie zmęczy i nie wniesie nic w życie osoby czytającej. A tu zaskoczenie, bo gdy skończyłam powieść zapragnęłam przeczytać inne książki napisane przez Hannah. Niezwłocznie je nabyłam, nie miałam jednak okazji jeszcze do nich sięgnąć. Na szczęście kilka miesięcy później na rynku wydawniczym pojawiła się kolejna powieść jej autorstwa – Zabójcze marzenia. Jak się można domyślić w niedługim czasie trafiła ona w moje ręce, odczekała swoją kolejkę i została przeczytana. Z jakim skutkiem? By się tego dowiedzieć powinniście zapoznać się z poniższym tekstem.

Pewnej lipcowej nocy Connie Bowskill z wielkim niepokojem wyczekuje, aż oddech jej męża uspokoi się na tyle, by z całą pewnością mogła stwierdzić, że śpi. Jeden, dwa, trzy uniesienia piersi… to zdecydowanie za mało, by spokojnie wstać. Dlatego Con czeka niemal do pierwszej w nocy. Gdy już to robi, na palcach pędzi do pokoju w którym znajduje się ich wspólne biuro, włącza jeden z komputerów i ładuje stronę Wszytskiedomy.com. Wpisuje odpowiednie dane i przegląda rezultaty wyszukiwań. Trzecia propozycja od góry, to miejsce, o które jej chodziło. Dom wart 1,2 mln funtów. Cambridge. Bentley Grove 11. Dom i adres na punkcie którego Connie ma obsesje od początku roku, od chwili, gdy na GPSie jej męża wyświetlił się on jako DOM. A przecież jego dom, ICH dom to Melrose Cottage, mieszczący się przecież w Little Holling. Dość daleko od Cambrige. Nie to jednak w tej chwili jest najważniejsze. Istotne jest jedynie przyjrzenie się po raz pierwszy dokładnie wnętrzu posiadłości, którą od ponad pół roku Connie obserwuje niemal w każdy piątek. Dom jest bardzo atrakcyjny, w każdej chwili może zostać sprzedany. A jeśli faktycznie należy do jej męża? Jeśli mieszka w nim ze swoją kochanką? Jeśli to, co powtarza jej nieustannie od kilku miesięcy nie jest prawdą? Connie po prostu musi się tego dowiedzieć. Dlatego przeglądanie zdjęć jej nie wystarcza i uruchamia wirtualne zwiedzanie, podczas którego ma okazje obejrzeć każdy zakamarek, każdego pomieszczenia. Owo zwiedzanie nie trwa jednak za długo, już po kilka chwilach na ekranie pojawia się mrożący krew w żyłach obraz. Biały dywan, mnóstwo krwi, martwa kobieta. Gdy mija pierwszy szok kobieta pędzi do sypialni i budzi męża. Musi mu pokazać, co takiego zobaczyła, i nie ma znaczenia to, że będzie wiedział, dlaczego oglądała ten dom. W końcu popełniono tam przestępstwo. Coś z tym trzeba zrobić! Jednak gdy Kitt ogląda film nie znajduje na nim żadnych zdjęć, które przedstawiałyby rzeź, którą zobaczyła Connie. Tylko piękne, uprzątnięte pomieszczenia – żadnej krwi, żadnej martwej kobiety w pięknej, zielono-fioletowej sukience. Musiało jej się przewidzieć, nie ma innego wyjścia. Con jednak nie potrafi uwierzyć, że mogłaby uroić sobie takie rzeczy, zgłasza się więc na policję, a tam… cóż, by dowiedzieć się do czego doszło później, koniecznie należy przeczytać Zabójcze marzenia autorstwa Sophie Hannah.

Po przeczytaniu tej powieści jedno mogę powiedzieć z zupełną pewnością – dawno nie czytałam aż tak „pokręconej” książki. Im dalej idzie się z lekturą w przysłowiowy las, tym więcej pytań bez odpowiedzi się pojawia. W pewnym momencie można dojść do wniosku, że to z nami, czytelnikami, jest coś nie tak. Zwariowałam, a z tą książką jest wszystko w porządku. Na pewno. Tego typu myśli przelatywały przez mój umysł. Początkowo, a w zasadzie przez większą część lektury nie miałam pojęcia, jak Zabójcze marzenia się skończą. Czy to wszystko, co przeżywa Connie to urojenia? Czy jest chora psychicznie? Czy to możliwe, że nie zdaje sobie sprawy z własnego postępowania? Może ma jakąś dziwną odmianę amnezji? Może choroba sprawia, że „wylatują jej z pamięci” wspomnienia? A może ktoś chciał sobie zrobić głupi żart i tylko przez przypadek padło na nią? Może to nie ona miała obejrzeć ten film? Gdzie leży prawda? Na szczęście im bliżej końca, tym więcej się wyjaśnia. Jest to jednak jedyny optymistyczny akcent, bo odpowiedzi okazują się być… jeszcze bardziej szalone, niż sama książka. Ale w tym szaleństwie jest metoda. Bo Zabójcze marzenia zapadają w pamięć i sprawiają, że chce się przeczytać kolejne i kolejne powieści ich autorki.

Sophie Hannah ma wyjątkowy styl pisania i niezwykle pomysły na akcje swoich powieści. Każda kolejna jest bardziej pogmatwana. Przyznam szczerze, że za każdym razem, gdy sięgam po coś jej autorstwa odnoszę wrażenie, że odpowiedź leży gdzieś poza granicami ludzkiego rozumowania. Na szczęście zawsze się okazuje, że jest inaczej. I dobrze, bo chyba nie wytrzymałabym w tego typu powieści wątku paranormalnego. Doszczętnie zniszczyłby to, co w niej wartościowe.

Choć książkę czyta się żmudnie, a każdy rozdział, przed rozpoczęciem następnego, należy kilkukrotnie przeanalizować, jest to zdecydowanie pozycja warta polecenia. Czytelnik znajdzie w niej zarówno mrożące krew w żyłach fragmenty, jak i zabawne epizody. W Zabójczych marzeniach pojawia się bardzo dużo postaci i w pewnym momencie można stracić rozeznanie w tym, kto rzeczywiście jest bohaterem powieści.

Na koniec muszę wspomnieć jeszcze o jednym fakcie, o którym nie miałam pojęcia przed rozpoczęciem lektury. Zabójcze marzenia to nie jest jakaś tam sobie pojedyncza, zamknięta opowieść. Bo, moi drodzy, Sophie Hannah tworzy serię, a przeczytana właśnie przeze mnie książka jest jej kolejną częścią. Nie wiedziałabym o tym, gdybym nie przeczytała wcześniej Powiedz prawdę, w której sprawę kryminalną prowadzili ci sami policjanci, co i w Zabójczych marzeniach. To właśnie grupa policjantów stanowi trzon serii i istotę jej istnienia. To oni tak w rzeczywistości są głównymi bohaterami. Teraz, gdy już wiem, że przypuszczalnie wkrótce będę mogła przeczytać kolejną powieść z ich udziałem, nie mogę się już tego doczekać. Nie do końca jednak podoba mi się to, że nigdzie wcześniej nie znalazłam wzmianki o tym, że mam do czynienia z serią. Myślę, że większość czytelników wolałaby być tego świadoma przed sięgnięciem po daną pozycję.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu G+J Książki
 Baza recenzji syndykatu ZwB

24 września 2012

Zdrowie pachnie („Encyklopedia leczniczych aromatów” Scott Cunningham)

„Encyklopedia leczniczych aromatów” Scott Cunningham
wyd. Studio Astropsychologii
rok: 2009
str. 306
Ocena: 4/6



Czujecie jak pachnie? Nie? To dziwne, bo rozpalono kadzidła i kadzidełka. Porozstawiano olejki i zaparzono napary. W pomieszczeniu unosi się cały bukiet zapachów, który nie przytłacza, nie gnębi, nie zatyka. Wręcz przeciwnie. Te zapachy leczą. Nie wierzycie? A powinniście, bo oto nadeszła era aromaterapii.

Książka, poradnik, a w zasadzie Encyklopedia leczniczych aromatów powstała już całe lata temu. Pierwszą jej wersję autor, Scott Cunningham, wydał w 1986 roku i od razu wiedział, że to nie koniec pracy nad tym dziełem. W chwili ukazania się na rynku The Magic of Incense, Oils and Brews, Cunningham już pracował nad poprawą swojej encyklopedii. Nowe wydanie zostało wzbogacone przez autora o ponad setkę nowych, bardzo rzadko spotykanych w literaturze przepisów. Dodano kilka rozdziałów, inne zostały przepisane i gruntownie przerobione. Dzięki temu udało uzyskać się dość ponadczasową pozycję. Co więcej, twórca postanowił wzbogacić swoje dzieło o takie elementy z świata aromatów, o których raczej się nie wspomina. Mówię tu o różnorakich maściach i tuszach, które powoli odchodzą w zapomnienie. Scott Cunningham w swojej Encyklopedii… dostarcza czytelnikowi niezbędnych informacji związanych z podstawowymi zasadami magii. Dzięki tej książce każdy może nauczyć się sposobów napełniania mikstur ziołowych mocą osobistą, po to, by przyciągnąć pieniądze, miłość, uleczyć samego siebie czy też swoich bliskich.

Nie da się ukryć, że książka, w którą miałam okazję się zagłębić, jest dość niezwykła, tak samo jak i jej autor. Scott Cunningham praktykował magię elementarną przez ponad dwadzieścia lat swojego życia. Jest autorem ponad kilkudziesięciu pozycji, zarówno z dziedziny fikcji literackiej, jak i literatury fachowej. Zmarł 28 marca 1993 roku.

O tej zaskakującej pozycji powiedzieć można całkiem sporo, jednak większość z tego nie nadaje się do gołosłownego przekazu. By zrozumieć Encyklopedię leczniczych aromatów i móc wykorzystywać ją w praktyce należy przestudiować tekst od deski do deski. I to najlepiej kilkukrotnie, bo jedno czytanie na pewno nie sprawi, że zwykły człowiek od razu stanie się magikiem. Co to, to nie. Myślę jednak, iż intensywne zgłębienie lektury sprawi, że niewprawny amator w końcu będzie mógł nazwać się początkującym zielarzem.

Encyklopedia leczniczych aromatów zasadniczo składa się z trzech części. Pierwsza z nich dotyczy Podstaw, czyli obejmuje wstępne informacje o magii, o proporcjach, rytuałach, które nadają moc, składnikach oraz o tym, jak układać własne przepisy. Część druga jest już dużo konkretniejsza i zawiera informację o Przepisach i Procedurach. To w tym rozdziale tkwi cała magia i zawarte zostały wszelkie informacje o kadzidłach, olejkach, maściach, tuszach, nalewkach, solach, naparach itp. Ostatnia część mówi o tajemnych Sybstytucjach.

Książkę czyta się dobrze, choć nie wyśmienicie. Jak to bywa w przypadku różnego rodzaju poradników, a tym bardziej encyklopedii, nie są to pozycje wciągające i pasjonujące. Na pewno jednak zawarte w książce informacje są bardzo interesujące, szczególnie dla osób, które mają ochotę dowiedzieć się, jak można przygotować wiele rzeczy, zwykle do kupienia w sklepach i aptekach, domowymi sposobami. Pozycję polecam przede wszystkim osobom, mającym ochotę poczarować i wypełnić swój dom niezwykłymi aromatami.

Za książkę dziękuje wydawnictwu Studio Astropsychologii
 

19 września 2012

Miasto z bliznami („Przewodnik po powstańczej Warszawie” Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski)



Dziś prezentuję recenzję mojego szanownego małżonka, liczę, że przypadnie Wam ona do gustu, tak jak mi :)

„Przewodnik po powstańczej Warszawie” Jerzy S. Majewski, Tomasz Urzykowski
wyd. Świat Książki
rok: 2012
str. 400
Ocena: 4,5/6



Mieszkańcy stolicy chcą, by ich miasto postrzegane było jako nowoczesna i prężnie rozwijająca się metropolia,w której liczne biurowce ze szkła i stali nieustraszenie pną się ku niebu, bezpowrotnie zakrywając pod swymi stopami ostatnie skrawki krwawej przeszłości. Ulice tego miasta niejedno widziały, niejeden raz spłynęły krwią,to tu wykrwawiała się Armia Krajowa w walce o wolności w czasie Powstania Warszawskiego. Te 63 dni powoli zacierają się na kartach historii, a pokolenie pamiętające zrujnowaną Warszawę bezpowrotnie odchodzi. Niewprawne oko zwykłego przechodnia nie dostrzeże na fasadach starych budynków ran, a tym bardziej historii ich powstania. Mało tego, wiele z bastionów powstańczych zakrywają ulice i powojenna zabudowa. Autorzy Jerzy Majewski i Tomasz Urzykowski, w Przewodniku po powstańczej Warszawie, stworzyli bogato ilustrowane świadectwo tamtych dni. Książka podzielona została na rozdziały opatrzone nazwami dzielnic stolicy. Przedstawiają historię w trochę inny sposób. Poprzez relację naocznych świadków i opisy walk poparte mapami i wieloma zdjęciami, przedstawione zostały losy warszawskich budynków, tych znanych i mniej znanych. Do czasu lektury tego przewodnika nie byłem świadom, jak trwałe ślady zostawiły w mieście powstańcze walki. Spacerując z tą książką po mieście stołecznym, zupełnie inaczej spojrzymy na otaczający nas świat. Każdy nieocieplony jeszcze, wiekowy budynek, jak się okazuje, ma na sobie liczne ślady po pociskach czy wyrwy po eksplozjach bomb lotniczych i pocisków artyleryjskich.Powypełniane są one cegłami, które kolorem wyraźnie odcinają się od leciwych murów. Zdjęcie budynku przy ulicy Narutowicza 10, którego elewacja przypomina ser szwajcarski pozwala uświadomić sobie, jak ciężkie walki toczyły się w stolicy w czasie Powstania. Tak, te otwory nie powstały z winy nieudolnego tynkarza, lecz są śladami po pociskach.
Przewodnik po powstańczej Warszawie jest pięknie zobrazowaną książką, napisaną bardzo przystępnie i zwięźle. Na niektórych stronach dzieje się zbyt wiele i tam, jako niedoświadczony „czytacz”, potrafiłem się zagubić. Czytając, bardzo zazdrościłem mieszkańcom stolicy otaczającej ich historii, której ślady powoli zakrywa styropian i tynk. Po lekturze postanowiłem, że przy najbliższej okazji udam się do Warszawy,by ją zwiedzić z przewodnikiem w ręku i na pewno nie przeszkodzą mi w tym nieliczne literówki w tekście.
Przewodnik po powstańczej Warszawie nie jest pozycją tylko dla fascynatów historii, ale dla każdego Polaka. Uświadamia czytelnikom,jak wiele historii jest w zwyczajnych, zdawało by się budynkach, ulicach i bramach. Ta historia powoli się zaciera – świadectwo walk, krwi i poświęceń powstańców oraz niezliczonych zbrodni na mieszkańcach stolicy znika pod kolejnymi warstwami tynków, ociepleń, czy też stoi na drodze kolejnych ulic i mostów. Za jakiś czas, o Powstaniu Warszawskim świadczyć będą jedynie pomniki, kapliczki i tablice wtapiające się w stołeczny krajobraz. Z drugiej strony książka pokazuje jak bardzo zmieniła się Warszawa, jak miasto podniosło się z powstańczych gruzów.
Za kilkanaście lat niniejsza książka może okazać się zatem ostatnim świadectwem tego, czego już nie ma.*

Artur Borowski

* str. 7

Za książkę dziękujemy Wydawnictwu Świat Książki

17 września 2012

Zupełnie nie z tej bajki („Gra o pałac” Monika B. Janowska)

„Gra o pałac” Monika B. Janowska
wyd. Zysk i S-ka
rok: 2011
str. 512
Ocena: 4/6



 Klara Czempińska, o ile kobieta faktycznie się tak nazywa, niezupełnie czuje się „sobą”. Bo jak można czuć się „właściwie” i „na miejscu”, jeśli zupełnie nie wie się, kim się jest? Skąd się pochodzi? Kim są lub byli twoi rodzice? Kiedy tak naprawdę się urodziłeś? Od urodzenia, choć i tego nie może być pewna, mieszka w Legnicy. Miłość do tej miejscowości to jedna z nielicznych pewnych rzeczy w życiu Klary. Na codzień pracuje w gazecie, oczywiście jako dziennikarka. Nie jest to jednak jej jedynie źródło dochodu. Swój „wolny” czas dzieli między tłumaczenie z niemieckiego i oprowadzanie wycieczek po Legnicy. Jeśli starcza jej sił, to spotyka się z przyjaciółmi i wypatruje miłości swojego życia. Choć o tych poszukiwaniach może lepiej nie wspominać, bo w tej dziedzinie nie idzie dziewczynie najlepiej.

Pewnego dnia Klarę po raz niewiadomo który budzi ten sam koszmarny sen. Leży w różowym pokoiku, od czasu do czasu oświetlanym niewielkim światłem. Wyciąga ręce by te ulotne, migoczące promienie pochwycić i… nagle widzi nad sobą czarną, niepokojącą postać. Ta pochyla się nad dziewczynką i wyciąga ręce. Ewidentnie chce ją zabrać ze sobą. Nie ma ratunku, nikt nie przyjdzie i nie uratuje malucha, chyba, że sen się skończy. I na całe szczęście taki ma on właśnie finał. Nie zmienia to postaci rzeczy, że Klara od snu uwolnić się nie potrafi, i gdy już ją którejś nocy nawiedzi, to pozostaje z nią na cały następny dzień. Tak było również i tego dnia, gdy niemal wszystko sprzysięgło się przeciw Klarze. Późna pobudka, zapomnienie o spotkaniu z przyjaciółką, ulewa i brak parasola, a do tego nie zabranie z domu przewodnika, który od miesięcy obiecywała koledze z pracy. Na szczęście to ostatnie niedopatrzenie Klara mogła jeszcze naprawić. Wystarczyło przed pracą wstąpić do biura legnickich przewodników, gdzie Sławek, znajomy przewodnik, trzymał swój egzemplarz potrzebnej w danej chwili książki. Groziło to co prawda spóźnieniem do właściwej pracy, ale ratowało jej dobre imię. Nie zważając na pogodę i potencjalne przeziębienie, Klara ruszyła do centrum. To właśnie ta jedna decyzja zaważyła na dalszych losach dziewczyny. To, co nastąpiło w następstwie tej małej zmiany planów, przekroczyło wszelkie wyobrażenia, jakie o swojej przyszłości mogła mieć Klara. Bo gdy do biura wkroczył podenerwowany pan Stanisław, w ręce dzierżąc najnowszy egzemplarz gazety, dla której pracowała dziewczyna, wszyscy czuli, że zanosi się na niezłą awanturę. Jednak to nie samo czasopismo, a temat jaki poruszono w artykule sprawił, że w głowie Klary zaczął kiełkować niepokój. Bo, jak to możliwe, że mieszkając i miłując Legnicę, nie wie nic o pałacu znajdującym się przy ulicy Nowodworskiej? I czemu czuje, że koniecznie musi się czegoś dowiedzieć o tym nieznanym miejscu? By dowiedzieć się, jak potoczyła się ta historia, i gdzie miała swój finał, koniecznie należy przeczytać Grę o pałac, autorstwa Moniki B. Janowskiej.

Przyznać muszę, że moje losy jakoś niespecjalnie chciały iść tą samą ścieżką, którą podążała ta książka. Choć od dość dawna docierały do mnie na jej temat dość pozytywne opinie, to nie miałam okazji po nią sięgnąć. Zmieniło się to dopiero podczas mijającego lata. Jednak nawet  wówczas, gdy Gra o pałac trafiła w moje ręce, nie od razu mogłam rozpocząć lekturę.  Gdy w końcu po nią sięgnęłam fabuła jakoś mnie nie porwała i nie potrafiłam zbyt długo przy niej wysiedzieć. Czytanie jednego rozdziału dziennie nie jest fenomenalnym wynikiem, szczególnie dla mnie. Dość długo tłumaczyłam sobie takie efekty zmęczeniem, brakiem czasu i ogólnym zniechęceniem do robienia czegokolwiek. Jednak gdy skończyłam książkę zrozumiałam, że to ona odrobinę mnie … przytłaczała. Najdziwniejsze, że nawet nie jestem w stanie stwierdzić czym. Bo i historia jest ciekawa, i styl autorki fajny. Na pierwszy rzut oka wydawało mi się, że nie mogłam trafić lepiej. Potrzebowałam lekkiej fabuły, oderwania od czystych kryminałów i palących policzki książek paranormalnych. Najlepiej jakiegoś miksu romansu, dramatu i wątku sensacyjnego. I właśnie tym była Gra o pałac. Nie rozumiem więc, co nie zagrało. Co sprawiło, że lektura była bardziej męką niż przyjemnością? Wydaje mi się, że autorka chciała „za bardzo”. Za bardzo zwykła miała być jej bohaterka, za bardzo czytelniczka powinna się z nią utożsamiać, za bardzo fabuła się rozwinęła i zbyt niewyobrażalnie potoczyła. Nie mówię, że to, co przeczytałam było nierealne – bo faktycznie wydarzyć się mogło. Kilku osobom, ale nie jednej i to niemal w jednym czasie. Według mnie – zbyt małe prawdopodobieństwo.

Jednak, mimo wszystko i koniec końców, muszę przyznać autorce, że bardzo gładko przebrnęła przez wszystkie wydarzenia. Dopiero po zakończonej lekturze, gdy jako czytelnik usiadłam i zastanowiłam się nad przeczytaną właśnie książką, zrozumiałam, co mi w niej nie grało. Gdy czytałam odnosiłam wrażenie, że jest okey i tak właśnie być powinno. Kibicowałam bohaterce i martwiłam się, gdy w jej życiu nie działo się najlepiej. Gdy nie czytałam zastanawiałam się, co też dalej będzie miało miejsce w powieści. Niestety, gdy wracałam do Gry o pałac sił starczało mi jedynie na kilka kolej nych stron. Na szczęście książki czytać można również takimi małymi kroczkami.

Niestety raczej nie wrócę do lektury tej powieści, nie oznacza to jednak, że zniechęcam do tego kogokolwiek. Myślę, że wiele osób nie zgodzi się z moją opinią. I całkiem słusznie. Właśnie dlatego opinie są indywidualne. Wręcz zachęcam wszystkich do przeczytania Gry o pałac. Chętnie poznam Wasze zdanie na temat tej książki.

Dziękuję za książkę i e-booka