Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #matrasrecenzje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą #matrasrecenzje. Pokaż wszystkie posty

5 lipca 2017

Kraniec świadomości ("To, co nam zostaje" Sally Hepworth)

"To, co nam zostaje" Sally Hepworth
wyd. Filia
rok: 2016
str. 546
Ocena: 4,5/6



Czasem mam ochotę być odrobinę nostalgiczna. Powspominać. Podumać. Pogdybać. Zwykle właśnie w takich momentach decyduję się na powieści, po które niekoniecznie sięgnęłabym w normalnych warunkach. Tak właśnie do moich rąk trafiła pozycja Sally Hepworth zatytułowana To, co nam zostaje. Podczas lektury problemem stał się dla mnie czas, którego niestety nie miałam, by ponownie trafić na ten nostalgiczny nastrój, dzięki któremu poczułabym ponownie ten nastrój. Czy to wpłynęło na mój odbiór tej lektury? O tym więcej poniżej.

Eve Bennett ma problem. W sumie to ma sporo problemów, ale jeden jest naglący. Musi wylegitymować się adresem z pobliża szkoły, do której uczęszcza jej córka. Jeszcze kilka miesięcy temu kobieta nie kłopotała się takimi błahostkami, ale wiele w jej życiu się zmieniło. Jej mąż okazał się być przestępcą. Do tego okazał się być również tchórzem, bo zaraz po przyznaniu się do wszystkiego żonie, odebrał sobie życie. Eve została więc sama z winą, jaką obarczono ją za przewinienia ukochanego. Wszechobecna nagonka nie tylko jej nie pomagała, ale i wprowadzała w stan zdołowania. Musiała pilnie wyprowadzić się z domu, który przestał być jej ostoją. Musiała znaleźć pracę, której nie miała od lat, by móc utrzymać siebie i córkę. I ta praca musiała być w zasięgu szkoły Clemmy, by czasem nie musiała jej przenosić i odcinać od koleżanek i kolegów. Z wykształcenia, i to dość dobrego, jest kucharzem. Może poszukać pracy w restauracji. Ale tam pracuje się głównie wieczorami, a wtedy musi zajmować się dzieckiem. Kiedy więc trafia na ogłoszenie z Rosalind House, dość nietypowego ośrodka dla ludzi z demencją, wie, że ta praca będzie idealnym rozwiązaniem. Oczywiście, jeśli ją dostanie. I jeśli później w niej przetrwa, bo to, wbrew pozorom, wcale nie będzie takie proste.

Kiedy rozpoczynałam lekturę mój nastrój bynajmniej nie był melancholijny. Gdy lektura już trwała, nie miałam wyjścia i sama się odrobinę w ten nastrój wprawiłam. Tyle, że niezupełnie mi się to podobało. Nie mówię, że książka mi się nie podobała, co to, to nie. Ale trudno było mi przez nią przebrnąć. Szczególnie psychicznie, bo prosta nie była. Wręcz przeciwnie, była dość przytłaczająca, a do tego miejscami dość poplątana. Wielokrotna narracja pierwszoosobowa co prawda umożliwia poznanie historii z punktu widzenia wielu osób, ale do tego autorka dodała przejścia w czasie. Często trudno było mi się odnaleźć w tym co jest teraz, a tym, co było kiedyś. No i wciąż się zastanawiałam, co będzie kiedyś. Dla mnie delikatnie psychodeliczne. Do tego każde rozpoczęcie na nowo lektury bardzo mnie dołowało, przez co czytanie tej książki zajęło mi dość sporo czasu.

Nie zrozumcie mnie źle, uważam, że To, co nam zostaje to bardzo dobra książka. Ale chyba nie dla mnie, a na pewno nie w tym momencie mojego życia. Cieszę się, że udało mi się skończyć lekturę, ale już nie z tego, że dzielę się z wami tą opinią. Pewnie gdybym ją przeczytała kilka miesięcy temu to jej odbiór przeze mnie byłby zupełnie inny. Szkoda, że wtedy nie miałam takiej możliwości. Liczę, że u was ta książka wpasuje się lepiej w wasz nastrój. Bo to naprawdę piękna ale i trudna historia. Zachęcam.

Sil


17 stycznia 2017

Cztery strony ("November 9" Colleen Hoover)

"November 9" Colleen Hoover
wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 336
Ocena: 5,5/6





Czasem przeznaczenie czeka na nas w bardzo dziwnych miejscach. Nietypowych. A czasem niesamowitych. Dworzec. Ulica. Centrum handlowe. Restauracja. Toaleta. Wszędzie.

Fallon O'Neil, to osiemnastoletnia była aktorka, która od dwóch lat boryka się z koszmarnym wspomnieniem. Widzi je codziennie w lustrze. Dotyka go przy każdym prysznicu. Przeżywa w każdym śnie. W tej właśnie chwili siedzi w restauracyjnej loży, przed ojcem, który odpowiada za ten koszmar i wysłuchuje imperatyw. Ostatni czas nie był dla niej łatwy. Dziewczyna nie potrafi się pogodzić z tym, co stało się w trakcie pożaru. Ojciec o niej zapomniał, zostawił ją w domu który płonął i doprowadzić do tego, jak w dniu dzisiejszym wygląda. Że nie ma już szans robić tego, o czym zawsze marzyła. Nikt już jej nie zatrudni jako aktorkę. Zaraz po wypadku wytwórnia zerwała z nią kontrakt, nikt nawet nie wziął pod uwagę, że mogłaby pracować dalej. Dlatego postanowiła wyjechać z Los Angeles do Nowego Jorku. Tego ojciec nie potrafi zrozumieć już zupełnie. Bo, co ją tam czeka? Według niego – nic dobrego. Według niej – nic gorszego niż w rodzinnym mieście nie może jej spotkać. Kiedy jest już u kresu sił, kiedy myśli, że nie da rady więcej na siebie przyjąć – pojawia się on. Zupełnie jej obcy chłopak z loży obok. Dosiada się do nich, a w zasadzie do niej, przytula, cmoka i prosi, by go nie wydała. I by improwizowała. I zaczyna udawać… zakochanego w niej po uszy chłopaka. Wyjaśnia jej ojcu jak wspaniałą ma córkę, i jaką szansą jest dla niej wyjazd i próba swoich sił na Brodwayu. To niemal niemożliwe. To jakby historia z książki – niewiarygodna, wręcz śmieszna. Ale w tej chwili Fallon nie jest do śmiechu. W sumie niezupełnie wie co robić. Czy ten Ben oszalał? Czemu się do nich dosiadł? Czemu tak wytrwale ją broni? Tak po prostu? Bezinteresownie? A może jednak, robi to z dobroci serca? Gdy tylko dziewczyna zaczyna w to wierzyć, wchodzi całą sobą w tę farsę. Dzięki temu wychodzi obronną ręką z rozmowy z ojcem. I zyskuje… chłopaka na kilka godzin. Bo Ben postanawia jej towarzyszyć do końca dnia, kiedy to dziewczyna wsiądzie na pokład samolotu i odleci na zawsze. A może, nie na zawsze? Może tylko na rok? A za rok, w tym samym dniu, w tym samym lokalu, o tej samej porze – spotkają się ponownie i będą dalej pisać swą historię? By się przekonać, jak będzie w rzeczywistości, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść mistrzyni young adult – Colleen Hoover, zatytułowaną November 9.

Nie będę ukrywać, ta książka pochłonęła mnie całkowicie. Wciągnęła od pierwszych stron i sprawiła, że nie tylko zaczęłam wierzyć w historie jak z powieści, ale i sama zechciałam taką przeżyć. Fallon i Ben stali się dla mnie bardzo realnymi bohaterami, pełnymi wad, wątpliwości, tajemnic, ale i swoistych zalet, obok których nie dało się przejść obojętnie. Przynajmniej ja nie mogłam. Pokochałam ich oboje, choć tak naprawdę, jak się poniewczasie okazało, niewiele siebie przed nami odkryli. Za to, gdy w końcu zaczęli ujawniać prawdziwe ja, trudno było uwierzyć, że to naprawdę wciąż te osoby, które było nam wcześniej dane poznać. A jednak. Nie zawsze to, co widzimy na pierwszy rzut oka, jest tym, co powinno być najważniejsze. Czasem prawdziwe intencje ukryte są pod grubym płaszczem. Tylko jego brutalne zdarcie może ujawnić prawdę, a ta, niejednokrotnie, jest niezmiernie bolesna. Ale może być również boleśnie piękna. Jaka będzie u Bena i Fallon? Musicie dowiedzieć się sami. Mi nie pozostaje nic innego, jak was gorąco zachęcić do lektury November 9. Naprawdę warto.

Sil



Za książkę dziękuję księgarni Matras

7 listopada 2016

Z daleka od przeszłości ("Fobos" Victor Dixen)

Seria: Fobor
Tom: 1
wyd. Moondrive
rok: 2016
str. 456
Ocena: 4,5/6



Bardzo długo czekałam na tę powieść. Nie było mi dane otrzymać jej zgodnie z własnym pierwotnym planem. Nie wypalił również plan zapasowy. Na szczęście dzięki uprzejmości zaprzyjaźnionej księgarni Fobos w końcu trafił w moje ręce. Oczekiwałam pasjonującej i równocześnie przerażającej podróży. Co otrzymałam? O tym szerzej poniżej.

L󠇉èonor ma osiemnaście lat i pochodzi z Francji. W jej życiu nic nigdy nie było idealne i piękne, choć dziś, gdy Atlas Capital odkrył, kto poleci z misją na Marsa, wiele osób za taką właśnie ją bierze. A ona zataja przed wszystkimi swoją ciemną stronę. Wie, że bierze udział w największym show wszechczasów. Że przez kilka następnych miesięcy jej życie codzienne będzie rozkładane na części pierwsze przez telewidzów, a jej życie miłosne będzie poddawane dogłębnej analizie. Bo program, do którego przystąpiła skupia się na jednym wydarzeniu dziennie – sześciominutowej randce z jednym z szczęściu chłopców znajdujących się w drugiej części statku Cupido. Lèo postanawia, że jej randkami nie będzie rządziło ani pragnienie, ani żadne inne uczucia. Wszystko zostanie przeprowadzone zgodnie z zasadami logiki. Pierwszy chłopiec zostanie wylosowany, a kolejnych ułoży względem niego alfabetycznie. Z każdym spotka się więc raz na 12 tygodni, i w tym czasie każdemu pozwoli spotkać się ze sobą tylko raz. Tak według niej będzie najuczciwiej i najsprawiedliwiej. Nie bierze jednak pod uwagę, że już pierwsza randka w jej wykonaniu może okazać się przełomowa. Marcus, którego w jej imieniu wylosowuje prowadząca program, okazuje się być nie tylko jej zupełnym przeciwieństwem, ale i równocześnie w jakiś magiczny sposób – jej ideałem. Dziewczyna nie może sobie jednak pozwolić na odstąpienie od własnych reguł. Informuje rzetelnie o nich Marcusa i informuje, że zgodzi się tylko na jedna randkę z nim w ciągu najbliższych 12 tygodni, na innych się nie zjawi. Trudno się więc dziwić, że przez kolejne szybkie randki przechodzi bez widoku chłopaka, który nie tylko umieszcza ją na ostatnim miejscu swojej Listy Serc, ale i zupełnie ją ignoruje. Aż do czasu…

Trudno mi się do tego przyznać, ale nie czytało mi się tej książki dobrze. Przynajmniej nie na początku. Połowę powieści niemal przecierpiałam. Nie wiem co było powodem tak kiepskiego przeze mnie odbioru tej lektury, ale czytało mi się ją po prostu źle. Próbowałam codziennie i udawało mi się przejść przez maksymalnie kilka stron. Myślę, że chodziło przede wszystkim o podział historii na tak wiele planów, które były tak wyraźnie oddzielane od siebie. Do tego coś nie pasowało mi w narracji. Z czasem jednak przywykłam do sposobu, w jaki autor ujął swoją historie i nawet ją polubiłam. A na koniec nawet się w nią wciągnęłam i trudno mi było się od niej oderwać. Ot co – typowa huśtawka emocjonalna. Po zakończeniu lektury mogę powiedzieć, że wam ją polecam. I zdecydowanie stwierdzić, że nie można się w jej wypadku za szybko zniechęcać, bo można stracić okazję na zapoznanie się z bardzo ciekawą powieścią. Zachęcam do lektury. Sama czekam na kolejną część.

"...jestem po prostu L󠇉èonor  i jestem zakochana..."


Sil

Książkę otrzymałam od księgarni Matras

27 czerwca 2016

Numer ósmy ("Zanim umrę" Jenny Downham)

wyd. Nasza Księgarnia
rok: 2016
str. 352
Ocena: 5,5/6


" - Kocham cię – szepcze gniewnie z ustami przy mojej szyi. – Czuję ból, jakiego nigdy dotąd nie doświadczyłem, ale cię kocham. Nie masz prawa temu zaprzeczać. Nie mów tak więcej!"1)

Przyznam, że umyślnie przez kilkanaście dni pomijałam tę powieść. Leżała w trakcie urlopu na półce nad łóżkiem, a ja po nią specjalnie nie sięgałam. Nie robiłam tego, bo w trakcie urlopu aż dwie książki mówiły o śmierci, nie chciałam, by te wakacje wpisały się w moją pamięć pod znakiem tragicznych powieści. Odkładałam więc lekturę Zanim umrę tak długo, jak tylko mogłam. W ten sposób wróciłam do domu i… w końcu musiałam sięgnąć po tę książkę. Początki nie były łatwe. Czytało się dość trudno i, szczerze powiedziawszy, było jakoś mało pociągająco. Wstęp był napisany jakoś tak… odstraszająco. Przemykałam wzrokiem przez kilka stron i musiałam odkładać powieść na półkę. Niewiele brakowało, a zarzuciłabym lekturę zupełnie. Jednak z każdą kolejną pokonaną stroną Zanim umrę bardziej mnie do siebie przyciągało. W pewnej chwili rozkręciło się na całego i… już nie byłam w stanie odłożyć książki na bok. Czytałam, aż autorka postawiła ostatnią kropkę.

Tessa Scott ma szesnaście lat i białaczkę. Ot tyle. I aż tyle. Jedno jest pewne – wcześniej czy później umrze. Może to mieć miejsce za rok, może za pół roku, może jutro? Tessa prawie nie wstaje z łóżka. Niewiele rozmawia z ludźmi. Spotyka się tylko ze swoją szkolną przyjaciółką Zoey, a nawet ona odwiedza ją rzadziej niż dawniej. Matka wyprowadziła się lata temu, odwiedzają ją z bratem tylko w wyznaczonych terminach. Pozostałą część miesiąca spędzają z ojcem, który robi wszystko, by Tessa żyła jak najdłużej. Konwencjonalne metody zawiodły już dawno, teraz przyszedł czas na te mniej popularne, i zdecydowanie mniej dotowane. Specjalna dieta? Zioła? Ojciec nic więcej nie może zaproponować swojej umierającej córeczce. Ta jednak ma dla siebie nieco inny plan. Już od jakiegoś czasu nosi się z zamiarem jego wcielenia w życie. Ułożyła listę rzeczy, które chce zrobić nim przyjdzie na nią czas. Na pierwszy ogień idzie seks. Dziewczyna czuje, że nie zostało jej dużo czasu, postanawia więc wziąć byka za rogi i… niezwłocznie udaje się na łowy. Jak zakończy się ta szalona wyprawa z Zoey? Czy Tessa pozna księcia z bajki, a może raczej przeżyje najgorszą noc w swoim życiu? Czy to możliwe, by ostatnie miesiące swojego życia szesnastolatka spędziła tak, jak to sobie wymarzyła? By się tego dowiedzieć, koniecznie należy sięgnąć po najnowszą powieść Jenny Downham.

Jak już wcześniej wspomniałam, początkowo Zanim umrę mnie do siebie nie przekonało. Zupełnie. Chciałam odłożyć książkę i o niej zapomnieć. Nie chciałam więcej czytać o śmierci. Nie zrobiłam tego jednak i przeczytałam powieść do końca. A wtedy, na finiszu, nie było już ani zabawnie, ani pięknie, ani nawet ciekawie. Było przerażająco i dołująco. I bardzo prawdziwie. Może to śmiesznie brzmi, bo przecież nigdy nie umarłam. Wydaje mi się jednak, że tak to musi wyglądać. Śmierć przychodzi i zabiera nas po kawałku, każdego dnia jest nas mniej, aż w końcu otoczenie nas już w zasadzie nie zauważa. My je jeszcze tak. Wołamy, krzyczymy wręcz… Ale nikt nas nie słyszy, bo to wszystko odbywa się wewnątrz nas i nie dociera do tych, którzy są jeszcze blisko nas. A potem nie pozostaje już nic poza ciszą.

Nie popłakałam się, ale niewiele brakowało. Pewnie gdybym kończyła lekturę wieczorem, w łóżku, łzy byłyby bardziej oczywiste. Nie udało mi się jednak wieczorem książki skończyć, więc sam finał został mi na poranek. Wówczas już nie było to takie uderzające, wiedziałam co nadciąga.

Zanim umrę to dobra książka, przemyślana i mądra. Myślę, że jest to lektura dla każdego. Nie jest łatwa, nie jest również banalna. Jest trudna i przejmująca. I piękna. Polecam.

Sil


1) str. 287

Książkę otrzymałam od księgarni Matras

#matrasrecenzje

9 maja 2016

Na zawsze ("Bez słów" Mia Sheridan)

wyd. Otwarte
rok: 2016
str. 384
Ocena: 5,5/6





What do you mean?
Ohh ohh ohh
When you nod your head yes
But you wanna say no
What do you mean?1)

"Ja: Zrobisz coś dla mnie? Jeśli zadzwonię do ciebie (…) … Będziesz przy mnie?
Archer: Tak. Oczywiście. I obiecuję, że się nie odezwę."2)

Oj, dawno nie czytało mi się tak dobrze jak dziś. W ostatnim czasie miałam w ręku dużo naprawdę dobrych książek, ale mimo docenienia ich i chęci dalszego czytania – i tak lektura trwała kilka dni. Już myślałam, że tak po prostu musi być. Coś tam wewnątrz mnie się poprzestawiało i nie ważne co czytam, czytam to długo. A tu – szok. I to nie mały. Rano zaczęłam czytać i… po prostu nie potrafiłam oderwać się od tej książki. Wiedziałam, że mam inne rzeczy do zrobienia, że miałam inne plany na ten dzień. Ale tak bardzo nie chciałam odkładać powieści na półkę. Musiałam znać dalsze losy bohaterów. A gdy dochodziłam do krytycznych momentów, gdy bałam się przewrócić stronę… Nie. Nie odkładałam książki na bok. Brałam głęboki oddech i czytałam dalej. Nieuchronnie nadciągały ostatnie rozdziały i coraz bardziej bałam się zakończenia tej historii. I gdy już chciałam zacząć płakać… Nie. Nie zdradzę co było na końcu, kiedy nawet nie wspomniałam, co było na początku. A było tak.

Bree Prescott, dziewczyna z Cincinnati w Ohio znalazła się w takim momencie swojego życia, że nie pozostało jej nic innego poza ucieczką. Gdy zamknęła oczy i wyobraziła sobie miejsce, w którym była szczęśliwa, ale tak naprawdę szczęśliwa, okazało się że musi cofnąć się bardzo daleko, nie tylko w czasie, ale i przestrzeni. Ostatnie wakacje z mamą i tatą, gdy oboje byli jeszcze z nią. Dopiero później wszystko się posypało. Musiała więc udać się nad to jezioro, które miała jedynie mgliście w pamięci. Po szesnastu godzinach za kierownicą i kilkoma telefonami udało się jej dojechać do Pelion, spokojnej mieściny po drugiej stronie tego wyśnionego jeziora. Gdy Bree dociera na miejsce nie wie jeszcze, czy to miejsce przyniesie jej upragnione wytchnienie, czy to właśnie tu uwolni się od męczącej jej przeszłości. Ma jednak nadzieję, że będzie mogła zacząć coś od nowa, zresetuje się i… po kilku miesiącach wróci do rodzinnego Ohio. Czy tak rzeczywiście potoczy się jej życie? Czy powrót do korzeni pozwoli jej uwolnić się od natarczywych halucynacji? Czy spotka na swojej drodze kogoś, dzięki komu zapomni? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po jedną z nowości wydawnictwa Otwarte, powieść autorstwa Mii Sheridan, czyli Bez słów.

Wiele z ogarniających mnie emocji ujawniłam już w pierwszym akapicie. Książka nie tylko mnie zachwyciła. Nie tylko mną wstrząsnęła. Nie tylko sprawiła, że czytanie nie sprawiło mi żadnego kłopotu. Ta powieść przez jeden dzień była dla mnie wszystkim. Oddychałam nią, jadłam nią, żyłam nią. I pewnie żyć będę jeszcze przez jakiś czas. Bo jest wspaniała, cudowna, genialna. Godna polecenia i zmuszająca czytelnika do wołania o jeszcze, choć raczej oczywistym jest, że dalszych części nie będzie. Ja jeszcze jestem na etapie wołania o więcej. Nie wiem co lepsze, by mi przeszło, czy by mi nie przechodziło – może sama wymyślę, co jeszcze mogłoby się wydarzyć? Bez słów jest wspaniałe, polecam z czystym sumieniem.

Sil

1) Justin Bieber - What Do You Mean?
2) str. 294

Książkę otrzymałam od księgarni Matras

#matrasrecenzje

4 maja 2016

Odrobina wysiłku ("Pięć sposobów na upadek" K.A. Tucker)

Seria: Dziesięć płytkich oddechów
Tom: 4
wyd. Filia
rok: 2016
str. 544
Ocena: 5/6


Seven six four three five whenever you call
You don't need a reason, no reason at all.
Just to hear the whisper, just to hear your voice
Nothing to consider, love is not a choice
Not a choice
Call me every night, call me every day
You don't need to have anything to say
Call me on the line, don't care what it's about
If you know I'm lying you can call me out1)

Stare przysłowie mówi, że jeśli musisz walczyć o faceta, on nie jest tego wart. Idź do tego, który na ciebie czeka.2)

Są dni, gdy nie chce się nam zupełnie nic.
Są dni, gdy wręcz przeciwnie – góry moglibyśmy przenosić.
Nigdy nie wiadomo, co przyniesie nam kolejny dzień i z jakimi problemami przyjdzie się nam zmierzyć. Czasem problemy okazują się zbyt duże, możemy się tylko położyć i płakać. Albo podnieść się, zebrać ostatki sił i… wylać całą żółć na zewnątrz. Na przykład w postaci wiadra czerwonej farby.

Reese McKay poznajemy w dość mało komfortowych warunkach. Reese siedzi w więzieniu. Jak nic tym razem nie uda się już z problemów wyplątać. Do tej pory z tarapatów wyciągał ją mąż matki. Niestety – od jakiegoś czasu już nim nie jest. Annabelle ponownie zmieniła życiowego partnera. Reese chwyta się więc ostatniej deski ratunku i dzwoni do Jack'a, jedynego ojczyma z którym zawsze czuła się blisko związana. Któremu naprawdę na niej zależało. I którego jej matka tak bezczelnie zdradziła z jego biznesowym wspólnikiem. Jak się okazuje Jack'owi nigdy na dziewczynie nie przestało zależeć, więc niezwłocznie po jej telefonie wsiada do samochodu i jedzie ją ratować. Stawia jednak twarde warunki, tym razem nie będzie tak łatwo, tym razem nie będzie tylko wyciągniętej dłoni. Tym razem będzie trzeba się wysilić. Tylko – czy Reese będzie miała ochotę podnieść tę rękawice i zmierzyć się z zadaniem, które wyznaczył jej ojczym? Czy wytrzyma ze swoim przybranym bratem? Czy osiągnie szczyt, który wyznaczył dla niej Jack? I, co najważniejsze, czy zrobi to, nie stając się jednocześnie kopią swojej matki? By się tego dowiedzieć, koniecznie musicie sięgnąć po najnowszą powieść K.A. Tucker, która kończy czterotomową serię Dziesięć płytkich oddechów, czyli Pięć sposobów na upadek.

Muszę przyznać, że z całej serii przeczytałam część pierwszą (która mnie powaliła) i część ostatnią (która bardzo mi się podobała). Tom drugi stoi na półce domowej biblioteczki, jednak do tej pory nie miałam okazji, by sięgnąć po tę powieść. Na część trzecią jeszcze się czaję. Przyjdzie taki dzień, że i historia postaci z tych nieprzeczytanych książek będzie mi znana. Póki co moją opinię mogę wyrazić tylko na podstawie tego, z czym się zapoznałam. Jak już wcześniej wspomniałam, Dziesięć płytkich oddechów zachwyciło mnie. Do dziś czasem wspominam tę opowieść. Wzruszającą, poruszającą i piękną. To dzięki tym wspaniałym wspomnieniom z nią związanym z taką zaciętością pragnęłam zapoznać się z Pięcioma sposobami na upadek. Zapoznałam się i mam już swoje zdanie, którym teraz się z wami podzielę.

Do tej pory zastanawiam się, dlaczego autorka nazwała książkę tak, a nie inaczej. Może coś pominęłam, ale nie znalazłam odpowiedzi na to pytanie w powieści. A z doświadczenia wiem, że zwykle te tytułu są z treścią powiązane… No nic, może coś mi umknęło i ktoś wkrótce mi doniesie, o co z tym tytułem chodziło. Opowieść o Reese i Benie bardzo mi się spodobała. Kilkukrotnie mnie wzruszyła i wielokrotnie rozśmieszyła czy wzburzyła. Może nie pozostanie mi w pamięci tak, jak Dziesięć płytkich oddechów, ale na pewno będę ją mile wspominała. Bo całość wypada naprawdę dobrze, historia jest przemyślana, dobrze napisana i wciąga od samego początku. Nie sposób się od niej oderwać i człowiek czyta tak długo, aż dojdzie do finału, który może nie jest urzeczywistnieniem wszystkich wyobrażeń czytelnika, ale zdecydowanie jest satysfakcjonujący. Z mojego punktu widzenia nie mogę więc zrobić nic innego, jak polecić wam tę powieść. Co więcej, nie polecam jej jako części całości, bo znajomość wcześniejszych tomów wcale nie jest wymagana.

Sil

1) Serena Ryder - Call me
2) str. 139

Za książkę dziękuję księgarni Matras
#matrasrecenzje,