Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wychowanie. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 4 marca 2018

(258) Dzień Pisarza, który wszyscy obchodzili wczoraj, a ja dzisiaj


     Zaskoczę Was, ale wczoraj był Dzień Pisarza. Na razie jakoś obchodzę go nieprzesadnie, może z racji braku wielbicieli on line - bez czerwonych dywanów, wiechci kwiecia i sypania płatków róż na prześcieradło. Za różami nie przepadam, ale i tak byłoby to bardzo miłe, niemniej kto by to potem sprzątał? I tyle prania, bo kwiatki puszczają kolorowe soki, które trudno sprać.
     
     O, tu może wtrącę patent dla artystek z okolic, jak zrobić sobie metodą chałupniczą domowy batik bez wosku. Otóż na tkaninę kładziemy kwiatuszki i bezdusznie roztrzaskujemy je młotkiem, przez papier do pieczenia (woskowany hehe), aż do puszczenia posoki. Chabry mają ładną krew, bratki też. Odciskają swoje piętno piękna na przykład na bieluchnej pościeli. Potem trzeba to zaprasować, żeby utrwalić i przypieczętować związek chemicznie i termicznie. Czyli tak, jak w życiu. Lekki ciepły nacisk wzmaga homogeniczność.

     Wracając do Dnia Pisarza. Otóż w domu mam takie dwa pisarskie przypadki, które łechcą mnie mile w okolice serca i mózgu. I nie chodzi tu o zdolności nawet, ale o chęci i walkę na pióra zamiast pięści, o co w sumie nietrudno, jeśli ma się potomków płci męskiej.

     Znalazłam w swojej drewnianej skrzynce po winie, w której trzymam listy, kartki i dowody sympatii od Was, Braterską, acz Jadowitą Bitwę na Słowa, którą toczyli moi synowie rok temu, w imieniny Mima. 


Mim do starszego brata pisze:

Macie!
Nieudaczniku drogi,
Co stoi koło drogi.
Co z ciebie wyrośnie?
Chyba róża na sośnie.
Tyś żywej skolopendry* nie widział,
Bo jej niedowidział.
Jak masz żyć bez okularów,
Tak samo jak rolnik bez swych psów...Azorów.

* skolopendra jest ulubionym zwierzątkiem Mima.

Pisownia oryginalna.

A Mat, buchając obłoczkiem siarki z nozdrzy na początku i hamując epitety bezpośrednie, a skłaniając się ku tym zawoalowanym, spreparował taki oto odzew, który od połowy do końca skapuje już czystą miłością. Cały Mat!

Ze tak powiem, mój Braciszku,
Beznadziejne wiersze piszesz!
Wszystkie one są bez sensu,
A te rymy... bardzo dupne...

Chwalić Ciebie - jak tak można?
W końcu Tyś Mickiewicz nie jest.
Mimo wszystko ktoś Cię ceni,
komuś się podobać może.

Zajmij się czymś innym, Bracie,
Boś z wierszami nie po drodze.
Przyrodnikiem, ekologiem,
Byle nie wierszopisarzem!

Ach, mój Mimku, mój kochany,
Cóż o Tobie można mówić?
Że wierszami się zajmujesz?
Trochę Ci to nie pasuje...

Jednak powiem Ci w sekrecie:
Jak chcesz - pisz te wiersze dalej,
Mózg też ładnie swój rozwijaj,
Byś nie skończył jako prostak.

A ponieważ imieniny
Dzisiaj masz mój Mimku drogi,
Życzę Ci, byś ładniej pisał
I marzenia swoje spełniał.




Ale Mim chyba nie zostanie poetą, tylko pisarzem idącym własną ścieżką, choćby miała nurt przeciwny do mainstreamu.

Oto jakie słowa znalazłam pod jego ostatnim wypracowaniem z polskiego o Ani z Zielonego Wzgórza (nie mógł strawić). Adresatką jest polonistka:

PS
Wypracowanie nie jest długie nie dlatego, że mi się nie chciało, ale dlatego, że wybrałem taki krótki rozdział (niestety).

o_O


     Niech żyją zatem wszyscy pisarze - nieboszczyki, ci w fazie żyjącej, acz larwalnej, ci w kwitnącej i płodnej, i ci, którzy piszą do szuflady. Ściskam wszystkich Znajomych i Zaprzyjaźnionych Pisarzy! :*

    A kto pragnie, niech mi śle kwiaty i białe półsłodkie wino. Także bez okazji i w wielkościach nielimitowanych!



piątek, 18 marca 2016

(203) Strefa zgniotu

     Rok zaczął się spektakularnie. Przed oknem koło północy zamigotało, zawyło karnawałowo, a gdy dymy rac stały się przezierne, wyłonił się z nich przystojny Rosjanin w towarzystwie miłej brunetki i rosłego osiłka z walizeczką.

- Gdzie to niespełna 14-miesięczne dziecko? - zapytali trzaskając drzwiami karetki.

- YP! Nie mam! Przepraszam, nie mam już maleństwa! - mętne oko Rosjanina zawisło na mnie jak na matkobójczyni. - Ale mam 14-letniego dryblasa, może być? - zapytałam z nadzieją, że trójgłowy smok zadowoli się taką dziewicą.

- Może być - odparli zgodnie i dali się wciągnąć w kazamaty, gdzie dogorywał omdlały Mat błyskając białkiem i perlistym potem na czole.


***


- Mimie, dlaczego kulejesz?

- Nie kuleję, mamo.

- Przecież widzę wyraźnie, kuśtykasz jak ranny kuc. Okaż kopyto.
  YP! Masz całą siną nogę!

- Nie całą, tylko palce!

- I spuchnięte. Sine. Zimne jak trup. Nie bolą cię?

- Na razie nie , bo jestem wściekły. 

- Małżu! Tym razem musisz ty się pofatygować do szpitala, teraz dla odmiany na ortopedię. Nie patrz tak dziwnie. Opanuj brew. Tak, znowu.

- Co zrobił?

- ...

- Co zrobiłeś, Mimie?

- Kopnąłem z całej siły w ścianę, bo Mat mi zabrał piłkę.

- Nie ucelowałeś, lamo, a teraz zwalasz na mnie?!

- Mat, daj spokój, niedawno miałeś palec w szynie. Nie bij brata, bo się spocisz.


***


- Mimie, co Ty robisz? - pytam spokojnie, obserwując jak gmera patykiem w ręcznikach spoczywających na najwyższej półce szafy pod samym sklepieniem korytarza. Stojąc na krześle. I na poduszce ogrodowej. I na dwóch poduszkach zarekwirowanych z siedzisk krzeseł. Trzeciej z łóżka Mata. Czwartej ze swojego. Plus sztywną poducha z kanapy. - Mimie, dopiero opuściliśmy mury szpitalne, nie każ nam tam wracać. Co Ty robisz?! 

- Zawsze musisz chować tablet tak wysoko?!


***


    Uśmiecham się, bo dobrze ich tu mieć. Przypominam sobie strach, który teraz sublimuje w powietrze jak kulka suchych lodów. Na stole leży wypis ze szpitala. Szczęśliwym trafem nie oberwało nam się za mocno, a może po prostu tym razem chybiło. Medyczna lepka pajęczyna podejrzeń opadła na podłogę, po czym wylądowała w kuble przeszłości.

     Historia ma i dla mnie przyjemną konkluzję. Składam podanie o sanatorium :) Już jesienią 2017 będę łazić po plaży bez kwików młodzieży.




 ***

     Być matką wyłącznie osobników męskich nie jest kaszką na mleczku. Nawet zrobienie normalnego zdjęcia nie jest sprawą jednowarstwową. To pot i znój. Orka w kamieniołomie.


Mimie, uspokój się, stań w miejscu! Nie podryguj, nie rzucaj się w spazmach! No nie ruszaj się do pioruna! Stań, jak Mat! Choćby na sekundę!




Mat, teraz Ty?! Stań w końcu normalnie, jak Mim! Daj spokój z tym szarżującym tyranozaurem! Ile Ty masz lat?! No jak pragnę zdrowia, to tylko zdjęcie! Uspokój się!




Dobra, to teraz uśmiechnijcie się. Zróbcie przyjemny wyraz twarzy. Ostrzegam Was! Już się ściemnia, a ja tracę cierpliwość! Czy Wy możecie współpracować ze mną i nie robić tych kretyńskich min?!



Nareszcie! Nie można było tak od razu?






Moi Czytacze Kochani!
Mim był zachwycony Waszymi życzeniami ♥ 
Przetrwaliśmy dzięki Wam!

SERdeczne DZIĘKUJEMY!




poniedziałek, 29 czerwca 2015

(180) Jak można zarabiać na dzieciach?

     Nareszcie wiem, po co dzieci zdobywają dobre stopnie na świadectwie! Nikt nie zgadnie! Dobre stopnie są potrzebne by ulżyć rodzicielom, zwłaszcza matce i babce w trywialnych, monotonnych czynnościach szarego życia domowego. Dobrymi stopniami bowiem nakręca się w dzisiejszych, konsumpcyjnych czasach, koniunkturę w sektorze AGD.

     Nareszcie jakiś pożytek z Mata, wyceniony przez dział obsługi klienta na 62 złote. I tu zadanie, żeby tryby nie zardzewiały: płacą tylko za szóstki i piątki (6zł kosztuje szóstka, 5 zł piątka, Mat ma 11 przedmiotów, dla ułatwienia dodam, że świadectwo ma nudne bo składające się wyłącznie z tych dwóch cyfr). Staliśmy się więc posiadaczami nowego żelazka z czerwonym kablem.

     Świadectwo opisowe Mima, jak wszystkich uczniów I-III, było warte tylko 20zł, czym wprowadza się w szeregi ludzkie veto dla równouprawnienia klas I-III i IV-VI. W przyszłym roku nasze szanse, jako rodziny, na wymianę sprzętu AGD rosną, gdyż Mat podejmuje naukę w gimnazjum (dochodzi kilka dodatkowych przedmiotów), a Mim kontynuuje karierę w szkole podstawowej, awansując do klasy czwartej, a więc świadectwa opisowe stały się u nas oficjalnie przeszłością. Jest cień nadziei, że może w końcu zaczną się uczyć, bo w tym roku szkolnym (zresztą w pięciu poprzednich latach również), nie widziałam Mata nad książką. Przysięgam! Mima widziałam tylko jak odrabiał zadania domowe. A jestem z nimi non stop.
     Jakiś czas temu widziałam w banku ofertę dla studentów, gdzie płacili za piątki na egzaminie. Prosz, jak ładnie progenitura mimochodem może dorabiać do budżetu.


Podczas, gdy Mat jest nieśmiały i nikomu nie chce wchodzić w paradę, to Mim nie zginie!

- Mimie, ty jesteś chyba z lekka uzależniony od komputera! - rzucam oskarżenie, widząc jak siedzi i łowi ryby w sieci.

- Ależ, skąd, mamo!

- No, ciekawe, czy wytrzymałbyś miesiąc bez patrzenia w ekran! Mogę się założyć o tysiąc, że nie! - i tu powinno mnie pokarać, albo przynajmniej cień przeczucia powinien kopnąć mnie w kostkę. Nigdy bowiem nie zakładałam się z nikim o pieniądze, a już z małoletnim w ogóle.

- A założysz się?! - Mim szczerzy się w uśmiechu. Drugie kopnięcie z pewnością przywiodło by mnie na właściwe dla matek tory, ale nie! Żyłka hazardzistki się naprężyła!

- Ha! No pewnie! Idę o zakład, że nie wytrzymasz nawet jednego dnia!

- Dobra! O tysiąc!

I moi drodzy Państwo, zdarzenie miało miejsce dnia 18 maja.


Pozwolił mi spłacać w ratach...

Dla ukojenia rozedrganych emocji - pole maków ręki Mima.
Przypuszczam, że każdy kwiat symbolizuje jedną transzę.

     A mogłam się tego spodziewać! W pierwszej klasie Mim przesiedział cierpliwie dzień lekcyjny pod ławką, gdyż odmówił współpracy, czując się niesprawiedliwie potraktowany przez nauczycielkę. I nie ma to znaczenia, że był jedynym członkiem strajku. Konsekwencja, upór i zawziętość to jego drugie imię. Wiecie, do jakich chwytów musi się posuwać matka, by mądrze wychować takie dziecko?! Z Matem nie miałam nigdy tylu zagwozdek wychowawczych! Mat urodził się już jako siwy mędrzec z brodą, od urodzenia rozwiązywaliśmy sobie jolki i gawędziliśmy o planetoidach. Mim - to dopiero wyzwanie! Myślę, że już za życia obwołają mnie świętą. Potrójną.

     W szkole robili sobie psychoanalityczną analizę SWOT w ramach zajęć psychologiczno-integracyjnych. Każdy każdemu pisał jego główną cechę charakteru, nadzwyczajne zdolności lub umiejętności:



A oto, co napisała Mimowi Jego Wychowawczyni:




a pod spodem psycholożka:

"Jesteś indywidualistą, któremu zależy na grupie (nawet, jeśli czasem trudno Ci się do tego przyznać). Jesteś wrażliwy i refleksyjny.

O, jest indywidualistą! Choćby teksty, jakie sadzi Mim nie należą do lekkich. Zadanie poniżej - napisz trzy zdania z wyrazami z "h". TRZY.




Cytuję, pisownia oryginalna:

     "Było Halloven, Hubert, Heniek i Honorata straszyli hipopotama Hipolita, ślimaka Huberta, kotkę Hannę, hałaśliwego juhasa Henryka, hamaską herbatę i psa Igora, który ciągle mówi hau, hau i handluje figurkami hipopotama i helikopterami, a w Hiszpanii nikogo nie było w hotelach i hucie, mieli to same marzenie, polecieć na Hawaje i znać cała historię świata, a hobby śpiewać hymn. Nagle pojawiły się dwie ch(m)óry - jedna w kształcie herbu, a druga haka. Niewielki halny zdmuchnął hiszpańskie marakasy i herbatę, a dzieci się przestraszyły, a obok pojawił się Grzegorz Hypki, ale nie zwróciły na niego uwagi, tylko szybko pobiegły do domu".


     Czuję, że w przyszłym roku kupimy sobie blender.


piątek, 23 stycznia 2015

(160) In vino veritas? cz.I

     No, sprawę mojego debiutu mamy już za sobą :D. Dla opornych, ociągających się i leniwych wkleiłam bajkę do poprzedniego postu. A mogliście przecież chociaż trochę pokłamać w komciach, że nie uśniecie, dopóki nie przeczytacie którejś bajeczki przed snem! ;)

   No właśnie. Jak u Was z kłamstewkami? Kłamiecie? Mówicie źle ufryzowanej cioci, że pięknie wygląda? Synowi, który stawia kulfony w zeszycie, że pięknie pisze? Machacie mężowi, który odbiera telefon, że jak zadzwoni Zdzisia, to Was nie ma?


 Drobne, białe kłamstewka.
 A może piszecie usprawiedliwienie dziecku, z którego wynika, że dziecko cierpi na chroniczne bóle brzucha i palca? 

Wychowawczyni Mata z daleka już się uśmiecha, gdy widzi, że chłopak idzie do niej z dzienniczkiem.

 -Uwielbiam usprawiedliwienia twojej mamy! - z radością klaszcze w swoje smukłe dłonie.

Albowiem prawda może być zabawna i dużo barwniejsza od kłamstwa:





     Mat i Mim wiedzą, że kłamstwo ma krótkie nogi. Krótkie, krzywe i włochate. Zauważam, że tylko dzieci w przedziale wiekowym poniżej szkolnego progu mają nóżki zgrabne i alabastrowe. Później zaczynają im się skracać. Mim w szkole obnażył swoje giry - proste i długaśne:



     Nogi mojej rodziny. No właśnie, jakie są? Staram się je prostować codziennie. Fitnes, ożywcze kąpiele w rzeczce prawdy. Umiejętność przyznania się do winy. Nauka trudna. Co jest prawdą, a co białym kłamstwem? Czy lepiej skłamać, by kogoś nie urazić? Ale co zrobić wtedy z własnym poczuciem winy? Czy wina jest obiektywna czy subiektywna? Dlaczego coś, co jest kłamstwem nazywa się dyplomacją? Czy można żyć zgodnie ze swoim sumieniem i przeżyć życie bez kłamstwa? Dobry człowiek kłamie czy mówi prawdę? Dlaczego żyć najprościej jest najtrudniej? :)



     
     Mim dostał od cioci ze stolicy łamane przez Gwiazdor, smartfona. Niestety, telefon pociągnął kilka dni i wyzionął wirtualnego ducha.

- Patrz, pandeMoniu - wzdycha Małż - i kup tu coś naszpikowanego elektroniką! Telefon to pół biedy! Ale jak byśmy kupili taki supernowoczesny samochód? Z każdą pierdółką musiałbym galopować do serwisu.

- Przecież nasz samochód ma 18 lat i jest, jak na nastolatka w szczytowej formie.

- No właśnie, dlatego, że jest najprostszy w użytkowaniu i obsłudze. To tak jak z kobietami! - wzdycha Małż przeglądając gazetę.

Nasz wzrok spotkał się nad nią, spopielając ją w ułamku sekundy i zawisł ciężko nad kupką żarzącego się popiołu.

- Oczywiście, nie myślałem tu o Tobie! Ty, moja żono, jesteś oczywiście wyjątkiem.


sobota, 5 lipca 2014

(132) Mim - chłopiec, który miał marzenia i pożądał wnętrzności

     Mim marzy, by być paleontologiem. Albo zoologiem. Albo podróżnikiem. Albo chce pracować w ZOO. Kocha zwierzęta miłością czystą i nieuprzedzoną. Nie ma zwierząt oślizgłych, obrzydliwych ani ohydnych. Owszem, niektóre są fascynujące w swej brzydocie, jak np blobfish, której portret jest ustawiony jako tapeta w komputerze dzieci. 


     Dla nich jedne zwierzęta są po prostu inne, nie klasyfikują zwierząt jako gorsze czy lepsze ani ze względu na powierzchowność, ani z uwagi na zachowanie. Pająk nie jest w niczym lepszy od muchy, a koliber od kameleona. Ot, są inne. Jak ludzie. Tylko tyle.
Moich dzieci raczej nic nie zdziwi. Mają ciocię, która ma niedowład, szynę na nodze i problemy z wysławianiem się. W dłuższe trasy wakacyjne używa czasem wózka. Druga ciocia wyrwała się z choroby nowotworowej, ma sztuczną pierś. Albo w ogóle jej nie nosi. W rodzinie jest osoba o imieniu jak kwiat, której tata pochodzi z egzotycznego kraju. Jedni są zamężni, inni są singlami. Mają sztuczne szczęki, peruki, albo protezy. Do wyboru do koloru. 

Pomyślałam o Marku Kamińskim, o jego zmaganiach ze zdrowiem i o Jaśku Meli. Do poduchy czytamy teraz to:


     Książka zaczyna się dosyć mrocznie, bo opisem wypadku małego Marka podczas beztroskiej i niebezpiecznej zabawy na bramie. Bardzo realistycznie ukazane są tam dziecięce strachy i obawy, osamotnienie, które odczuwał pięcioletni chłopczyk w szpitalu w obcym mieście. Podziwiam zarówno hart ducha małego człowieka, jak i odwagę jego rodziców i dziadków. Nie wyobrażam sobie bym pozwoliła Mimowi jeździć po zamarzniętym jeziorze na łyżwach, czy Matowi machać nad głową siekierą i rąbać drewno. Ja, chuchająca matka jestem zdruzgotana myślą o długich tygodniach rozłąki i wielokrotnych i długotrwałych pobytach synka w sanatorium.
     Odnoszę wrażenie, że z jednej strony Marek Kamiński już jako chłopaczek czuł się pionierem, wojownikiem, podróżnikiem i odkrywcą w jednym. Zmuszony był szybko dorosnąć i się usamodzielnić. Z drugiej - jakże inaczej mogłaby wyglądać ta sama historia usłyszana z ust jego mamy. Mogłaby ukazać ona Marka jako chłopca nieusłuchanego, chorowitego, o którego ciągle drżała. Po wypadku z pewnością bez przerwy o nim myślała, nie mogła być z nim w szpitalu całą dobę, bo pracowała, poza tym nie można było być z dziećmi w placówce poza wyznaczonymi kilkoma godzinami. Musiałą cierpieć, musiała płakać, na pewno się zamartwiała, gdy w otwarte złamanie wdało się zakażenie, gdy mówiono o amputacji, gdy przez głupi wypadek, głupie dwie minuty nieuwagi, syn cierpiał fizycznie i psychicznie przez długi czas. Kamiński musiał się do tego przyzwyczaić i zaakceptować status quo. Świetnie ujął to w maksymę, która i mi przyświeca:
"Człowiek najbardziej się rozwija, kiedy pokonuje trudności,
bada granice swojej odporności
i znajduje sposoby na przełamanie własnych słabości".


Marek Kamiński

Równie ważną dla mnie sentencję wygłosiła Małgorzata Musierowicz:
"Uśmiech by­wa ak­tem męstwa, smu­tek to słabość i pos­ta­wa zbyt wy­god­na.
Być ra­dos­nym i dob­rym, kiedy świat jest smut­ny i zły, to do­piero odwaga".


Małgorzata Musierowicz
Podczas lektury natrafiłam na cudowny fragment przeżyć małego Marka:

"Włożyłem kurtkę i wyszedłem przed dom. Powoli oddalałem się od ciepłego światła w oknach. Niedaleko domu był duży staw. Doszedłem nad brzeg i kucnąłem nad twardą taflą lodu. Cały świat wyglądał tak, jak gdymym nagle znalazł się w środku bajki. Cisza, biały, skrzypiący śnieg, noc granatowa jak moja kurtka. Dalekie gwiazdy odbijały się od gładkiej, wychłostanej przez wiatr tafli lodu. Oddalone od świateł miasta i latarń świeciły bardzo jasno i wydawały się ogromne. Zsunąłem się na lód i położyłem na plecach. Patrzyłem w gwiazdy, wyciągnąłem rękę  i księżyc zmieścił się w mojej dłoni. Zdawało mi się, że jestem ziemią i niebem. Wszędzie dookoła mnie gwiazdy i dwa księżyce, więc pływałem w nocy, zanurzałem się w granatowym aksamicie nieba. Starałem się rozpoznać Drogę Mleczną i znane mi konstelacje, Wielki i Mały Wóz, Kasjopeję, Gwiazdę Polarną. A kiedy je odnajdywałem, czułem się im bliski i z nimi związany. Może tam zapisane jest moje przeznaczenie?
     Przytuliłem się do niebieskiego lodu, dotknąłem go policzkiem, ale nie poczułem zimna. Było mi dobrze, ciepło i pomyślałem, że jestem częścią nieba, kawałkiem wszechświata. Wiedziałem, że mam swoje miejsce w tej wielkiej przestrzeni. A ta ciepła, żółta smuga światła z okna, układająca się na śniegu, to też mój świat. Byłem tam i tu. W niebie i na ziemi. (...)
Leżałem i słuchałem. Poczułem bardzo silne wzruszenie, uczucie, jakbym połączył się ze wszystkim, co mnie otacza. Nagle ogromnego sensu nabrało istnienie moje i otaczającego go świata".

     Ja sama również czegoś takiego doświadczyłam, znam to uczucie, opisałam je w jednym z moich ulubionych postów, który znacie i zilustrowałam filmem: KLIK! (myślę, że Ela Wasiuczyńska, matka po pędzlu Pana Kuleczki, świetnie by to zilustrowała - mam tu na myśli doskonałe ilustracje do Jasia i Małgosi, ostatnia jest moją ulubioną KLIK!) Elu, jestem zaszczycona Twoją obecnością u mnie :*

     Mnie to uczucie dorwało w Egipcie. Płynęliśmy w górę Nilu. Statek sunął bezszelestnie wśród szmaragdowych, opalizujących wód wiecznej rzeki. Im bardziej się ściemniało, tym gęstsza i ciemniejsza stawała się woda i powietrze. Po zmroku dopłynęliśmy do Esny, gdzie statek zatrzymał się w śluzie kanału. Śluza zamknęła nas, a pod kadłub zaczęto wlewać hektolitry wody. W pewnym momencie woda osiągnęła gęstość i kolor nieba. Ogarnęła nas czerń tak gęsta, że można by wyrąbać w niech schody i wspiąć się wysoko, wysoko! Położyłam się na plecach na ciepłych deskach górnego pokładu. Świat dookoła rozpłynął się i zniknął w lepkich, nieprzeniknionych egipskich ciemnościach. Nagle z nadbrzeżnego minaretu rozległ się śpiew muezina. Był przeszywający i tak piękny! Równocześnie statek zaczął się unosić i zbliżać do gwiazd. Wyciągnęłam ręce i w locie rwałam rozżarzone winogrona. Dojmujące, przenikające do szpiku kości uczucie jedności ze światem. Dookoła delikatnie błyskały światełka miasteczka, a my doświadczaliśmy wniebowstąpienia ;)



A tu drugi filmik, piękny i straszny:

 

Tak sobie teraz pomyślałam, czy chcielibyście u mnie cykl z przygodami podróżniczymi, ze mną i Małżem w roli głównej? Takie, dajmy na to, wakacyjne, cotygodniowe spotkanie weekendowe pt.:

Skorpion na globusie ;) 

hę?


***

     Ale do czego zmierzam tymi pokrętnymi ścieżkami zwojów mózgowych? Otóż. Po wieczornej lekturze i rozwałkowaniu problemu dziury ozonowej na cienki placuszek, Mim wrócił na ziemię:

- Mamo, czy mamy pod domem mrowiska?

- Wątpię synu, by jakieś mrówki zdołałyby przegryźć fundamenty, by osiedlić się nam pod podłogą.

- A co było na tych fundamentach zanim wybudowano nasz dom? Był inny?

- Nie, ten jest pierwszy.

- Szkoooooda... Bo chciałbym znaleźć pod fundamentami wiesz co? TRUPA! I wyjąłbym z niego wiesz który organ? - Mim oblizuje wargi.

- Aż dygoczę ze strachu i pożądania wiedzy, który, o mój Drugorodny! - zatapiam oczęta w kolorze bławatków w dziecięcym ciałku.

- Wyjąłbym mu z czaszki MÓZG! Naoliwkowałbym go (WTF?!) i włożył do butelki. Ale bym się wkurzył, gdyby się okazało, że to PTASI móżdżek! Nie mógłbym się zamienić z nikim, chyba, że z komś, kto ma równiez ptasi móżdżek. Albo jest bezmózgowcem.

- O.o


Hmmm kogo jak kogo, Synku, ale na świecie chyba nie będzie brakowało ewentualnych kontrahentów...


niedziela, 27 kwietnia 2014

(122) ZBIÓRKA MARZEŃ

Dzisiaj krótko. Opowiadać będziecie Wy.  

Zupełnie spontanicznie zagaiłam Was dzisiaj rano na FB tymi słowy:

Dzisiaj jest pierwszy dzień reszty mojego życia!
Jupi!
Poświęćcie 20 minut dla swoich marzeń. 20 minut dziennie - codziennie!
Co chcielibyście robić przez tę chwilę? Skorpion jest ogromnie ciekawy! Zapraszam, usiądźcie, pomyślcie. Kawy? Herbatki?


     Rozsiądźcie się wygodnie. O czym marzyliście jak mieliście naście lat? Czego nie wiedzieliście? Co chcielibyście wiedzieć? Czy zrobilibyście coś inaczej? Czy dobrze czuliście się we własnej skórze? Czy łatwo przypominacie sobie te uczucia, które nosiliście w sobie? Czy łatwo Wam cofnąć się w czasie? A Wasze dzieci? Jak z nimi?

Zależy mi na Waszych odpowiedziach, dlatego możecie się przełączyć na Anonimy, jeśli chcecie. Zbieram marzenia do kosza!Nawet najkrótsze, nawet dziwne, nawet, gdy wydaje się Wam, że głupie i nieistotne!

Mogę zacząć:

Kolega zapytał mnie ostatnio o moje marzenia z dzieciństwa.

Pamiętam kilka.

Jednym z pierwszych marzeń było znalezienie się (bo to tak dokładnie było, żadne tam dojazdy, podróże, ani inne micyje), właśnie znalezienie się, ot tak, na bezkresnej łące pełnej kwiatów. Koniecznie takich, jakie rysuje 5 letnia dziewczynka - proste łodyżki, intensywnie nabrzmiałe kolorem płatki, wprost idealne na kwiaty cięte do wazonu. Z biegiem lat obraz był modyfikowany. Widziałam tę łąkę z wysokości metra, potem metra dwadzieścia, dzisiaj widzę ją z prawie metra siedemdziesiąt. Im bardziej rosłam, tym łąka stawała się rozleglejsza, a barwy kwiatów zyskiwały miliony odcieni. Pojawiły się cienie i krajobraz zyskał na różnorodności. Ale marzenie zostało to samo.

     Poza tym chciałam być lekarzem.

    Teraz marzę o kilku rzeczach, wśród nich czołowym jest marzenie o zobaczeniu na żywca zorzy polarnej, to marzenie tuli mnie od wielu, wielu lat. Z biegiem czasu staje się jakoś mniej osiągalne, ale nie tracę nadziei! Pisałam już o tym w tym poście.

     Ale od zawsze, od zawsze marzyłam, by nie mieć wady wymowy. Już nie wiem skąd moja wczesna samoświadomość o tym i niebotyczny kompleks. Och, jak ja chciałam móc tak pięknie i dźwięcznie wymiawiać eRRR. Pamiętam, gdy byłam w pierwszej klasie szkoły podstawowej, myślalam sobie – Boże, jeszcze tylko dRuga klasa męczarni, potem na chwilę luz, bo trzecia, potem fatalna czwaRta, ale od piątej mam cztery lata spokoju! W moim dziecięcym życiu było bardzo ważne, a wręcz kluczowe, że imię i nazwisko nie było skalane tą literą. Dzisiaj sprawa wygląda dramatycznie, gdyż połączenie RL w nazwisku  jest dla mnie najgorszym z możliwych. Ale marzenie pozostało to samo. Chciałabym kiedyś usiąść sobie wygodnie na krześle, spojrzeć na ten burdel dookoła i powiedzieć na wydechu oczyszczające i soczyste KURRRRRRRRRWA! :)))



A dla chętnych - można już głosować na cycki Skorpiona w kolejnym odcinku międzyblogowej zabawy literackiej Finka z kominka:




Dziękuję :)

wtorek, 8 kwietnia 2014

(119) niebezpieczeństwa Amazonii i francusko-szwedzkie SPA

     Choroby Mata i Mima (w ilości 3 szt na 2 łebki) przeplatały się z sobą oraz innymi problemami jak liany w lesie tropikalnym. W pewnym momencie nie widać było ani ich początku, ani końca. Dzień i noc przy ich łózkach, nocne inhalacje  i interwencje w trakcie trudności z oddychaniem nadwątliły mnie fizycznie i psychicznie. Dookoła czaiły się błyskające w ciemnościach oczy jaguarów, słychać było szelesty włochatych nóg ptaszników, twarz muskały błoniaste skrzydła nietoperza, a w gaciach hasały jadowite skolopendry i mrówki wielkości kota. Za dnia życie umilały złudne kolory motyli Morpho i śmiertelnie trujące dendrobatesy.  Gdy po trzech tygodniach wysupłaliśmy się z tropikalnego gąszczu na gładkie równiny zdrowia, z lekka tylko nakrapiane górkami kaszlu jak wulkanami w czasie erupcji, okazało się, że dzieciary zostały daleeeeeeko za ginącymi plemionami Yanomami. Na dwa wspomniane łebki przypada teraz gonienie po sawannie za kilkudziesięcioma stronami w ćwiczeniach, zeszytach i podręcznikach, za około 15 różnej maści sprawdzianami, kartkówkami, testami i konkursami, które trzeba upolować, poświęcić czas na ich oskórowanie, oprawienie i konsumpcję.
Mat, prócz tego, że jest świetnym myśliwym obdarzonym wrodzonym instynktem łowieckim, jest również mistrzem suspensu. Kilka dni temu, wieczorem przychodzi do mnie, grzejącej się przy ognisku i od niechcenia cedzi między zębami informację o jutrzejszym międzynarodowym konkursie matematycznym Kangur. Włos mi się zjeżył na czaszce, nie powiem. Miał kilka miesięcy na zgłębienie tematu. Ale opanowując się przed ukatrupieniem syna na miejscu z uśmiechem pytam:

- Jak,  dziecko, chcesz zdążyć rozwiązać przykładowe zadania z zeszłorocznego kangura, skoro jest on już za mniej niż 20 godzin, a po drugie jak chcesz to robić, skoro masz przed nosem włączony tv? 

- Spokojnie, ja sobie tu posiedzę, rozwiążę jakiś test z zeszłego roku i będę STUDIOWAŁ.

Faktycznie, uspokoił mnie. Trzeba mu to przyznać. Został sam w pokoju. Po czym okazało się, że studiowanie w wydaniu Mata obejmowało li tylko i wyłącznie oglądanie STUDIA sport przed Ligą Mistrzów.

Kiedy indziej zawziął się na grę w tenisa. Skutecznie. Wygrał i poznał Janowicza, zobaczcie: klik!

To samo dzisiaj. Mat startuje jutro w ogólnopolskim konkursie języka angielskiego klas 5-tych. Na tę okoliczność umówił się z kolegą na rower. Teraz ogląda mecz. Hm.
I tak jest ciągle. Mat nie poświęca nauce nawet 5 minut dziennie. Bo, jak sam mówi, nie chce wyjść na kujona.
Drży ze strachu, bo na koniec roku grozi mu średnia 5,7.

Mat w 2012r.

Mat na konkursie piosenki w 2011.
Śpiewał tę:



 Z Mimem jest trochę lepiej, przynajmniej pod względem ilościowym. W czasie choroby ominął go dwoma susami Kangur i konkurs piosenki angielskiej, nad czym Mim pochylał się w żalu i żałobie przez tydzień. Na pociechę przed nim, w piątek, taki sam konkurs języka angielskiego, jaki ma Mat, ale dla klas 2.(apdejt: zajął 1 miejsce w szkole)

A jeszcze turnieje szachowe, zawody sportowe (Mat jest również zagrożony tytułem Sportowca Roku w szkole) ...i sto innych..

Prócz tego, Mat zakłada swój blog!!!!!!!! O szczegółach wkrótce!!!!!!!

Mat startuje również w Ogólnopolskim Konkursie Mitologicznym KLIO-
właściwie dwóch - fotograficznym oraz wiedzowym.
Wymyślił, że najbliżej mu do Dionizosa...
(-Małżu przynieś z szafy prześcieradło! -
po czym pojawia się Małż z zielonym prześcieradłem frotte z gumką...)

apdejt:
zdjęcie zajęło 1 miejsce w etapie wojewódzkim, 4 w ogólnopolskim ;)

     Ludzie nie lubią jak komuś jest lepiej. Wiem o tym. Wstrząsającym przykładem było zdanie, które usłyszałam 2 lata temu od ówczesnego "kolegi" podczas naszej przeprowadzki z bloku do domku: Po co Wam dom, skoro i tak ciągle siedzicie w szpitalach?! Wiadomym jest, że z ust bliskiej osoby boli najbardziej, o czym przekonałam się jeszcze co najmniej dwukrotnie.

Tak więc także druga strona lustra:

     Dzień i noc, do końca moich dni, będę dziękować za takich synów. To, że Mat urodził się żywy jest cudem. A, że do tego jest zdrowy - to cud jeszcze większy. (Dla mnie 15-godzinny poród skończył się tylko wywichnięciem żeber, otwarciem miednicy poprzez zgruchotanie spojenia łonowego, wylewami wielkości Jangcy i niemożnością chodzenia przez długie tygodnie).
W wieku 3 lat trafił do szpitala w ciężkim stanie, pamiętam jak krzykami zwoływano wszystkich lekarz z oddziału, i nakłuwano ze wszystkich stron jego nieprzytomne, nagie ciałko.
Teraz Mat ma tez swoje zdrowotne problemy.
Gdy byłam w ciąży z Mimem, ciąży, której zresztą lekarze ortopedzi zakazywali, Mat najpierw rozbił sobie czaszkę o ławkę, a jakiś czas później dusił się. Tej nocy w szpitalu byliśmy rodzinnie - moja mama, Mat, a ja- przedwcześnie na porodówce.
Gdy Mim miał około tygodnia, bezwładny trafił do szpitala, a ja, po cesarce - z nim. Poddano go wszelkim możliwym badaniom i stwierdzono wadę serca, z która zmagaliśmy się prawie 4 lata.
W między czasie kilka lat mieli taką alergię, że z Matem musieliśmy chodzić o 1-2 w nocy po dworze, by go czymś zająć, bo wył z bólu.
Był długie lata na diecie bezglutenowej.
Mim dla odmiany po niezidentyfikowanych pokarmach, był obsiany czerwonymi punktami, dostawał przy tym temperatury i duszącego kaszlu. Ostatni kaszel trwał...19 miesięcy.
Tak więc nieobce nam medyczne peregrynacje po lekarzach wszelkich specjalizacji.

2012. Uwielbiam to zdjęcie :)

Teraz zmagamy się już tylko z moim zdrowiem, bezrobociem nas obojga i rachunkami. Nie licząc nieuleczalnych chorób kilku osób z najbliższej rodziny i paru innych spraw.

- Jesteś taką optymistką, uśmiechasz się. Czy zdarza ci się upadać i tracić nadzieję?  - pytają mnie.- Czasem tak - odpowiadam - ale nieczęsto. Jakieś 15 razy dziennie.

Ale z wierzchu jesteśmy milionerami. Taki polski paradoks - milionerami żyjącymi poniżej ustawowej granicy ubóstwa ;)


     W związku z tym, jak jestem uwiązana, Pi zaprosiła mnie w sobotę na pokaz florystyczny, abym odpoczęła i zrelaksowała się choć chwilkę. Pokaz był w Leroy Merlin. Trochę denerwował mnie nieprofesjonalizm prowadzących, ale ogólnie było bardzo fajnie. Zrobiłam dekorację z hiacyntów w szkle.  Pi po dwóch godzinach zaproponowała, żebyśmy pochodziły po Merlinie. Zakupiłam przy okazji kubeczek do kompletu łazienkowego, który 2 lata wcześniej kupiłam w sklepie tej sieci, w związku z tym zostałam zaspokojona zakupowo, dzięki czemu całość pozostawiła po sobie jak najlepsze wspomnienie. Niepokoiło mnie tylko moja nadmierna wrażliwość na zapachy emitowane przez wykładziny dywanowe i chemię do drewna. Nie zrażona, obejrzałam sto donic i trzysta leżaków, po czym Pi wyszła z brawurową propozycją, że skoro już nastąpiło to święto wyszłam z domu w innym celu niż zakup syropu, to może skoczymy do Ikei. Jako, że w Ikei nie byłam z rok (wiadomo, mam ją za blisko po prostu), przystałam z ochotą na propozycję skoku. Jak się później okazało, błędem było zignorowanie zapachów dywanów i gwałtownie uciekającego krajobrazu za samochodowym oknem.

Ikea powitała nas gęstością zaludnienia dorównująca prowincji Szanghaj przy zgodzie rządu na dwójkę dzieci. Już przy pościelach podłoga zaczęła falować, by przy talerzach radykalnie się unosić i niemal walić mnie sobą po plecach. Próbowałam utrzymać równowagę rozrzucając ręce na boki (w prawicy obrus SOLFINT z makrelą, w lewicy chusteczki papierowe z makrelą, a jakże, SOLFINT) i rozkraczając nogi jak rasowy bosman. Walcząc z żywiołem w trybie ekspresowym pokonałam odmęty Ikei, przy kasie doznałam wizualizacji własnego nagrobka na dmuchanym pontonie, więc wrzuciłam makrele do wazonów i pocwałowałam do samochodu Pi. Z Ikei droga do domu zajęła nam 2 minuty, podczas których zdążyłam wykonać telefon do Małża.

- Małżu, przygotuj mi, a chyżo, mocnej i gorącej herbaty. Osłodź mi ją 2 łyżeczki i nie dziw się, dlaczego w tak hurtowej ilości. Wiem, że cukier nie krzepi, ale zasłabłam.

- Noooooooo nooooooo - Małża głos nie wyrażał ani zaskoczenia, ani choćby troski. Jedynie lekko wyczuwalną nutę znudzenia.

- Ja też napiłabym się herbatki - nieśmiały głos Pi wplątał się między warkot silnika, a huk oceanicznych odmętów.

Po przyjściu rzuciłam się na łóżko na moment przed utratą świadomości, uniosłam ręce i nogi w górę i pozwoliłam sobie podać herbatę, którą wlałam w siebie na leżąco.

Nie zakrztuś się jeszcze do tego - Pi jest niezastąpiona - bo nie umiem przeprowadzać reanimacji!

Po chwili zaczęłam odzyskiwać drożność styków, różnymi otworami ciała zaczęły napływać do mego wnętrza sygnały ze świata - jednymi odurzający odór gotowanego bobu, a drugimi przebijający się przez smród okrzyk Mima: "Mamo, mamo, a kiedy będę mógł jechać monster-truckiem Pi?"

Wyjście do kawiarni z drugą koleżanką, z którą spotykam się (mam zamiar) już ze zmiennym szczęściem od roku (!) zostało zamienione na nasiadówkę domową. Boję się, że za progiem zaatakuje mnie Kraken i makrele.

***

     Post jest przydługawy, wiem. Mógłby być rozbity na co najmniej trzy. Podobno dobrzy blogerzy podsycają stopniowo ciekawość Czytelników, a także nie nadwyrężają ich wzroku i cierpliwości.  Ale piszę go w jednym celu - nie osądzaj książki po okładce, człowieka po wyglądzie ani piosenki po tytule.

     Ponoć rolą blogera jest służenie ludzkości i zabijanie cennego czasu Czytelnika nie smęceniem, co czynię ostatnio, ale ciekawą treścią, dowcipem, błyskotliwością, celnymi ropostami, generalnie - bloger to intelektualny umilacz czasu i okienko w inne światy. A nie vice Wersal, uuuu jaka szkoda! Jako, że nie czuję się na siłach sprostać tym wysublimowanym zadaniom, pozwolicie, że Skorpion w rosole uda się na nieokreślenie długi urlop na Malediwy :)

piątek, 23 sierpnia 2013

(84) TOP 10 strachów dzieciństwa

   Jako, że ostatnio, czyli przez jakąś ostatnią dekadę, toczę sobie kłębek nerwów i lęków, próbowałam sobie przypomnieć moje strachy i fobie, gdy miałam jasno blond-białe włosy, nosiłam ażurowe białe kolanówki, a na jelenia mówiłam leleń. Z tego, co obserwuję, należę do nielicznych wyjątków, które doskonale pamiętają swoje dzieciństwo. Myślę tu o pierwszych kilku latach życia. I nie mówię tu o "pamiętaniu" indukowanym poprzez wielokrotne powtarzanie przez domowników historyjek rodzinnych o charakterze najczęściej kompromitującym, ale o realnej, żywej pamięci. 
Pamiętam zapachy z dzieciństwa, rozkład mebli, ubrania ludzi i lalek, buty, zabawki, sprzęty domowe, piwniczne i te na strychu. Dokładnie pamiętam odgłosy domu, osoby i ich głosy oraz dotyk chusteczki do nosa mojego Dziadka, czy bolące łaskotki Wujka. Zupełnie jakby ktoś nagrał sześcioletni film w mojej głowie, a ja potrafiła go puszczać w tę i wewtę kiedy sobie tego zażyczę i to bez kreski ;)
Myślę, że własnie dlatego mam świetny kontakt ze swoimi synami, bo dokładnie pamiętam jak to jest być dzieckiem, pamiętam to uczucie, gdy bardzo chce się mieć lizaka i jak bardzo złości przegrana w Chińczyka.



A oto imponująca lista moich lęków dziecięcych:

1. Schylając się po coś nie schylałam głowy, tylko albo trzymałam ja prosto, albo kierowałam twarz do góry. Bałam się, że mi oczy wypadną z oczodołów.

2. Fobia oftalmologiczna manifestowała się też strachem przed pomarańczowymi kołami powstałymi pod powiekami po zgaszeniu światła. Koła oczywiście brałam za duchy, które pokonały już barierę czaszki.

3. Potwornie bałam się postaci z opowieści mojego taty- Czteropalcego. Czteropalcy powodował u mnie wręcz psychotyczne przerażenie na granicy obłędu ;) Ciekawe, że Małż też tak wspomina postacie z makabrycznych opowiastek swojej siostry- Jednookiego i jego sług: pana Słonecznego, pana Magi i pana Pajacyka, a u moich dzieci ten sam, lecz starszawy Małż wygenerował strach Mata przez panem Haszimoto. Cechą wspólną jest to, że nikt z nas nie wyprodukował w mózgu wizerunku przerażających postaci, wystarczyła sama ich nazwa, by nadnercza deptały po gazie.

4. Mój Tata był mistrzem w opowiadaniu baśni i opowiastek na poczekaniu, dlatego to on mnie usypiał, gdy wieczorem wrzeszczałam: chcę straszną bajkę! Straszną bajkę! No i pamiętam taką jedną, jak to chłopczyk zrobił coś złego i się nie przyznał. Powolnym i oplatającym ruchem wlazła mu na plecy czarna kosmata małpa i stawała się coraz cięższa. Dopiero, gdy chłopiec przyznał się do winy i powiedział prawdę, małpiszon spełzł z pleców i zostawił chłopca w spokoju.

5. Niekiedy inne bajki Taty miały wydźwięk rwący duszę, np. bajka o małpce Kiki. Mama i małpka Kiki miały gniazdo na dachu kościoła. Pewnego dnia mama zostawiła Kiki samą w gnieździe i pouczyła, żeby ta się nie wychylała, gdy jej nie będzie. Po powrocie mama widzi zmasakrowane ciało małpki leżące nienaturalnie na bruku przed budynkiem. Pozbierała ciałko do kupy, ochrzaniła córkę za niesubordynację i obie czekały na dachu na zrost kości i zarośnięcie ran.



PS. bajki mój Tata opowiadał obrazowo, z licznymi metaforami, pięknym, poprawnym a zarazem fascynującym językiem. Ściszał głos do wstrząsającego szeptu w chwilach grozy lub unosił, gdy wydawało się, że najgorsze już minęło. Dodawał krew mrożące pauzy, vibrato, a czasem zwiększał tempo opowieści, wtedy serce pokonywało granice nawet liberalnie przyjętej normy dla pięciolatków.
Po takich przerażających opowieściach Tata nie mógł opuścić mojego łóżka, póki nie zasnę. Głaskał mnie po policzku, a ja wtulałam się w zagłębienie pod pachą. Było bezpiecznie i spokojnie. Gdy juz byłam sama w łóżku, budziłam się w środku nocy, przełaziłam do łóżka rodziców i podlewałam Rodziciela.

6. Kolejna fobia medyczna polegała na tym, że bałam się, że w chwilach siedzenia na sedesie wydalę naturalnym otworem wnętrzności, zwłaszcza wątrobę i jelita. Ze strachem spoglądałam na zawartość muszli i za każdym razem spadał mi kamień z serca rozbryzgując radośnie zawartość.

7. Bałam się, że zacznie mi bez powodu i znienacka sączyć się krew wszelkimi naturalnymi otworami ciała.

8. Lęk o życie rodziców był strachulcem starym jak ja.

9. W pokoju wisiał obraz drzewa, które w ciemności zmieniało się w upiorną twarz.

10. Bałam się uprowadzenia przez kosmitów, a chyba najbardziej ich samych.

11. Oczywiście firanki, kocyki, zabawki po ciemku zamieniały się w upiorne krwiożercze majaki o półgnijącym cuchnącym obliczu, a nocne dźwięki domu pochodziły z ich charczących gardzieli. W ciemności czułam ich kościste obciągnięte pergaminową, czasem śliską skórą muśnięcia, we włosy wplątywały mi się pomniejsze straszydła i ociekające śluzem strzygi. Pod łózkami i dywanami mieszkały podstępne i szybkie jak mrugnięcie oka duchy potrafiące przybrać kształt wszystkiego lub czaiły się te najgorsze z możliwych - przezroczyste, które chwytały za kostki gdy szło się ciemnym korytarzem. Oczywiście, nie muszę chyba mówić, że przenikały przez mury i prześlizgiwały się przez wszelkie zabezpieczenia uśmiechając się złowieszczo i bezzębnie. Myślę, że jedynym skutecznym zabezpieczeniem byłam moja własna kołdra, pod warunkiem, że pedantycznie zawinęłam jej krawędzie pod własne ciało. Tlenu starczało na niedługo i pamiętam, że najgorszy moment nadchodził, gdy musiałam wpuścić świeże powietrze, odfiltrowując tlen od duchów.

12. Żerując na powyższym mój brat straszył mnie do nieprzytomości i dzięki temu miał nade mną ogromną władzę. "Zrób to a to, bo będę cię straszył". No, cóż, starszych braci to bawi ;)

13. Bałam się i do tej pory boję się uduszenia. Starszy i silniejszy brat zatykał mi dłonią nozdrza i usta i sprawdzał na stoperze ile wytrzymam bez oddechu. Pamiętam tę panikę, w która się wpadało na końcu. Uważam, że uduszenie, czy to w wodzie, czy na skutek mukowiscydozy czy raka płuc, czy- jest najgorszym rodzajem śmierci. Umierania raczej, śmierć przecież nie jest straszna, lecz proces umierania.
Boję się chorób, że nie zdążę wychować dzieci, zobaczyć wnuków, boję się chorób samych dzieci. Widziałam już ich w sytuacjach, gdy pukali do nieba bram...
Boję się, że gdybym dostała wylewu, udaru, zawalu, zostanę zamknięta w swoim ciele ze sprawną psychiką.

O, boję się jeszcze wysokości, tak mi sie na starość zrobiło, że wolę tak przyziemnie żyć niż wzniośle ;). czas jakiś temu byliśmy na wakacjach, właściwie zgrupowaniu z klubu Mata. Odbyliśmy wycieczkę do Gąsek, których nazwa zawsze mnie rozczulała, podobnież jak jeziora Wdzydze. Gąski szczycą się latarnią morską, ot stoi taka zwalista nad brzegiem. Co tam taka latarnia. Okazało się jednak, że im bliżej podniebnej wędrówki, tym bardziej drżą mi nogi. Meta nastąpiła na szczycie. Moglibyście zobaczyć rosłą kobietę w sile wieku podpierającą na ugiętych nogach ścianę latarni i posuwającą się dookoła, nie odrywając pleców od zimnego muru. Widowisko miało miejsce na zawrotnej wysokości 49m i omiatane było, pełnymi pogardy zmieszanej z rozbawieniem i politowaniem, spojrzeniami okolicznych tubylców i przyjezdnych.
Raz w życiu nawet leciałam samolotem. Licząc międzylądowania i drogę tam i z powrotem, przezyłam cztery starty i chwalić Pana, również cztery lądowania. Podczas czasie startu wpadłam w panikę.  Małż myślał, że się wygłupiam. On się w głos śmiał, a ja w głos ryczałam i smętnie zawodziłam. Jak zwykle dobrany duet. Żałowałam, że nie przemyciłam przez bramkę kozika lub chociaż pilniczka do paznokci, zaszlachtowałabym Małża w samolotowym WC. Oczywiście, gdybym zebrała się na odwagę i tam weszła, bo przez większość czasu siedziałam na fotelu jakbym drut połknęła, co musiało być podejrzane dla stewardess, jak nabożnie wpatrywałam się w prostokąt na mapie wyświetlanej na ekranie, którym okazał się czarny kamień (al-hadżar al-aswad) w Mekce. Z rozpaczy byłam gotowa kilkukrotnie zmienić wiarę na Islam i samodzielnie rozstąpić Morze Czerwone, byleby ta gehenna się już skończyła.
Z lękiem walczyłam tez ostatnio, (a była to walka wyczerpująca i długotrwała, bo zajęła całe 15 minut), w oczekiwaniu na bilety upoważniające do wjazdu na Pałac Kultury i Nauki. XXX piętro. Stąd już tylko krok do nieba. Chryste. Na szczycie pewnie przylgnęłabym szczelnie całym ciałem do posadzki i to leżąc na brzuchu. Przesuwałyby mnie po podłodze jedynie ruchy robaczkowe jelit i pomagałabym sobie trzepocząc rzęsami. Podróż dookoła podniebnego spacerniaka zajęłaby mi circa dwa i pół miesiąca. Nie mogłam na tak długi czas pozbawiać rodziny opieki, więc humanitarnie zrezygnowałam z wjazdu zlana zimnym potem. Zwłaszcza po wiadomości Mata, jakoby winda była pospieszna i bez kuszetek wznosiła się 5 metrów na sekundę. Nasiadówę pod gmaszyskiem wspominam bardzo miło, pogadaliśmy sobie z rzygaczem zlokalizowanym normalnie, na poziomie mojej osoby.  Nie, żeby intelektualnie aż tak od razu, ale licząc skromnie w cm n.p.m.


W oddali Park Saski, w którym hasali mat i Mim, a dalej cel wycieczki - Plac Zamkowy


   Żeby się nieco usprawiedliwić powiem, że byłam bardzo grzecznym, usłuchanym, kreatywnym, bystrym i pogodnym dzieckiem przynoszącym w szkole podstawowej świadectwa z czerwonym pachem. W średniej to już się prowadziło życie towarzyskie, więc o pasku myślało się w innych kategoriach ;)
Aż dziw bierze, że nie oszalałam. No, ale nie mówmy hop.

I co pan na to, doktorze Freud?