Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pety domowe. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pety domowe. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 lipca 2018

(267) Encyklopedia zwierząt alternatywnych - Porzeczkowiec krwisty

Porzeczkowiec krwisty - jeden z najniebezpieczniejszych ostrykodów. Mięso porzeczkowca cenione jest głównie z powodu wysokiej zawartość pektyn i hemetytów, zawierających prekursory syntezy hemoglobiny. Z uwagi na powyższe polecany anemikom. Sposób aplikacji - okłady.
Ssak gorącokrwisty. Temperatura ciała porzeczkowca w stanie spoczynku wynosi 43C. Podrażniony strzyka piekącym jadem i osiąga 52C, dlatego polecany jest na zimę, zwłaszcza do rozniecania ognia.
Utrzymywany w domu jako zwierzę domowe. 
Futro porzeczkowca jest niezwykle cenne z uwagi na wybitne walory estetyczne - mieni się od karmazynu po rubin. Futro zwierzę zrzuca co pół roku. Do zdejmowania futra służą mu rogowe wyrostki ukryte pod pachami i w pachwinach.
Żywi się liśćmi bumerangowca bezpowrotnego i odchodami kolcogłówki wyniosłej (mocz kolcogłówki jest silnie toksyczny, zawiera między innymi siarczki pirydoksyny. Kolcogłówki mają nerki w kształcie malin i każda banieczka produkuje inną substancję). W warunkach domowych porzeczkowiec żywi się także krwawicą, dzięki czemu jego futro nabiera barwy opalizującego w ciemnościach szmaragdu. Tak rozpoznaje się porzeczkowce domowe od wolnożyjących.

Ciekwostką jest to, że porzeczkowiec, w odróżnieniu od pozostałych ostrykodów, wymienia chwiejki, czyli zęby mleczne drugiej generacji na uzębienie półstałe w drugim roku życia, kiedy to przechodzi z pokarmu płynnego (mleko porzeczkowe matki) na pokarm  stały. Zęby w żuchwie wyrastają w dwóch rzędach, a w szczęce w jednym, tworząc wspólnie świetny układ tnący, wyspecjalizowany w odcinaniu kolców kolcogłówkom.  Wcześniej uważano że aparat tnący służy im do odcinania pędów kolokwii wyniosłej. Jednakże prof. A.D. Dedicow w kluczu do oznaczania flory i fauny błot Florydy zamieścił dowód, że pędy kolokwii odcina malinowiec błotny.

Porzeczkowiec krwisty w warunkach naturalnych występuje co trzeci południk, co związane jest z cyklicznością dobową. Populacje nie mieszają się ze sobą, co wzbudza szereg uzasadnionych nadziei na odkrycie syntetycznego hormonu, antagonisty felpeminy, która, jak wiadomo pełni kluczową rolę w procesie zasypiania.

Etologia - porzeczkowiec z natury jest zwierzęciem płochliwym, formy dzikie cechuje wysoki stopień antropofobii, ale po udomowieniu błyskawicznie zmienia się ona antropofilię. Zwierzęta mikrostadne. Grupie  przewodzi samica, której futro jest zbliżone do pasma podczerwieni, co wiąże się ściśle z  właściwościami termicznymi i wydaje się, że w tym kierunku przebiegają procesy ewolucyjne (Wild Science 2016, Evolution and subspecies 2014). Dlatego obserwuje się u gatunku zjawiska partenogenetyczne. Osobniki z pokoleń bezpłciowych mają 8n+2 chromosomów, co nasuwa przypuszczenie, że porzeczkowce są blisko spokrewnione z morskimi baklacjami. 


klik! Powiększ


Hosanna! Zdybałam takiego u siebie! Zobaczył mnie i przycupnął za kabaczkiem, udając niewiniątko. Dobrze, że zanim sięgnęłam po aparat, zdążyłąm schować kolcogłówki do kredensu, bo mogłaby być jatka. Luuuudzie, ani dnia spokoju! U Was też się zalęgły?


niedziela, 29 kwietnia 2018

(262) KOCIM PAZUREM: nie trzeba jechać do Peru, żeby mieć perskie dywany, czyli jak łatwo pozyskać gada

[z offu dochodzi pukanie w mikrofon przerywane zmiennie posapywaniem przeplatanym z ocieraniem się o kable z płynącym w nim strumieniem miziających elektronów, co ładuje atmosferę dodatnim ładunkiem, bo plus do minusa, te sprawy. Aż w końcu gładką taflę ciszy z tej strony ekranu rżnie głos...]


Halo? Słychać mię?!


[szur szur, mrrr, kkkrrrkkkk]


Atansją! Tu Lima. L I M A. Mówiem! 

Moja Matka Zastępcza jest zajęta, więc obejmuję dowództwo nad tym kawałkiem intehnetu. Thudno, nie trzeba było zostawiać otwahtego komputeha...
To ja może szybko napiszę, chociaż mi thochę thudno pukać w klawiatuhę, bo znowu uhosły mi paznokcie. Hybhydowe! A ponieważ ja się dobrze żywię w tym siedmiogwiazdkowym hotelu o inthygującej nazwie Skohpioland, więc to zhozumiałe, że mi wszystko ładnie hośnie. Dzięki czemu hasłem naszego domu jest hasło "Tu żywią i bhonią".  Bhonią to akuhat mowa o mnie, bo jestem świetnym sthóżem. Wystahczy, że śpię w wiathołapie i żaden obcy nie ma odwagi przekhoczyć phogu, zważając nawet tylko na moje gabahyty i ghoźny wygląd bultehieha. Ale o czym ja, aha. Przycina się, przycina te moje paznokcie, maniukiuhy hobi, a one spod spodu pyk!, wyłażą jak sztylety. Ja tam nie narzekam, bo spoko się takimi hybhydami orze krzesła, ale moja Matka tego chyba nie lubi. No nie wiem, mnie tam się podobają te krzesła tehaz. Takie thochę indiańskie, a thochę kowbojskie. Podobnoż fhędzle są ciągle w modzie i ja w tym domu jako jedyna staham się nadążać za modą. Oczywiście nikt tego nie docenia, banda skostniałych oldskuli!

No ale o czym to ja. Aha.

Mama przyszła do mię w czasie sjesty popołudniowej, hozkosznie przeciągniętej do hana dnia następnego, ze wzhokiem mętnym, z jednym okiem wywalonym na lewą sthonę, że to białe tak ładnie błyskało i już już miałam chęć skoczyć na to, bo przypominało mi bahdzo piłeczkę pingpongowa, ale whóciło na swoje miejsce, czyli niebieskim do przodu. A to już przygasza jakby zabawę, atmosfeha siada, hozumiecie. Popęd w dół, postawa nocnego sthóża, mahazm, nihilizm, phawie zgon, czyli stan konstans czy jakoś tak, z tendencją jakby zniżkową.

Matka najpiehw mię skrzyczała, to znaczy nie, że wokalnie, bo ona spojrzała tylko tym swoim krzywym okiem z błyskającym białkiem i powiedziała - oj Lima, Lima, jaki ty masz ghuby tyłek. A sami wiecie, a już szczególnie osobniki ze zdublowanym chhomosomem X, jak się odbieha takie uwagi. GHUBY TYŁEK. No nie. I to tylko dlatego, że wygniotłam thochę krzaczki lawendy, tak na amen, czyli dokonałam wielokhotnej deflohacji. Zdeflohowałam oghódek, uszczuplając go haptem o dwie do trzech lawend i połać skalniaków, któhe tak cieszyły to kaphawe oko mej Matki Zet. Ale moje ciało cieszyły bahdziej, o koci haju, jakie one były puszyste! Tehaz muszę namówić Matkę na powtóhny zakup tych dywanów, bo thochę ciągnie od klepiska i jeszcze się pochohuję.

Ale o czym ja, aha.

Matka po tych przydługawych dyghesjach na temat mej wagi pióhkowej i jej ponoć thagicznych konsekwencji dla oghodu i finansów (haha, dophawdy), przeszła do klu: łopocząc rzęsami, dosyć długo hozpływała się nad tym, jak to w sklepie zoologicznym trzymała w hęce i tu uwaga, bo pojawi się stek bzduh, mętnych dywagacji balansujących na poghaniczu zdhowego hozsądku, wahiacji emocjonalnych i taczka przesadnej puchatości. Otóż dowiedzieliśmy się bahdzo dokładnie, przez jakie to stany emocjonalne przepływała, gdy trzymała w hęce... DZIECKO GEKONA. Otóż miał być ponoć słodki, śliczny, mięciuchny, miał konsystencję żelka Haribo i tehaz uwaga, najlepsze - MIAŁ DELIKATNE, CUDNE HĄCZKI i cały był kochany, co wphawiło Matkę w stan uniesienia i hozdętej czułości. Jeszcze się nabawi odmy od tego i zemrze w kwiecie wieku.
Ołmajgad...

Tehaz widzicie, co się może stać z człowiekiem, kiedy trzyma w hęku ohizdnego jaszczuha. Jak można popadać w taką emfazę nad gadem? Thochę się obawiam,  że go tehaz przywlecze do Skohpiolandu i będzie hołubić jak zamohską księżniczkę, a wiadomo, że księżniczka jest tylko jedna - JA. Konkuhencję staham się dyskhetnie likwidować, w czym pomaga mój wydajny układ pokahmowy.

Muszę zmykać, bo Matka whaca, nie mówcie jej że pisałam, dobha? Jeszcze wrzucę zdjęcie, żebyście zobaczyli, w jakich skandalicznych wahunkach muszę tu spać. Spahta, jak phagnę zdhowia. I nie daj kociborze (kocibóh to takie kocie bóstwo, któhe hozdaje siedem do dziewięciu żyć, no ale to każdy gópek wie), że zmuszą mnie do odstąpienia od łoża na rzecz tego pahchatego gada!

No to pa! Idę deflohować oghódek! Wschodzące piwonie są takie kuszące! Meh!


PS
Jakby wasi szefowie mieli otwahty komputeh, to piszcie do mnie! Kotki i kocuhy, opanujmy intehnety! Chomiki, szynszyle, ptaszohy też mogą, w końcu co. Oghanicza nas tylko bhak przeciwstawnego kciuka! (Nie dotyczy węży, ale węże i tak nie są hozmowne). Hyby niech może dyktują migowym.


poniedziałek, 18 września 2017

(245) Zaraz wiosna!

     Juhu! A wiecie, że jeszcze trzy miesiące i dzień zacznie się wydłużać? I to ekspresowo! My już szybko odfajkowaliśmy pierwsze jesienne przeziębienia, a może i zaraz zrobimy Wigilię łączoną z Sylwestrem, żeby już mieć to za sobą i uniknąć tłumów w aptekach i sklepach, no i wyłącznie dla nas pozostanie czyste cieszenie się czekaniem na wiosnę. Calusieńkie dla nas, nietknięte brudnym zębem czasu i nierozprute wskazówkami zegara. Że też na to nie wpadłam wcześniej! Wszyscy będą biegać, uwijać się jak w ukropie z zakupami, prezentami dwunastoma daniami, a my spuścimy ze smyczy nasze życie, które położy się pod drzewem i wywalając mokry różowy jęzor będzie czekać na fiołki, upał i cień rzucany przez zielone listowie. Będziemy je klepać po brzuchu, a czekanie umilimy sobie od niechcenia szkołą, ale nieprzesadnie, herbatą z cytryną, będą koledzy, tenis i łucznictwo, a ja jednym okiem będę spozierać na to miłe bractwo, a drugim łypać w swoje litery i pasać teraźniejszość, aż nabierze wagi i kolorów.
      A gdy dzień nareszcie zacznie się wydłużać jak paznokieć, niezauważenie, z zawrotną prędkością mikrona na godzinę, nasze życie ruszy się spod lipy, otrzepie się radośnie, podskoczy może nawet, ale my będziemy się już trzymać krzepko w siodle, jak rasowi kowboje, którzy mogą z podniesionym czołem zniknąć w malinowej salaterce zachodzącego słońca.

     Po tym nader optymistycznym wtręcie, mam dla Was wieść cuchnącą odorem tragedii. Otóż nie mogę umyć okien. I nawet już nie z powodu wrodzonego lenistwa. Na parapecie łazienkowego okna siedzi bowiem bydlę. Wielkie, spasione i włochate. Stoi, macha halabardą i mówi - dalsze nielzja! Skandal. Wlepia we mnie te czarne niewinne oczęta i halabardą dłubie sobie w zębie, w którym utknęła czaszka ofiary. Nawet nienadgryziona. Spluwa kością udową jakiegoś nieszczęśnika, który kiedyś coś tam chciał zmajstrować przy oknie, ale już nawet najstarsi mieszkańcy domu nie pamiętają co to było... (halo, mamo! ....mamo!..... MAMO??)
- Czego? - pada z góry.
- Dzień dobry - poprawiam chusteczkę pod brodą i wycieram ręce w granatowy kitel z drelichu. Wbijam wzrok w swoje stopy ozute w obuwie marki ortopedki, w których macham swobodnie odkrytymi paluchami pod wielką kokardką - ja tu tylko sprzątam, czy można?
- Nie teraz! Nie widzi, że hamakuję?
- No... widzę, ale to chyba nie takie pilne? Może pan przesunąć nogę? Chociaż machnę tu szmatą, co? - zerkam na jego długie kończyny całkowicie pokryte bujnym owłosieniem. Brunet niefarbowany, myślę. Faceci się nie depilują, no ale, żeby włosy na stopach również? Hm. Może wtedy się cicho stąpa, albo nie trzeba już używać skarpetek - myślę sobie - albo nawet na butach przyoszczędzić. I już wiem, że sama zapuszczę włosy na stopach.
- Jak nie pilne? Bardzo pilne! Niech przyjdzie później!
- Yyy, jest 23.07, to kiedy?
- A nie wiem, później niech spróbuje. Koło niedzieli pewnie.
- W niedziele to ja mam wolne - próbuję wypertraktować jeden dzień wolnego.
- A kto latał w zeszłą niedzielę na miotle i omiatał pajęczyny, hę?
- No tak. Człowiek wyrywny, zamiast siedzieć i nakładać maseczkę na twarz, ma jakieś dziwne fantazje na temat porządku.
- No właśnie, to niezbyt normalne.
- Nie? Jak zaniecham, będzie tu śmietnik, muchy będą latać... - krzywię usta, jeden kącik spada mi na brodę.
- Przepraszam, a gdzie ja jestem?! - włochaty wstaje z hamaka i rozgląda się rozpaczliwie na boki- miałem wszelkie podstawy by tak mniemać!
- Yyy, muszę niestety zniweczyć pańskie nadzieje. Chociaż niedużo mi już brakuje, serio. Jeszcze ciut i czuję, że już osiągnę ten stan.
- Brawo, kobieto. Oby tak dalej. Chociaż, jak cię oglądałem w niedzielę, na czworakach, z wypiętymi we mnie pośladkami, to zwątpiłem już w ludzkość.
- Dziękuję. Dlatego pana nie zabiłam.

No i widzicie, nie mogę umyć tego okna, bo on tam ciągle siedzi i siedzi. I czeka na muchy. Na razie chyba żyje miłością i rosą z pajęczyny.

A my czekamy na wiosnę!




czwartek, 30 kwietnia 2015

(173) Leżąc w trawie

     Ciepło. Upał oblewa mnie jak złoty miód. Leżę w soczystym morzu chybotliwych traw. Wiatr mierzwi ich wierzchołki muskające niebo i chłoszcze nimi dupska puchatych chmur. Patrząc tuż znad powierzchni ziemi, wszystko ma inna perspektywę. Słychać jednostajne brzęczenie skrzydeł pszczół i muszek, które poruszając powietrzem, huśtają się na lince horyzontu. Dźwięki tak znane i sielskie, że uginają się pod nimi powieki. Dynamiczna cisza upleciona z odgłosów lata zawisa nad bezkresną oktawą traw. Nic nie muszę, donikąd się nie spieszę, po prostu leżę. Część mnie ulatnia się i unosi tuż nad łąką, część roztapia się i wsiąka w mięsistą ziemię. Wystrzelę pąkiem w mak, nakarmię wiechlinę. Tymczasem topię się w oceanie zieleni. 

fot. Ruud van Empel

     Przymykam oczy. Rozciągam się na ziemi tak, że wpełzam między każde źdźbło. Słońce przypieka brązową skórę, która staje się pod jego wpływem sucha, ściągnięta, ale pod spodem kryje pulsującą obietnicę spełnienia, esencjonalną wilgoć miąższu i życiodajne soki. Czuję przesuwające się po ciele lepkie spojrzenia dojrzałych kobiet i krótkie, wstydliwe zerkania młodych mężczyzn. Obchodzą mnie kołem, nie chcąc zakłócać intymnego procesu jednoczenia z naturą. Niekiedy ktoś podbiega do mnie bardzo blisko, na długość oddechu. Przesuwa nos tuż nad mym ciałem, prawie dotyka językiem, po czym odbiega odwołany damskim głosem. Patelniany skwar smaruje z bezzębnym cykaniem sprężynki w goleniach koników polnych.
      
     Po niebie przewalają się stada baranów, a ja leżę i pasę je. Pilnuję wężyka mrówek, słucham podziemnego źródła penetrującego wnętrza poliuretanowych rur. Nasłuchuję nurtu miejskiej Lete, w której mój kres. Ale to za chwilę, do pierwszego deszczu, może dwóch. Tymczasem patrzę w siebie, w bogate wnętrze możliwych wiązań. Rozwiązań chemicznych. Filozofii bytu. Skąd się tu wzięłam? Echem uderza we mnie odpowiedź bezkresnego kosmosu: z czarnej dupy.

     
    Tak pewnie rozmyśla kupa w miejskim parku, bo właściciele psów z pewnością nie myślą o niczym.


czwartek, 12 marca 2015

(168) Najpierw koronacja, potem defenestracja.

     Tak sobie siedzę i myślę, że z tą Wróżką Zębuszką to jakaś lipa.
    
     Wróżka wytrwale i systematycznie odwiedzała Mata, dopóty, dopóki nie wymienił uzębienia na stały garnitur. Po czym go rzuciła, oszacowując ich związek jako wysoce nielukratywny. 
    Mim, jeśli chodzi o braki w uzębieniu,  ruszył żwawo z kopyta, ale jakoś proces utknął w martwym punkcie. 
     Takoż byka za rogi wziął Małż.

- Zobacz, plomba mi wypadła. Hm. - rzecze ze zbolałą miną i wyciąga ku mnie trzęsącą się prawicę z  frapującą zawartością.

- Tobie nie wypadła plomba. Tobie cały ząb odpadł.- rejestruję na wysuniętej ku mnie dłoni coś na kształt archaicznego kaprolitu.- Tymczasem sprawdź pod poduszką, czy nie zmaterializowało się cudownym sposobem 20 złotych polskich. Może, choć nieznacznie, wzbogacimy się na tobie.

- Sprawdzałem. Nic mi nie dała, świnia.

Dziwne, A nasi synowie zarobili na tym interesie wspólnymi siłami O MATKO BOSKA CZĘSTOCHOWSKA circa 600 złotych! 

     Skąd taka szokująca kwota, Czytelnik zapyta. Przez głupotę. A potem już poszło. Skoro za pierwszy ząb zapłaciło się dwie dyszki, kolejne musiały również tyle kosztować.

     Mat bowiem strasznie przeżywał utratę każdego zęba. Bał się tego zlepka wapnia i fosforu jak duchów praprzodków i dostawał spazmów szaleństwa, kiedy ustrojstwo zaczynało się poruszać. Stan przedzawałowy nadchodził, gdy dziecię wkładało język między makabryczną szczelinę między wierzchołkiem zęba, a miękkim, słodkim i rozmemłanym nad wyraz czerwonokrwistym dziąsłem. Ząb wisiał na ostatniej niteczce, a Mat tracił język w gębie, bo musiał nim przytrzymywać trupa. Nie można się go było pozbyć ani prośbą, ani groźbą, a, żeby się nie zadusił nocą własnym zębem, musieliśmy się uciec do przekupstwa wysokim nominałem, który to nominał przynosiła w sakiewce cud wróżeczka. I niby człowiek się nie chce amerykanizować, ale jednak czegoś w tej kulturze słowiańskiej brak. I jest to jakaś efemeryczna dziwożona zębowa, albo stomatologiczna nimfa monetarna. Bardzo proszę miejscowych bajarzy i trubadurów o zbudowanie stosownej legendy, by można nią było zaszczepiać dziateczki, a jednocześnie hołdować tradycji wianków sobótkowych i  historii o kwiecie paproci.

     Jak światło kolejnych dni pokazało, Małż stracił całą koronę, ale już został koronowany ponownie, tym razem koroną porcelanową w cenie tysiąca stu dukatów. Małż z biegiem czasu nabiera wartości. Na pewno zapłaczę, gdy będą go zwracać matce ziemi.

     Tymczasem ja, nie zważając na pogodę, ciśnienie atmosferyczne i ćmiący ból w lewym oczodole, udałam się w siną dal, czyli uzupełnić dokumentację. Mocium panie na wezwanie. Aby podtrzymać obraz mojej osoby, jaki urząd zatrzymał pod powieką, tj. z lekka nierozgarniętej artystki, dodałam kolorytu czerni odzieży jaskrawozielonym obuwiem i takąż torebusią Desiqual. Jest to jedyna torebusia na przestrzeni dekady, która nabyłam jako dziewiczą nówkę. Dlatego się chwalę. Torebusia konweniuje szplinem i fiołem z obuwiem, do którego mam słabość, ale nie mam portfela.




(Zastanawiałam się jakie zdjęcie ma ilustrować niniejszy post. I pomyślałam, że ząb Małża nie zaspokoi pewnie Waszych żądz, a podarta koszula nie ma w sobie pozytywnego ładunku emocjonalnego. Postanowiłam więc go Wam dostarczyć pod postacią torebki. Stąd ta decyzja, a poniekąd nawet chwyt marketingowy, gdyż widząc torebkę i tytuł, pomyślicie, że oszalałam, wyrzucając ją przez okno, wdepniecie więc, a moje blogowe statystyki poszybują jak kondor w Andach.

No dobra, nie wiedziałam jak się pochwalić).


   Uznając, że sweter ze skórzanymi guzikami dziergany jest na tyle fikuśnie, że przyćmi korporacyjność czarnej koszuli, zdecydowałam się opuścić klepisko chałupy.
Tedy śmiało przekroczyłam gliniany próg i znalazłam się po drugiej stronie, gdzie kwitną krokusy w spalinie, a samochody rozjeżdżają gołębie i ich kupy. Niestetyż, nie sama. Za mną, w ten dziki świat, śmignęło coś zielonookiego i dało dyla. Z cichym miauknięciem radości Lima pocwałowała wzdłuż muru z zamiarem opuszczenia nas na wieki. Nie ze mną te numery, proszczaku! Chcesz nas zamordować poprzez wyłzowienie z rozpaczy! Z dzikim okrzykiem KICI KICI ŁAAA!, skoczyłam na nią skokiem iście tygrysim. Dopadłam ją, rozduszając w runie i upodabniając do zwierząt spoczywających przy kominku z rozdziawioną paszczą i wyprężonym na sztywno ogonem.
     
     Jeszcze w powietrzu poczułam, jak problematyczna koszula sama rozwiązuje moje tekstylne rozterki, drąc się rozdzierająco i wypuszczając moją lewą łopatkę i alabastrową pierś na wolność. Zniewolone do tej pory ciało, w dzikiej ekstazie błysnęło golizną, ale zaraz zostało otulone kotem i wróciło do ciemnej izby. Okutane w bluzkę w stylu crazy art, udałam się do jaskini lwa, konweniując już stylistycznie i wyrzucając koszulę do kontenera.
    O czym nie omieszkam donieść, jak tylko zarżnę tego lwa spinaczami biurowymi i nożykiem do korespondencji.

poniedziałek, 5 stycznia 2015

(158) Chciałam dobrze, a wyszło jak zwykle

     Zainspirowana kolejnym wybrykiem codzienności, przytoczę tu jego stenogram. Domowa ta apokaliptyczna scenka jest wyborną parabolą życia. Uważny czytelnik nie będzie miał najmniejszego problemu z odczytaniem jej ponadczasowości i przechadzać się będzie swobodnie po kładce rzuconej w poprzek gatunków.

    Jak wszem wiadomo, Gwiazdor w swym worze przyniósł Mimowi formikarium wraz z osprzętem. Droga jego była jednak długa i kręta, a u jej zarania widać smutną postać ludzkiego parobka Gwiazdora, który to parobek nie zastosowawszy się do mej prośby o celowe opóźnienie wysyłki, aż do, niemalże dedlajnu, czyli Wigilii, zapomniał o umowie i wysłał paczkę dwa tygodnie przed świętami. A co nagle, to po diable.
 Tymczasem tryby machiny zgrzytnęły, a ona sama ruszyła.

fot. Myrmekolog

    Pierwsze, co zrobiła królowa po przekroczeniu progu, to z wrażenia zniosła jajka. A tu wszystko w proszku, wyprawki brak. Formikarium było na razie tylko szklanym pojemnikiem zaklejonym taśmą klejącą. W woreczku żyłkowym żwirek. W drugim kamyczki. W trzecim igliwie sosnowe. Tak, pełna profeska. W pudełeczku pipetki, probóweczki, łopateczki, instrukcja obsługi i jedzenie. Wszystko w rozsypce, a tu już tymczasem, w probówce, pod lichą strzechą z waty, cud narodzin. Doglądałam ich zatem, robiąc nocną porą, kiedy to ludzkie dzieci w końcu usnęły, papkę dla mrówek, by z głodu i tęsknoty nie oddały duszyczek Matce Naturze. Wdrapywałam się na drabinę w celu ściągnięcia z pawlacza cennego pudełka z drobiazgiem, by nakarmić strudzone robotnice i spasłą królową, a tu jak z probóweczki nie chlusną inwektywy! Że po co ja im przeszkadzam, że tu się z gołym cycem siedzi, że w połogu, że spokoju nie ma w tej chacie, że nie dość, że wstrząsy, turbulencje, zimno i poniewierka, to jeszcze bezdomnym się spokój zakłóca i to w najintymniejszych momentach niewieściego życia! I za każdym razem wyrywały mi ręki korek z waty i pac! - zatykały otwór probówki. Zwiadowczynie jeszcze coś tam krzyczały raus, raus, kłując mnie halabardami w to delikatne miejsce pod paznokciem i mogłam się już oddalić. Karton jeszcze podrygiwał jakiś czas, z jego wnętrza dochodziło mlaskanie i odgłosy kotłowaniny, zakończone głośnym, unoszącym wieko, beknięciem, po czym wszystko się uspokajało i słychać było tylko kołysankę oraz ciche pomlaskiwanie potomstwa u piersi. Po jakimś czasie i te odgłosy milkły, a w pokoju zalegała błoga cisza.

     Nadszedł wreszcie czas, kiedy to zadzwonił mosiężny dzwoneczek, który rokrocznie zwiastuje nadejście Białobrodego. Zarówno Mim, jak i Mat orzekli, że prezenty, które dostali były najlepszymi w ich życiu. Mat przepadł bez wieści, oglądając swoje 250 kart sportowców, w tym dwie z autografami, a Mim pobieżył przygotować formikarium na przyjęcie domowników. Wysypał pedantycznie żwirek, poustawiał załączoną scenografię i zażądał zasiedlenia. Znowu ja. Z wytrząsanej w sposób wysoce brutalny i gwałtowny, probóweczki, wylał się pod moim adresem potok gróźb obelżywych i karalnych, a wśród zgiełku, na ich fali płynęła grubaśna królowa, jajeczka i robotnice w sile około 10 sztuk.
W instrukcji stało jak wół napisane, że zwiadowczynie mają rozpoznać teren i szybciorem wskazać królowej bezpieczną komnatę. Ku naszemu zaskoczeniu zwiadowczynie, widocznie analfabetki od stu pokoleń, stanęły skołowaciałe jak barany, a dzielna królowa samodzielnie podkasała krynoliny i chodu! Jako pierwsza weszła sobie do korytarza. Stanęła 3 cm od wejścia i tak została. Mrówki, uznawszy pewnie, że to tu jest kres ich wędrówki ludu, zaczęły znosić ziarenka piasku i odgradzać matkę od reszty świata. Królowa jednak tylko nabierała sił i jednostajnym krokiem powlokła swe ogromne cielsko do komnaty właściwej. A za nią reszta towarzystwa. I tu powiem coś, co zatrzęsie Waszymi posadami świata i encyklopedyczną, elementarną wręcz, wiedzą.
Otóż mówi się, ze mrówki, jako gatunek, są pracowite. I zadam temu kłam tu i teraz. Z tych kilkunastu mrówek z przychówkiem, całą robotę odwalały dwie. DWIE. Ziarenko po ziarenku tachały na plecach, przebiegając dziesiątki razy zawiłości korytarza i tylko one patrolowały teren. Reszta, jak bezwolne owce, siedziała po obu bokach królowej i trącała ją czułkami. Siedziały na plotach po prostu, gdy tymczasem dwie mrówki przytargały potomstwo, o którym paniusie zapomniały w popłochu i te same dwie latały jak opętane z rzeczonymi ziarenkami.
     Podobną sytuację zaobserwowałam w Palmiarni w Gliwicach (polecam!) Prezentowana jest tam bardzo pouczającą ekspozycja mrówek. Korytarze - szklane rury, biegły pomiędzy tropikalnym zielskiem, z punktu A do punktu B. Były to mrówki grzybiarki (liściarki), które ścinały liście (tu były przygotowane przez pracowników), niosły je do punktu B, gdzie stanowiły ściółkę dla grzybów, którymi mrówki się odżywiały. Mrówek były hordy! Ale ile pracowało? Tylko kilka procent! Reszta biegała wkoło nich w dzikim amoku, robiąc sztuczny tłum.  Bez liścia, raz w jedna, raz w drugą stronę. Leserki, ot co! Markowały robotę jak w starych dobrych peerelowskich czasach.

I teraz dopiero będzie clou, czyli tytułowa literacka parabola.

     Obserwowaliśmy sobie rodzinnie formikarium, gdy wtem u naszych stóp Lima zaczęła miauczeć i pokazywać nam swoje znalezisko.  Znaleziskiem była spasiona stonoga murowa, która była niemą bohaterką >>posta. Dzisiaj będzie nią również.
Wyrywając niemal od ust Limie jej stonogę (ostatnio wyrywałam ją Mimowi, muszę się chyba zbadać, co ja mam z tym wyrywaniem), postanowiłam być hojna i rzucić ją na arenę i na pożarcie mrówkom. Biedne mrówki, pomyślałam, nuda, panie, nuda, papka i miód w kółko. A niech zjedzą sobie coś świeżego, wręcz jeszcze żywego, niech zapolują.

I wpuściłam wielką stonogę do formikarium.

     Co to się zaczęło wyrabiać! Krzyki, piski, wskakiwanie na stół, cucenie omdlałej królowej! Stonoga bowiem bezbłędnie znalazła jedyne maleńkie wejście do gniazda (a mój plan zakładał, że rzeź nastąpi na piaskowej arenie) i pocwałowała bezpośrednio do komnaty. Rozgrzebała wejście, które DWIE robotnice zbudowały w pocie czułków, zrobiła totalna demolkę, tratując wyjące larwy, depcząc po jajach i rozduszając robotnice (pfff robotnice?!) na ściankach. Sapiąc i kwicząc pogalopowała penetrować inne tunele, by finalnie zamieszkać w najwyższej komnacie gościnnej. O matko i córko, popadając tam w stupor! Od razu spostrzegłam, że to samica. Wizja rozmnożenia się stonogi piętro wyżej napawała mnie paniką, oczami wyobraźni widziałam już, jak jej dzieci pożerają MOJE jajeczka i larwy.
Stonoga popadła więc w rzeczony stupor, mrówki po chwilowej panice, również. A my po drugiej stronie szybki rzucilim się przez morze ku lekturze. Z lektury dowiedzieliśmy się, że stonoga nie jest mięsożerna (uf), ale czasem jest kanibalistyczna (czy pozna, że mrówka to inny gatunek?), a odżywia się zmoczonymi wiórkami drzewnymi i butwiejącymi resztkami roślinnymi. Jako, że nie mieliśmy na stanie zbutwiałego mebla, poleciłam przytomnie Małżowi, by przyniósł rozmoczone drewienko ze ściółki kuwetowej Limy. Po chwili Małż pojawił się z czubatą michą kociego żwirku na zakrętce od kefiru. Na bogów, oby życia starczyło mojej stonodze na pożarcie tej fury wiktuałów!

     Stonoga niestety nie była głodna. Była za to spragniona przygody, a obudzona w środku, bądź co bądź, zimy, złakniona towarzystwa. Pocwałowała zatem radośnie jeszcze ze trzy razy do mrówek, poleżała na plecach i za każdym razem wracała do swego pokoiku na poddaszu. Postanowiłam babę nadziać na drucik (Małż przyniósł zwój kabla). Ale to włochaty drucik do wyrobu, nota bene, owadzich odnóży, który miał w posiadaniu Mim, było strzałem prawie w 10. Niestety, drucik nie chciał wyginać się w stronę, którą byśmy sobie życzyli. Pozostała więc wersja okrutna, którą stosowali różnej maści bezlitośni oprawcy. Świecenie w oczy! Poszukaliśmy zatem latarki i dawaj, po oczach stonodze. Teoretycznie powinna, franca, uciekać od światła, ale nie. Ta na plecki, leżaczek, okulary, filtry na ciało i drink z palemką! O nie! Zostawiliśmy ją więc w spokoju, by na zimno przeanalizować położenie i zaplanować desant.
     Po analizie danych, wylizaniu ran na morale, wyśmianiu przez rodzinę (rodzina! Ha!), zebrałam się w sobie i w samotności poszłam stanąć oko w oko z tym szatańskim pomiotem. Jako zdesperowana matka tego poronionego pomysłu z karmieniem mrówek, które o mały figiel nie przeobraziłoby się w karmienie stonogi mrówkami, przeszłam do rękoczynów i wytrzęsłam babę z domu! Odbiło się to na mrówkach (poprawiając opadłe na oczu chustki, chyba mnie już znienawidziły), ale stonoga wyszła, popędzana wiązką świetlną z obu stron - z jednej lampką, z drugiej latarką, a z trzeciej chłostana okrzykami znerwicowanych prawowitych mieszkanek.

     I tak pozbyliśmy się nieproszonego gościa. Mim zamknął ją w osobnym insektarium-izolatce, gdzie nazajutrz oddała ducha Matce Naturze, a może tylko wyschła z tęsknoty.

     I było Limie od ust odejmować i zmieniać bieg rzeczom?  Naginać prawo natury i rozduszać kontury świata? Zmieniać tor przeznaczenia? Gość w dom - Bóg w dom? Zapraszać i wyganiać? Przyjmować wilka w owczej skórze i samej sobie podkładać konia trojańskiego? Ileż paraleli się tu ulęgło! Tylko przebierać jak w ulęgałkach!

czwartek, 28 sierpnia 2014

(141) Znowu zoologicznie, za co przepraszam!

     Teraz każdą wolną chwilę poświęcamy na łapanie owadów do nowego domku. Dziękujemy Wam, Kaczko i Bebe za te spacery z nosem w trawie! Za te godziny spędzane w chaszczach, w których grasują tabuny kleszczy! Jak przyjemnie jest przedzierać się z lupą przez mokre, nadmaltańskie zarośla, pod czujnym okiem spokojnie kroczących spacerowiczów i bywalców parków linowych! 

     Rotacja mieszkańców insektarium Mima jest kilkugodzinna. Po przetrzepaniu kieszeni, spisaniu dowodów osobistych, wykonaniu zdjęć portretowych z profilu i an face oraz prześledzeniu drzewa genealogicznego do pierwotniaków włącznie, na bruk wyrzucono w kolejności alfabetycznej:
ćmy róznych gabarytów i gatunków, muchy domowe, muszki drosofilki, osy, pszczoły, stonogi, trzmiela i wija drewniaka.

Mieszkańcy potencjalni, tj tacy, których Mim z chęcią by przygarnął, ale niestety, mają wilczy bilet to:
-zaskroniec,
-ślimaki,
-myszy,
-ryby,
-tasiemce,
-żaby,
-ropuchy,
-pijawka,
-papuga, najlepiej gadająca żako,
-oraz zabłąkany diplodok (młody)

Akcja rozwijała się brawurowo:
Mim chciał świerszcza. Widział kto z Was świerszcza w mieście? Albo w ogóle czy ktoś widział? No właśnie. A Mim widział. W sklepie zoologicznym. Cóż było robić. Pojechaliśmy nabyć.  W sklepie były jedynie świerszcze karmowe i to w ilościach hurtowych. Matko jedyna, przecież nie kupię stada owadów do chaty! (chociaż przymierzam się do straszyków) Mim asertywnie prowadzi dialog ze sprzedawczynią i pyta trzeźwo, czy nie można by wyłowić z terrariów czyjegoś drugiego dania. Niestety, po terrariach węży biegały tylko zupy opakowane w białe gustowne futerko i długi różowy ogonek.
Tymczasem przy ladzie zaczęła się już tworzyć kolejka niby normalnych ludzi: trzymających w dłoniach wędki z barwionym piórkiem dla kota, z łypiącą na boki scyraną rybką w napompowanym worku foliowym, nogą kury dla psa (chyba suszoną), świńskim uchem pakowanym próżniowo oraz łopatką do kociej kupy. A my powoli dobijaliśmy targu nad pudełkiem. Licytowana nekropolia obejmowała 14 sztuk świerszczy w nienajlepszej formie, co tu kryć, powiedzmy szczerze - trupów-  oraz sześć osobników dychających. Ledwo, bo ledwo, ale jednak. Mim chciał od razu przesiedlać je ze zbiorowej mogiły do luksusowego pomieszczenia z moskitierą i izolatki z lupką, z którymi się nie rozstaje, ale wybiłam mu to z głowy, zapraszając go podstępnie na lody Grycanek. Mim, który ma fobię bakterii, podskoczył ni to z obrzydzenia ni to z pożądania i mogliśmy opuścić lokal, uiszczając opłatę z udzielonym nam 50% rabatem na sarkofag ze świerszczami.
Nadmienię tylko, że eskalacja fobii miała miejsce podczas uroczystej Wigilii. Mim, przepychając się przez tłumek kilkunastu osób, zgromadzonych przy śnieżnym obrusie i kolędach sączących się złotym pyłem z głośników, podszedł do cioci-babci i zapytał tubalnym głosem: Przepraszam, ale czy toaleta jest ZDEZYNFEKOWANA?

NO. 
Mim nie tknie nic, kiedy ja jego dłoniach są bakterie albo jady grzybów i węży.

Udaliśmy się do domu i dokonaliśmy introdukcji owadów do środowiska naturalnego. Środowisko naturalne, owszem, ale nie dla owadów hodowanych od pierdyliona pokoleń w plastikowych izolatkach. Świerszcze zarżały radośnie, ale unosiły nogi z obrzydzenia, że coś zielonego oplata się wokół ich ciał. Pełzały we wszystkie strony jak karaluchy i chciały włazić do chaty. Po chwili jakby doszło do nich, że oto są wolne i dzikie i powlokły się pod liście piwonii i w fugi w płytkach. Ach, ten zew hemolimfy, ta burza hormonów i atawistycznych zachowań! Ta kipiel dzikich genów! Ale jakoś chyba się ogarnęły i wieczory od tej pory mamy obłędne! Warto było wywalić 3,50 PLN w trawę!

     A wczoraj złapałam dla Mima wija drewniaka! Wypasiony, kilkucentymetrowy czyhał na mnie pod umywalką! Jako, że Mim biegał już po wiszących ogrodach Semiramidy i rozmawiał z muszlami i Markiem Kamińskim, odłowiłam go w kwikach do Insekten haus (tak, wstyd mi, ale on biegał tak szybko po moich rękach) i odłożyłam w chłodne i zacienione miejsce, czyli przy wannie. Rano przynoszę do łóżka Mima trofeum, które spoczywa nieruchomo na bocznej siatce i wlepia w nas czerwone spojrzenie małych oczu. Mim chwyta domek, ale wij odpada od ściany i z łoskotem pada na podłogę swej kwatery. Pada  i zastyga w pozie na wioślarza lub na robiącego brzuszki. Przy próbie reanimacji odpada mu jedna rączka. Wij nie zmienia pozycji. A więc to śmierć. Mim w płacz. Ja w konsternację. Mat do kuchni na śniadanie. Zieeew. Stoję tak w piżamce i słucham steku wyrzutów, jakoby Mim jakiś czas temu wypuścił tego lokatora na NASZE salony (dla przypomnienia jak wyglądał KLIK!), że żył sobie, nikomu nie wadząc, że spokojny był, że niehałaśliwy i nieuciążliwy, a tu nagle pojawiam się ja, wpycham go za kraty i podstępnie morduję po nocach. 
(Jezuniu, ile to dni z nim mieszkaliśmy, wertuję tylko mózg. Wychodzi mi, że prawie 3 miesiące! Nie dziwota, że go nie poznałam! Był już wielkości małego węża ogrodowego) To chyba rzuca jakiś cień na jakość porządków. Hm.

Dzisiaj nie będzie zdjęcia wijów, ani świerszczy, bo już były. Ale trzymajmy się nurtu zoologicznego, a nawet, idąc dalej i głębiej w ten animalistyczny las, entomologicznego. Będzie to bogata dokumentacja, jak życie po śmierci może być piękne!











po wnikliwych poszukiwaniach udało się spisać dane autora:
Magnus Muhr


     Bo ja taka jestem rozkojarzona i roztargniona. Co się dziwić, tyle przygód, a jeszcze rok szkolny za pasem ugniata pachwiny.
     Siedzę sobie ja, piszę ody do wija, a tu włazi do mnie Lima. Lima jakoś dziwnie pachnie. Stęchlizną, czy węglem. Czy tam czymś równie niemiłym. Kontroluję podogonie, miziam i wyjmuję kilka sfilcowanych kulek z kryzy. Franca się filcuje jak wełniany sweter uprany w 60C. Skubię, skubię, jem mizerię, jem mizerię, pukam, pukam, a swąd coraz większy jakby. Ze smrodem spada równocześnie poziom przejrzystości powietrza. Pędzę dostojnie do kuchni ruchem posuwistym jednostajnym, po czym stwierdzam, że owszem, nastawiłam obiad. Na kuchence wyłażą z siebie brokuły zamienione w zupę o gęstej konsystencji kremu, patelnia od dwóch godzin smaży nicość na 0%-owym niczym, generując kłęby gryzącego dymu a ziemniaki z zimna tłuką się po ścianach zimnego gara. Zadumałam się nad tym zdarzeniem i zjadłam w afekcie kolejną porcję mizerii. Z kołtunami Limy. Myślicie, że będę rzygać kłaczkami?

piątek, 28 lutego 2014

(114) Share Week 2014 i Święto Bezrobocia czyli raport spod mostu.

     Wchodzących tu w związku z Share Week 2014 Andrzeja Tucholskiego odsyłam ku końcowi posta, lojalnie uprzedzając, że przedzieranie się dziś przez mój zgorzkniały tekst grozi zaburzeniem elektryki neuronów. Ale jak już wpadliście, kliknijcie tutaj, by oddać głos na moje paraliterackie opowiadanie konkursowe.

***

     Jako, że do tradycji blogerskiej weszło pisanie postów rocznicowych, dziękczynnych i sławiących inne blogi, postanowiłam się przyłączyć do nurtu, bo pływanie pod prąd jest bardzo męczące. Co prawda wyrabiają się mięśnie, ale mózg jakby zanika. 

     Dzisiaj wielki dzień, 28 lutego, rok temu o tej porze abdykował papież Benedykt XVI. Recz równie wielka, co niespotykana. Jednakowoż zjawisko zostało przyćmione przez wydarzenie rangi międzygalaktycznej (teoria względności działa tu klasycznie), mianowicie wydalenie Małża z pracy po 17 latach poddańczej i galerniczej pracy. Takie czasy - mały przyrost naturalny, to i okrawanie etatów ostrym słowem prezesów. 

- Dostałem wymówienie z pracy, Małżowino. Hm.

- Ja tez mam dla Ciebie nowinę, Małżu. Powiększy nam się rodzina.

- Jezusie i Maryjko! W ciąży jesteś!

- Tak, za tydzień powiję kota.


I słowo stało się ciałem.

Wklejam Limę, bo zawsze podbija mi statystyki. Na fotografii - na łóżku Mima, padnięta po odrobaczaniu, nie z powodu narkoleptycznego działania żelu wtartego w kark, ale po szaleńczej zabawie, która musiałyśmy odbyć, by żel nie znalazł się w przewodzie pokarmowym. po godzinnej zabawie szczurem każdy by padł. Ja leżę pod łóżkiem i ssę kciuk.
Nadmieniam, że Małż nie wyrażał zgody na posiadanie żywego zwierzęcia, a nawet artykułował groźby karalne pod moim adresem. Moim i jakiegokolwiek zwierzęcia w promieniu murów domu. Że zamieszkamy - ja i potencjalne zwierzę, za murami i w fosie osady. No i bęc. Sprawdziło się, bo za chwilę pod mostem wylądujemy wszyscy. Jak to się zaczęło tutaj.

Małż składał podania chyba do wszystkich ogłoszeniodawców dostępnych serwisów. I tym na Gum, i tym na Pe. I na tablicy, tylko pod stołem jakoś nie. Jedynie Ikea pracuje rzetelnie, bo za każdym razem przynajmniej informuje, że CV doszło i że dziękują, ale że wybrali innego, lepszego na stanowisko sprzedawcy, wystawcy, dekoratora, pracownika marketingu, szefa, kierownika działu- niepotrzebne skreślić.
Z perspektywy roku mam jeno nachalnie nasuwający się wniosek. Po co było w tym kraju kończyć studia? Po staremu, dziennym trybem. Wykształcenie zdobywane w tak przyziemny i tradycyjny sposób przeszkadza tylko w znalezieniu pracy. Mam znajomego. Ona i on po zawodówce. Pracę mają ciągle. Ona rzuciła pracę w piekarni, bo ją mobbingowali (ha, te nocne zmiany) i bez problemu 24h później dostała pracę w barze sałatkowym. W dwójkę zarabiają tyle ile wynosi(ł) dochód mojej rodziny przez 3 miesiące. Oburzycie się pewnie - niech Małż idzie do takiej pracy! A tu zonk. Okazuje się, że Małż nie ma kwalifikacji do takich robót. Czytają jego CV i pukają się w głowę. Że pomyłka, że ma iść sobie stroić żarty do biur i urzędów. A nie zaburzać pracę porządnych ludzi. Doszło do tego, że Małż wysyłając CV do prac wymagających niższych kwalifikacji, ZATAJAŁ wyższe wykształcenie i jakieś bardziej wymyślne zajęcia ze swojego bujnego życiorysu. 

Żyjemy na krawędzi.

     Pytają mnie ludzie o Urząd Pracy. A ja im na to, owszem, coś słyszałam, owszem miał kontakt aż dwukrotnie. Instytucja UP jest fascynująca. Generalnie istnieje tylko dzięki widocznym kolejkom. Podejrzewam, że gmach leży na plecach bezrobotnych, jak kiedyś kula ziemska na żółwiu. Istnienie jej zależy chyba tylko i wyłącznie od nieruchawości bezrobocia.
Już od razu wiatr wiał nam w oczy sypiąc szczodrze piachem. W drodze do Urzędu Bezpracy celem zarejestrowania się jako haha bezrobotny, natknął się na patrol policji, który czyhał za zakrętem zamkniętej dla ruchu drogi. Akurat tego dnia, złośliwie, wyłączono ją z ruchu. I tu pierwszy raz Małż zobaczył ludzkie oblicze władzy. Nie, żeby wcześniej było nieludzkie, ale to było dziewicze spotkanie. Funkcjonariusz, dobry człowiek, tak się przejął sytuacją domową, że przepraszał, że nie może dać tylko pouczenia, bo jest kamerowany ze wszech stron, ale da mandat w wysokości 20zł, bo on coś tam pamięta, że był na bezrobociu 2 lata. Małż wysupłał 20 zł, które przeznaczył wcześniej na waciki i wręczył przepraszającej ręce władzy. Oboje sobie współczując, poszli kulać własne gnojne kule.
W związku z powyższym stawił się na egzekucji spóźniony o 4 minuty. 4 minuty to może niewiele, ale 4 minuty w trybach machiny to wyrzucenie poza nawias. Obowiązują wszak numerki, a Małżowy numerek przepadł, zresztą jak i wszystkie poprzednie numerki z żoną. Jakoś ubłagał o dopuszczenie go przed oczy biurwy i już po godzinie osiągnął zen. Biurwa przejrzała CV, wypełniła formularze, przybiła gwoździem pieczątkę, zagrała na klawiaturze smętnego walczyka i oznajmiła, że znalazł jedną ofertę pracy. Małż spojrzał i odparł, że już na tę ofertę odpowiedział kilka dni wcześniej i że był szybszy i bardziej rzutki.Pouczony, że to nie gra w rzutki i że ona tu rządzi, usłyszał, że więcej ofert nie ma, że musi szukać zgodnie z umiejętnościami i wykształceniem petenta i że poniżej możliwości nie może, pouczając, że nie trzeba było się aż tak edukować. Hm. za późno jakby, o jakieś 20 lat. Małż wstał zatem, zagwizdał na swojego dinozaura i wyszedł krusząc skamieniałe paprocie w okolicach pachwin. Następna wizyta za 3 miesiące. Sytuacja powtórzyła się o dziwo. Bo myśmy w swej naiwności myśleli, że skoro randevoux wyznaczone za tak długi okres, to panna poszuka rzetelniej, poszpera, wyłuska tak, by przy spotkaniu rzucić plik ofert u stóp. Niestetyż, o naiwni! Oferta sztuk jeden, znowu została wyłowiona na oczach Małża. No i pozostała przed nami ostatnia randka z panną, juz pożegnalna.
Oziębły związek z Urzędem Pracy dał nam nie tyle pracę, ile ubezpieczenie zdrowotne dla całej rodziny. A przydało się, bo okazało się, że moje ciśnienie wyrwało się z flegmatycznej homeostazy wzbijając się na poziom otyłego 70-latka, tj 170/110. leków nie wykupiłam, z racji niemania maniany. Postanowiłam złośliwie dostac udaru, by wycyckać choć trochę na leki. 


    Z czystej ciekawości prześledziliśmy warunki zapomogi socjalnej. I pomimo, że dochód nasz wynosi 670zł z UP, dofinansowanie z MOPRu tudzież MOPSu nam się nie należy, ponieważ mamy za duży metraż :)
W całej sytuacji trochę śmieszne a trochę straszne jest to, że tak, jak my możemy liczyć na starszyznę rodu w postaci schorowanych emerytów, tak nasi synowie nie będą mogli liczyć na nas, gdyż nasze emerytury naliczane będą po nowemu. OFE zjadło kaskę i beknęło nam w twarz. Obecnie moja emerytura waha się między 250 a 300zł, co i tak uważam za sukces, ponieważ brawurowo w wbrew zdrowemu rozsądkowi dałam państwu dwóch mądrych i dorodnych synów. Jestem w kropce wpajając im zasady moralne, poczucie uczciwości, namawiam do nauki, ukazuję historię Curie, Modrzejewskiej i Einsteina, ale wewnętrznie wiem, że lepiej, by byli dekarzem i malarzem, ewentualnie kucharzem i budowlańcem. A ci, jak na złość, średnia 5,5. I to obciążenie rodzinne wysokiego stopnia! Dla przypomnienia KLIK. Ręka boska ustrzegła mnie przed robieniem doktoratu!
W związku z powyższym jasne jest, że przed osiągnięciem kalendarzowego wieku emerytalnego należałoby w ten kaledarz uprzednio kopnąć. Albo nakierować Małża w odpowiednią stronę:


     W związku z powyższym składam serdeczne podziękowania osobom, bez których upiększylibyśy w czwórnasób gałęzie parkowych platanów, nestorom rodu: Maminie, Teściom, Cioci Ani z Gliwic, która zasila źródełko, cioci Reni, która zaprasza na wakacje do stolicy, cioci Dance, która daje skrzydełka kurczaków, włoszczyznę i złota rodowe. Cioci Uli z niewładną ręką, która przywiozła wuchtę pączków aż z Gniezna, wujkowi Jackowi po wszczepieniu endoprotez stawu kolanowego i biodrowego, który wraz z żoną po wylewie i sparaliżowaną prawostronnie (oboje magistry, jeden magister inżynier, o zgrozo!) odstąpili trzy nocki na stróżówce (musiałam zakupić buty Mimowi).

Generalnie i tak z boku wygląda, że oddajemy się tylko jednemu:



Zabrzmię teraz jak Robak na spowiedzi.

Dziękuję Ki_mie za cudne kolczyki, które przysłała mi z dobrego serca tylko dlatego, że mi się spodobały! W filcowych kulkach kumuluje się frustracja, złość i żal spływająca z oczodołów i głowy, potem wystarczy je wyprać (tu własnie trwi źródło optymizmu i tajemnica tego, jak radzić sobie ze stresem i nie skończyć w przytułku)

Dziękuję Mirabelce, która szuka pracy dla Małża, jak Camorra, z Warszawy i wspiera telefonicznie i czatowo, sama doznając wpływu ciśnienia 200/110.

Dziękuję Izabelce za zaopatrzenie nas na Święta w 2 tony zapraw i litry nalewek (mmmmmm- najlepsza na świecie aroniowa!) Izabelka złożyła dary w postaci buraczków, dyni, marynowanych grzybków i alkoholu, co zostało odnotowane zarówno w niebie, jak i w moim kajeciku.

Dzięuję Fidrygauce za sieciowe wsparcie i świetny kawał o hydrauliku! (hydraulik policzył sobie 500 zł za wymianę pieca. Oburzony klient mówi: Panie, ja jestem profesorem uniwersytetu i tyle dziennie nie zarabiam. Na co hydraulik: Ja też jak byłem, to tyle nie zarabiałem :))

Dzięuję Bebe za chęć sportretowania mojej rodziny i dobre słowo, Katachrezie za mądre posty i wproszenie się do mnie (wychodźcie z choróbsk!)

Dziękuję Newie i Inwentaryzacji Krotochwil za wspólne sprawy, poświęcony czas, zarwane nocki, naciągnięte mięśnie śmiechowe i odciągnięcie mych myśli w innym kierunku niż studzienka kanalizacyjna.

Jeśli kogoś pominęłam, proszę się upomnieć, ja mam niestetyż dziury w mózgu już.

***

A teraz nominacje.

Za najlepszych blogerów na jakich trafiłam (naprawdę nie można nominowac siebie? uh) uznaję:

Inwentaryzację Krotochwil z http://omnipotencja.blogspot.com/- skorpiońskie podejście do życia, tj błyskotliwość, cięte pióro, no, to po prostu trzeba zobaczyć.

Kaczkę z http://la-terra-del-pudding.blogspot.com/ - lapidarne, celne opisy życia codziennego.

Katachrezę  z http://dziennikfrazeologiczny.blogspot.com/- za umysł profesora zwyczajnego i odkrywanie rzeczy ważnych.

Wieprza z http://czarnypieprz.blogspot.com/ - Koryto zlewek literackich i popłuczyn inteligenckich mniam!

Generalnie mogę powiedzieć - nienawidzę Was, Dziewczyny, za te wielowarstwowe pokłady inteligencji, co oczywiście wypływa ze skrajnej zazdrości.

No, po rozliczeniu się ze światem mogę odłożyć łychę :) Do widzenia :)

czwartek, 28 listopada 2013

(104) Jaki fantastyczny dzień! Dajcie mi stryczek!

     Skoro łakniecie krwi, rzucamy się Wam z Małżem na pożarcie. 

     Ten dzień już w zarodku okazał się być zbukiem. Moje długie, atłasowe, muskające ciało i rozkosznie pieszczące mózg swym powolnym miodowym przelewaniem się się z jednej półkuli do drugiej, falujące zwoje snu, zostały brutalnie rozszarpane przez odgłosy torsji kota. Torsje były tak donośne, że myślałam najpierw, że któryś syn żegna się z kolacją. Ale nie. Odgłosy były nieludzkie. Od 5 rano biegaliśmy z Małżem za kotem, każdy zaprzężony do swojego wagonu szmat i cysterny detergentów. Akcje były trzy. Trwały przez godzinę z 15-minutowymi przerwami, na tyle długimi, by Małż zdążył się umyć, położyć i zasnąć. Taka egzotyczna tortura. A właśnie niedawno, w związku z ostatnią wymianą uprzejmości między nami, obmyślałam najgorszą i najbardziej okrutną torturę jaką człowiek mógłby wymyślić. Ludzie to jednak mają fantazję. Chińskie krzesła, hiszpańskie krawaty, spadająca kropla wody wprost na potylicę. Nuuuuuuuda. To dopiero tortura. I uciecha dla publiki, jak to sprytnie ktoś wymyślił, podnieca oko i ucho. :/


 Po naszych porannych ekscesach, Mim wstał rześko jak skowronek, usiadł na parapecie obok denatki i odezwał się yntelygentnie:

 - Ojcze, coś tu śmierdzi! Czy to twój DEZEMENTOZAUR?- po czym beznamiętnie, aczkolwiek kategorycznie rzucił w przestrzeń, że nie idzie dzisiaj do szkoły. 

- Synu, musisz. Dzisiaj jest ostatni dzień, w którym można przynosic kartony, z których będziecie robic maszynę rolniczą lub pociąg, by uczcić w ten niekonwencjonalny sposób jutrzejsze święto Patrona - Hipolita Cegielskiego.

- Jupi!!- Mim radośnie zeskoczył z parapetu na podłogę, wykonując popisowa woltę nad biurkiem. Jednak co karton, to karton w wychowywaniu dzieci! Ma siłę perswazji!

Za chwilę z łóżka wykulał się Mat. Mat idąc na 8 do szkoły jest budzony o 7.15, ale wstaje o 7.35. A więc dokulał się ze swojego pokoju, pokonując liczne pułapki w stylu Indiany Jonesa, wpadł w łuzę pod moją kołdrą i tu zapadł w poranny stupor. 

Przy śniadaniu kot wykonał kolejną arię solową z treścią (żoładkową), sorry, librettem.

A po południu było już tylko gorzej. Odmrożona na szybko ryba zaszokowała nas swoją wylewną konsystencją, a kapuśniak brakiem boczku. Teraz już wiem, że nie da się ugotować chudego kapuśniaku, rzecz to pewna.

Im dalej w las tym więcej drzew. Kolejnym punktem dnia, oczekiwanym od jakiegoś czasu był telefon z Ważnego Urzędu, dotyczący potencjalnej pracy Małża. Małż wypadł rewelacyjnie! Do Urzędu napłynęło około 100 CV.  Spełniających kryteria naboru było 35. Testy przeszło 19 osób. Do rozmowy kwalifikacyjnej zaproszono 9. Do ścisłej czołówki stojącej na pudle przeszły 3 osoby. W tym Małż. Brawo! Wspaniale! Poszło mu rewelacyjnie! Pracy nie dostał...

Dla przypomnienia perypetie pracowe, z podpiętym CV Małża tutaj

Idźmy dalej. Chcąc utulić kota, bo taki biedny, podniosłam go i łupnęło mi w kręgosłupie, w miejscu, z którym bardzo się nie lubimy. Tak, kota, no co, mam zmaltretowany kręgoslup, a kot w porównaniu z dachówką prezentuje się nastepująco:

Na fot. NIE siedzi żaden ze znajomych kotów ;)

No, zamarły Wam uśmiechy na ustach! A ja mam udźwig tylko 3kg...

Perypetie kręgosłupowe, równie wesołe jak całe nasze życie, można znaleźć na moim drugim blogu Kręgosłup Oralny - tak dla przypomnienia i reklamy, a co. (W ostatnim poście m.in. o śmiercionośnej roli bielizny). Cóż, będzie jak znalazł do projektu badawczego, może któraś z Was spełnia warunki? Możemy się dowlec razem ;) Dają darmowego fizjoterapeutę i plik zabiegów rehabilitacyjnych. Co prawda fizjoterapeuta na jeden raz, no ale zawsze:


Akademia Wychowania Fizycznego w Poznaniu poszukuje pacjentek z dyskopatią w odcinku lędźwiowym kręgosłupa do udziału w projekcie badawczym poświęconym leczeniu tej dysfunkcji. W zamian za udział w badaniu oferujemy darmową konsultację fizjoterapeutyczną oraz bezpłatną terapię opartą o wcześniej zebrane wyniki badań z najnowocześniejszej aparatury badawczej.
Potencjalne kandydatki powinny być w przedziale wiekowym do 20 do 55 lat oraz posiadać udokumentowane rozpoznanie dyskopatii (zdjęcie RTG lub MRI).


Małżowino, w takim razie Ty musisz się zając utrzymaniem rodziny, ja idę się powiesić.


-Małżu! Wiesz przecież, że siedzenie na krześle zabije mnie w ciągu 2 pierwszych godzin (niestety siedzenie faktycznie zabija mnie na raty, praca fizyczna tudzież. Ale nie cieszy mnie to, wręcz przeciwnie).

-No to idz do pracy leżącej!

Jedyne dwie posady, które mi przyszły na myśl, to wiadomo, co oraz praca modelki (pff) pozującej studentom ASP. Niestety, obie prace sprowadzają się do świecenia gołą pupą, a ja mam wrażliwy pęcherz i psychikę.
Ale nie, gdzie tam! Nie taki Małż hojny!

- Wiesz, kombajn do zbierania ogórków byłby dobry dla Ciebie. Tam się rwie ogórki na leżąco.

O_O

Pamiętacie jaki mieliśmy fantastyczny sposób na zarobek? Ile błyskotliwych pomysłów! W poście "Buty z kupy" aż iskrzyło spod kół!



   Są dobre aspekty tej nerwowo przeciągającej się sytuacji. W domu zostały zlikwidowane wszelkie usterki. Latem mieliśmy wypielęgnowany trawnik, jesienią mamy zagrabione do żywej ziemi, a ja mam śniadanie i kawę podaną do łóżka i nie muszę odprowadzać chłopców do szkoły. Prawie raj. Gdyby nie ta napięta jak gumka z gaci atmosfera.
Zaśpiewajmy więc razem! Stary, dobry song!

piątek, 6 września 2013

(86) trucizna dla kota i triumf Mima

   Udaliśmy się na zmotoryzowaną pielgrzymkę na macierzyste osiedle, z którym łączy nas jeszcze pępowina średnicy ciepłociągu. Punktów programu było kilka, od wydojenia mlekomatu (mmmmmm cudowne mleko prosto od krowy), poszerzenia kolekcji znaczków (lećcie na pocztę, sprzedają całe serie ze świata za jedyne 3,80 zeta), zakupu Acidolacu Junior w misiotabletkach [niezbędny Matowi po każdorazowym karkołomnym piciu samowolnie i jak dotąd bezkarnie z mojej strony (trzeba to zmienić i opracować zestaw kar, np łamanie kołem albo rozrywanie końmi) wody ze Stokroty albo Biedry - nie będę tu wspominać nazwy, bo może innym one nie szkodzą, a jeszcze producent by splajtowal. Podejrzewam zresztą, że jest nim pan Heniu spod szesnastki, który odziany w siateczkowy podkoszulek napełnia butle kranówą z kurka we własnej łazience, a kto wie, czy nawet nie w toalecie.] Kolejnym punktem był fryzjer, który od urodzenia ścina plerezę potomków formując na ich kształtnych głowach (po mamusi) szlachecką fryzurkę.
Punktem kulminacyjnym była wizyta u weterynarza, aczkolwiek bez potencjalnie najbardziej zainteresowanej, która została w domowych pieleszach zagryzając nudę czipsami Orijen o smaku sześciu ryb z rejonu Skandynawii.
Przetoczyliśmy się wąskim korytarzykiem do gabinetu całą trójcą. Te korytarzyki celowo takie wąskie budują, a gdy jest szerszy - zabudowują, żeby pacjenci nie pouciekali. Aby odciąć drogę ucieczki opiekunowie tworzą żywą zaporę, tudzież korek, kładąc się jeden na drugim i czopują światlo korytarza własnymi ciałami. Nawet wąż po kąpieli w oliwce Bambino  się nie prześliźnie. Tym razem mieliśmy jednak szczęście, bo nikogutko, nawet muchy. Chyba wygasły wszystkim ubezpieczenia albo stwory siedzą pod wanną; wiadomo- wrzesień miesiącem szczepień.
A my, tak dla odprężenia, wpadliśmy sobie do weta w lajtowej sprawie. Profilaktycznej. Mam nadzieję, że profilaktycznej. U ludzi trochę wstydliwej z natury, u zwierzat wręcz przeciwnie, odnoszę wrażenie. Wizyta pod roboczym kryptonimem ROBAKI. Nie podejrzewam Limy o jakieś rozbuchane życie wewnętrzne, no ale kto tam wie, co kot ma w środku. Brzuszek niby miękki i ciepły tak czy siak. Wydęty tak czy inaczej. Sądząc po kretyńskim zachowaniu mogę mieć jedynie obawy o ogniska bąblowca w mózgu. Nie poznasz, czy kot sam czy w towarzystwie.
Jak wiadomo trucizny kot do ust nie weźmie dobrowolnie. Trucizna może występować pod trzema postaciami: tabsa, pasty i no nie wiem, żelu, zolu, galaretki, w każdym bądź razie czegoś straszliwego ukrytego w pipetce.

Jak wiadomo, kotu można podać tabsa bezproblemowo góra raz w życiu. Potem pacjent kojarzy pewne niedogodności przy próbie wciskania ciała obcego w otwory (dobrze, gdy opiekun otworów nie pomyli) i lotnie wiąże podejrzanie dziwne zachowanie służby z nieprzyjemnościami towarzyskimi.

Otóż rzecz jest trywialna, wystarczy trzymać sie instrukcji aplikacji, dostępnej na każdym rogu netu:

1. Złap kota i trzymaj go mocno. Ułóż go sobie na kolanach, głowa kota na Twoim ramieniu, jakbyś karmił niemowlę z butelki. Pewnym głosem powiedz: "Dobry kotek".

2. Wrzuć kotu tabletkę do pyszczka.

3. Zdejmij kota z żyrandola, a pigułkę spod kanapy.

4. Powtórz instrukcje z punktu 1., tym razem przytrzymując przednie łapki kota lewą ręką, a tylne prawym ramieniem. Wciśnij kotu tabletkę do pyszczka używając prawego palca wskazującego.

5. Wyciągnij kota spod łóżka. Otwórz opakowanie i weź nową tabletkę. (Oprzyj się pokusie wzięcia nowego kota).

6. Ponownie powtórz instrukcje z punktu 1., z taką zmianą, że gdy już uda Ci się umieszczenie kota w pozycji niemowlęcej, usiądź na brzegu krzesła, pochyl się nisko nad kotem i używając prawej ręki otwórz kotu pyszczek podnosząc górną szczękę kciukiem i palcem wskazującym.

7. Szybko wrzuć tabletkę. Ponieważ Twoja głowa znajduje się na kolanach, nie będziesz widział, co robisz. W sumie nie ma różnicy.

8. Pozostaw kota wiszącego na zasłonach. Pozostaw tabletkę w swoich włosach.

9. Jeśli jesteś kobietą, porządnie się wypłacz. Jeśli jesteś mężczyzną, porządnie się wypłacz.

10. Teraz się opanuj. W końcu kto tu rządzi? Zlokalizuj kota i tabletkę.
Przyjmując pozycję z punktu 1., powiedz zdecydowanym głosem: "W końcu kto tu rządzi?" Otwórz kotu pyszczek, weź tabletkę i... ups!

11. Nie działa, prawda? Usiądź i pomyśl. Aha! Wszystko przez te pazury!

12. Wyjmij nową tabletkę z buteleczki. Obślinioną wyrzuć.

13. Złap kota, idź z nim do łazienki, zamknij drzwi, przygotuj duży ręcznik.

14. Usiądź na podłodze i owiń kota ręcznikiem tak, żeby wystawała tylko głowa. Włóż kotu tabletkę do pyszczka. Oderwij pazury tylnych łap kota od twojego ramienia.

15. Zdejmij kota z kabiny (nie wiedziałaś, że kot potrafi z miejsca skakać na wysokość 2 metrów, prawda?), owiń wokół niego ręcznik nieco mocniej, tak, aby łapki na pewno się nie wydostały.

16 Mocno trzymając pyszczek kota palcami, postaraj się go otworzyć i wrzucić tabletkę do środka. Szybko zamknij pyszczek (kota, nie swój).

17. Zostań na podłodze z zawiniętym w ręcznik kotem. Głaszcz go i przemawiaj czule przez co najmniej pół godziny - w tym czasie tabletka powinna się rozpuścić.

18. Rozwiń ręcznik i wypuść kota. Otwórz drzwi łazienki.

19. Przemyj swoje rany ciepłą wodą z mydłem, spróbuj zatamować krew, zabandażuj rany, uczesz się i znajdź sobie jakieś spokojne zajęcie na  najbliższe osiem godzin. Następnie powtórz wszystko od początku.


Na rozluźnienie filmik, na którym okoliczności przyrody sprowokowane przez inny stan ducha kota, ale generalnie efekt identyczny jak po probie aplikacji jakiegokolwiek leku, ba, witaminy nawet.



Można i tak:

 1. Weź kota na ręce, otocz go lewym ramieniem tak, jak się trzyma niemowlę. Umieść palec wskazujący i kciuk prawej ręki po obu stronach pyszczka i naciśnij, lekko trzymając tabletkę w pozostałych palcach prawej ręki. Gdy kot otworzy pysk, wpuść tabletkę, pozwól mu zamknąć pysk i przełknąć.

2. Podnieś tabletki z podłogi i wyciągnij kota spod tapczanu. Ponownie otocz kota lewym ramieniem i powtórz cały proces jeszcze raz.

3. Wyciągnij kota z sypialni i wyrzuć rozmemłaną tabletkę.

4. Wyjmij nową tabletkę z opakowania. Otocz kota lewym ramieniem, jednocześnie trzymając lewą ręką wierzgające tylne łapy. Rozewrzyj pysk kota i palcem wskazującym prawej ręki wepchnij tabletkę tak głęboko, jak się da. Przytrzymaj kotu zamknięty pysk i policz do dziesięciu.

5. Wyciągnij tabletkę z akwarium, a kota z garderoby. Zawołaj do pomocy żonę.

6. Przyduś kota do podłogi, klinując go kolanami, a jednocześnie trzymając wierzgające przednie i tylne łapy. Nie zwracaj uwagi na niskie, warczące odgłosy, wydawane w tym czasie przez kota. Niech żona przytrzyma jego głowę, jednocześnie wpychając mu drewnianą linijkę między zęby. Następnie wsuń tabletkę między rozwarte żeby i intensywnie pogłaszcz kota po gardle, co skłoni go do przełknięcia.

7. Rozpakuj następną tabletkę. Ściągnij kota z karniszy. Zanotuj sobie, żeby kupić nowe firanki. Pozbieraj kawałki porcelany z potłuczonej wazy, możesz je sobie posklejać później.

8. Owiń kota w ręcznik kąpielowy, a następnie niech żona położy się na kocie tak, aby spod jej pachy wystawała tylko jego głowa. Umieść tabletkę w środku plastikowej rurki do napojów. Przy pomocy ołówka otwórz kotu pysk i wcisnąwszy rurkę między rozwarte zęby, mocno wydmuchnij tabletkę do środka.

9. Sprawdź na opakowaniu, czy tabletki nie są szkodliwe dla ludzi. Wypij jedną butelkę piwa, żeby pozbyć się nieprzyjemnego smaku w ustach. Zabandażuj żonie ramię, a następnie przy pomocy wody z mydłem usuń plamy krwi z dywanu.

10. Przynieś kota z altanki sąsiada. Rozpakuj następną tabletkę. Przygotuj następną butelkę piwa. Umieść kota w drzwiczkach kredensu tak, żeby przez szczelinę wystawała mu tylko głowa. Rozewrzyj mu pysk łyżeczką od herbaty i za pomocą gumki recepturki strzel tabletką między rozwarte zęby.

11. Przynieś śrubokręt i przykręć wyrwane zawiasy z drzwiczek. Wypij piwo. Wydobądź butelkę wódki. Nalej do kieliszka, wypij. Przyłóż zimny kompres policzka i sprawdź, kiedy ostatnio byłeś szczepiony na tężec. Przemyj policzek wódką w celu zdezynfekowania rany i wypij kolejny kieliszek, aby ukoić ból. Podartą koszulę możesz już wyrzucić.

12. Zadzwoń po straż pożarną, żeby ściągnęli tego pieprzonego kota z drzewa. Przeproś sąsiada, który wjechał samochodem w płot, usiłując ominąć kota przebiegającego przez ulicę. Wyjmij z opakowania kolejną tabletkę.

13. Skrępuj drania za pomocą sznurka od bielizny, związując razem przednie i tylne łapy, a następnie przywiąż go do nogi od stołu. Weź grube, skórzane rękawice ogrodnicze. Wciśnij kotu tabletkę, popychając dużym kawałkiem polędwicy. Przytrzymaj głowę kota pionowo i wlej mu dwie szklanki wody wprost do gardła, żeby spłukać tabletkę.

14. Wypij pozostałą wódkę - możesz wprost z butelki. Pozwól żonie zawieźć się na pogotowie. Siedź spokojnie, żeby doktor mógł zszyć ci ramię i wyjąć resztki tabletki z oka. Po drodze do domu wstąp do sklepu meblowego i kup nowy stół.

15. Sprawdź, czy w pobliskim sklepie zoologicznym nie mają chomików. 

Zamiast troszkę uciążliwego tabsa można podawać wspomnianą pastę, z tym, że podobno trudniej doczyścić meble i odzież. Konieczna jest tez późniejsza kąpiel zbiorowa, zbiorowy karcher i terapia grupowa.

Po wnikliwej lekturze netu, jednak wersja z żelem wcieranym w kark wydaje się formą najmniej okrutną i najoszczędniejszą czasowo. Najmniej okrutną dla obsługi oczywiście, bo czymże jest fakt, że przez dwa kolejne dni będziemy ignorowani i sprowadzeni do rangi automatu na karmę i pracowników MPO, ponadto wprowadzony zostanie zakaz kontaktu cielesnego z poszkodowaną. Żadnych miziań, głasków, brania na kolana. wszelkie próby spoufalenia będą tłumione w zarodku przez jawne ich ignorowanie. Kara nabiera mocy z dniem aplikacji zawartości pipetki i nie ma sie co łudzic na zawiasy. Zsyłka totalna i bezmiar zgryzoty. Nie wiem, czy udźwigniemy duchowo ciężar kary. Nie wiem komu zostawić hasło do bloga w spadku. Ale czym to jest w porównaniu do potwornej tortury położenia 0,7ml bezwonnego żelu na skórze. Przecież to skrajna różnica temperatur, inna konsystencja no i samoświadomość, że się jest BRUDNYM i nie można się umyć, bo to jedyne miejsce niedostępne.

Podczas transakcji kupna-sprzedaży weterynaryjnego cudu w pipetce, Mat z Mimem przeczesywali wzrokiem okoliczne półeczki, nereczki, strzykawki, pudełeczka, narządka i ściany. Wzrok zawiódł ich na wąski korytarzyk i stamtąd już dochodziła ich burzliwa dyskusja na temat wieku psów i kotów i jak to się ma do wieku ludzi. Podczas, gdy ja ucinałam sobie miłą pogawędkę z panią doktor, do mych uszu tymczasem wkulaly się miękkie motki zachwytów Mima:

- Och, jaki piękny ma otwór! A zobacz te nózki, jakie kosmate. a jaki brzuszek, och słodziak! a ten jaki ma ogonek śmieszny ! Łoooooo, a zoba tego! Ale ma pazury! Ale kochane!

Wychodzę z gabinetu i co me oczy modre widzą? Wczepionego ze zgrozy pazurami w tynki i wrytego piętami w linoleum Mata oraz wijącego się w rozkosznych spazmach Mima, który wykonuje taniec świętego Wita wpatrzony z uwielbieniem w wielką tablicę poglądową przedstawiającą pasożyty wewnętrzne i zewnętrzne zwierząt domowych. W dodatku w 3D! I tak: Prężył swój odwłok opity kleszcz, uśmiechał się złowieszczo spod krzaczastych czułków komar, pchły tańczyły kanakana, a w górnym rzędzie jak w jeziorze łabędzim mknęły trzymając się pod rękę białe piekności - tasiemce w ośmiu smakach. Chyba coś równocześnie śpiewały, bo otwory gębowe były rozwarte na kształt litery O.
Mima nie można było odciagnąć pługiem od tablicy. Wpił sie w nią zachłannym wzrokiam zapaławszy do niej miłością pierwszą i czystą. Na nic tlumaczenie, że to tablica tylko dla lekarzy, dla pacjentów ku chwale i szczerzeniu nauk parazytologicznych. Nic. Jak cystą o ścianę.

- To ja się zapytam, czy pani doktor mi to da - z desperacją rzecze Mim.

- To pytaj, skoroś gieroj. Kto pyta, wielbłądzik.

Mimowi dość dwie słowie. Poszedł. A my włączamy nasłuch. Słychać pewną siebie i gładką jak gładź gipsową artykulację:

- Dzień dobry, to znowu ja. Czy nie przeszkadzam? Czy mógłbym się o coś zapytać? Czy ma pani może jakieś nalepki takie wyłupiaste jak te zwierzęta na plakacie?

I oto słychać jak pani weterynarz wstaje i kieruje swe kroki na zaplecze. Po chwili wypełnionej szelestami i westchnieniami tudzież nabożnymi szeptami, z gabinetu wychodzi wniebowzięty Mim i mija nas, rozpłaszczonych na linoleum, tuląc do piersi czule wielki plakat z pasożytami wewnętrznymi kota i tablicą poglądową o wpływie rodzaju karmy na dobrostan poszczególnytch organów wewnętrznych psa oraz jego samego z widocznym bogatym wnętrzem. W dodatku w 3D!

Proście, a będzie wam dane! Ot, co.

Kącik Mima z łupami weterynaryjnymi. Szkielet ludzki cieszy się z towarzystwa.
Rybka czuje się nieswojo...

Wyłupiasty pies w 3D!