Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mózgodzieła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą mózgodzieła. Pokaż wszystkie posty

sobota, 14 kwietnia 2018

(261) O kobiecie, która zawróciła bieg rzeki kijem

     Uliczka skręcała łagodnie w lewo i obniżała swój bieg płynnie jak koryto górskiego strumienia. Maleńkie domy zrośnięte wspólną ścianą z kamienia stłaczały się po obu stronach niewzruszenie, grzejąc swe blaszkowate grzybie daszki w popołudniowym upale i próbując oddać nagromadzone ciepło skostniałym murom przez spoiny wapiennych żył. Skóra domów  z wyprażonych na słońcu kamiennych łusek grzała w plecy mężczyzn siedzących na ławkach przed każdym wschodnim wejściem, zachodnia strona pozostawała w zziębniętym cieniu. Kocie łapy ławek wysuwały i chowały pazury, i mrucząc z lubością, prężyły grzbiety pod dłońmi gładzącymi ich poręcze.
Małe okna porośnięte otoczakami patrzyły na ulicę wzrokiem bazyliszka i mrugały trzecią, mleczną powieką tiulu. Zza powieki wylewały się na ulicę, łza po łzie, życia mieszkańców, zagłodzonej mikroflory miasteczka i spływały suchymi kanałami burzowymi, plotąc historię, od wieków taką samą. Gdy umierali, chowano ich w piżamach, bo szli przecież na wieczny spoczynek, a nie na bal. 
     Na końcu cichej uliczki siedział skryba, machał drutami i plótł z niej andruty, które upychał ciasno w bibliotece. Mieszkańcy karmili się własnymi opowieściami i rośli jak na drożdżach. Nie chcieli znać nikogo spoza miasteczka, bo i po co? Byli samowystarczalni. Gardzili ichnimi, bo gorsi, mieli w poważaniu miasta ze szkła i stali, kto to widział, panie, żeby mieszkać w akwarium. Zimą ubierali się w puchate kożuszki z pleśni wyhodowanej samodzielnie w winnej piwniczce, gdzie warzyli piwo, którego sami nie mogli wypić, więc wylewali ukradkiem do zlewu. W piwnicach pachniało stęchlizną, wszystkim odbijało się wczorajszym. W miasteczku wszystkie lustra pokazywały wypaczony obraz. Kobiety miały podkowiaste usta, których kąciki obciążały niebieskie kamienie uwiązane na sercu. Każdego ranka kobiety wymiatały spod łóżek łzy na szufelkę i wrzucały do kufra z wianem, posag jak malowany. Związywały ciasno warkocze, by nie pękły na pół, by nie pojawiła się rysa na twarzy, rozpadlina, przez którą widać co mają w środku. Dlatego ich ściśnięta skóra była pomarszczona i matowa.

     Ignis Altero pojawiła się nagle. Jechała po ulicy jak burza, a wiatr wydymał jej czerwony spinaker koszuli. Spod metalowych kół dwukolca pryskały iskry, które dzieciaki z piskiem opon mózgowych chwytały w słoiki i karmiły słomkami przez cały wieczór. Pruła w dół, wychylała się na zakrętach, szurając kolanem o ulicę i  wysuwając w bok kij, przesuwała go po sztachetach płotów, robiąc w końcu wiele hałasu o coś. Po ulicach niosło się głośne: trrrrrrrrr! Waliła w parapety, budząc mieszkańców, tłukła krzywe lustra. Kocie ławki w popłochu dawały drapaka, a mężczyźni, sięgając bruku, pocierali obolałe zadki i drapali się w porośnięte szczeciną głowy. Podmuch dwukolca wzbijał w powietrze kłęby kurzu i powodował przeciąg od jednej bramy miasta do drugiej. Ulice wymiotło do żywego.

     Ignis przyjechała, by zabić skrybę.

     Jadąc z powrotem, widziała uśmiechnięte, piękne kobiety ubrane w kwieciste sukienki. Stały w progach jasnych domów, niektóre siedziały na pustych skrzyniach. Poprawiały przycięte włosy, z wdziękiem wspierając bose stopy na obrośniętych kwiatami skalniakach z niebieskich kamieni inkrustowanych tu i ówdzie łzami skurczonymi do wielkości diamentu.

     Śmiech Ignis oprawiony w ramy błyskał teraz bielą w miejscu, gdzie kiedyś mieszkał skryba. W bibliotece uruchomiono nowoczesną tkalnię, a materiały, które tam wytwarzali mieszkańcy stały się cenionym towarem eksportowym. Wyburzono część pustostanów, dzięki czemu można było budować warsztaty, dziedzińce i parki. Do miasteczka przyjeżdżali kupcy i turyści z odległych szklanych miast i zawsze częstowani byli herbatą, bo jak wiadomo, herbata jest dobra na wszystko. :)


***

No, to taka opowiastka na dziś, obrazek, który zakwitł mi rano na tylnym płatku mózgowia. A mogło być w sumie gorzej, bo oto co grozi od machania piórem. Są jakieś dodatki za pracę w warunkach szkodliwych?



     Poszłabym do kina na jakiś piękny film. Albo obejrzała coś w necie. Coś lekkiego, pięknego, ale nie naiwnego i bronciepanieboze pretensjonalnego. I żeby nie kończyło się źle, bo trochę mi już żyłka się napręża z wysiłku. Coś relaksującego, prawdziwego. Istnieje w ogóle taka kompilacja dla dorosłego?
Chyba proszę o bajkę na dobranoc. Tak, to coś takiego, tylko target inny :) Polecicie coś na porost dobrych myśli?

PS
O, coś takiego jak "Frida" z Salmą H. To apropopo prawdziwych.

piątek, 8 września 2017

(243) Doba

      Ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano jest dziewicze, niesplątane przecinającymi się trajektoriami kroków, wolne od zderzeń cząstek masy, części ciał i plątaniny myśli. Powietrze jest jeszcze klarowne, bo wolne od piekących oczy dymków wypowiedzi.

Ranek sunie gładko łódeczkami godzin i wpływa w popołudnie, które, gęstsze od ranka, staje się brzemienne pęczniejącym pod sercem wieczorem.

     Kiedy wieczór dojrzeje, nabrzmiewa, a wtedy pęka przezroczysta błonka oddzielająca go od dnia. Wieczór rodzi się w ciszy, samotnie, gdzieś wysoko, oblewa świat skondensowaną czernią kosmosu i zaskakuje wrodzoną zdolnością przekształcania rzeczywistości. Stopniowo opadając na wszystko, rozmywa kształty, powoli i skutecznie rozpuszcza kreskę konturów, przez którą wylewa się podstawowa zawartość rzeczy i zdarzeń. Ich skrywane głęboko prawdziwe znaczenia uwalniają się i mieszają ze sobą, a łącząc się w sposób przypadkowy, nabierają nowych nieokreślonych jeszcze cech, które trzeba na nowo nazwać. W ciemności, po cichu, ich uwolnione wnętrza spotykają się, dotykając się najpierw nieśmiało, później coraz odważniej, przenikają się w różnych pozach i konfiguracjach, tworząc hybrydy życia. Ewolucja. Wieczór wlewa się w noc.

     Jestem Królową Nocy. Mam nad nią władzę. wydobywam z jej Enigmy sens złożonych struktur, ekstrahuję esencję z jestestw. Godzinami trawię gęstość ciała doskonale czarnego. Rozcieńczam, rozplątuję, wysnuwam z niego czarną nitkę i plotąc z niej pojedyncze litery tkam z nich wersy zdań, by wszystko stało się czytelne, gdy noc umrze o poranku. W moim okrągłym brzuchu nad kielichem ud następuje inwolucja minionych zdarzeń. Rodzę każdy ranek w bólu, krzyżuję na kolejnych kartkach ramiona gwiazd zarannych.

     A rankiem znowu wszystko leży równo poskładane w kostkę brukową, myśli uczesane w koński ogon posłusznie ciągną dorożki. Lusterkom kałuż odbija się niebo po upojnej nocy. Oddycha się na przestrzał, poruszając firankami, a kryształ powietrza dźwięczy czysto sercem dzwonu. Życie staje się pozornie prostsze, a przynajmniej rzadsze i nie zalepia porów skóry. Ranek odradza się lekkością bytu. 

     ...ranek nie jest jeszcze upleciony z oddechów ludzi. Rano znowu jest dziewicze...

     Dowodem na to, że to nie był sen, jesteś Ty, który właśnie nawijasz na własne uzwojenie ten upleciony ciąg liter moczących swe ogonki w kałamarzu czarnej dziury.





***

     No. To wiecie, Skorpiofani, co robię w nocy. Rok szkolny zaczął się kompletnie znienacka, zegarki zwariowały, dzwonią jak opętane w środku nocy, a ja martwą unoszę powiekę i z drżącą reanimuję kwiat młodzieży. Potem robię sobie dożylnie zastrzyk z kofeiny i bułeczki cynamonowej i w końcu budzę się. Nie wiem bowiem, czy wiecie, że ktoś u nas zamieszkał? Zauważyłam ją jakiś czas temu. Widzę tę postać, jak błyska siwizną za oknem, kiedy jest jeszcze ciemno i okna patrzą ciągle odbiciami do wewnątrz. Kłaniamy się sobie nieznacznie, uchylając lekko wydumane panamy zwieszające się jak nawis inflacyjny nad skrzydełkiem brwi. Chodzimy razem do łazienki, widzę ją jak się kąpie w mojej obecności, nie mając za grosz wstydu. Zauważyłam, że ze skroni spływają jej pierwsze siwe pasma dróżek mlecznych, a wokół oczu ma drobne zmarszczki. Skądś przecież znam ten odcień błękitu. Przecieram zaparowane lustro, a ona stoi przede mną naga. Mówię dzień dobry, również bezwstydnie przechylam na bok głowę, ona wykonuje taki sam grymas ust i spod przymkniętych powiek wypuszcza stado koników morskich. Przeciera ręką lustro by płynnym ruchem dłoni z powrotem nałożyć warstwę pary na zimna taflę. Dobrana z nas para. Trio właściwie. Cień, odbicie i ja. 

     A Wy jak tam żyjecie w tym deszczu i zgniliźnie jesiennej, która tak słodko chwyta zimnymi palcami za kostki i wyrywa nogi spod kołder już gdzieś w rejonie krzyża? 

    

piątek, 7 października 2016

(228) Noc i koty czyli jak się zostaje artystą

SEN (a może NOC, nie pamiętam)

Kiedy idę spać, sny do mnie przychodzą,
ze świerszczem jestem w jednym pokoju.
Tam nie ma żadnego spokoju.
Ptaki przez okno do mnie mówiły,
jak bardzo głodne kiedyś były.
Nagle wszystko ucichło...
a po drabinie wspina się kocisko.
Skacze, przenika przez okno i patrzy
na planety trzy.

Mim, lat 10.


To zadanie domowe z języka polskiego na 7.10.2016.
Zmodyfikowane przez autora, który nie chcąc pisać opowiadania wyznał (zełgał?), że woli poezję.
Wykonane o godzinie 21.30 dnia 6.06.2016.
Zaraz po angielskim.
I plastyce...
(Świat podwodny metodą frotażu). 

WTF?!

Najszybciej znalazłam odpowiedź na palące, z powodu późnej pory, pytanie: co to, do cholery, jest ten frotaż?!

     Kiedyś nie podziwiałam zbytnio cierpliwości matek. Błąd. Teraz nie dziwię się już, że matki zazwyczaj nie potrafią wprawnie posługiwać się kosą spalinową, toporem i szpadlem. To tylko dlatego w wilgotnych celach  jest jeszcze miejsce dla innych złoczyńców.



Hm. Będąc dokładnie w wieku Mima, czyli jakieś circa osiem lat temu, tworzyłam podobne poematy w zeszycie w trzy linie. Pamiętam początki dwóch z nich:

Połamały się kredeczki
naszej małej Kasineczki.
A Kasieńka krzyczy w głos:
- Mamo, mamo, ja chcę to!

Dalej nie pamiętam, za co Was nawet nie przepraszam, bo tego się zbytnio nie da czytać bez tików nerwowych. Było coś o awanturach przed witryną sklepową i o bajeczności kredek. Pewnie dzieło powstało pod wpływem tych chińskich, grubych, świecowych z pandą, pamiętacie je? Ołówkowe były z Misiem Uszatkiem.

Drugi wierszyk miał nośny tytuł "Januszek-Łakomczuszek" i pamiętam tylko, że Januszka ciągle bolał brzuszek. Wiersz był pełen empatii, a zakończon był brawurowo wiadomym morałem, co mnie dziwi, gdyż jestem dzieckiem systemu i jakoś nigdy nie umierałam z przejedzenia się kilogramem trufli czy szynki parmeńskiej, więc pisząc te słowa chyba nie podpierałam się kosturem empirii. 

Ale, pomińmy trywialność wierszyka, jego niezborność werbalną i sfokusujmy uwagę na metrum, rymach i takich tam różnościach, dzięki którym poemat wpada w ucho i nie jest nazbyt wstrętnym.

     Moje dzieci mają jakieś zadatki ku wygibasom językowym. Mat na prozaika (zaraz po sportowcu chemiku lub matematyku), Mim na białego poetę podróżnika. Tak, mili Państwo, tak to się zaczyna i to już. Co prawda Mim zawsze odgrażał się, że będzie niebieskim ptakiem i widzę, że fatum rodzinne w postaci obciążenia genetycznego nie jest jednak mitem.

     A tak liczyłam, że zostaną milionerami...


Po kliknięciu w obraz, ten czarodziejsko się powiększa.


     A wierszyk Mima w wydźwięku podobny jest do mojego, który znalazł się komentarzach u Eli Wasiuczyńskiej dawno dawno temu. Hasło: KOTY TO... Być może się powtarzam, ale co tam.

http://wasiuczynska.blogspot.com/2016/03/konkurs-kot-jaki-jest-kazdy-widzi.html#comment-form


 ***
Nad dachem mojego domu w Poznaniu
jest uśmiech kota jak księżyc w maju.
Wskazuje azymut na Mleczną Drogę,
w której kot czarny moczy swą nogę
i właśnie śni sen o lataniu :)

No i potem poszłooooooo:

 ***
Mówisz więc, że otrzesz się o mnie lekko jak muślin trącając neurony,
Wzburzysz ocean łóżka, dotykiem zbudzisz drzemiące pod skórą demony...
O zmroku z łuku mej skroni zliżesz problemy przebijające sklepienie.
A gdy się wtulisz we mnie, z mruczeniem wypełnisz mnie mlecznym ukojeniem.

Mówisz więc, że jesteś tylko kotem?



Powstały też inne kocie fikołki:



***
K  to spotkał choć raz czarnego kota
O  d razu myśli: mam kłopota!
T  edy spluwa szybko przez lewe ramię.
Y  ch!!! Pech! Splunął wprost w oko jakiejś damie!
TO  wyrok, klątwa, bo wpadł jej w oko! (Na szósty wers tu za wysoko).




 ***

-poKO TY TOmaszu
 co tam masz w kamaszu?
-Nie pokażę, bo nic nie mam!
-Dziura tylko, więc się nie łam,
dziura to jest nic!
  1. Dziurę mieć w skarpecie-
    za nią winię cię,
    ty paznokciu nieobcięty
    i jak pazur zawinięty!
    Koci pazurze!

    Teraz państwo wiecie
    czemu już na świecie
    nie ma żadnych kotów w butach,
    nie ma nawet ich w paputach!
    Wszystkie bose są!

    ........

    To oczywiście nieznana do dzisiaj dalsza część wierszyka Tuwima o kocie Tomaszu, w identycznym lubianym rytmie :)

    Miauczy kotek: miau!
    - Coś ty, kotku, miau?
    - Miałem ja miseczkę mleczka,
    Teraz pusta jest miseczka,
    A jeszcze bym chciał.

    Wzdycha kotek: o!
    - Co ci kotu, co?
    - Śniła mi się wielka rzeka,
    Wielka rzeka pełna mleka
    Aż po samo dno.

    Pisnął kotek: piii..
    - Pij, koteczku, pij !
    ..Skulił ogon, zmrużył ślipie,
    Śpi - i we śnie mleczko chlipie.
    Bo znów mu się śni.
  2.   I łamańce językowe:

 ***

  1. Pokotem leżą koty
    Potem im pocą się stopy.
    Po to te koty przedtem kopią
    By potem pachnieć potliwą wonią
    I gapiąc się kłapią w pyskach bronią. 
  2.  i medyczne diagnozy...
 ***
KOTYTOnia to choroba
na nią lekarstw każdych szkoda!
Nie wyleczysz się, przepadłeś
kiedy kotem ty zawładniesz!
(Wieeem, że tobą kot, niecnota!)
;)

Albowiem kot też ma miednicę.

niedziela, 26 czerwca 2016

(220) Co robią skrzaty w promocji? Oraz sesja i biżuteria!

     15 czerwca nie był pod żadnym względem dniem nadzwyczajnym. Nie było trzęsienia ziemi, bo ten fakt zanotowały sejsmografy w poniedziałek, wiadomo, najgorszy dzień tygodnia usiany zawałowcami i gęstym trupem.
   
    Dzień był niby słoneczny ale przydymiony, niby bezchmurny, ale grzmiący głosem piorunów. Ktoś miał rocznicę ślubu, ktoś tam komuś się urodził, ktoś świętował oblany egzamin albo dwie kreski na teście. Po dwóch tygodniach chyba już nikt nie pamięta, co tego dnia robił.

     Tymczasem, gdzieś w podziemiach matrasów i empików, zgraja pracowitych skrzatów ciągnęła za sobą dębowe skrzynie wypełnione czymś zielonym. Niestety, nie dolarami. I nie zużytymi chusteczkami higienicznymi, to akurat dobrze. Ale z tymi chusteczkami blisko, blisko, elementem zbioru wspólnego są wydzieliny głowy i celuloza.

- Jasny gwint, ale to ciężka rzecz, ta literatura! - zauważył pierwszy, wysupłując skołtunione bokobrody spomiędzy deszczułek skrzyni.

- Dokładnie!. A wszyscy gadają, że lekkie pióro! Że leciutko się czyta! Że poczucie humoru nic nie waży!

- Gówno prawda, ci powiem - spomiędzy wyplątanych bokobrodów zaraz za słowami wytrysnęła porcja gęstej śliny, lądując finalnie na ścianie katakumb księgarni. Zapadła cisza przerywana chrapliwymi oddechami o konsystencji bąka. Obaj skrzaci patrzyli leniwie jak ślina spływa po ścianie, zostawiając po sobie ślimaczy ślad.

- Wiesz. Ale podobno całkiem gładko się czyta - oczy osadzone nad bokobrodami śledziły tor plwociny aż do samej podłogi.

- A w dodatku ta blondyna z tego erotycznego autorskiego trójkąta schudła znacząco - między wąsem a brodą drugiego ukazał się mokry, różowy język podobny do jaszczurzego. Po chwili znikł w gąszczu zarostu wijąc się jak robak. Żółte ślepia błysnęły obleśnie w półmroku - wiesz, że ona latem nosi wyłącznie krótkie sukienki? I to bez niczego pod spodem?!

- Czasem dobrze być małym, co? Hehe! - spomiędzy splotów trzęsących się bokobrodów wysypały się okruchy starego gulaszu i rechot. Okruchy spadły na podłogę, a rechot wkręcił się głęboko w brudne ucho wąsacza. Ten pokręcił długim, żółtawym paznokciem w głębinach swej muszli, oblizał go ze smakiem i pomlaskując, sięgnął do skrzyni po książkę. Mokrym palcem przerzucił kilka kartek. - Ty, słuchaj, tu są nawet momenty! - dorzucił po chwili.

     Ukucnęli przy oplutej ścianie, ściskając w lepkich łapach książkę. Dwie pary oczu pełzały zachłannie po rzędach czarnych liter, a trzy ręce naprzemiennie gładziły najpierw śliską, sztywną okładkę, a potem wysuwający się spod zarostu wilgotny jęzor. Czwarta całkiem jawnie drapała goły pośladek. Pod bokobrodami powstało podciśnienie, powietrze zostało ze świstem wessane do płuc właściciela, który to, modulując głos, przeczytał, co następuje:  


"Odskoczył, uderzając plecami w drzwi. Te uchyliły się
nieco pod jego ciężarem. Stukułka, nie mając oparcia,
zsunął się po ich gładkiej powierzchni i upadł jak długi,
lądując głową między czyimiś korpulentnymi łydkami
stojącymi za progiem. Leżąc na wznak, przesunął wzrok wyżej,
na uda, skądinąd znajome. Nad nim, jak Statua Wolności,
stała Aldona Maieuskaus, dzierżąc we wzniesionej dłoni pogrzebacz, 
a w drugiej kajet. I Stukułka, patrząc na promienie okalające głowę Aldony
– a były to ołówki kopiowe, którymi wypełniała księgi w magistracie – 
doznał olśnienia i zobaczył wolność wiodącą lud na barykady.
– Aldono! Miłości mojego życia! Będziemy wolni! Ty i ja! 
Wydrzemy się z tych kleszczy wojny i pobiegniemy
ku jutrzence swobody. „Jest to najmądrzejsze posunięcie
 ze wszystkich, które uczyniłem.”, Stukułka był pewien, że czyni słusznie.
 „Lepiej będzie, gdy krew Aldony zamknięta w tak kształtnym ciele
nie zostanie przelana. Czymże jest poświęcenie dla ojczyzny?
Czyż lepiej będzie, że zginiemy tutaj, czy może damy sobie szansę
poza tym kotłem świata? Jeśli zginiemy w drodze,
cóż, taki zamysł Opatrzności. Ale dajmy sobie tę szansę.
Dajmy ją naszym nienarodzonym dzieciom!”
Po czym od razu przeszedł do czynu na skrzypiącej kozetce 
w drugim pokoju, zostawiając skonsternowaną,
przyścienną staruszkę samej sobie (jednakże czuł fizycznie
czyjeś oko świdrujące przez dziurkę od klucza
i prześlizgujące się po ich splecionych, nagich ciałach).
„Ljubow nie kartoszka – Dłużej gorąca, a i w towarzystwie lepiej smakuje”,
Stukułka, doszedłszy do tych życiowych eksperiencji, mlasnął
i zasnął na ciepłym biuście Aldony".*)


*) "Wędrówki i myśli porucznika Stukułki" wydawnictwo MG, premiera 15.06.2016


     Finalnie skrzaty zdołały dostarczyć książki do miejsca ich intymnych spotkań z Czytelnikami, gdzie, drodzy Czytacze możecie ją odnaleźć pod literką T jak Tyrmand Leopold. (Kaczce i Skorpionowi doniosły skrzynkę szampana, którego sączą mocząc odnóża w basenie (nie szpitalnym)).

     A jak to się zaczęło i jak to Kaczka i Skorpion wygrały konkurs, można doczytać tutaj:

http://booklips.pl/newsy/napisaly-najlepsze-zakonczenie-minipowiesci-tyrmanda-ich-tekst-ukaze-sie-w-ksiazce-razem-z-dzielem-autora/

i w skorpionim pamiętniczku tutaj:


Mat, jak uważasz, który profil jest mniej przykry dla oglądających?



No, ale książkę trochę też uchwyć, co?



Bez przesady!



O, idealnie. 



Dla wnikliwych - taaaak, mam profesjonalny pierścień :D



Wykonany na podstawie rysunku Newy, który jest zdjęciem profilowym Skorpiona na FB :



Cmok!
Wracam do basenu! A Wy czytajcie!


środa, 15 czerwca 2016

(219) Poranek

     Oj, bardzo lubię takie zadania literackie! Dobrze czuję się w poezji, w prozie poetyckiej. Na razie tak. A seksu wciąż nie ma :)


Twoje zadanie na dzisiaj

Dzisiaj będzie nieco przewrotnie. Na stronie Nonsensopedii (...) znalazłam taką wskazówkę na temat tego, jak napisać wiersz: 

„Po pierwsze – żadnych prostych zdań, niczego nie mów wprost. Jeżeli chodzi ci o to, że kanapka z serem jest spleśniała, lepiej napisać Ni to strawa, czy już porost, pokrywający chleb powszedni niczym ziemia nieboszczyka. Po drugie – mnóstwo metafor i porównań. Sens niewskazany, chyba nie chcesz, aby prozaiczni ludzie zrozumieli twe nasycone emocjami wiersze... (…) Po trzecie – dziel zdania enterem jak popadnie. Dzięki temu wydasz się niezmiernie natchniony”. (http://nonsensopedia.wikia.com/wiki/Poradnik:Ja..., online 20.05.2016) 


Dzisiaj zastosujesz się do tej wskazówki i napiszesz krótki tekst (może być wiersz, choć nie musi) o tym, że każdego dnia wstajesz rano, jesz śniadanie a potem idziesz do pracy. I tyle. 



Słońce wysuwa się asem z rękawa horyzontu
po raz sto sześćdziesiąty siódmy tego roku, tym razem pogodny.
Nie kantuje.
Promienie pełzną po pierzastych górach
w pachnącą chemicznie łączkę z ekologicznej bawełny
sieją zamęt i ziarno prawdy
genetycznie modyfikowane
mleko
w kubku z głuchym uchem.
Z górskich dolin zmartwychwstaję,  oblewam ziemistą cerę rumieńcem,
by kwitnąć o poranku wzbudzanym cyklicznie życiem.
Orzę stopami włochaty dywan, ciągnę lemiesz rytuałów,
kroję plony
androny
andruty prawd
maślane.
Mam ochotę na gruszkę z wierzby z parmezanem.
Zasadzę.
Przesadzam.
Urośnie arialem do wysokości dwunastu pikseli.


piątek, 10 czerwca 2016

(218) Włos



Twoje zadanie na dzisiaj

Napisz krótki artykuł poradnikowy „Jak podzielić włos na czworo (i po co to robić)?”.

     Tak, jak do brydża, tak i do dzielenia włosa potrzebnych jest czworo ludzi. Nie ma przy tym żadnego znaczenia, czy ludzie ci darzą się sympatią. Nawet, gdyby jakimś cudem lubili się przed podziałem, to możemy być pewni, że po podziale już nie będą. Dlaczego? Z prostej przyczyny - podział taki jest z założenia niesprawiedliwy, a człowiek jako istota o wysublimowanym i wyśrubowanym poczuciu sprawiedliwości, z miejsca wychwyci nawet subtelne drgania w tej materii. 

Pójdźmy dalej: osoba, która zostanie obdarowana nasadą włosa z cebulką, będzie wzbudzała zazdrość osób, które otrzymają dwa dalsze, zwyczajne odcinki. Mieć cebulkę, to jakby mieć wędkę i krowę dojną jednocześnie. Można sobie hodować włos choćby metrowej długości.
Ten, kto dostanie końcówkę - zszarganą farbowaniem, a, nie daj bóg, rozdwojoną, będzie miał słuszne pretensje do pozostałej trójki.
A to nie koniec darcia pierza! Jesteśmy o włos od wojny! Wiadomym jest bowiem, że lokowaci chcą mieć włosy proste, a prostowłosi kręcone. Niesprawiedliwość i tu zagląda nam w oko. Włosa kręconego w jednostce długości jest więcej niż włosa prostego i to kolejny powód do kłótni. Włos blondyna jest cieńszy od włosa bruneta i znowu powstają niesnaski, bo blond pukli wchodzi więcej wagowo. 
Tak czy owak, ciągle źle.
Dlatego nie dzielmy włosa na czworo. Zagrajmy w brydża!



wtorek, 7 czerwca 2016

(217) Kurza twarz!

Twoje zadanie na dzisiaj

Napisz krótki tekst zaczynający się od zdań: „Ostatni wagon przeleciał z hukiem. Wybiegliśmy na tory”. (Wilk 2014: 7) 

- Kurza twarz, Żorżyk, co to było?! Widziałeś to?! - Kurakao poczochrał się po rozwichrzonej piersi, przeskakując z emocji z jednego podkładu kolejowego na drugi.

- Nooo. Ojapitolę - Żorżyk flegmatycznie przewrócił oczami  - ten pociąg dosłownie frunął w powietrzu. Nigdy czegoś takiego nie widziałem.

- Nie dziwota, w środku były same niebieskie ptaki, widziałeś je? Smukłe, błękitne skrzydła unosiły tę kupę żelastwa w powietrzu jak piórko - Kurakao, wciąż nerwowo podskakując, poczerwieniał na podgardlu - normalnie czary! 

- Ale, że co? - Żorżyk nie zadążał - Usiłujesz powiedzieć, że to, co przed chwilą rozmazało nam  w pędzie krajobraz, to latający pociąg?

- No jasne, że latający! Napędzany niebieskimi migdałami z gardeł tych niebieskich ptaków. Przecież to jasne jak słońce - piał w zachwycie Kurakao. 

Żorżyk wdrożył awaryjny tryb myślenia, który odmalował się na jego ptasiej twarzy wyrazem posępnego zasępienia.
- Kuraś, kurzy móżdżku, to chyba jednak nie bardzo możliwe- odrzekł po chwili. - Wytłumacz mi taką rzecz - dlaczego zatem, kiedy wypadaliśmy z tego towarowego, nie unieśliśmy się w powietrzu z naszą klatką ani na milimetr? Hę? Machaliśmy skrzydłami jak szaleńcy i nic, kurza morda, nic! Nie unieśliśmy się ani na moment, nie licząc momentu pędu pociągu. Ani my, ani nasza klatka.

- Ko-ko-ko-KORWA, faktycznie, brachu. On nie mógł lecieć, no ja piórkuję! Omamy mam. - W oczach Kurakao pojawiła się nuta szaleństwa (dwukreślne C), a może to tylko wirus ptasiej grypy. - Chodź na glebę, Żorżyk, czuję, że muszę zalać robaka.


środa, 1 czerwca 2016

(215) Podjęcie wyzwania - prolog

Już cisza. 

Można poluzować pancerz i mięśnie.
Można usiąść przy stole i zacząć płakać.
To już nie jest płacz skrzywdzonej sierotki.
To łzy buntu i wściekłości. Takie, które nie wypłukują fundamentów.
To łzy, które tworzą w zmarszczkach cement i budują skorupę chroniącą delikatną zawartość.   

Wstaje i już wie, że da radę.
Kolejny raz i kolejny.
Podejmuje wyzwanie. Zawsze, gdy jej na czymś zależy. Nigdy nie pasuje całkowicie.
Bywa, że odkłada walkę na później, dojrzewa, zbiera siły.
Ma chwilowe załamania, owszem, ale zawsze podnosi się silniejsza.
I zawsze coś potem rodzi.
Choćby litery.
Choćby samą siebie. 

Taki feniks dnia powszedniego. 




poniedziałek, 30 maja 2016

(213) Złote myśli Skorpiona o pisarzach


Ćwiczenie - rozgrzewka 0.4
Pisarz to…

Kim jest pisarz? Stwórz przynajmniej pięć definicji pisarza. Pozwól sobie, aby każda kolejna była coraz bardziej „od czapy".



Achtung, rzucam pod Wasze stopy garść pereł, które właśnie utoczyłam w swojej perłowej macicy: 


Pisarz to ktoś, kto używając 10% talentu i 90% harówki, składa litery przez rok, by ktoś inny rozłożył je w dwa dni. 


Pisarz jest jak układ pokarmowy świata. Pobiera z zewnątrz, przetwarza, buduje, a niestrawne resztki wydala. Gorzej, gdy cierpi na niestrawność. Albo gdy wyłącznie wydala.


Pisarz jest jak transformator. Przetwarza napięcie. 


Nie poznasz, kto pisze, a kto nie. Pisarze wyglądają całkiem normalnie, bestie świetnie się maskują! 


To co wypływa na kartkę, to tylko kropla z tego, co wypił pisarz :)



Teraz możecie sprać mnie po pysku! Albo postawić pomnik. Historia oceni :)



niedziela, 29 maja 2016

(212) Rycz mała rycz

     Dziś znowu będę ohizdna, dotrzymując danego słowa o codziennym, bezlitosnym katowaniu Was postami. 
     Pora więc na rozgrzewkę trzecią, a tak naprawdę pierwszą. Będzie to bajeczka w ząbek rymowana o tym, jak to trzeba wskakiwać na falę zdarzeń w odpowiednim momencie, jak się nie dać zwieść (chociaż uwieść już tak), będzie też o największej tajemnicy amerykańskiego multimiliardera, a najbardziej o tym, że nie ma co liczyć na magię w życiu, lecz trzeba raczej wziąć się do roboty.


Ćwiczenie - rozgrzewka 0.1
Co jest potrzebne do tego, by zostać autorem tekstów? Jaki magiczny przedmiot rodem z baśni jest potrzebny, aby zacząć pisać? Różdżka, eliksir?

Opisz wybraną rzecz i sposób jej działania. Następnie zdradź nam, w jaki sposób zdobywasz dany przedmiot i w jaki sposób wpływa on na Twoje pisanie.


Usiadło dziewczę nad brzegiem potoku
jak trzcina na wietrze wiotka,
a łza się dziewczynie pojawia w oku,
bo myśli: Com za idiotka!

Miałam ja chęci jak stąd do Bałtyku
oraz talentów też kilka.
Teraz kłopotów na głowie bez liku.
Mówcie mi zatem: Debilka!

Znalazła bowiem lampkę nad wodą-
taką zwyczajną, biurkową;
a mąż jej mówi, dizajner jeden:
Kup sobie lepiej już nową!

Lampa, choć sprawna, urodą nie grzesząc
znalazła się w domu sąsiadki.
Jak?! Bo w szlachetność mężowską wierząc,
nie wierzy się w losu przypadki.

Nie przez przypadek małżonek i lampa
znaleźli wspólnie sąsiadkę-
kierował wszak nimi wnuk pana Trumpa,
co w lampie kiblował odsiadkę!

Wnuk zaś po dziadku dziedziczył fortunę
i kilka magicznych sztuczek:
prócz czarów potrafił też jeszcze jedno-
zamieniać życie w dom uciech.

Ach, jakam głupia - żali się dziewczę
siedząc na rzecznej skarpie -
mogłam pieczenie wszak obie upiec,
a teraz zginę tu marnie.

Dziewczyna chciała być sławną pisarką-
miała i talent, i chęci,
lecz przegapiła swój moment życia,
czekając chyba na księcia.

Teraz kto inny opływa w luksusy
i gra sobie z Dżinnem w Piotrusia.
Kto inny od życia odcina bonusy.
Siedź więc tu dziewczę jak trusia!

Dziś morał z wierszyka można wycisnąć,
talenty i chęci pomierzyć.
Magiczne może być prawie wszystko
lecz trzeba w siebie uwierzyć!



sobota, 28 maja 2016

(211) Rozwodzę się! Werbalnie - na temat fauny i flory.

Dzisiaj druga wprawka przed kursem, który ruszy 1 czerwca. 


Można się jeszcze zapisać, ostatnia szansa!

Rozbujajmy zatem ponownie mięśnie Kogla mogla!

Ćwiczenie - rozgrzewka 0.3
Kot ministra jest…

Właśnie, jaki jest kot ministra? Wypisz 5-10 cech kota ministra. Uwaga, wszystkie muszą się zaczynać na literę W!

Następnie napisz krótki tekst (do 10 zdań) pt.: „Zwykły dzień kota ministra”.


    Zofia Nachojska cierpiała na zaawansowaną bakteriofobię, co znacznie utrudniało jej życie, także to zawodowe. Już sama myśl, że mogłaby dotknąć czegoś gołą ręką, czegoś, o zgrozo!, nieczystego, wielkiego i włochatego, indukowała u niej tak silny atak lękowy, że najchętniej weszłaby do lodówki i poddała się w niej hibernacji na osiem godzin dniówki. Pomyślała o tych wszystkich zakamarkach, gdzie TO może się kryć - wąsate, wynaturzone wypierdki wydry, albo woniejące kupki wągrzastego naskórka, które doprowadzały ją do palpitacji serca. Nie, tak nie można żyć, tak się nie da pracować, a przecież to Ministerstwo! 
     
     W gabinecie ministra to już  w ogóle stajnia Augiasza. Dobrze, że minister nie pozwala wchodzić do niego nikomu, nawet jej, bo marnie by się to dla nas obojga skończyło! Minister słynie ze swoich wstrętnych szwindli, w szufladach chowa pliki podrobionych dokumentów, sprowadza do pokoju panie z zaskakującymi wybrykami wenerycznymi, płaci im brudnymi pieniędzmi oraz, czyn haniebny, używa nieodpowiedniej wody toaletowej, która nawet nie udaje, że maskuje zapach jego wstrętnego potu. A wszystko to, po atomie, opada na podłogę, zostaje omotane woalką kurzu i uformowane w postać wielkiego kurzowego kota, który myśli powyższe, siedząc pod reprezentacyjnym biurkiem ministra. 
Kot zaciera swoje brudne nibyłapy, bo wie, że Zofia Nachojska nigdy tu nie wejdzie, a on będzie tu tkwił jak dzisiaj, tak jutro czy pojutrze i każdego następnego, zwykłego dnia; i będzie rósł i obrastał w nowe ingrediencje.

     I nie byłoby w tej historii nic dziwnego, gdyby nie to, że Zofia Nachojska jest ministerialną sprzątaczką...


Wokabularzyk:
włochaty, wielki, wągrzasty, woalka kurzu, wypierdek wydry, wąsaty, woniejący, wynaturzony, wybryki weneryczne, wstrętny


***

Ale co tam szczebel ministerialny.
My tu to dopiero mamy problemy!

     Od kilku dni w dziurkę w futrynie, w która zachodzą bolce przy zamykaniu balkonu wchodzi pszczoła. Pszczoła prędzej sama zaszła z trutniem i mości tam sobie gniazdo, gdyż jest to pszczoła murarka najpewniej, samotnica, a nie społecznica, dlatego się tak intymnie izoluje. Niemniej poszła na łatwiznę, wybierając sobie taki ładny, gotowy otwór. 

W związku z tym wprowadzamy pewne reguły postępowania, dla nas nowe i ożywcze.
Już od rana z pokoju chłopców dobiega gromki głos Mima:

- No chodźcie tu, pszczoła chce wlecieć, a balkon zamknięty! 

- Prosz - jako odźwierna sprawdzam się doskonale.

- O znowu włazi!

- Niech włazi.

- Ale młode się nam urodzą w drzwiach! - Mimem targa niezdecydowanie.

- No to zamknij drzwi.

- A jak zniosła już tam jajko?!

- To nie zamykaj.

- Ale jak nie zamknę, to wleci, naznosi i urodzi się cały rój!

- Zamknij więc.

- Wtedy będzie z żałości kołować przy otworze!

I tak w kółko, doprawdy nie wiem co z tym fantem. 


     Ponadto mamy problem z mrówkami. Tak znowu. Opisana >> TU historia ma swój ciąg dalszy Rodzina mrówek, które Mim dostał pod choinkę ma już od dawna swe maleńkie mogiłki, prócz królowej, która spoczęła w przejrzystym sarkofagu na drugim poziomie korytarzy i utknęła tam na dobre w pozie wielce dramatycznej. Odtąd formikarium nosiło przyjemną nazwę mauzoleum. Wczoraj mauzoleum zostało zasiedlone. W wielkim trudzie i znoju pozyskałam wprost z mrowiska furę mrówek model Formica rufa, znanych mi z pracy zarobkowej w zeszłym dziesięcioleciu i poprzednim wcieleniu, kiedy to wykonywałam dla nich interaktywna planszę. Mrówki rudnice są tak ogromne, że gdy wysypywałam zawartość słoika do mauzoleum - a słoik był zapełniony po dekiel - doznałam lekkiego urazu psychiki, gdyż okazało się, że pojemnik zasiedlało tylko pięć mrówek, za to gabarytów młodego chomika.
W mauzoleum szaleństwo! Pogo po ścianach, step i popping. Tumult, wrzask, i balanga do późnych godzin nocnych. A potem towarzystwo ucichło... 
     
     Rano wstajemy... 
Królowa leży na środku areny (arena to taki nazwijmy to umownie, leśno-ściółkowy wybieg poza oszklonym Kolumbarium), wyniesiona przez bandę pięciu ze swego M1 na poziomie drugim. Wygląda mizernie. Wysuszona, na pleckach, wygięta nieco w łuk, mina zgrzybiała, a trzy prawice teatralnie wyciągnięte ku niebiosom, drżące w podmuchu mojego oddechu. Oddechu wzburzonego i kołyszącego mą piersią do granic tsunami miseczki A. Ja się boję pomyśleć, co ta rozwydrzona chałastra bez własnej królowej matki mogła jej zrobić. I pytanie kardynalne - czy zauważyli, że nie nadaje się do celów reprodukcyjnych, choćby dlatego, że jest martwa?

Cisza dzwoniąca o szklane ściany kolumbarium wskazywała na to, że prócz ciała królowej nie ma tu nikogo. Zaiste! Opuściły swoje lokum klasy Michelin i dobrze rokujące krypty na rzecz niepewnej doli pośród ruchomych hałd kołder, samochodów resoraków i śmiercionośnym piłek, nie mówiąc już o odkurzaczu i detergentach. Wielka piątka przepadła! (Zanim odkryłam ten fakt, faktycznie coś mnie łaskotało pod sukienką).

     Dzisiaj nie pozostało mi więc nic innego jak pójść ponownie na safari. Mim zabrał osprzęt i poszliśmy na łów. Jakże było dziwnym oglądać nas kucających między parkowymi drzewami. Wyglądaliśmy zapewne jak ofiary kapusty kiszonej i kefiru. Ale udało się. Tym razem przytargaliśmy okazy wielkości noworodka kapibary. Mauzoleum znowu tętni życiem i wygląda jak sklepik spożywczy Azjaty. (Dziurka wentylacyjna została bezlitośnie zasklepiona plasteliną w kolorze ostrej żółtaczki).

Ha! Górny korytarz po prawej!

  Jakby tego było mało, na wczorajsze okrągłe urodziny Mim zażyczył sobie (wśród długiej listy mniej istotnych prezentów, jak piłka ręczną rozmiar 3 dla zawodowców o dłoniach jak patelnie, kolor paraliżująca zieleń) krwiożerczy dzbanecznik.

     Akurat trafiliśmy na promocję w markecie, więc porwałam donicę w objęcia i pognałam ku kasom. Ledwo weszłam do auta, dzbanecznik zwymiotował na mnie zawartością dzbanuszka. Pech chciał, że na gołą skórę. Oczami wyobraźni ujrzałam mą prawice obżartą do kości, więc, nie mając chusteczki, musiałam się poocierać o Małża. Wiecie, że coś jest na rzeczy, bo odbarwiła mu się koszulka? Teraz nosi na plecach godło - ale nie jestem pewna - Opla czy Zorro. 

    Dzbanecznik musiał zostać obfotografowany z profilu i en face, jak przystało na florystycznego Hannibala Lectera, po czym oddał się żywieniowej orgii. Jako, że w ogródku mamy właśnie nawał kwiecia, Mim z werwą i pietyzmem nowicjusza zapełniał dzbanki po te ich rozkoszne dekielki. W dzbankach znalazły się przedstawiciele krocionogów i dwuparców, błonkoskrzydłe i mrówki. Nie dowiemy się, czy dzbanek strawiłby dziecko winniczka oraz przedstawicielkę ssaków reprezentowaną przez smużkę (nie wiem jak Limka, mój słodki okruszek to robi). Jakie to szczęście, że smużkę wyniosłam na zewnątrz domu, a Mim po spektakularnym szlochu nad martwym ciałkiem, zapomniał o truchełku. Oceniając wielkość dzbana, smużka starczyłaby mu na jakieś dwa lata. Strasznie żarłoczny jest taki dzbanecznik.
Polowania nie było końca! Mim machał kawałkiem sfatygowanej i wątpliwej biologicznie tkaniny, która, tak myślałam, uprowadził z mopa, a  która okazała się wczorajszym tiszertem Mata. 

- Mimie, co robisz tej musze?

- Poluję na nią.

- Użyj packi, będziesz skuteczniejszy. 

- Daj spokój, ja chce ją tylko oszołomić.

- Ale celnym uderzeniem w podstawę czaszki czy zapachem?


piątek, 27 maja 2016

(210) Drżyjcie! Będę jak trzy katary!

     Na literackie zatwardzenie nie ma jak pobudzenie perystaltyki mózgu, a w konsekwencji sprowokowanie kichnięcia, by nastąpiła gwałtowna erupcja. A do kichnięcia potrzeba kataru. Ergo: oznajmiam, że będę odtąd skrajnie okrutna, albowiem mam zamiar nękać Was jak katar. Wiadomym jest, że katar, czy leczony, czy nie, trwa siedem dni, zatem będę jak trzy katary razem albo jeden, ale sienny, 21-dniowy. 

W czym rzecz?

Otóż chwycił mnie w dyby szatański pomysł Krystyny Krzysi Bezubik, który przybrał ponętne kształty kursu, pod kategorycznie brzmiącym tytułem:


klik!

Zapisy trwają do 28 maja.
Ruszamy 1 czerwca.
 Jest nas teraz sześćdziesięcioro.
59 kobiet i jeden pan :)


Czy wytrwam w tym postanowieniu? Zdawałoby się, że skoro w ciągu 4 miesięcy odrąbałam sobie 16 kilo ciała od rdzenia i żyję, to powinnam i temu podołać.

Zaczynam ćwiczenia mózgowych mięśni Kogla mogla niechronologicznie, ale logicznie:

Ćwiczenie - rozgrzewka 0.2
Wyobraź sobie, że właśnie dostałaś klucz do świata wyobraźni. Opisz, jak otwierasz tym kluczem drzwi. Jak wygląda świat wyobraźni, do którego właśnie wchodzisz?


- Panie Zenku, pan oprze ten ogromny landszaft o zachodnią ścianę, chcę, żeby światło na niego padło, a swym ostatecznym padnięciem dało życie temu widoczkowi z eeee... co to tam jest? Rzeczka? Właściwie co to za ciek wodny, panie Zenku między tymi sosnami? Te sosny też takie garbate jakieś. I ta sarenka kulawa.

- Nic romantyzmu w tej kobiecie... - westchnął Zenek z głębi swej gołej klatki piersiowej, poruszającej się miarowo pod klapą spodni ogrodniczek - To ruczaj, pani Moniko, ruczaj. Pragniesz, by rozedrgane promienie słońca buszowały w tych pejzażach, prawda? - Zenek gładko przeszedł na per ty. - Dobrze... Położę go, o tak, delikatnie oprę o ścianę, by promienie słońca lizały jego powierzchnię tak, jak lubisz... - prawy kącik jego ust uniósł się lekko - ...by oblewały swymi miodowymi strużkami ich korę i wsiąkały w miękkie, pachnące runo leśne, uwalniając subtelny, pociągający i pierwotny zapach matki ziemi. Taki, który porusza najskrytsze struny...- palec Zenka przesuwa się powoli po mojej szyi.

- Eeeee. O, tak, no dobra. - robię krok w tył i odłączam prąd biegnący od męskiego palca, arteriami wzdłuż szyi i do mózgu. - Eee, teraz to wyro. Popchnij je z łaski swojej i ułóż wzdłuż malowanki, że niby leży na łonie. - Zenek spojrzał wymownie na pościel w groszki i fluktuacyjnie zafalował klapą. Z lekkością pumy przesunął łóżko tak, że sprawiało wrażenie, jakby stało w lesie. Udrapował się na nim i wyciągnął przed siebie rękę;

- Chodź.

Stoję.

- No, chodź do mnie...

Wyjmuję stopy spod miękkich mchów, jak z kapci, robię krok, czuję uwolniony ruchem zapach lasu. Dookoła strzelają zielenią krzewinki jagód, wielkie paprocie głaszczą łydki. Obraz rośnie i zawija się dookoła nas tak, że jesteśmy w jego centrum. Nad naszą maleńką polanką świeci słońce, a ptak rozchlapuje jego promienie jak farbę. Złote krople spadają nam na gołą skórę.

- Pośpiesz się, bo za chwilę obudzisz się i stąd wyjdziesz!

Zza offu dało się słyszeć klikanie systemu zapadek automatycznego zamka. Otwierałam oczy, a dźwięk płynął z idealnie zachodzących na siebie górnych i dolnych kluczy wiolinowych rzęs. Klik klik klik! Drzwi otwarte.

***

A już lada chwila... Kaczka i Skorpion mają zielone! No, milion dularów!





poniedziałek, 25 kwietnia 2016

(207) Cirque du Soleil - Cyrk Słońca

     Poranne promienie słoneczne wpadają z ukosa, tną pojedynczymi nożami gęsty, chrupki granat nocy, z którego środka wysypują się z chrzęstem drobiny gwiazd. Jego kopulastą, twardą skórkę wieńczy maleńka miedziana korona. W czaszce granatu rozpostarta jest wąska elastyczna nitka. Tancereczka z Cirque du Soleil wstaje i wysuwa ostrożnie stopę z łóżka. Dosuwam do niej drugą. Pierwszy krok w chmurach. Rozglądam się na boki, czy ktoś mnie widzi. Nie, droga wolna.



     Długi balans trzymany w dłoniach daje poczucie jako takiej stabilizacji. Na jednym końcu podskakuje chłopczyk z plecakiem z dinozaurem i macha do mnie ręką. Nasze spojrzenia krzyżują się z prędkością światła. Obracam głowę w drugą stronę i ledwo udaje mi się utrzymać na linie, bo rakieta kosmicznym bekhendem uderzyła właśnie w piłeczkę komety, która z przeciągłym świstem mija moją głowę jedynie o dwa lata świetlne. Gem, set, śmiech. Starszy straszy burzą magnetycznych hormonów. Tak, balans pomaga mi, choć sam w sobie jest ciężki. Za wąski - runę. Za długi - to samo. 
     
     Idę dalej. Odsuwam stopami garnki, pranie, leki, brnę przez stosy zapisanych papierów, mijam elektromagię kota, który miękko oplata się wokół łydek i bawi się całą skłębioną galaktyką. Z brzękiem wodospadu spadają monety, wycie odkurzacza wciąga pył w czarną dziurę. Pistacjowe lody spływają po wskazówkach, spowalniając czas. Lina tnie go jak masło maślane, odkłada po dwie skiby na boki i na później.
     
     W południe, w połowie wędrówki po menisku wąskiej na cal dróżki zalewa mnie miód słońca. Pod światło widać żyłkowanie skrzydeł. Na przekroju poprzecznym mam słoje w równym, ustalonym  szeregu. Kandyzuję się przez kosmiczną chwilę i jestem coraz słodsza. Ciężko chodzić w tej postaci, ruchy są nugatowo powolne, a świat rozmywa się za kotarą z karmelu. Popijam półgębkiem zjadliwe i gorzkie półprawdy, aż do rozpuszczenia miodowej polewy.
   
     Strzepuję ten widok jednym ruchem rzęs, spada z nich tsunami i odpływa migotliwą strugą w tył powodując na odległych krańcach trzęsienie wielkich brzuchów małych karłów.

     Widzę już wieczorny kres. W rogu granatu faluje aksamitna ściemniająca się zasłona. Nie odróżnisz jej od chmur przesuwających się po nocnym rozgwieżdżonym niebie. Jeszcze kilka kroków i atomowe zegary staną na baczność. Schylam głowę i wsuwam się za kulisy. Wpół kroku odwracam się jeszcze i patrzę na pusta salę. W pierwszym rzędzie na zmarszczonych falach czoła klaszczą ciemne oczy, wystukując Morse'm: 

ZAWRACAJ!!!

ZAWRACAJ!!!

ZAWRACAJ MI GŁOWĘ!