Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacze. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą rozświetlacze. Pokaż wszystkie posty

sobota, 7 grudnia 2019

Benefit, Boiing Industrial Strength Concealer & Whatt's up! highlighter duo; oraz róże Dallas i Dandelion

Dziś na tapetę wezmę kolorówkę Benefitu, którą mam w swojej toaletce. Trzy urocze pudełeczka, ale czy wszystkie generują satysfakcję i zadowolenie?

Zacznijmy od korektora i rozświetlacza.


Duo korektora i rozświetlacza dostałam w prezencie od Przyjaciółki. W miłym dla oka różowo-niebieskim kartoniku znalazłam plastikowe puzderko w kolorze srebrnym, z odkręcanym wieczkiem. Wprawdzie z wygody wolałabym wieczko na zawiasie, ale podejrzewam, że to opakowanie, z którym mam do czynienia, jest szczelniejsze i zabezpiecza oba kremowe produkty przed zbyt szybkim wysychaniem.

Można też zarzucać marce, że taki sposób podania kosmetyków jest dość niehigieniczny, ale ja aplikuję je tylko czystymi pędzlami i nie ładuję w nie palców, więc nie marudzę.



Oba kosmetyki są kremowe i jasne (wszak to jedyneczka). Rozświetlacz ma szampański kolor z leciuteńką nutką różu i bardzo ładnie wygląda na skórze. Nie bije po oczach (czego osobiście nie znoszę), ale ładnie, naturalnie rozświetla. Niestety na sobie nie jestem w stanie ocenić jego trwałości, gdyż w ciągu dnia w pewnym momencie zlewa się z moim sebum i już nie potrafię rozróżnić, gdzie jest on, a gdzie mój własny smalczyk.


Korektor jest super. Wprawdzie wbrew nazwie ma najwyżej średnie krycie (znam lepiej kryjące korektory od niego) i niedoskonałości raczej nie uda się nim przykryć, ale dzięki przyjemnie emolientowej formule komfortowo nosi się pod oczami nie wysuszając tych okolic. Kiedy nie chcę szpachli, sięgam po niego,  mimo iż nie przykrywa moich zasinień w stu procentach. Wystarczy mi, że ładnie wyrównuje koloryt skóry pod oczami. Jest jasny i delikatnie wpada w nutki łososiowe, co wydaje się odżywiać spojrzenie. Lubię go.


Z różami Benefitu mam bardzo różne doświadczenia. Na ten przykład przewinęły się mi przez kosmetyczkę Coralista, Rockateur i Gold Rush, i żaden z tej trójki albo totalnie nie pasował kolorystycznie do mojego typu urody (Coralista), albo w ogóle nie było go na mojej cerze widać (dwa pozostałe). Jednak Dallas, również prezent od tej samej Przyjaciółki, okazał się strzałem w dziesiątkę.


J. kupiła mi ten kosmetyk w prezencie, gdyż wiedziała, że widniał na mojej wish-liście. Pociągał mnie bardzo jego ciekawy kolor - połączenie biszkoptu z różem. Jestem przekonana, że na niektórych cerach róż ten bardziej sprawdzi się jako bronzer. Na mnie wybijają się jednak lekkie różowe tony. Uwielbiam po niego sięgać, kiedy nie mam zbyt wiele czasu na makijaż i nie chcę się bawić w aplikację konturu, różu i rozświetlacza - Dallas skutecznie zastępuje mi dwa pierwsze będąc jakby ich skrzyżowaniem. Odpowiada mi też jego matowe wykończenie. Mimo suchej i pylącej konsystencji nie sprawia mi żadnych problemów podczas aplikacji i rozcierania, a jego trwałość jest kilkunastogodzinna.



Co do różu Dandelion, z ciekawości kupiłam go sobie w wersji podróżnej. Jest to bardzo jasny róż z delikatnymi drobinkami. Jakkolwiek i on nie sprawia mi problemów podczas aplikacji, a na cerze wygląda bardzo świeżo i uroczo, nie zagrzeje u mnie miejsca. Za bardzo przypomina swoim odcieniem mój rumień i zwykle się z nim zlewa, przez co nie widać go na mojej twarzy w ciągu dnia i nie jestem też w stanie ocenić jego trwałości na mojej tłustej skórze.


Dandelion będzie pieknie wyglądać na bardziej porcelanowej (i nie dotkniętej problemami naczyniowymi) niż moja cerze.



Róże Benefitu pakowane są w urocze, tekturowe opakowania wyposażone w lusterko i nieprzyjemny, drapiący pędzelek. W wersji regularnej nie mam się czego czepiać, ale te tekturki nie do końca sprawdzają się w przypadku miniatur, gdyż ze względu na mniejszy rozmiar i głębokie ścianki, dość trudno manipuluje się w nich pędzlem. Niemniej walorów wizualnie estetycznych nie da się im odmówić ;)

Jaki jest Wasz ulubiony róż Benefitu?

niedziela, 25 lutego 2018

Boots No7, Limited Edition Illuminating Palette

Paletka rozświetlaczy, o której krótko dziś opowiem, była częścią edycji limitowanej wypuszczonej, zdaje się, na ostatnie święta bożonarodzeniowe przez popularną markę własną drogerii Boots. Do mnie trafiła właśnie w charakterze upominku z tej okazji.


Design opakowania zdecydowanie zwraca uwagę i przyciąga spojrzenie. Paletka przy tym zdaje się być solidna i czasem trzeba się nasiłować z jej otworzeniem. Na samych prouktach leży też folijka ochronna. 


Na paletkę składają się trzy rozświetlacze o identycznym wykończeniu - lekko metalicznym z wyraźnymi drobinkami. Przy aplikacji grubej warstwy na skórę widać poszczególne odcienie, ale, jak zaraz zobaczycie, nałożone oszczędnie na szczyty kości policzkowych wszystkie trzy rozświetlacze wypadają na twarzy dość podobnie.


Do trwałości nie mam zastrzeżeń. Rozświetlacze trzymają się na skórze od aplikacji do demakijażu. Drobinki są doskonale widoczne, jeśli więc nie jest to Wasz preferowany rodzaj rozświetlacza, miejcie to na uwadze. Osobiście wyraźnych drobinek nie lubię, więc po krótkich testach znalazłam dla paletki nowy dom.

odcień wpadający w rose gold


 odcień szampana

odcień wpadający w chłodny róż


Obiektywnie stwierdzam, że jest to bardzo ciekawa paletka o pięknym opakowaniu. Nie wpisała się jednak w moje rozświetlaczowe preferencje. Ja tak ogólnie mogłabym się całkowicie bez rozświetlaczy obejść, ale skoro kilka dostałam, staram się regularnie z nich korzystać. Nie lubię jednak wykończenia z wyraźnymi drobinkami; nie podobam się sobie w takowym.

PS. Przepraszam, jeśli nie udało mi się aparatem oddać efektu na twarzy. W obecnej porze roku bardzo trudno o współpracę ze strony światła.

sobota, 9 września 2017

Tarte, Showstopper clay palette

Do kosmetyków Tarte wzdycham od kilku lat. Niestety ceny mają zaporowe i trzeba sprowadzać je zza wielkiej wody, co zawsze hamowało moje zakupowe zapędy. I tak bym pewnie sobie o ichnich mazidłach (zwłaszcza różach) marzyła dalej, gdyby nie Kasia i jej megahiperwypasiony prezent urodzinowy dla mnie :****

Proszę, nacieszcie i Wy swoje oczy, bo ja, od kiedy dostałam to cudo w czerwcu, wpatruję się w nie niemal codziennie...


W granatowym kartoniku znajdziemy dość dużą okrągłą paletę z imitacją skóry węża na wierzchu (stworzeń tych ponoć mnóstwo żyje w Amazonii), którą wyposażono też w lusterko. Wszyskie produkty kolorowe przykyte są folijką z ich nazwami. Zawartość to sześć cieni o różnych wykończeniach, bronzer, róż i rozświetlacz:


Wśród kosmetyków przeznaczonych do makijażu twarzy zdecydowanym hitem okazał się puder brązujący park ave princess o matowym wykończeniu i ładnym, neutralnym odcieniu. Na mojej twarzy puder ten wygląda bardzo naturalnie - nie daje efektu brudnej plamy jak chłodne bronzery ani nie robi ze mnie pretendentki do tytułu umpa-lumpa. Używam go do delikatnego konturowania i zawsze zachwycam się, jak on się pięknie rozciera i jak ładnie zgrywa się z odcieniem mojej skóry. Jedynym minusem tego kosmetyku jest to, że jest tak miękki, iż lekko się kruszy pod delikatnymi dotknięciami pędzla, ale róże The Balm, na przykład, też tak robią. Nie jest to żadna tragedia, a i wydajność raczej nie powinna ucierpieć, bo dzięki dobrej pigmentacji nie potrzebujemy wiele kosmetyku do jednorazowej aplikacji.

Róż fame również ma matowe wykończenie i jest koloru łososiowego. Kosmetyk jest bardziej zbity od bronzera i nie kruszy się w ogóle. Jest przyzwoicie napigmentowany, dobrze przyczepia się do skóry i ładnie rozciera. Trwałość różu i bronzera zależy od użytej bazy. Na przypudrowanym płynnym podkładzie trzymają się dobre 10 godzin; na suchszym podkładzie mineralnym - 7-8 godzin. Znikają jednak w ładny sposób, równomiernie, bez dziur i plam.

Rozświetlacz champagne pink jest z nieco innej bajki. Srebrzysto-różowy, jest znacznie chłodniejszy od różu i bronzera, i osobiście uważam, że jednak bardziej pasuje w zestawieniu z chłodniejszymi od Fame różami. Jego wykończenie określiłabym jako delikatnie perłowe z mikroglitterem, który nie jest widoczny tuż po aplikacji, ale pokazuje się po kilku godzinach od wykonania makijażu.

Tak cała trójka prezentuje się na twarzy:


Przejdźmy do cieni.
showstopper copper: ciepły odcień kakako z mlekiem; satynowa baza z drobniutkim złotym shimmerem
go for the gold: odcień rose gold o lekko perłowym wykończeniu
you're a natural: ciepły morelowy brąz o matowym wykończeniu
steel the scene: średni różowy brąz o lekko metalicznym wykończeniu
rose to the top: ciepły, cynamonowy brąz o mocno metalicznym wykończeniu
dim the lights: brązowa czerń; matowa baza z drbniutkim srebrnym shimmerem

Cienie są dobrze napigmentowane i jedwabiste. Tylko jeden z nich, you're a natural, podobnie jak bronzer, kruszy się pod dotykiem pędzla. Z pozostałą piątką tak się nie dzieje. Praca z tymi cieniami to prawdziwa przyjemność. Ładnie przyczepiają się do powieki, dobrze rozcierają, nie gubią pigmentacji, a na bazie mają kilkunastogodzinną trwałość. Poszczególne odcienie bardzo mi się podobają, choć zabrakło niestety matowego jasnego beżu, żeby paleta była w pełni samowystarczalna.

Róż, bronzer i rozświetlacz można również aplikować na powieki.

Aby tradycji stało się zadość, przygotowałam kilka prostych makijaży z użyciem moich pięknych zabawek.

#1
showstopper copper, go for the gold, you're a natural, dim the lights



#2
showstopper copper, you're a natural, steel the scene, dim the lights, champagne pink (jest i smokey)



#3
champagne pink, fame, go for the gold, steel the scene, rose to the top (róz w załamaniu)




#4
champagne pink, park ave princess, showstopper copper, rose to the top  (z użyciem rozświetlacza i bronzera w charakterze cieni)



#5
park ave princess, you're a natural, dim the lights (całość w matach <3)



Uwielbiam tę paletkę. Naprawdę nie mam jej wiele do zarzucenia i odkąd ją dostałam, jest w prawie ciągłym użyciu. Kasiu, jeszcze raz dziękuję za spełnienie mojego Tarte'owego marzenia!

Macie jakieś doświadczenia z tą marką?

niedziela, 15 maja 2016

Rimmel, Sculpting Palette by Kate, 002 Coral Glow

Trend na konturowanie jest wciąż popularny. Mnie osobiście odpowiada bardziej niż strobing, który nie wygląda zbyt dobrze po kilku godzinach na przetłuszczającej się cerze. A ponieważ za modą podążają koncerny kosmetyczne, w drogeriach obrodziło w paletki do konturowania. Jedną z nich, propozycję Rimmela, dostałam w prezencie od Justyny (:*). Dodam, że jeśli interesują Was te paletki, Justyna opisała u siebie wariant 003 Golden Bronze (klik).

A 002 Coral Glow wygląda tak:


Gabarytowo paletka jest nieduża, więc łatwo zabrać ją ze sobą na wyjazd. Opakowanie wykonano ze słabej jakości plastiku. Myślę, że złota farba na brzegach, jak i złote napisy wkrótce zaczną obłazić, co obniży jeszcze bardziej ogólną estetykę. Na plus policzę producentowi przejrzystą "instrukcję obsługi" na odwrocie paletki.


Paleta zawiera rozświetlacz, bronzer i róż. Rozświetlacz jest w odcieniu chłodnego złota i ma perłowe wykończenie z drobniutkim shimmerem. Podoba mi się. Bronzer i róż są matowe. Bronzer w opakowaniu wygląda na przyjemnie chłodny, ale mocno ociepla się na skórze. Nie jest więc ideałem do konturowania, a służyć może jedynie do ocieplania skóry twarzy. Róż ma bardzo ładny, ciepły, brzoskwiniowy odcień. Wszystkie trzy kosemtyki są dobrze zmielone, jedwabiste w dotyku i bardzo proste w obsłudze. Przyjemnie się aplikują, łatwo rozcierają, nie powstają żadne plamy ani prześwity.


Niestety na mojej tłustej cerze trwałość bardzo kuleje... Jedynie rozświetacz widzę na sobie przez cały dzień. Róż i bronzer ulatniają się bez śladu po 4-5 godzinach od aplikacji.


Podsumowując, na plus policzę tej propozycji łatwą dostępność, przyjemną konsystencję i całkowitą bezproblematyczność w obsłudze. Poza tym rozświetlacz i róż mają śliczne kolory.

Minusów widzę jednak więcej. Po pierwsze, dość tandetne opakowanie. Po drugie, w moim odczuciu bronzer jest za ciepły by nadawał sie do konturowania. Spójrzcie na zdjęcia wyżej - widać, jak zlewa się z różem w ciepłą plamę na policzku... Po trzecie i najważniejsze, przeszkadza mi (nie)trwałość różu i bronzera. Ogólnie oceniam tę paletkę jako typowego średniaka. Nie jest zła, ale nie wyróżnia się niczym szczególnym w porównaniu z innymi paletami do konturowania.

Dzięki Justynko za możliwość poznania tego produktu :)

poniedziałek, 25 kwietnia 2016

Sleek Make Up, Blush By 3 Palette, Santa Marina 087

Paletkę, którą dziś Wam przedstawię, dostałam kilka miesięcy temu od Justyny. Z tego, co wyczytałam w sieci, pochodzi ona z edycji limitowanej Nautical Collection z lata ubiegłego roku, ale krótki research wykazał, że nadal jest dostępna w sprzedaży. Widziałam ją w sklepach ladymakeup i kosmetykizameryki.


Jak na Sleek przystało, mamy tu eleganckie, solidne plastikowe opakowanie z porządnym lusterkiem. Po otwarciu wieczka oczom ukazują się dwa róże i jeden rozświetlacz. Wszystkie produkty są pudrowe (w niektórych paletkach z tej serii zdarzają się produkty kremowe).

Na zdjęciach poniżej pokażę Wam, jak róże wyglądają na twarzy. Co do pudru rozświetlającego Phoenix Sand, moim zdaniem producent nie potrafił ostatecznie zdecydować, czy jest on rozświetlaczem, czy może nada się do stosowania na całą twarz w celu utrwalenia makijażu i zmiękczenia rysów twarzy. Kosmetyk ma ładny szampański kolor, ale jak na rozświetlacz na szczyty kości policzkowych efekt jest zbyt delikatny i mało co widać. Na całą twarz z kolei nie mogę go używać, bo przy mojej tłustej cerze nie wygląda ładnie. Próbowałam używać go również do utrwalenia korektora pod oczami, ale niestety wysuszał mi w tym miejscu skórę, a jak robiła się sucha, zaczynała się dodatkowo marszczyć. Obecnie mieszam go po prostu z mocniejszym rozświetlaczem i nakładam na szczyty kości policzkowych, bo nie mam na  ten produkt innego pomysłu.


Calypso Island:

Calypso Island to dość niespotykany jak na róż kolor. Jest to mocno przybrudzona mieszanka różu i brązu z dodatkiem drobnego srebrnego brokatu, którego na szęście na policzkach nie widzę. Podchodziłam do tego odcienia z rezerwą, a okazało się, że nie tylko świetnie na mnie wygląda, ale do tego pasuje do niemal każdego makijażu i każdej pomadki.


Coral Dune:

Coral Dune natomiast to bardzo wiosenny odcień koralu o matowym wykończeniu. Ponieważ koralowych pomadek u mnie nie brak, często po niego sięgam, choć tu już trzeba się postarać, żeby oczy i usta zgrywały się z policzkami.

Konsystencja pudrów jest taka w sam raz. Nie są ani za miękkie (nie kruszą się pod wplywem dotyku pędzla), ani za twarde (łatwo się na pędzle nabierają). Na policzki nakładają się równomierną warstwą, można budować krycie, dobrze się blendują. Jak to u Sleeka, są świetnie napigmentowane i warto nakładać je lekką ręką.  Dodoatkowo są diabelnie wydajne. Używam ich i używam, a w ogóle nie widać żadnego ubytku.

Niestety na mojej tłustej cerze trwałość nie jest mocną stroną tych różów. Widzę je na policzkach tak do pięciu godzin. Przyznam jednak, że znikają ładnie, równomiernie, bez plam i łatwo zaaplikować je ponownie.

piątek, 12 lutego 2016

The Balm, In theBalm of Your Hand, greatest hits vol. 1

Od kiedy zobaczyłam na którymś kanale YouTube paletę The Balm zawierającą największe hity marki w testerowych rozmiarach, siedziała mi z tyłu głowy, a ja staram się zdusić w sobie ochotę na zakup. Do dnia, kiedy mój najmłodszy brat spytał, co chciałabym znaleźć pod choinką.  Trafione prezenty są najlepsze ;)


Lubię the Balm. Pokochałam tę markę, kiedy dostałam w prezencie od Kasi piękną paletkę Balm Jovi (klik), która do tej pory pozostaje w gronie moich ulubieńców. Szminki the Balm co prawda nie należą do najlepszych jakościowo (np. ta o tu), ale marka ma za to dobre cienie oraz piękne róże, że nie wspomnę o kultowym bronzerze i rozświelaczu.

Skupmy się teraz na produktach pudrowych z pierwszego rzędu. Od dawna chciałam wypróbować róż Hot Mama oraz bronzer Bahama Mama i bardzo się cieszę, że teraz mam taką okazję bez konieczności kupowania  pełnowymiarowych opakowań. 

Ponieważ mam już miniaturę różu Frat Boy w paletce Balm Jovi, bardzo sie cieszę, że ten skądinąd piękny i uniwersalny matowy odcień się tu nie powtórzył. Dobre posunięcie the Balm! Róże w paletce In theBalm of Your Hand zdecydowanie różnią się kolorami, tonacją i wykończeniem. Hot Mama to piękny koral ze złotym shimmerem na modłę Orgasmu z Narsa. Instain Argyle to matowy chłodny róż (najbardziej uniwersalny z całej trójki), a Cabana Boy zdecydowanie wpada w jagodę o satynowym wykończeniu. Jest też w moim odczuciu najtrudniejszym odcieniem różu. Bałam się, że nie będzie do mnie pasować, ale jeśli nałożę go w niewielkiej ilości, nie wyglądam źle, o dziwo. Bahama Mama natomiast to dość ciemny bronzer w chłodnej tonacji i na początku trochę się go bałam, ale znowu - nałożony w niewielkiej ilości wygląda na mnie nieźle. Używam go do konturowania, bo do opalania jest dla mnie za chłodny i w ogóle nie przypomina naturalnego koloru mojej opalenizny.


Jak już wielokrotnie wspominałam na blogu, mam bardzo tłustą cerę, na której niewiele różów i bronzerów dobrze się trzyma. Niestety pod względem trwałości na moich policzkach również powyższe kosmetyki nie wybijają się ponad przeciętną. Na ugruntowanej podkładem i pudrem cerze widzę je na sobie średnio przez około 7 godzin; czasem krócej, czasem nieco dłużej. Hot Mama znika na mnie równomiernie; w pozostałych jakby robią się prześwity. Jestem jednak do takiego stanu rzeczy przyzwyczajona (bo naprawdę większość różów tak u mnie robi) i nanoszenie poprawek w ciągu dnia to dla mnie nic nowego. Z kolei w charakterze cieni do oczu na bazie wszystkie produkty ladnie się trzymają aż do demakijażu.



Przejdźmy do cieni i rozświetlacza. Są one dobrze napigmentowane, nie osypują się i ładnie przenoszą pędzelkiem na powiekę. W dotyku wydają się dość zbite. Insane jane to przepiękny chłodny odcień taupe o satynowym wykończeniu. Mischievius marissa to piękne perłowe miedzine złoto. Brązowawy burgund Sexy ma wykończenie matowe i z nim najtrudniej mi się pracuje, bo stawia opór podczas rozcierania. Może jednak to wina bazy pod cienie, którą obecnie stosuję (Urban Decay)? Oliwkową zieleń Lead Zeppelin znam już z paletki Balm Jovi, choć tam ma on zdecydownie więcej złotych drobinek niż tutaj. Skąd ta różnica? No i sławna Mary-Lou Manizer, czyli piękny złoty rozświetlacz. Ten produkt na twarzy akurat utrzymuje mi się świetnie, ale najbardziej lubię rozświetlać nim wewnętrzne kąciki oczu. Ślicznie tam wygląda.



Po cieniach zostały nam jeszcze do omówienia pomadki. Te, jak wspomniałam, moim zdaniem nie są mocną stroną marki. Jakkolwiek i brzoskwiniowo-nidziakowy Caramel, i czerwona Mia Moore to piękne odcienie o ładnym, matowym wykończeniu, nieco jednak wysuszają mi usta, a po około dwóch godzinach noszenia (bez jedzenia i picia) wymagają już poprawek. Zwłaszcza czerwień Mia Moore schodzi nierównomiernie.


Caramel ładnie wygląda też jako kremowy róż, ale i on nie ma spektakularnej trwałości na moich tłuszczących się policzkach.




Zrobiłam jeszcze małe zdjęciowe porównanie niektórych kosmetyków z opisywanej dziś paletki In the Balm of Your Hand (po prawej) i paletki Balm Jovi (po lewej). Jak już wspomniałam, oliwkowy cień Lead Zeppelin w paletce Balm Jovi ma jakby więcej złotych drobinek. Rozświetlacz Solid Gold z paletki Balm Jovi praktycznie niczym nie różni się od Mary-Lou Manizer. Jedynie pomadki rzeczywiście są inne. Caramel jest bardziej brzoskwioniowa od różowej Milly, a Mia Moore chłodniejsza, ciemniejsza  i bardziej nasycona niż Vanilly z paletki Balm Jovi.



Pozostaje mi jeszcze pokazać, jak wiele różnorodnych makijaży można stworzyć przy użyciu In theBalm of Your Hand. Wiem, że nie są one idealne, że sa  niedociągnięcia, ale chodzi o pokazanie możliwości kosmetyku, a nie skupianie się na moich nie do końca wykształconych umiejętnościach makijażowych. Nie każdy może być MUA, a z normalnej odległości niedociągnięcia nie rzucają się w oczy, no i mocno opadająca powieka wiele wybacza ;)

Aha, zdjęcia były robione w różne dni o mniej więcej takiej samej porze, ale niestety za każdym razem była inna pogoda i inne światło (a nawet czasem jego brak).


#1 nie tylko użyjmy trudnych dla naszego typu urody kolorów, ale też zapaćkajmy sobie powiekę tuszem, co zauważymy dopiero na zdjęciach - brrrawo!

Oko: insane jane, bahama mama, mary-lou manizer, lead zeppelin, hot mama
Twarz: hot mama, mary-lou
Usta:caramel




#2 zimno! zimno!

Oko: mary-lou, lead zeppelin, mischievious marissa, insane jane
Twarz: bahama mama, argyle, mary-lou
Usta: Mia Moore




#3 coś trochę innego, co nie do końca wyszło, ale skoro już zrobiłam zdjęcia...

Oko: cabana boy, isnane jane, mischievious marissa, sexy
Twarz: bahama mama, cabana boy, mary-lou
Usta: caramel




#4 jednak mogłam dodać kreskę, może by nie było widać, że znowu upaćkałam sobie powiekę tuszem...

Oko:hot mama, bahama mama, mischievious marissa, mary-lou
Twarz: bahama mama, hot mama mary-lou
Usta: Mia Moore




#5 jakiś dziwny kształt wyszedł niechcący

Oko: insane jane, mischievious marissa, sexy, mary-lou
Twarz: bahama mama, instain, mary-lou
Usta: Rimmel 180 Vintage pink




#6 rozcieranie leży i kwiczy (to chyba wina bazy pod cienie, za grubo nałożyłam), ale za to fioletowa kredka fajnie wybija się na tych kolorach

Oko: hot mama, bahama mama, cabana boy, sexy, mary-lou, kredka Zoeva
Twarz: bahama mama, cabana boy, mary-lou
Usta: by Terry liquid velvet lipstick 5 baba boom



Jeśli miałabym powiedzieć, którą z posiadanych przeze mnie paletek The Balm wolę, postawiłabym na Balm Jovi, bo lepiej mi się pracuje z tamtymi cieniami, gdyż są bardziej miękkie (choć się osypują) i mają świetne dla niebieskich tęczówek kolory, a zawarty w niej róż Frat Boy pasuje do dosłownie każdego makijażu (choć też schodzi z moich policzków z prześwitami). Niemniej z paletką In theBalm of Your Hand nie mam najmniejszej ochoty się rozstawać. Cieszę się, że ją mam. Mogę poobcować z bestsellerami marki, nacieszyć się wyborem różów, zdecydować, czy kupię pełnowymiarowy bronzer, pobawić się fajnymi cieniami. Poza tym paletka jest uniwersalniejsza niż się wydaje na pierwszy rzut oka. Cóż z tego, że są pewnie niedociągnięcia? Patrząc całościowo jestem z niej zadowolona.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...