Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkłady. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podkłady. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2019

Średniaki, zwyklaki, przeciętniaki... | Chanel, Estee Lauder, Wibo, Nabla, Biotanique, Bandi, La Roche-Posay, Sun Ozon, Perfecta, Evree

Dziś o kosmetykach ani dobrych, ani złych. Średnich do bólu.


#1
Chanel, Vitalumiere, loose powder foundation with mini kabuki brush


Sypki podkład Chanel dostałam od Hexxany. Producent zapakował go w dobrej jakości plastkowe pudełko z siateczką, przez którą mamy nabierać proszek na pędzel.


Dołączony kabuki brush nie podbił mojego serca. Daleko mu do miękkości pędzli firm produkujących minerały, a do tego jest dość mały, więc trzeba się namachać podczas aplikacji. Szybko poszedł w odstawkę.


Nie wiem, jaki mam kolor podkładu, bo nie widzę takiej informacji na opakowaniu. Wiem, że jest on odpowiednio jasny, ale niestety wpada w różowe tony, co do mnie nie pasuje. Pomagam sobie używając żółtego pudru wykończeniowego, który początkowo załatwia sprawę. Tuż po aplikacji na twarz kosmetyk daje wykończenie satynowego matu, ale już po około 3 godzinach zaczynam się wyświecać, a podkład wyraźnie ciemnieje i pomarańczowieje. Natomiast po całym dniu noszenia wygląda ciężko i ciastkowato. Jeśli już po niego sięgam, to na krótsze wyjścia.


#2
Estee Lauder, Enlighten EE cream, 01 light


Ten krem też dostałam od Hexxany. Uważam, że może sprawdzić się na cerach suchych i być może normalnych. Na mojej tłustej nie jest optymalny. Ma leciutkie krycie, ale jeśli chcemy tylko lekkiego wyrównania kolorytu cery, daje radę samodzielnie. Niezależnie jednak, czy użyję go bez podkładu czy pod podkład, już po około dwóch godzinach zaczyna się na mnie brzydko wyświecać,  a pod koniec dnia, kiedy robię demakijaż, okazuje się, że w międzyczasie zupełnie ulotnił mi się z twarzy - a wszystko to po utrwaleniu pudrem. Kolejny kosmetyk z kategorii podkładów, po które ewentualnie sięgam na krótkie wyjścia.



#3
Nabla, Close Up Stay Full Smooth Concealer, Ivory


I kolejny kosmetyk, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Jak widzicie, ma on typowe dla korektorów opakowanie z wielkim gąbkowym aplikatorem (wielkością aplikator przypomina ten od korektora Conceal & Define z Revolution). Odcień Ivory wbrew nazwie nie jest bardzo jasny i wpada w żółte tony. Moim problemem w tym przypadku jest zbyt duże krycie. Nie zetknęłam się wcześniej z bardziej kryjącym korektorem. Ma w sobie tyle pigmentu, że osobiście nie potrafię porządnie rozetrzeć pod okiem nawet minimalnej ilości produktu (mowa o główce szpilki, jak by ktoś się zastanawiał) - wygląda maskowato, odnacza się, no i wysusza mi skórę. Nie jest też kompatybilny z lekkimi podkładami do ukrywania niedoskonałości - tu również się odnacza i ciastkuje. Swoją drogą nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że ja, posiadaczka widocznych zasinień od chronicznego niedosypiania, będę narzekać, że korektor jest ZBYT KRYJĄCY. Co za ironia!


#4
Wibo, matująco-utrwalający puder ryżowy do każdego typu cery


Ten puder dostałam z kolei od Justyny. Wbrew nazwie kosmetyk ani nie matuje, ani nie utrwala makijażu, ale sprawdza się w roli bazy pod sypki podkład mineralny i tylko w takim charakterze z niego korzystam.

#5
Biotanique, oczyszczający żel micelarny oraz łagodny żel do mycia twarzy.


Oczyszczający żel micelarny zapakowano do buteleczki z funkcjonalną pompką. Kosmetyk ma piękny, świeży, cytrusowy zapach. W kontakcie ze skórą nie pieni się ani nie emulguje, i dość trudno go spłukać, bo maże się po skórze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby rzeczywiście spełniał obietnice producenta i "z łatwością usuwał makijaż i inne zabrudzenia", ale w takim charakterze produkt zawodzi na całej linii. Nie jest w stanie dobrze usunąć ze skóry lekkiego podkładu mineralnego, o makijażu oczu już w ogóle nie wspominając. Sprawdza się natomiast dobrze do delikatnego, porannego mycia twarzy, kiedy do zmycia ma jedynie kurz i resztki nocnej pielęgnacji.


Ten, kto stwierdził na opakowaniu, że to łagodny żel, chyba nigdy go nie stosował. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który po myciu zostawia skórę twarzy skrzypiącą, ściągniętą i wołającą o tonik i krem. Zapach ma jakiś nieszczególny; taki typowy drogreryjny rypacz z tego żelu.


#6
Bandi, boost care, koncentrat z aktywną witaminą C


Bandi zaoferowało poprawne serum. Ma ono przyjemną konsystencję, doskonale nadaje się pod makijaż, lekko nawilża i wygładza skórę, ale osobiście znam kosmetyki tego typu, które dają o wiele bardziej spektakularne efekty niż serum boost care - chociażby LIQ CC. Serum Bandi trochę rozświetla cerę, ale nie jest to żaden efekt wow, a na przebarwienia czy wyrównanie kolorytu cery nie ma najmniejszego wpływu. Daję temu mazidłu też ogromnego minusa za bardzo intensywny perfumeryjny zapach. Po co on w kosmetyku do twarzy?


#7
 La Roche-Posay, cicaplast baume bs SPF 50


Dużą zaletą kremu La Roche-Posay jest widoczne działanie otulająco-łagodzące, co sprawia, że mimo cięższej konsystencji dobrze nosi się w sezonie jesienno-zimowym, nawet pod makijażem (na mojej tłustej cerze makijaż zazwyczaj spływa z tego typu kremów). Niestety po każdej aplikacji i późniejszym wieloetapowym myciu skóry znajduję na twarzy nowe wypryski - nawet jeśli robię dłuższe przerwy od produktu. Z tego tytułu nie sięgam po niego regularnie. Nie rozumiem też zastrzeżenia producenta, że to nie jest produkt chroniący przed słońcem (patrz etykieta). Przecież zawiera SPF 50?


#8
Sun Ozon, fluid przeciwsłoneczny do twarzy i dekoltu z efektem matującym SPF 30 oraz SPF 50



Tu mamy filtry dostępne każdego roku w Rossmannie w bardzo dobrej cenie. Mają one dość lekką konsysytencję (SPF 30 jest nieco lżejszy niż SPF 50), choć obiecywanego na opakowaniu matu nie dają. Dobrze nadają się pod makijaż. Mam jednak wrażenie, że nie są aż tak skuteczne, jak bym sobie życzyła. Do tego przy stosowaniu przez kilka dni pod rząd (przypominam, że skórę oczyszczam dokładnie i wieloetapowo) wysypywało mnie po nich, a poza tym zauważyłam, że po kilku godzinach noszenia wywołują u mnie rumień. Osobiście nie będę do nich wracać, choć wiem, że mają szerokie grono zwolenników.


#9 
GlamGlow, Glowstarter, rozświetlający preparat nawilżający


Preparat był częścią zestawu, który dostałam w prezencie od Kasi. No i cóż, nie jest to moje pierwsze zetknięcie z marką (klik) i nadal uważam, że kreują się na coś lepszego niż oferują. Ma to być kosmetyk luksusowy i z wyższej półki, a jest to zwykły, przeciętnie nawilżający krem z dodatkiem miki, który poprawnie sprawdza się pod makijażem. Nic, nad czym miałabym piać z zachwytu - nawet jeśli przyszedł do mnie w holograficznym opakowaniu.


#10
Perfecta, extra oils, silikonowe rękawiczki krem-olejek do rąk, paznokci i skórek


Dużą zaletą tego kremu jest wygodne opakowanie z pompką i delikatny, kosmetyczny zapach. Niestety moim suchym dłoniom pomaga tylko doraźnie i na krótko; niedługo po aplikacji skóra jest ponownie sucha i ściągnięta.


#11
Evree, cukrowy peeling do ust oraz multifunkcyjny balsam



Tak, wiem, że Evree już nie jest dostępne stacjonarnie, ale niedobitki można znaleźć w sieci. Osobiście uważam, że nawet za te niewielkie pieniądze nie warto sobie zawracać głowy. Wprawdzie mazidełka  mają naprawdę przyjemny zapach pomarańczy, ale peeling ma w sobie ogromne, mocno drapiące drobiny, które ścierają za mocno powodując ból, a do tego zawarte w nim olejki lubią rozlewać się poza obręb ust i robić bałagan na twarzy, a balsam to totalny okluzyjny zwyklak, który ust czy skórek nam nie zregeneruje. To już zdecydowanie lepiej sięgnąć po Tisane.

Czy ktoś dotrwał do końca moich wywodów? 

piątek, 6 grudnia 2019

Warto się zainteresować: Models Own, Runway Foundation SPF 30 oil-free (white 01); ColourPop, Precision Brow Pencil (dope taupe)

Chcę dziś krótko napomknąć o dwóch kosmetykach, które u mnie sprawdzają się wyśmienicie i jestem z nich ogromnie zadowolona. Uważam, że warto zwrócić na nie uwagę.

Od dłuższego czasu odchodzę od zwykłych drogeryjnych podkładów na rzecz lekkich minerałów, ale czasem jeszcze zdarza mi się po jakiś sięgnąć. Zwykle jednak owe fluidy są mi za ciemne, ale to nic, bo jest on - Runway Foundation od Models Own w białym kolorze. Niesamowity produkt. Jest bardzo dobrze napigmentowany, dzięki czemu potrzeba go niewiele, żeby widocznie rozbielić sobie podkład. Samodzielnie daje satynowo-matowe wykończenie, które długo trwa na skórze, więc tak - podkłady rozświetlające po zmieszaniu z Runway Foundation są nieco mniej rozświetlone, ale też dużo trwalsze na mojej tłustej cerze. Ja sobie to cenię, bo zwykle bardzo szybko się wyświecam po użyciu płynnych podkładów. Poza tym kosmetyk Models Own nie ma tendencji do warzenia się, ciaskowania, a także mimo dużej zawartości silikonów nie szkodzi mojej cerze. Gdybym planowała pozostać przy płynnych podkładach (a nie planuję), byłby stałym elementem moich kolorówkowych zakupów.

Dodam jeszcze, że użyłam tego kosmetyku na mojej córci (zamiast białej farbki czy innego ustrojstwa) do makijażu halloweenowego, kiedy Mała postanowiła przeobrazić się w Środę Addams. Moje dziecię ma sporo ciemniejszą karnację od mojej, a jednak po użyciu kosmetyku była bielsza ode mnie, ha!



Drugim kosmetykiem, po który sięgam z ogromną przyjemnością i satysfakcją jest kredka do brwi Precision Brow Pencil amerykańskiej marki ColourPop. Moim zdaniem jest to kosmetyk bez wad: do wyboru mamy dziewięć odcieni, grafit rzeczywiście jest precyzyjny, ani twardy, ani miękki; kredki używa się szybko, bezproblemowo i jest długotrwała - nie rusza się z miejsca aż do demakijażu. Mnie nic więcej nie potrzeba. Kolor, który sobie zdalnie wybrałam, dope taupe, też mi bardzo odpowiada, bo wygląda na mnie naturalnie.
 
 

Bardzo, bardzo lubię tę kredeczkę. I siebie w makijażu powyżej ;)

wtorek, 15 sierpnia 2017

Pharmaceris, Fluid Matujący Zwężający Pory (01 Ivory) oraz Fluid Ochronno-Korygujący (01 Ivory)

Hexxana, jakiś czas temu przedstawiała na swoim blogu dwa podkłady Pharmaceris (klik). Poprosiłam przy tamtej okazji Asię o odlewki, bo chciałam sprawdzić, jak te produkty zachowałyby się na mojej wciąż tłustej, trzydziestoletniej cerze. Zamiast odlewek dostałam prawie pełne opakowania (szalona kobieto :*)! Po początkowej inspekcji okazało się, że najjaśniejsze odcienie są dla mnie za ciemne, więc zrobiłam sobie solidne odlewki do testów, a resztę podesłałam koleżance o ciemniejszej karnacji. Dzisiaj podsumuję spotkanie z fluidami Pharmaceris.

Daleko mi do zachwytów.

Zacznijmy jednak pozytywnie. Opakowania kosmetyków może i nie cieszą specjalnie oka, ale są higieniczne, lekkie i funkcjonalne. Mazidła wydobywamy za pomocą sprawnie działających pompek.


Listę zarzutów mam jednak dłuższą... Najbardziej oczywisty to oczywiście odcienie. Bo ja znam wieeele Polek (sama zresztą się do tej grupy zaliczam), dla których widoczne wyżej najjaśniejsze kolory byłyby za ciemne. Zwłaszcza fluid matujący jest ciemny i żółty, i robił mi na twarzy kurczaka. Byłam zmuszona mieszać go z białym podkładem. Fluid ochronno-korygujący wypadał na twarzy jaśniej i aż tak nie odznaczał się od szyi.

Oba podkłady mają gęstą, ciężką konsystencję. Nakładane palcami i pędzlem robiły mi na twarzy maskę widoczną z kilometra, osiadały na meszku, właziły w pory i generalnie na pewno nie upiększały. Dużo lepiej wyglądały zaaplikowane Beauty Blenderem.

Oba mają dość lekkie krycie, którego niestety nie mogłam budować. Moja skóra tolerowała niewielkie ilości podkładów; jeśli nałożyłam za dużo mililitrów na twarz bądź próbowałam budować krycie przez dokładanie warstw, nawet po przypudrowaniu wszystko szybko zaczynało spływać i ciastkować się.

A oto kurczak, który się ze mnie robił po aplikacji fluidu matującego:

 
Chwilę po wklepaniu podkładu jajkiem twarz miała całkiem ładne, satynowe wykończenie, ale nie trwało to długo. Moja skóra szybko zaczynała produkować sebum pod tym fluidem i już po trzech, góra czterech godzinach świeciłam się jak córa króla smalcu. Oczywiście po przypudrowaniu. Po kolejnej godzinie-dwóch podkład zaczynał się miejscami ciastkować, warzyć i włazić w pory. Nic przyjemnego...


Flud ochronno-korygujący wyglądał i zachowywał się na mojej twarzy nieco lepiej:


Już mnie tak bardzo nie zażółcał i miał ładne, satynowe wykończenie. Tutaj też po czterech godzinach skóra była gotowa na bibułki matujące, ale sebum było mniej niż w przypadku wyżej opisanego kolegi. Ten zawodnik nie miał tendencji do warzenia się, ciastkowania czy zbierania w porach, więc okazał się lepszy od wersji matującej, ale też nie zachwycił mnie na tyle, żebym chciała do niego wrócić. A poza tym podejrzewam go o zapychanie, bo za każdym razem kiedy sięgałam po niego przez 3-4 dni pod rząd, witałam na twarzy nowe bomby (co też widać na zdjęciach). Dodam, że od lat stosuję kilkuetapowy demakijaż, więc nie była to kwestia niedoczyszczenia przeze mnie skóry.

Jestem na nie. Mam nadzieję, że Justyna jest bardziej ode mnie zadowolona...

Znacie? Macie lepsze od moich doświadczenia z tymi fuidami?

wtorek, 18 kwietnia 2017

Bielenda, fluid matujący (1 naturalny)

W zeszłym roku prężnie rozwijająca się Bielenda wprowadziła do sprzedaży trzy podkłady: liftingujący fluid nawilżający, fluid kryjący oraz fluid matujący. Jako że bardzo kibicuję tej marce, z ciekawości skusiłam się na tę ostatnią propozycję w najjaśniejszym dostępnym odcieniu (a jest ich tylko trzy). Cena, niecałe 12 zł, również wydała mi się bardzo zachęcająca.

Powiem tak: podkład swoje wady ma, ale za tak przystępną cenę nie ma za bardzo co narzekać.Wręcz śmiem twierdzić, że to przyzwoity produkt.


Jak widać, podkład zapakowano w mało uroczą tubkę. No ale cena!

Kosmetyk nie jest ani rzadki, ani gęsty; taki pomiędzy. Pachnie trochę farbą olejną, ale niezbyt intensywnie, więc przymykam oko. Ja aplikuję go Beauty Blenderem, uzyskując lekkie/średnie krycie i ładny, naturalny efekt. Nie daje matowego wykończenia; raczej satynowe. Jak wiecie, mam cerę tłustą. Stosując fluid Bielendy po bibułki matujące muszę sięgać po około czterech godzinach od aplikacji, co nie jest złym wynikiem - 4 godziny to w moim przypadku taka średnia w kwestii utrzymywania matu przez podkłady. Kosmetyk dobrze utrzymuje kontur i nie ma tendencji do spływania czy osadzania się w załamaniach i porach na twarzy. Nie zauważyłam też, aby oksydował. Na szczęście! Po kilku tygodniach niemal codziennego stosowania stwierdzam też, że nie powoduje u mnie wysypu niedoskonałości.

Największą wadą fluidu jest uboga gama kolorystyczna. Chyba się zgodzicie, że trzy odcienie to niedużo. Co więcej, jak to często bywa, najjaśniejszy odcień jest dla mnie, bladolicej, za ciemny (czego na ostatnim zdjęciu nie widać, musicie mi uwierzyć na słowo). Ostatecznie, żeby bez dyskomfortu psychicznego stosować propozycję Bielendy, musiałam kupić jeszcze biały podkład do rozjaśniania tego gagatka. Tyle dobrego, że fluid wpada w noszalne żółte tony.


Nie jest to zły kosmetyk. Podejrzewam wręcz, że w podobnej cenie nie znajdzie się nic lepszego. To powiedziawszy, nie wiem, czy do niego wrócę. Denerwuje mnie konieczność kombinowania z rozjaśnianiem odcienia fluidu, bo marka, choć polska, nie pomyślała o bladolicych, ech.

wtorek, 14 lutego 2017

Ilia, Vivid Foundation, Tularosa

Podkład Ilia został mi sprezentowany przez kochaną Hexxanę. Ponieważ marka była mi nieznana, zrobiłam małe rozeznanie. Okazało się, że Ilia produkuje kosmetyki naturalne i organiczne, co oczywiście wzbudziło moje ogromne zainteresowanie. Zresztą same zobaczcie, czy to nie brzmi bardzo zachęcająco?

"Ilia Vivid Foundation:
- Formula: Vegan. Free from parabens, petrochemicals, carmine, gluten, fillers, synthetic preservatives and fragrances. Contains very small amount of artificial colour.
- Origin: Made in USA.
- Packaging: Recyclable metal bottle with dispenser pump in carton box.
- Shelf Life: Use within 8 months from opening.
- Animal Rights: Not tested on animals. Cruelty free.
Ilia Beauty is a prestige, contemporary line of natural and organic lipsticks and makeup products that combine superior colour, performance and nourishing organics. All Ilia cosmetics are made with up to 85% certified organic ingredients that nourish the skin and help aid in its repair and are free from parabens, petrochemicals, fillers, carmine and synthetic preservatives. Ilia cosmetics are vegetarian and not tested on animals."
(klik)

A oto czego, zdaniem brytyjskiego dystrybutora, możemy się po tym podkładzie (za bagatela 36 funtów) spodziewać:

"What it is
Ilia Vivid Foundation is filled with healing botanicals to help calm and revitalise the skin. The moisturising properties of Aloe Vera aid in long-lasting hydration and simulate a tightening of the skin, while the healing nature of Green Tea and Rosemary Extract help combat free radicals. A new unique medicinal resin, sourced from a tree on the Greek Island of Chios, offers a natural solution to reduce pore size, shine and contains anti-bacterial properties. It is able to be incorporated into skin care as a natural matifying skin refiner. The soft whipped formula offers buildable light to full coverage and is excellent for sensitive skin.
Colour Guide
- Tularosa F1: For porcelain skin with slight pink undertones.
- Gobi F2: For light skin with neutral to subtle pink undertones.
- Santorini F3: For light to medium skin with neutral undertones.
- Mojave F4: For light olive skin with yellow undertones.
- Tanami F5: For medium to dark skin with neutral undertones.
- Sandar F6: For dark skin with soft pink undertones.
How to Use
Use fingertips or the Ilia Foundation brush to apply Ilia Vivid Foundation to the face as required for a perfect even complexion
."
(klik)

Przepraszam, że tak kopiuję i wklejam. Zwykle tego nie robię, ale Ilia jest na tyle mało znana w polskiej blogosferze, że uznałam, iż takie informacje mogą się komuś przydać.


Metalowe opakowanie wygląda szykownie i elegancko, ale nie daje możliwości śledzenia stopnia zużycia produktu. Jest za to higieniczne; wyposażone w sprawną pompkę. Sam odcień Tularosa jest względnie jasny i ma subtelne różowe podtony, ale na szczęście mnie nie świnkuje. Kosmetyk ma nieco dziwny zapach - zakładam, że pachnie sumą swoich składników, którymi są:

Water (Aqua), Glycerin, Cocos Nucifera (Coconut) Oil*, Polyglyceryl-2 Oleate, Polyhydroxystearic Acid, Polyglyceryl-2 Stearate, Helianthus Annuus (Sunflower) Seed Oil*, Rosa Canina (Rose Hip) Fruit Oil*, Behenyl Olivate, Pistacia Lentiscus Gum, Pistacia Lentiscus (Mastic) Gum, Lecithin, Caprylic/capric Triglyceride, Jasminum Officinale (Jasmine) Flower/leaf Extract, Lavandula Angustifolia (Lavender) Flower/leaf/steam Extract, Eugenia Caryophyllus (Clove) Flower Extract, Vitis Vinifera (Grape) Fruit Extract, Citrus Aurantium Dulcis (Orange) Fruit Oil, Vaccinium Macrocarpon (Cranberry) Seed Oil, Alcohol, Sodium Hyaluronate, Tocopherol, Allantoin, Ethylhexylglycerin, Phenethyl Alcohol. May Contain: Mica, Titanium Dioxide (Ci 77891), Iron Oxide (Ci77491, Ci77492, Ci77499).
* Certified organic ingredients.

Czy widzicie, ile na tej liście znalazło się olejów? Kokosowy, słonecznikowy, różany, pomarańczowy, żurawinowy; do tego wiele naturalnych ekstraktów. Skład na oko laika jest naprawdę ładny, ale... w praktyce nie okazał się dobry dla mojej tłustej cery. Nie wykluczam natomiast, że skóry suche mogłyby być zachwycone.

Ja jednak jestem tłuścioszkiem i mam niestety do podkładu wiele zastrzeżeń. Ze względu na jego tłustawą konsystenję nie mogę aplikować go ani palcami, ani pędzlem, bo bardzo się mi na skórze odznacza i wygląda ciężko; po prostu się z nią  nie stapia. W moim przypadku jedynym słusznym narzędziem jest wilgotny Beauty Blender, za pomocą którego udaje mi się nie uzyskać maski (oczywiście mówimy o stosowaniu niewielkich ilości, a nie tynkowaniu twarzy uprawianym przez większość popularnych youtuberów). Nie oznacza to jednak, że twarz wygląda naturalnie, bo podkład daje na mnie bardzo mokre, świecące wykończenie, z czym pudry nie do końca sobie radzą. A przypudrować go muszę, bo inaczej zaczyna mi zjeżdżać ze skóry. Po utrwaleniu bardzo szybko (dosłownie po 2 godzinach) zaczynam się świecić, jakbym wysmarowała się smalcem, choć bibułki matujące nieco ratują sytuację. Najgorsze jest jednak to, że jeśli sięgnę po ten produkt kilka razy z rzędu, zauważam wysyp czarnych kropek na brodzie - choć nie wyskakują mi po tym produkcie niespodzianki, podkład zanieczyszcza mi pory. Podejrzewam, że winę ponosi tu kombo gliceryny i oleju kokosowego, ale mogę się mylić. Żeby oddać jednak kosmetykowi sprawiedliwość, dobrze służył mi jako dodatkowa warstwa ochronna podczas ostatniego pobytu w Polsce, kiedy zabierałam córeczkę na mroźny spacer.

I jeszcze jedno: zauważyłam, że czasem zdarza mu się rozpuszczać korektor pod oczy w miejscu ich styku. Pierwszy raz spotkałam się z takim zjawiskiem i powiem Wam, że nie wygląda to zbyt dobrze...

przed / w trakcie / po

Podkład daje bardzo lekkie krycie. Według producenta można je budować, ale w moim przypadku nie za bardzo ma to sens (wszystko spływa). 

Niestety mimo teoretycznie świetnego składu i ładnego, jasnego koloru cerom tłustym i mieszanym na pewno nie mogę tego produktu polecić. Cery suche mogłyby natomiast być z niego zadowolone, ale niestety nie mam tego jak zweryfikować.

sobota, 17 września 2016

Amilie mineral cosmetics, pierwsze wrażenia dotyczące podkładów w wersji kryjącej i matującej

Bardzo lubię podkłady mineralne w cieplejsze miesiące roku. Lubię też testować nieznane sobie produkty. Problem jednak w tym, że z minerałami czasem nie da się od razu wstrzelić w swój kolor, a wydawanie kilku dyszek na pełnowymiarowe opakowanie łączy się z ryzykiem, że odcień nie będzie trafiony, a my będziemy musiały kombinować. Dlatego bardzo doceniam, że marka Amilie prowadzi sprzedaż odsypek (za jedyne 2,90 zł, a ilość wystarcza na około 10 aplikacji), dzięki którym możemy przetestować na własnej skórze nie tylko różne odcienie (których marka ma naprawdę spory wybór), ale i formuły. Mała ściąga ze strony producenta:



Ze względu na fakt, iż mam cerę tłustą, która z upływem lat wcale nie chce produkować mnej sebum, wykończenie rozświetlające mnie nie interesowało. Kupiłam zatem dwa odcienie z formuły kryjącej (vanilla i olive fair) oraz dwa z formuły matującej (latte i ivory). Wszystkie podkłady aplikowałam pędzlem kabuki marki Lily Lolo. Wraz z próbkami otrzymałam bardzo klarowną "instrukcję obsługi" minerałów, ale i bez niej wiedziałam, co robić, bo nie jestem w tej dziedzinie nowicjuszką.

Odcieni podkładów do wyboru jest mnóstwo: 28 w formule kryjącej, 13 w formule matującej oraz 13 w formule rozświetlającej. Śmiem twierdzić, że każdy znajdzie coś dla siebie. Tym bardziej, że możemy wybierać spośród aż sześciu gam kolorystycznych:

Honey - odcienie ciepłe z brzoskwiniowymi/żółtymi tonami
Beige - odcienie chłodne z beżowymi/brązowymi tonami
Golden - odcienie ciepłe ze złotymi/żółtymi tonami
Olive - odcienie neutralne z oliwkowymi/zielonymi tonami
Natural - odcienie neutralne
Cool - odcienie chłodne z różowymi tonami

Na zdjęciach poniżej widzicie słocze czterech wybranych przeze mnie odcieni. Wydaje mi się, że udało mi się też uchwycić różnicę w wykończeniu. Widać, że dwa pierwsze kolory (formuła kryjąca) mają wykończenie satynowe i są jakby bardziej kremowe w konsystencji, a dwa kolejne (formuła matująca) są zdecydowanie suchsze, bardziej matowe.

od lewej: vanilla (coverage), olive fair (coverage), latte (matt), ivory (matt)


Moim zdaniem krycie można budować za pomocą obu formuł - od lekkiego po średnie poprzez dokładanie cienkich warstw (choć faktycznie formuła kryjąca kryje troszkę lepiej niż mat). Pełnego krycia nie starałam się uzyskać, bo wykończenie na twarzy robiło się coraz bardziej pudrowe, a chciałam uniknąć efektu ciasta. U mnie dwie-trzy cienkie warstwy podkładu to była ilość optymalna. Koloryt skóry był ujednolicony i choć niedoskonałości przebijały (co z powodzeniem można przykryć korektorem), całość wyglądała naturalnie.

Co do wykończenia, na mojej twarzy podobały mi się oba. Formuła matująca dawała efekt bardzo naturalnego, rozświetlonego matu, a kryjąca - ładnej satyny. Co do trzymania sebum w ryzach, w obu przypadkach zaczynałam się wyświecać i czułam potrzebę sięgnięcia po bibułki matujące po około pięciu godzinach po aplikacji. Po małych poprawkach cera wyglądała ładnie przez kolejne kilka godzin. W ostatecznym rozrachunku moja skóra po całym dniu z Amilie wyglądała lepiej i bardziej świeżo (na ile to możliwe) niż z większością podkładów drogeryjnych.

Przejdźmy do słoczy poszczególnych odcieni na twarzy. Zdjęcie środkowe bez makijażu, zdjęcie po lewej - z dwoma cienkimi warstwami podkładu.

Vanilla:

Vanilla to chłodnawy, bardzo jasny beż. Jak widać po kontraście z moją żółtawą szyją ten odcień jest dla mnie nieco za jasny i za chłodny (zbyt różowy).


Olive fair:

Olive fair ma w sobie bardzo dużo zielonkawych tonów. Byłam ciekawa tego odcienia ze względu na naczynka. Jak widać, nałożony na całą twarz dawał na mnie efekt topielicy, bo nie jestem oliwkowa, ale jedna cienka warstwa pod inny podkład, na same policzki i nos, naprawdę ładnie neutralizowała rumień i naczynka. Byłam bardzo zadowolona.


Latte:

Latte to najbrdziej neutralny, jasny kolor z wybranych przeze mnie. Myślałam, że to właśnie on będzie idealny, a o dziwo okazał się dla mnie troszkę za jasny i za mało żółty. Jednak nie jestem neutralna (a tak sądziłam, bo pasują mi zarówno jasne jak i chłodne cienie, róże i pomadki). Dzięki minerałom Amilie odkryłam, że mimo różowej skóry twarzy (cera płytkounaczyniona), tak naprawdę powinnam celować w ciepłe, żółte podkłady, bo taki mam odcień skóry na ciele. Człowiek się uczy przez całe życie...


Ivory:

Spośród czterech odcieni, które sobie wybrałam, Ivory - o jasnym, ciepłym kolorze z żółtymi tonami - okazał się najlepiej dobrany do mnie (choć kusi mnie jeszcze wypróbowanie najjaśniejszego odcienia z gamy golden; ivory jest z gamy miodowej).


Z obiema formułami pracowało mi się znakomicie. Proszki ładnie, bez smug i plam, aplikowały się na twarz pokrytą filtrem (Pharmaceris SPF 30 lub SPF 50), bez problemu rozcierały i stapiały się ze skórą. Ich wodoodporności nie testowałam, ale z demakijażem nie miałam najmniejszych problemów.

Jestem z tej przygody ogromnie zadowolona. Na razie podkładowa szuflada pęka u mnie w szwach, ale będę o Amilie pamiętać na przyszłość i nie wykluczam zakupu. Podkłady Amilie sprawdziły się u mnie nieco lepiej niż podkład Lily Lolo (który się na mnie szybciej wyświeca), Earthnicity (gdzie nie znalazłam idealnego dla siebie odcienia) i Pixie (gdzie nie znalazam idealnego dla siebie wykończenia), a przy tym są przyjemniejsze dla portfela od konkurencji.

wtorek, 16 lutego 2016

Bourjois, 123 Perfect CC Cream 31 Ivory

Do zakupu kremu CC Bourjois przekonał mnie obejrzany na YouTube czyjś test na żywo. Trochę się bałam zaryzykować kolejne 11 funtów po porażce z podkładem 123 (klik), ale ostatecznie zażyczyłam go sobie w ramach prezentu urodzinowego. Okazuje się, że krem CC jest lepszy od koszmarnego podkładu, ale do ideału też mu daleko.


Producent zapakował kosmetyk w tubkę z wydłużonym dziubkiem. Nie jest to jakieś złe rozwiązanie, ale w sumie wolałabym opakowanie z pompką. Bardzo lejąca konsystencja mazidła na pewno dobrze współpracowałaby z takim aplikatorem. Z drugiej strony tubka jest mała i lekka, więc dobrze sprawdza się w podróży.

Zanim wykończyłam wszystkie inne podkłady Bourjois ze zdjęcia, zrobiłam porównanie kolorów najjaśniejszych odcieni. I, jak widać, każdy jest inny. Nawet podkład z tej samej serii różni się kolorem od kremu CC, który, jakkolwiek nadal ładnie żółty, ma w sobie delikatną domieszkę różowych tonów. Dziwna polityka, nie uważacie? Za każdym razem decydując się na inny podkład marki trzeba na nowo testować kolor zamiast brać w ciemno.

przed / na tle toaletki / po


Krem CC ma średnie krycie. Świetnie wyrównuje koloryt cery, ładnie się w nią wtapiając i nie tworząc maski. Na szczęście, w przeciwieństwie do podkładu, nie oksyduje na mojej skórze. Na większe niedoskonałości potrzebny będzie nam kamuflaż. Po nałożeniu produktu (ja preferuję palce) uzyskujemy przyjemnie, naturalnie świetliste wykończenie, które na mojej skórze po przypudrowaniu utrzymuje się przez około 3-4 godzin na bazie z kremu nawilżającego lub 5-6 godzin na bazie z kremu matującego. Potem muszę sięgać po bibułki matujące. Poza tym podkład ma tendencję do ścierania się (na przykład zostawia ślady na telefonie), a ponieważ nie zastyga, kiedy już zaczyna mieszać się z sebum potrafi migrować, na czym cierpi reszta makijażu twarz i robi się bałagan.

Nie jest to idealny produkt dla cery tłustej. Podejrzewam, że cery normalne, suche i dojrzałe będą z niego bardziej zadowolone.

środa, 10 grudnia 2014

Kilka słów o dwóch kremowych podkładach w kompakcie: Bourjois 8in1 BB Cream oraz Rimmel Match Perfection

Ponieważ od dawna intrygowała mnie forma podkładu w kompakcie, kupiłam drogą internetową krem BB Bourjois (40 zł/6 g). Kilka dni potem w drogerii Boots wpadłam na kompakt Rimmela (ok. 8 funtów/7 g). Była to chyba jakaś chwilowa edycja, bo od kilku miesięcy już ich w szafie Rimmel nie widuję.

Ciekawość zaspokoiłam i przy okazji wyleczyłam się z takich kompaktów. Po pierwsze, bardzo łapią z powietrza pyłki i kłaczki, co nie jest przecież higieniczne. Po drugie, w obu egzemplarzach bardzo szybko zobaczyłam dno; są niewydajne.

A teraz może trochę więcej szczegółów na temat każdego z mazideł. Zacznijmy od kremu BB Bourjois.

Opakowanie produktu bardzo przypadło mi do gustu. To czarna, plastikowa kasetka z dużym, obrotowym lusterkiem. Zamyka się na magnez. Fajny gadżet! Do podkładu (bo krem BB to to nie jest) dołączono gąbeczkę, która okazała się najlepszym sposobem aplikacji kosmetyku.


Europejskie kremy BB przyzwyczaiły nas do lekkiej konsystencji i delikatnego krycia. Tu tego nie ma, dlatego napisałam wyżej, że żaden to BeBik. Podkład jest gęsty i bardzo dobrze kryje. Jak widać na zdjęciu, najjaśniejszy odcień, 21 vanilla, wpada w żółć, dzięki czemu ładnie maskuje rumień i zaczerwienienia. Dodatkowym atutem, oczywiście w odczuciu posiadaczki tłustej cery, jest matowe (ale nie płaskie) wykończenie. Tuż po aplikacji kosmetyk wygląda na twarzy bardzo ładnie, ale jestem pewna, że suche i normalne cery z tej formuły nie byłyby zadowolone. Myślę, że ten gęsty i dość ciężki produkt mógłby je wysuszać i podkreślać suche skórki.

Jak wcześniej wspomniałam, najlepszą metodą aplikacji tego podkładu jest gąbeczka. Kiedy próbowałam go nakładać pędzlem i palcami, smużył, właził mi w pory i osadzał się na włoskach na twarzy. Przy aplikacji gąbeczką wyglądał tak:


Szkoda, że nie przez cały dzień... Zwykle po około 4 godzinach zaczynałam się świecić i konieczne było puszczenie w ruch bibułek matujących. Zauważyłam też ogromną tendencję podkładu do ścierania się, jeśli zdarzyło mi się dotknąć twarzy. Bardzo brudził telefon. Najgorsze jest jednak to, jak wyglądał po 7-8 godzinach - zaczynał się ciastkować, warzyć i włazić w pory i linie na twarzy (np. linię uśmiechu). Ble. Kto chce podkład, który wygląda przyzwoicie tylko przez jakieś 4 godziny?


Przejdźmy teraz do propozycji Rimmela. Ten podkład zamknięto w zwykłej plastikowej kasetce z podwójnym dnem - pod częścią z podkładem znajduje się schowek na lusterko i gąbeczkę.


Podkład ten ma dużo lżejszą konsystencję od kosmetyku Bourjois. Odcień 100 Ivory to jasny beż bez przewagi żółtych czy różowych podtonów.


Podkład ma bardzo lekkie krycie. Z jednej strony nie ukryje naszych bolączek (choć delikatnie wyrówna koloryt cery), jeśli takowe mamy; z drugiej - wygląda na twarzy bardzo naturalnie, jak byśmy nic na skórę nie nakładały. Daje naturalnie świetliste wykończenie. Ja zaczynam się błyszczeć po około 3 godzinach, ale szybka akcja z bibułką rozwiązuje problem. Produkt delikatnie ściera się z twarzy, jeśli ją dotykami (np. rozmawiając przez telefon), lecz ze względu na jego lekkie krycie nie wygląda to nienaturalnie - nie widać plam na twarzy. Nawet pod koniec dnia, czyli po jakiś dziewięciu godzinach, twarz wygląda przyzwoicie, pomijając sebum - codziennego towarzysza cer tłustych jak moja.


Poleciłabym go wielbicielkom lekkich podkładów, gdyby był nadal dostępny :)

piątek, 6 czerwca 2014

Bourjois, 123 Perfect foundation

Podkład kupiłam w Bootsie za 11 funtów/30 ml. Mimo iż kosmetyk ma kilka dobrych stron, nie była to udana inwestycja...


Na pewno zaletą mazidła jest opakowanie z pompką, która działa sprawnie i nie zacina się. Buteleczka umożliwia śledzenie stopnia zużycia produktu. Sam podkład ma niestety dość nieprzyjemny zapach kojarzący się z farbą olejną.


Skład jest jaki jest, ale podkład mnie nie podrażnił ani nie doprowadził do wysypu niedoskonałości.


Mój kolor, 51 light vanilla, wpada w żółte tony, dzięki czemu ładnie eliminuje zaczerwienienia. Zgodnie z obietnicą producenta twarz nie wygląda na poszarzałą. Pod oczy produktu nie stosowałam (wolę dużo lżejsze formuły), więc nie wiem, jak radzi sobie z cieniami.



Co mi jednak po ładnym kolorze, jeśli pokład ciemnieje? Na zdjęciu wyżej wyraźnie widać różnicę między podkładem tuż po wyciśnięciu z opakowania i tym, jak prezentuje się po kilku minutach. O ile początkowy kolor do mnie pasuje, to po zoksydowaniu kosmetyku wyglądam tak:


Twarz wyraźnie ciemniejsza od szyi - koszmar.

Co do formuły - podkład niby ma dość rzadką konsystencję, ale zawiera sporo pigmentu, więc formuła lekką nie jest. Kosmetyk zapewnia średnie krycie w kierunku dobrego (dużych niedoskonałości nie ukryje), ale przy tym nie stapia się ze skórą. Innymi słowy - jest widoczny na twarzy i robi maskę:


Aplikacja produktu jest bardzo problematyczna. Pędzle odpadają, bo robią się ohydne smugi. Przy aplikacji palcami podkład brzydko zbiera się w porach skóry. Najlepsze efekty uzyskuję nakładając go na mokro gąbeczką-jajkiem z Real Techniques. Najlepsze nie znaczy jednak dobre... Podkład i tak podkreśla meszek na twarzy:


... oraz wszelkie suche skórki:


Wykończenie produktu jest matowe. Mat utrzymuje się na mojej tłustej skórze przez około 5 godzin, co jest naprawdę dobrym wynikiem. Z drugiej strony kosmetyk mocno się ściera (zostawia ślady na telefonie i ubraniach) i po kilku godzinach zbiera się w załamaniach skóry (zwłaszcza w linii uśmiechu). Dzieje się tak pomimo utrwalenia pudrem. Nie utrzymuje też za dobrze bronzera i różu.

Na pewno jest to produkt raczej do cer tłustych niż mieszanych. Nie sądzę aby był dobry dla sucharków.


Podsumowując:
+ funkcjonalne opakowanie
+ ładny początkowy kolor, który neutralizuje zaczerwienienia i sprawia, że cera nie wygląda na poszarzałą
+ średnie/dobre krycie
+ długo trzyma mat - około 5 godzin
+ nie spowodował mi na twarzy pryszczolandii

- śmierdzi farbą olejną
- mocno oksyduje
- ściera się - brudzi telefon i ubrania
- mimo utrwalenia pudrem spływa i zbiera się w załamaniach skóry, a co za tym idzie, nie utrzymuje dobrze różu ani bronzera
- problematyczna aplikacja
- widać go na skórze, daje efekt maski, podkreśla suche skórki oraz meszek na twarzy


Nie mogę polecić tego podkładu. Jak dla mnie jego minusy są zbyt poważne. Sama zużywam go "po domu", bo nie mam sumienia wyrzucić do kosza 11 funtów...

Mam zagwozdkę. Chciałam kupić 123 Perfect CC cream, ale nie wiem, czy on też nie będzie na mnie oksydować... Ma go któraś z Was? Warto się zdecydować?

środa, 30 października 2013

Bourjois, Healthy Mix Serum (51 light vanilla)

Jakieś dwa lata temu miałam klasyczny podkład Healthy Mix. Zużyłam go do ostatniej kropelki. Uwielbiałam, bardzo dobrze mi służył, mimo że nie jest dedykowany mieszanym cerom. Dlatego, mając w pamięci dobre wspomnienia, postanowiłam przetestować bardziej żelową w konsystencji wersję serum. I co z tego wynikło?


Zacznijmy od niekwestionowanych plusów produktu. Plastikowe (niezbijalne) opakowanie ze sprawnie działającą pompką, check. Jest higienicznie! Bardzo przyjemny, owocowy zapach, check. Świetny, wpadający w żółć, jasny kolor, który pięknie neutralizuje obszary naczynkowe, check. Lekka konsystencja nie sprawiająca żadnych problemów przy aplikacji, check. Brak zapychania, uczulania, check. Żadnego efektu maski i brzydkiego utleniania się, check. Ładne, rozświetlające wykończenie, check.

Dodam, że podkład zapewnia lekkie krycie. Ładnie wyrównuje koloryt cery, ale wyprysków nie zakamufluje. Tu potrzebny będzie korektor.


W świetle wielu wymienionych wyżej plusów wnioskować by można, że to dobry podkład. I owszem, tyle że... nie sprawdza się u mnie w jednym, bardzo istotnym aspekcie. Mam teraz inny typ cery niż te dwa lata temu. Obecnie jestem posiadaczką cery bardzo tłustej, a na takowej wersja HM serum nie sprawdza się w kwestii długotrwałego utrzymywania  ładnego wykończenia (nawet po przypudrowaniu). Tuż po nałożeniu podkładu skóra wygląda świetnie, promiennie, ale niestety zaczynam się brzydko świecić już po 2-3 godzinach od aplikacji podkładu :( Dlatego do produktu już raczej nie wrócę. Z drugiej strony myślę, że posiadaczki cer suchych i normalnych, poszukujące jasnych podkładów w żółtej tonacji, mogłyby być z mazidła bardzo zadowolone. Jest potencjał.



Znacie? Jakie są Wasze doświadczenia?
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...