Bardzo lubię wszelkie sera "antycellulitowe" czy "wyszczuplające". Nie dlatego, iż wierzę, że schudnę i zgubię pomarańczową skórkę od samego smarowania się tego typu specyfikami, ale dlatego, że zazwyczaj świetnie ujędrniają skórę. Mój budżet pozwala mi na trzymanie się drogeryjnej półki, ale marzyło mi się coś o krok wyżej. Marzenie zostało spełnione przez moje kochane Dziewczyny (:*) i zawitało u mnie w formie prezentu gwiazdkowego.
My, oh my. Zapowiadała się naprawdę intrygująca przygoda, ale trochę nie wyszło.
Na pierwszy rzut oka wszystko jest w porządku. Mamy bardzo ładną szatę graficzną, pudełko z potrzebnymi nam informacjami, opakowanie z wygodną pompką, i brązowy żel o przyjemnym, kawowym zapachu, który, na szczęście, mimo swojego koloru nie barwi ubrań (albo ja tego nie zauważyłam). Póki co wszystko gra. Aplikacja nie przysparzała żadnych trudności, produkt dość szybko się wchłaniał i u mnie nie dawał efektów termicznych. Po każdym użyciu skóra na udach, brzuchu, pośladkach i boczkach robiła się na chwilę czerwona, ale nie towarzyszyło temu, w moim przypadku, żadne pieczenie, mrowienie czy jakiekolwiek inne niemiłe sensacje. Skóra robiła się przyjemnie gładka w dotyku.
Czas na "ale". I to nie małe "ale", lecz "ALE". KOSMETYK SKOŃCZYŁ SIĘ PO DZIESIĘCIU UŻYCIACH. A nakładałam go raczej w dość małych ilościach. Jeszcze nigdy nie miałam tak niewydajnego serum antycellulitowego. Szczerze się zdziwiłam, kiedy pompka ni z tego ni z owego wypluła ostatnią porcję kosmetyku. Dlatego niniejszą notkę potraktujcie jak opis pierwszych wrażeń, bo nie widzę siebie kupującej trzech tubek tego specyfiku miesięcznie, nawet pomimo dość ciekawego składu. Fajnie było poznać, nie powiem, i żałuję, że nawet nie zdążyłam po tym jednym opakowaniu stwierdzić, czy kosmetyk mnie zadowolił, czy jednak nie. No cóż.
Znacie?