Pokazywanie postów oznaczonych etykietą estee lauder. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą estee lauder. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 grudnia 2019

Średniaki, zwyklaki, przeciętniaki... | Chanel, Estee Lauder, Wibo, Nabla, Biotanique, Bandi, La Roche-Posay, Sun Ozon, Perfecta, Evree

Dziś o kosmetykach ani dobrych, ani złych. Średnich do bólu.


#1
Chanel, Vitalumiere, loose powder foundation with mini kabuki brush


Sypki podkład Chanel dostałam od Hexxany. Producent zapakował go w dobrej jakości plastkowe pudełko z siateczką, przez którą mamy nabierać proszek na pędzel.


Dołączony kabuki brush nie podbił mojego serca. Daleko mu do miękkości pędzli firm produkujących minerały, a do tego jest dość mały, więc trzeba się namachać podczas aplikacji. Szybko poszedł w odstawkę.


Nie wiem, jaki mam kolor podkładu, bo nie widzę takiej informacji na opakowaniu. Wiem, że jest on odpowiednio jasny, ale niestety wpada w różowe tony, co do mnie nie pasuje. Pomagam sobie używając żółtego pudru wykończeniowego, który początkowo załatwia sprawę. Tuż po aplikacji na twarz kosmetyk daje wykończenie satynowego matu, ale już po około 3 godzinach zaczynam się wyświecać, a podkład wyraźnie ciemnieje i pomarańczowieje. Natomiast po całym dniu noszenia wygląda ciężko i ciastkowato. Jeśli już po niego sięgam, to na krótsze wyjścia.


#2
Estee Lauder, Enlighten EE cream, 01 light


Ten krem też dostałam od Hexxany. Uważam, że może sprawdzić się na cerach suchych i być może normalnych. Na mojej tłustej nie jest optymalny. Ma leciutkie krycie, ale jeśli chcemy tylko lekkiego wyrównania kolorytu cery, daje radę samodzielnie. Niezależnie jednak, czy użyję go bez podkładu czy pod podkład, już po około dwóch godzinach zaczyna się na mnie brzydko wyświecać,  a pod koniec dnia, kiedy robię demakijaż, okazuje się, że w międzyczasie zupełnie ulotnił mi się z twarzy - a wszystko to po utrwaleniu pudrem. Kolejny kosmetyk z kategorii podkładów, po które ewentualnie sięgam na krótkie wyjścia.



#3
Nabla, Close Up Stay Full Smooth Concealer, Ivory


I kolejny kosmetyk, który miałam okazję poznać dzięki Hexxanie. Jak widzicie, ma on typowe dla korektorów opakowanie z wielkim gąbkowym aplikatorem (wielkością aplikator przypomina ten od korektora Conceal & Define z Revolution). Odcień Ivory wbrew nazwie nie jest bardzo jasny i wpada w żółte tony. Moim problemem w tym przypadku jest zbyt duże krycie. Nie zetknęłam się wcześniej z bardziej kryjącym korektorem. Ma w sobie tyle pigmentu, że osobiście nie potrafię porządnie rozetrzeć pod okiem nawet minimalnej ilości produktu (mowa o główce szpilki, jak by ktoś się zastanawiał) - wygląda maskowato, odnacza się, no i wysusza mi skórę. Nie jest też kompatybilny z lekkimi podkładami do ukrywania niedoskonałości - tu również się odnacza i ciastkuje. Swoją drogą nigdy w życiu bym się nie spodziewała, że ja, posiadaczka widocznych zasinień od chronicznego niedosypiania, będę narzekać, że korektor jest ZBYT KRYJĄCY. Co za ironia!


#4
Wibo, matująco-utrwalający puder ryżowy do każdego typu cery


Ten puder dostałam z kolei od Justyny. Wbrew nazwie kosmetyk ani nie matuje, ani nie utrwala makijażu, ale sprawdza się w roli bazy pod sypki podkład mineralny i tylko w takim charakterze z niego korzystam.

#5
Biotanique, oczyszczający żel micelarny oraz łagodny żel do mycia twarzy.


Oczyszczający żel micelarny zapakowano do buteleczki z funkcjonalną pompką. Kosmetyk ma piękny, świeży, cytrusowy zapach. W kontakcie ze skórą nie pieni się ani nie emulguje, i dość trudno go spłukać, bo maże się po skórze. Nie miałabym nic przeciwko, gdyby rzeczywiście spełniał obietnice producenta i "z łatwością usuwał makijaż i inne zabrudzenia", ale w takim charakterze produkt zawodzi na całej linii. Nie jest w stanie dobrze usunąć ze skóry lekkiego podkładu mineralnego, o makijażu oczu już w ogóle nie wspominając. Sprawdza się natomiast dobrze do delikatnego, porannego mycia twarzy, kiedy do zmycia ma jedynie kurz i resztki nocnej pielęgnacji.


Ten, kto stwierdził na opakowaniu, że to łagodny żel, chyba nigdy go nie stosował. Jest to ten rodzaj kosmetyku, który po myciu zostawia skórę twarzy skrzypiącą, ściągniętą i wołającą o tonik i krem. Zapach ma jakiś nieszczególny; taki typowy drogreryjny rypacz z tego żelu.


#6
Bandi, boost care, koncentrat z aktywną witaminą C


Bandi zaoferowało poprawne serum. Ma ono przyjemną konsystencję, doskonale nadaje się pod makijaż, lekko nawilża i wygładza skórę, ale osobiście znam kosmetyki tego typu, które dają o wiele bardziej spektakularne efekty niż serum boost care - chociażby LIQ CC. Serum Bandi trochę rozświetla cerę, ale nie jest to żaden efekt wow, a na przebarwienia czy wyrównanie kolorytu cery nie ma najmniejszego wpływu. Daję temu mazidłu też ogromnego minusa za bardzo intensywny perfumeryjny zapach. Po co on w kosmetyku do twarzy?


#7
 La Roche-Posay, cicaplast baume bs SPF 50


Dużą zaletą kremu La Roche-Posay jest widoczne działanie otulająco-łagodzące, co sprawia, że mimo cięższej konsystencji dobrze nosi się w sezonie jesienno-zimowym, nawet pod makijażem (na mojej tłustej cerze makijaż zazwyczaj spływa z tego typu kremów). Niestety po każdej aplikacji i późniejszym wieloetapowym myciu skóry znajduję na twarzy nowe wypryski - nawet jeśli robię dłuższe przerwy od produktu. Z tego tytułu nie sięgam po niego regularnie. Nie rozumiem też zastrzeżenia producenta, że to nie jest produkt chroniący przed słońcem (patrz etykieta). Przecież zawiera SPF 50?


#8
Sun Ozon, fluid przeciwsłoneczny do twarzy i dekoltu z efektem matującym SPF 30 oraz SPF 50



Tu mamy filtry dostępne każdego roku w Rossmannie w bardzo dobrej cenie. Mają one dość lekką konsysytencję (SPF 30 jest nieco lżejszy niż SPF 50), choć obiecywanego na opakowaniu matu nie dają. Dobrze nadają się pod makijaż. Mam jednak wrażenie, że nie są aż tak skuteczne, jak bym sobie życzyła. Do tego przy stosowaniu przez kilka dni pod rząd (przypominam, że skórę oczyszczam dokładnie i wieloetapowo) wysypywało mnie po nich, a poza tym zauważyłam, że po kilku godzinach noszenia wywołują u mnie rumień. Osobiście nie będę do nich wracać, choć wiem, że mają szerokie grono zwolenników.


#9 
GlamGlow, Glowstarter, rozświetlający preparat nawilżający


Preparat był częścią zestawu, który dostałam w prezencie od Kasi. No i cóż, nie jest to moje pierwsze zetknięcie z marką (klik) i nadal uważam, że kreują się na coś lepszego niż oferują. Ma to być kosmetyk luksusowy i z wyższej półki, a jest to zwykły, przeciętnie nawilżający krem z dodatkiem miki, który poprawnie sprawdza się pod makijażem. Nic, nad czym miałabym piać z zachwytu - nawet jeśli przyszedł do mnie w holograficznym opakowaniu.


#10
Perfecta, extra oils, silikonowe rękawiczki krem-olejek do rąk, paznokci i skórek


Dużą zaletą tego kremu jest wygodne opakowanie z pompką i delikatny, kosmetyczny zapach. Niestety moim suchym dłoniom pomaga tylko doraźnie i na krótko; niedługo po aplikacji skóra jest ponownie sucha i ściągnięta.


#11
Evree, cukrowy peeling do ust oraz multifunkcyjny balsam



Tak, wiem, że Evree już nie jest dostępne stacjonarnie, ale niedobitki można znaleźć w sieci. Osobiście uważam, że nawet za te niewielkie pieniądze nie warto sobie zawracać głowy. Wprawdzie mazidełka  mają naprawdę przyjemny zapach pomarańczy, ale peeling ma w sobie ogromne, mocno drapiące drobiny, które ścierają za mocno powodując ból, a do tego zawarte w nim olejki lubią rozlewać się poza obręb ust i robić bałagan na twarzy, a balsam to totalny okluzyjny zwyklak, który ust czy skórek nam nie zregeneruje. To już zdecydowanie lepiej sięgnąć po Tisane.

Czy ktoś dotrwał do końca moich wywodów? 

środa, 18 kwietnia 2018

Ulubieńcy minionej zimy | Vianek, Estee Lauder, IOSSI, Bandi, Yves Rocher, Podopharm, NARS, Burberry

Tak, ten post miał powstać w okolicach pierwszego dnia wiosny. Tak, jak zwykle zdarzyło się życie i nie było kiedy zebrać myśli. Aż do teraz. Zdaje się, że w ogóle będę pisać nieregularnie, w miarę możliwości, od przypadku do przypadku. Być może rzadziej niż bym chciała, ale całkowicie rezygnować z tego mojego hobby jeszcze nie chcę, więc po prostu spodziewajcie się ode mnie frustrującej nieregularności ;)

A tak w ogóle to bardzo, bardzo się cieszę, że już po zimie. Jestem stworzeniem słońco- i ciepłolubnym.

A teraz przejdźmy do ulubieńców minionego sezonu, co by go podsumować, z nim się pożegnać i wyrzucić go z pamięci.

NARS, bronzer Laguna (klik)


Bronzer Laguna towarzyszył mi przez całą zimę. Bardzo podobał mi się kolor i efekt na twarzy. Nie jest ani za chłodny, ani za ciepły, więc nadaje się zarówno do konturowania jak i dodania twarzy nieco koloru. Takie bronzery zdecydowanie lubię najbardziej. Zawiera mikroskopijne drobinki, których nie widać na skórze. Ich zadaniem jest nadanie produktowi ładnego wykończenia. Na mnie Laguna utrzymuje się do około ośmiu godzin i znika równomiernie, bez plam. 


Burberry, Cat Lashes


To jeden z moich gwiazdkowych prezentów. Bardzo dobry tusz! Lekko pogrubia rzęsy, ładnie je wyczesuje, nie sypie się, nie kruszy, nie rozmazuje. Daje naprawdę przyjemny efekt końcowy, który jeszcze Wam pokażę.


Vianek, odżywczy płyn micelarny tonik 2 w 1


Kolejny świetny (po nawilżającym) micel od Vianka. Again, dobry skład, szybkie i skuteczne działanie, nie wysusza, nie podrażnia, nie irytuje naczynek. Rzeczywiśce doskonale sprawdza się w roli toniku.


Vianek, nawilżający tonik-mgiełka do twarzy (klik)


Polubiłam się z ichnimi micelami, zaprzyjaźniłam się również z tonikiem. Ma ładny skład, przyjemny zapach, lekko żółtawy kolor, nie uderza po kieszeni, rzeczywiście delikatnie nawilża i mieszka w butelce z atomizerem, który jednak nie daje lekkiej mgiełki, a po twarzy chlusta, co świetnie dobudza rano. Bardzo przyjemnie mi się go używało.


Estee Lauder, Advanced Night Repair Eye, Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II, Night Wear Plus 3-Minute Detox Mask, Day Wear Advanced Multi-Protection Anti-Oxidant Creme, Night Wear Plus Anti-Oxidant Night Detox Creme (klik)


W podlinkowanej notce opisałam pokrótce każdą z miniatur z tego zestawu. Tutaj, w ramach podsumowania, napiszę tylko, że doskonale sprawdziły się na szybko odwadniającej się od zimna i grzejników cerze, utrzymując ją w wyśmienitym stanie. Naprawdę byłam pod wrażeniem.


IOSSI, aksamintna róża, krem regenerująco-nawilżający z acerolą, różą i algami (klik)


Na pewno nikogo tą pozycją nie zaskoczyłam. Moja naczynkowa cera zdaje się bardzo lubić różę. A jeśli jest ona zawarta w naturalnym kosmetyku polskiej produkcji, cóż, w to mi graj! Stosowałam krem IOSSI na noc, bo na dzień sięgam po filtry. Szybko dostrzegłam jego moc. W kilka dni doprowadził moją skórę do siebie po choróbsku, czyli optymalnie ją nawilżył i zregenerował zdziesiątkowany katarem nos. Na tym jednak nie koniec. Każdego ranka patrząc na siebie w lustrze widziałam, jak stopniowo poprawia się faktura skóry. Naskórek zrobił się zauważalnie gładszy i przyjemny w dotyku, skóra zyskała na zdrowym, wewnętrznym blasku i wyglądała naprawdę dobrze. Poza tym krem świetnie łagodził grę naczyń, dzięki czemu rumień nie dawał mi się mocno we znaki, nie pojawiły się nowe "pajączki", a cera miała bardziej wyrównany koloryt.


Bandi, krem ochronny z probiotykami SPF 30


Zimą zazwyczaj wystarcza mi SPF 30. Tym razem ochronę tę znalazłam w kremie Bandi, który odpowiada mi również pod wielona innymi względami. Jest gęsty i nie da się go nałożyć cienką warstwą, co w przypadku filtrów jest bardzo dobrą rzeczą. Przy swojej gęstości produkt nie obciąża w żaden sposób cery. Nie jest tłusty, a wręcz daje matowo-satynowe wykończenie na twarzy, a makijaż nosi się na nim bajecznie. Kosmetyk nie wususza skóry i nie szkodzi jej w żaden inny sposób. Nie spodziewałam się, że będę z niego aż tak zadowolona.


Yves Rocher, Riche Creme, Comforting Anti-Wrinkle Cream (klik


Nie jest mi specjalnie po drodze z marką Yves Rocher; nie mam zaufania do ich kosmetyków. Dlatego pokazany tu krem pod oczy stanowił dla mnie pozytywne zaskoczenie. Przy pierwszym zetknięciu wydał mi się lekki, a co za tym idzie - mało odżywczy. Podczas regularnego używania okazało się jednak, że to pierwsze wrażenie było bardzo mylne. Kosmetyk naprawdę dobrze nawilżał. Znakomicie spisywał się pod makijażem, a stosowany nieco grubszą warstwą na noc rzeczywiście nawilżał i koił, dzięki czemu skóra była elastyczna. Oczywiście zmarszczek mi nie wyprasował, ale jestem realistką i nie miałam podobnych oczekiwań.


Podopharm, maska do dłoni i stóp z mikrosrebrem (klik


Zima to ciężki czas dla moich wymagających dłoni. Na szczęście miały sprzymierzeńca w postaci marki Podopharm i ich produktu z mocznikiem i mikrosrebrem. Kiedy sięgnęłam po ten krem, moje dłonie przdstawiały obraz nędzy i rozpaczy. Były przesuszone do tego stopnia, że samoistnie pękała mi skóra, z plamami egzemy, pomarszczone jak u staruszki. I to pomimo regularnej pielęgnacji - tak po prostu reagują na zimno, grzejniki i detergenty (płyny do zmywania naczyń bardzo masakrują mi dłonie). Wystarczyły dosłownie ze trzy aplikacje abym odczuła i dostrzegła wyraźną różnicę. Mimo iż krem był dość tłusty, moje dłonie wchłaniały go niemal całkowicie i zostawał mi na nich jedynie delikatny film typu "niewidzialne rękawiczki". Od razu po aplikacji odczuwałam ogromną ulgę, znikało uczucie skóry za małej o kilka rozmiarów. Wspomniane niewidzialne rękawiczki utrzymywały się przez całkiem długi czas - nie musiałam sięgać po kosmetyk po każdym myciu rąk. Przy regularnym używaniu kilka razy dziennie z biegiem czasu stan skóry bardzo się poprawił - znikły przesuszenia, zagoiły się ranki i egzema, naskórek zrobił gładszy i przyjemniejszy w dotyku. 


Podopharm, regenerujące serum do stóp (klik)


Serum miało przyjemny zapach werbeny i nie chłodziło stóp. Stosowałam je na noc grubą warstwą z bardzo dobrymi rezultatami. Skóra moich stóp jest sucha i wykazuje ogromną tendencję do błyskawicznego rogowacenia w newralgicznych miejscach, na przykład na piętach. Serum Podopharm moje stopy bardzo ładnie nawilżało, uelastyczniało naskórek i spowalniało proces rogowacenia.


To by było na tyle. Znacie któryś z wymienionych tu kosmetyków?

niedziela, 4 marca 2018

Estee Lauder, Advanced Night Repair Eye, Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II, Night Wear Plus 3-Minute Detox Mask, Day Wear Advanced Multi-Protection Anti-Oxidant Creme, Night Wear Plus Anti-Oxidant Night Detox Creme

Dziś parę słów o arcyciekawym zestawie miniatur Estee Lauder, który dostałam w prezencie urodzinowym od Słomki i Stri. A ponieważ to marka wysokopółkowa, postawiłam jej wysoko poprzeczkę. I z przyjemnością muszę stwierdzić, że zdała egzamin! W dodatku w najbardziej wymagającym okresie w roku - w czasie mroźnej zimy za oknem i grzejników w domu. Normalnie moja skóra w takich warunkach bardzo szybko się odwadnia i niezwykle łatwo o wszelkiego rodzaju podrażnienia.

Oczywiście moje uwagi mają bardziej charakter pierwszego wrażenia niż pełnej opinii.


NIGHT WEAR PLUS 3-MINUTE DETOX MASK
Miniatura wystarczyła mi na sześć użyć. Maska ma postać zielonkawej pasty (opiera się na glince) o ogórkowym zapachu. Po każdej sesji moja skóra była oczyszczona, rozjaśniona, rozświelona, miła w dotyku i o ładniejszym kolorycie. Produkt ładnie oczyszczał i obkurczał pory oraz podsuszał wypryski, a przy tym w żadnym stopniu mnie nie podrażniał. Słowem, działał jak dobra glinka. Ogromny plus za to, że nie trzeba było jej zwilżać.


ADVANCED NIGHT REPAIR EYE
Produkt zamknięto w eleganckim brązowym słoiczku z pozłacaną zakrętką. Zawartość miniatury wystarczyła mi na nieco ponad miesiąc cowieczornego stosowania. Na dzień również kilka razy go użyłam, ale ze względu na specyficzną konsystencję nie sprawdzał się pod makijażem. Konsystencją przypomina mi ni to klejący żel, ni to śluz (taki ślimaczy na przykład). Nie dało się na tym rozsmarować równomiernie korektora. No ale sama nazwa sygnalizuje, że jest to krem na noc,  a w tej roli spisywał się znakomicie. Przez cały okres stosowania budziłam się z fantastycznie nawilżoną i odżywioną skórą pod oczami. Miałam wrażenie, że naskórek był grubszy i jakby "wypchnięty", dzięki czemu zmarszczki były mniej widoczne. Mały geniusz.



Pozostały mi do opisania serum, krem na dzień i krem na noc. Nie mogę jednak skomentować, jakie efekty daje każdy z nich z osobna. Stosowane razem naprawdę dobrze się uzupełniały.


ADVANCED NIGHT REPAIR SYNCHRONIZED RECOVERY COMPLEX II
Produkt zamknięto w ciemnej buteleczce z pipetą. Ma postać żółtawego, lekkiego żelu o zapachu, który mój nos odbiera jako grapefruitowy. Wchłaniał się błyskawicznie i nie zostawiał żadnego filmu na skórze. Na pewno nie dawałby mi samodzielnie wystarczającego nawilżenia, więc oczywiście stosowałam go pod krem na noc. Zawartość miniaturki wystarczyła mi na prawie miesiąc cowieczornego stosowania.


DAY WEAR ADVANCED MULTI-PROTECTION ANTI-OXIDANT CREME
Krem zamknięto w słoiczku. Produkt ma zielonkawy odcień i zapach świeżego ogórka. Jest też dość treściwy, ale nie zostawia tłustego filmu na skórze. Świetnie sprawdza się pod makijażem, ale ochrona na niskim poziomie SPF 15 jest dla mnie do zaakceptowania jedynie w pochmurne zimowe dni. Zawartość miniatury wystarczyła mi na około 5 tygodni codziennego stosowania.


NIGHT WEAR PLUS ANTI-OXIDANT NIGHT DETOX CREME
Ponownie słoiczek, ale tym razem skrywający krem w odcieniu białym. Zostawia lekko świecący film na skórze, co w nocy nie przeszkadza. Ponownie zawartość miniatury wystarczyła mi na około 5 tygodni cowieczornego stosowania.
Rezultaty, które osiągałam sięgając po tę trójkę, były zachwycające. Przez cały okres stosowania moja skóra była świetnie nawilżona, gładka, elastyczna, przyjemna w dotyku; wyglądała zdrowo i promiennie, a grzejniki i zimne powietrze nie robiły na niej żadnego wrażenia. Szczerze mówiąc nie spodziewałam się, że będzie aż tak dobrze.

Na koniec zostawiam Wam składy:





Znacie?

środa, 6 lutego 2013

Garnier - krem BB do cery mieszanej/tłustej; Lierac - Anti-ageing Foundation; Estee Lauder - Double Wear Foundation: subiektywny przegląd

Przez kilka tygodni testowałam odlewki dwóch podkładów i jednego kremu tonującego. Postanowiłam napisać ku pamięci (znaczy dla siebie - na przyszłość) kilka słów o każdym z nich.


Uwaga, w poście będzie kilka drastycznych zdjęć. Jeśli nie macie ochoty oglądać pryszczy, rozszerzonych porów, naczynek i rumienia, radzę teraz się wycofać :)


1. Garnier, Skin Naturals, Miracle Skin Perfector Oil Free, odcień light

Sporą odlewkę tego kremu tonującego dostałam od Hexxany :* Krem zrobił na mnie lepsze wrażenie, niż tego się spodziewałam. Po pierwsze, ładnie dopasowuje się do koloru mojej cery. Po drugie, ma lepsze krycie niż przeciętny krem tonujący. Rzeczywiście wyrównuje koloryt cery. Większych niespodzianek oczywiście nie zatuszuje, ale od tego mam korektor. Po trzecie, jest nietłusty, lekki, nie odznacza się na twarzy, nie warzy się,  nie ciemnieje, nie włazi w pory. Po czwarte, daje ładne wykończenie - zostawia na twarzy zdrowy glow. Po przypudrowaniu trzyma mat przez około 4 godziny, co dla mnie jest zadowalającym wynikiem. W sumie całkiem niezły produkt :)

przed / po

2. Lierac, Soin de Teint, velvet smoothing cream, anti-ageing foundation, odcień Ivory

Tu też miałam sporą odlewkę od Hexx. Uważam, że jest to świetny podkład dla osób, które lubią duże krycie, bo takie daje. Ja jednak aż takiego krycia nie poszukuję. W związku z tym produktu nie pokochałam...

Podkład ma formę musu, jest dość zbity i trzeba bardzo przyłożyć się do aplikacji. Należy wszystko porządnie rozetrzeć, żeby nie było smug, i uważać przy linii włosów, bo produkt lubi się tam zbierać. Poza tym musimy nakładać naprawdę małe ilości, bo jeśli przesadzimy, możemy liczyć na odznaczającą się maskę. Mazidło daje ładne, matowe wykończenie, nie wchodzi w pory, nie utlenia się. Tu również zaczynam świecić się po 4 godzinach. Pod koniec dnia czasem zdarzało się podkładowi gdzieniegdzie zważyć...

przed / po


3. Estee Lauder, Double Wear Foundation, odcień Dessert Beige

O tę odlewkę poprosiłam w Bootsie. Tak po prostu, z ciekawości. Niestety pani konsultantka mimo protestów poczęstowała mnie zbyt ciemnym dla mnie odcieniem :/

Wypróbowałam i na pewno nie skuszę się na pełnowymiarowe opakowanie. Podkład daje duże krycie, więc trzeba bardzo uważać z ilością, żeby nie zrobić sobie maski. Wykończenie mazidło daje ładne, satynowe. Nie włazi w pory, nie utlenia się. Po przypudrowaniu trzyma u mnie mat przez ok. 5 godzin - wynik naprawdę dobry. Niestety tu też pod koniec dnia widać zmęczenie i obciążenie cery, co właśnie podkład w moim przypadku dyskwalifikuje.

przed / po

Podjęłam decyzję: jak tylko uporam się z większością swoich płynnych podkładów, zabieram się za minerały :)
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...