Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bourjois. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą bourjois. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 23 czerwca 2019

Bourjois, Volume Reveal Mascara, radiant black

Oj, nie mam szczęścia do maskar Bourjois. Miałam wersję Volume Glamour Max Holidays (klik), która się na mnie masakrycznie osypywała i robiła koncertową pandę, miałam też wersję Volume Glamour Ultra Care (klik), która z kolei dawała na moich rzęsach mierny efekt. Niestety, skądinąd bardzo chwalona, maskara Volume Reveal nie przełamała złej passy. Dlaczego?


Oczywiście zaraz odpowiem na postawione pytanie, ale najpierw omówmy parametry techniczne. Jak widać, Bourjois postawiło na nietypowe opakowanie w kształcie, wielościanu, którego nazwy nie potrafię się doszukać. Dwie ściany opakowania są trójkątne, a trzy prostokątne. Jak się coś takiego nazywa? Klin? Na jednej z prostokątnych ścian mamy nazwę produktu, a na innej lusterko (mnie by było trudno się przy nim umalować, ale awaryjnie jest) i nazwę marki. Szczoteczka też jest designerska - mamy tu dwanaście rzędów silikonowych wypustek ułożonych we wzór krótsze-dłuższe, naprzemiennie. Czy to coś daje? Trudno powiedzieć, bo u siebie dużej objętości na rzęsach nie potrafię za pomocą tego produktu uzyskać, choć biednie też nie jest. Rzęsy są przyciemnione, uwidocznione, ale bez efektu objętościowych firanek. Podkręcania czy wydłużania też nie ma. Ogólny efekt jest w porządku, i tyle.


ALE. No właśnie - ta maskara może się na mnie tragicznie nie osypuje jak Volume Glamour Max Holidays, ale ma tendencję do rozmazywania się pod okiem po kilku godzinach. A nie mam aż tak długich rzęs, żeby się obijały o dolne powieki, a do tego przecież rejony podoczne zawsze przypudrowuję, więc teoretycznie takie rzeczy nie powinny mieć miejsca, a mają - już po jakiś 5-6 godzinach od nałożenia. Chyba już sobie daruję na przyszłość tusze Bourjois :/

wtorek, 15 listopada 2016

Bourjois, Effect 3D Gloss, 06 Rouge democratic

Błyszczyk, który Wam dziś opiszę, był prezentem do zakupów w okresie okołoświątecznym. I dobrze, ponieważ gdybym sama zapłaciła za niego 7,99 funtów (za 5,7 ml), byłabym bardzo zła. Ten produkt zdecydowanie nie jest wart swojej ceny.


Wizualnie produkt sprawia bardzo pozytywne wrażenie. Srebrno-czerwone opakowanie prezentuje się bardzo estetycznie, a dodatkowo nic nie obłazi; napisy się nie wycierają. To na plus. 

Teraz natomiast przychodzi czas na listę zastrzeżeń. Po pierwsze, nie odpowiada mi chemicznie landrynkowy zapach produktu. Po drugie aplikatorem jest tu pędzelek, co nie sprawdza się przy tym konkretnym kolorze. Raz, że pędzelek nabiera za małą ilość produktu na jedną aplikację, a dwa - nie rozkłada produktu na ustach równomiernie. Przy aplikacji zatem trzeba się troszkę napracować, więc do ultraszybkiego makijażu błyszczyk się nie nada. Po trzecie i ostanie, produkt jest bardzo nietrwały. Bez jedzenia i picia całkowicie ulatnia się z ust w przeciągu godziny.

Nie jest jednak tak, że nie zauważam w nim żadnych plusów. Rzeczywiście, jak obiecuje producent, kosmetyk nawilża usta. Poza tym nie klei się nawet w najmniejszym stopniu.

To nie jest żaden bubelek, tylko po prostu za tę jakość powinien kosztować do 10 zł, nie około 30 zł.

06 to taka malinowa czerwień ze srebrnymi drobinkami. Nie kryje w 100 %, jest półtransparentna.

środa, 17 sierpnia 2016

Bourjois, Souffle de Velvet liquid lipstick, 03 VIPeach & 05 Fuchsiamallow

Na fali popularności matowych pomadek w płynie Rouge Edition Velvet, które mojego kosmetycznego serducha niestety nie podbiły, o czym mogliście przeczytać w poprzednim poście, Bourjois wypuściło kilka miesięcy temu serię Souffle de Velvet, która przy zachowaniu matowego wykończenia ma dawać zupełnie inny efekt, bo niepełne krycie. Producent obiecuje też odczuwalne nawilżenie ust oraz trwałość do dziesięciu godzin. W UK pomadki te kosztują 8,99 funtów za sztukę; ja swoje kupiłam w promocji. Do wyboru mamy osiem kolorów; z tego, co słoczowałam, wszystkie wyglądają na ciepłe.


"Suflety" dzielą pewne cechy ze starszą linią - opakowanie ma podobny kształt (choć jest matowe, a nie błyszczące jak opakowania REV), identyczny, precyzyjny gąbeczkowy aplikator i obrzydliwy, plastikowy zapach/smak. W opakowaniu SDV jest o 1 ml produktu więcej niż wynosi objętość REV.

O ile Rouge Edition Velvet właściwościami specjalnie mnie nie zachwyciły (choć odcienie są ładne i twarzowe), tak Souffle de Velvet wypadły w moich oczach wręcz negatywnie. Już tłumaczę, dlaczego.

Najpierw zaznaczę, że sama nie wiem, czy odpowiada mi efekt niepełnego krycia, czy nie. Czasem podobam się sobie w takim wydaniu, a czasem mam ochotę to-to od razu zmyć. Usta wyglądają jakby były lekko "przegryzione" kolorem a budowanie krycia nie jest dobrym pomysłem, bo nadmiar produktu zbiera się w bruzdach na wargach i odbija na zębach (przy zastosowaniu normalnej ilości atrakcji takowych nie ma). Do wykończenia zastrzeżeń nie mam, ładny mat. Druga rzecz, producent coś tam mamrocze o dziesięciogodzinnej trwałości, a mnie bierze pusty śmiech. U mnie pomadki te nałożone na zupełnie suche, niepokryte balsamem nawilżającym wargi trzymają się dwie godziny, czasem w porywach do trzech. Po tym czasie mocno blekną i czasem zjadają się od środka. Nie da się też przewidzieć zachowania mazideł podczas aplikacji. Czasem nakładają się ładnie i równo, kiedy indziej tworzą się prześwity, które bardzo trudno wyrównać. Nie wiem, od czego to zależy - może od poziomu nawilżenia naskórka danego dnia? Gwoli sprawiedliwości przyznam, że kosmetyki nie wysuszają mi ust, ale jeśli wargi są wysuszone przed aplikacją, pomadki na pewno podkreślą suche skórki i placki. 


Oczywiście pokażę Wam dwa posiadane przeze mnie kolory.

03 VIPeach to, jak sama nazwa wskazuje, świeża brzoskwinia. Przepraszam za suche skórki; robiłam tego dnia hurtowo wiele słoczy i usta trochę ucierpiały.


05 Fuchsiamallow to bardziej ciepły róż niż fuksja.


Podsumowując, mnie osobiście pomadki te rozczarowały. Tak, mają przyjemną, musową konsystencję, ładne wykończenie i nie wysuszają ust, ale to by było na tyle. Abstrahując od faktu, że nie zawsze mam nastrój na niepełne krycie, więc nie jestem do tego efektu w 100% przekonana (choć czasem mi się podoba, przyznaję), nie odpowiada mi, że mazidła są chimeryczne podczas aplikacji i nigdy nie wiem, czy nałożą się równą warstwą, czy też będę walczyć z prześwitami, a wszystko dla efektu nie trwającego dłużej niż 3 godziny bez jedzenia i picia. I jeszcze ten obrzydliwy, plastikowy zapach i niemożność budowania krycia. Ponownego zakupu na pewno nie będzie i cieszę się, że tym razem byłam ostrożniejsza i nie kupiłam w ciemno więcej odcieni, tak jak to zrobiłam w przypadku Rouge Edition Velvet i teraz żałuję, bo nie podzielam zachwytów 90% Internetów. Oczywiście to moja subiektywna opinia; nie chcę urazić wszystkich tych osób, dla których te produkty do hit ;)

poniedziałek, 15 sierpnia 2016

Bourjois, Rouge Edition Velvet, 02 Frambourjoise, 05 Ole flamingo!, 07 Nude-ist, 09 Happy Nude Year, 10 Don't pink of it!, 11 So Hap'pink

Szał na matowe pomadki w płynie Bourjois z serii Rouge Edition Velvet trwa od kilku sezonów. Nie pozostałam obojętna na te wszystkie zachwyty i pewnego dnia na promocji 3 for 2 w Bootsie upolowałam sześć odcieni. Normalnie kosztują 8,99 funtów za sztukę, więc dwie ustrzeliłam za darmo. Yay me.


Obiektywnie rzecz ujmując, nie są to złe produkty. Ja jednak się tak tymi pomadkami nie zachwycam, jak większość moich blogowych koleżanek. Dla  mnie są po prostu OK, bez ekscytacji.


Opakowania mają super. Kształ prostopadłościaniu bardzo ułatwia przechowywanie, a kolor nakrętki korespondujący z kolorem zawartości pozwala na szybkie zlokalizowanie interesującego nas odcienia. Wszystko jest ładne i estetyczne. Aplikator to klasyczna gąbeczka. Nabiera odpowiednią na jedną aplikacjię ilość produktu i jest dość precyzyjny.

Zapach produktów szału nie robi. Pachną plastikowo.

Pomadki mają ładne wykończenie satynowego matu, a w ofercie jest obecnie siedemnaście kolorów (w UK).  Posiadane przeze mnie odcienie są świetnie napigmentowane i w zasadzie jedna warstwa wystarcza na osiągnięcie optymalnego krycia. Poza tym dokładanie produktu nie jest dobrym pomysłem, bo jego nadmiar potrafi zebrać się w bruzdach na wargach i przejść na zęby. Umiar bardzo wskazany.

02 Frambourjoise to lekko malinowa czerwień.

05 Ole flamingo! to ognista fuksja.

07 Nude-ist to mieszanka brudnego różu i brązu, taka marsala.


09 Happy Nude Year to ceglasta brzoskwinia. Najgorsza jakościowo z posiadanej przeze mnie szóstki, a poza tym nie do końca dobrze czuję się w tym odcieniu.


10 Don't pink of iit! to dzienny, delikatny róż.

11 So Hap'pink to przyjemna, lekko koralowa brzoskwinka.


Tyle czytałam o niesłychanej trwałości tych pomadek. Zdziwiłam się zatem, że u mnie po pierwszych próbach trzymały się jedynie do 4 godzin. Myślałam, że może to wina stosowania cieniuteńkiej warstwy pomadki ochronnej jako bazy pod te szminki, ale nakładanie ich na zupełnie gołe, suche usta niczego się nie zmieniło. Z niechlubnym wyjątkiem 09 Happy Nude Year, który utrzymuje się na moich ustach przez 1,5 godziny, w przypadku pozostałej piątki co 3,5 - 4 godziny muszę nanosić poprawki, bo widać, że kolor nierównomiernie znika z warg, tworzą się prześwity, i to niezależnie czy jem i piję, czy nie. Jakakolwiek forma konsumpcji nie pozostaje bez wpływu na tempo zjadania się produktów; poza tym pomadki odbijają się na szklankach. Najintesywniejsze kolory potrafią lekko weżreć się w usta i są tudniejsze do usunięcia (polecam olej kokosowy) niż jaśniejsze nudziaki.


Oczywiście pomadki wysuszają usta (podkreślą suche skórki) i po całodziennym noszeniu muszę o naskórek warg dobrze zadbać. Peeling ust i intensywne nocne nawilżanie bardzo wskazane.

 od lewej: 02 Frambourjoise, 05 Ole flamingo!, 07 Nude-ist, 09 Happy Nude Year, 10 Don't pink of it!, 11 So Hap'pink


Jeśli o same kolory chodzi, najlepiej czuję się w 02 Frambourjoise, 05 Ole flamingo! oraz 11 So Hap'pink. 07 Nude-ist również dobrze mi się nosi (w moim odczuciu to jeden z najładniejszych nudziaków w tej linii), a na 10 Don't pink of it! muszę mieć nastrój i dobrze dobrać makijaż (najlepiej ciemne oko), żeby nie wypłukać się za bardzo z koloru na twarzy. Czarnej owcy 09 Happy Nude Year nie lubię - ani za odcień, ani za bardzo szybkie, nierównomierne ulatnianie się z moich ust.

wtorek, 16 lutego 2016

Bourjois, 123 Perfect CC Cream 31 Ivory

Do zakupu kremu CC Bourjois przekonał mnie obejrzany na YouTube czyjś test na żywo. Trochę się bałam zaryzykować kolejne 11 funtów po porażce z podkładem 123 (klik), ale ostatecznie zażyczyłam go sobie w ramach prezentu urodzinowego. Okazuje się, że krem CC jest lepszy od koszmarnego podkładu, ale do ideału też mu daleko.


Producent zapakował kosmetyk w tubkę z wydłużonym dziubkiem. Nie jest to jakieś złe rozwiązanie, ale w sumie wolałabym opakowanie z pompką. Bardzo lejąca konsystencja mazidła na pewno dobrze współpracowałaby z takim aplikatorem. Z drugiej strony tubka jest mała i lekka, więc dobrze sprawdza się w podróży.

Zanim wykończyłam wszystkie inne podkłady Bourjois ze zdjęcia, zrobiłam porównanie kolorów najjaśniejszych odcieni. I, jak widać, każdy jest inny. Nawet podkład z tej samej serii różni się kolorem od kremu CC, który, jakkolwiek nadal ładnie żółty, ma w sobie delikatną domieszkę różowych tonów. Dziwna polityka, nie uważacie? Za każdym razem decydując się na inny podkład marki trzeba na nowo testować kolor zamiast brać w ciemno.

przed / na tle toaletki / po


Krem CC ma średnie krycie. Świetnie wyrównuje koloryt cery, ładnie się w nią wtapiając i nie tworząc maski. Na szczęście, w przeciwieństwie do podkładu, nie oksyduje na mojej skórze. Na większe niedoskonałości potrzebny będzie nam kamuflaż. Po nałożeniu produktu (ja preferuję palce) uzyskujemy przyjemnie, naturalnie świetliste wykończenie, które na mojej skórze po przypudrowaniu utrzymuje się przez około 3-4 godzin na bazie z kremu nawilżającego lub 5-6 godzin na bazie z kremu matującego. Potem muszę sięgać po bibułki matujące. Poza tym podkład ma tendencję do ścierania się (na przykład zostawia ślady na telefonie), a ponieważ nie zastyga, kiedy już zaczyna mieszać się z sebum potrafi migrować, na czym cierpi reszta makijażu twarz i robi się bałagan.

Nie jest to idealny produkt dla cery tłustej. Podejrzewam, że cery normalne, suche i dojrzałe będą z niego bardziej zadowolone.

sobota, 4 lipca 2015

Bourjois, Color Boost, Glossy Finish Lipstick, 02 Fuchsia Libre & 04 Peach on the Beach

Dzisiaj przedstawię Wam dwie szminki w formie kredki, które kupiłam za około 8 funtów za sztukę w czasie, kiedy zaczął się boom na tego typu pomadki . Wybrałam dwa odcienie: delikatną brzoskwinię oraz soczystą fuksję. Dziś o tej serii nie jest już głośno, ale moim zdaniem warto ją przypomnieć, gdyż są to naprawdę niezłe kosmetyki.


Pomadki są wykręcane, a forma kredki daje większą precyzję podczas aplikacji kosmetyku. Sztyft jest w obu przypadkach miękki (brzoskwinia ma bardziej miękki sztyft niż fuksja) i produkty nakładają się na usta równomierną, kremową warstwą. Dają mocne krycie. Pachną nieco plastikowo, dziwnie.

 Peach on the Beach to rozbielona brzoskwinia


Jeśli o wykończenie chodzi, mamy tutaj dwa w jednym. W moim przypadku przez około pierwsze dwie godziny po aplikacji usta są błyszczące, a potem na wargach zostaje barwnik (jakby pomadka była hybrydą błyszczyka i staina) i zaczyna się panowanie matu. W tym pierwszym etapie kosmetyk ma tendencję do brudzenia szklanek; po zejściu błysku brudzenia już tak nie zauważam. Pomadki nie wysuszają ust.

Fuchsia libre to soczysta fuksja, w której ja widzę malinowe nuty

Trwałość pomadek to cecha indywidualna. Wszystko zależy od tego jak często gadamy/jemy/pijemy/palimy papierosy. Ja muszę w obu przypadkach nanosić poprawki po około czterech godzinach (niezależnie od koloru trwałość jest podobna), co jest dla mnie bardzo dobrym wynikiem. Pomadki zazwyczaj zjadają się od środka ust.

czwartek, 14 maja 2015

Bourjois, Effect Smoky Pencil, 72 Dark purple

Kupując tę kredkę (za 5,49 funtów, dodam) miałam określone oczekiwania. Chciałam czegoś fioletowego, trwałego i przyjemnego w użyciu (czytaj miękki, łatwy do roztarcia sztyft). W tym przypadku niestety się zawiodłam. Buszując w sieci widziałam, że produkt zbiera bardzo pozytywne opinie, ale u mnie nie sprawdza się na tyle, że dwa lata leżakował jedynie sporadycznie używany w kubeczku z eyelinerami, a teraz trafi do kosza. Od samego momentu kupna był kiepski - no chyba że nabyłam już otwarty egzemplarz. Zmacana kredka raczej nie była, nie nosiła takich śladów.


Ja nie widzę w tej kredce żadnych zalet. O ile słoczując ją na ręce da się wyciągnąć z niej pigment, to na oku sztuka ta jest niemożliwa, gdyż sztyft jest koszmarnie twardy i niemiłosiernie drapie skórę. Ostrzenie czy podgrzewanie go w dłoniach niczego nie zmieniało.

Kredka jest dwustronna - z jednej strony mamy wspomniany twardy rysik, z drugiej - drapiący pędzelek do roztarcia kreski. Szkoda tylko, że ona nie chce dać się ładnie rozetrzeć. Miejscami zostaje nieruszona, a miejscami ściera się całkowicie i tworzą się brzydkie prześwity.

Gwoździem do trumny produktu jest jego nietrwałość. Kredka po krótkim czasie zaczyna się niemiłosiernie kserować, blednąć, miejscami zanikać.

dosłownie ślad koloru, pfff


Lubię Bourjois, ale ta kredka to niewypał. No chyba że leżakowała przez kilka lat w drogerii, zanim ją kupiłam. Znacie? Podzielacie moje zdanie?

środa, 6 maja 2015

#siedemszminekwsiedemdni; dzień pierwszy

Do Tagu zaprosiła mnie sama jego autorka, Gosia znana w blogosferze jako Esy Floresy Fantasmagorie. Dziękuję :)





zasady Tagu #siedemszminekwsiedemdni:

1. Pokazać siedem szminek w siedem dni :) 
2. Podlinkować do bloga Autorki tagu
3. Wstawić baner 
4. Zaprosić chętnych do zabawy 


Pierwszego dnia zabawy pokażę soczysty kolor, w którym świetnie się czuję:


Jest to cudowna, lekko malinowa fuksja Bourjois Color Boost w odcieniu Fuchsia Libre. Dodam, że niedługo na blogu będzie o niej nieco szerzej.

Kto chce się z nami bawić? Zapraszam w imieniu swoim i Gosi :)

piątek, 6 marca 2015

Bourjois, blush 34 Rose D'Or

Małe, okrągłe róże Bourjois zyskały sobie miano kosmetyku kultowego. Czy zasłużenie? Sama mam jedną sztukę, ale jestem skłonna na tej podstawie powiedzieć: tak.


Róż znajduje się w uroczym, malutkim, plastikowym opakowaniu z małym lusterkiem i pędzelkiem, którego od biedy da się użyć do poprawek. Ma śliczny, słodki zapach. Jest to produkt wypiekany i jako taki jest szalenie wydajny. Swój egzemplarz mam na pewno ponad dwa lata i przy dość częstym używaniu nie widzę najmniejszego ubytku. Jego wydajność usprawiedliwia w moim odczuciu cenę tego małego koleżki - za 2,5 g należy wybulić bez promocji około 50 zł.

Czytałam o jedwabistej konsystencji tego produktu, ale sama mam zgoła inne odczucia. Jest to najtwardszy róż w mojej kolekcji i muszę aplikować go zbitym pędzlem. Na miękki pędzel, jak Blush  Brush z Real Techniques, produkt nawet się nie nabiera. Jeśli jednak już znajdziemy dla niego odpowiednie narzędzie, nakłada się równo, bez prześwitów i plam, dobrze się rozciera, a krycie można budować.


Mój egzemplarz (34 Rose D'Or) jest w ciepłym różanym odcieniu ze złotym shimmerem, który daje na twarzy niemal duochromowy efekt, w zależności od kąta padania światła. Ten kolor wprost cudownie ożywia twarz, uwielbiam go!


Na mojej tłustej cerze róż widzę na policzkach przez 7-8 godzin. Potem ewakuuje się, zostawiając po sobie wspomnienie w postaci shimmeru. Shimmer nie wędruje jednak nadmiernie po twarzy, a sam kolor schodzi równo i bez plam.

Znacie? Lubicie?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Subiektywny przegląd cieni w kremie: Maybelline Color Tattoo 24 hr, Bourjois Color Edition 24 hr cream to powder eyeshadow & Rimmel Scandaleyes Eyeshadow Paint

Jakkolwiek uwielbiam klasyczne cienie prasowane, zdarza mi się eksperymentować z cieniami w kremie. Co z tego, że mam tłuste, opadające powieki, teoretycznie niesprzyjające takowym formułom? Ciekawość i tak pcha mnie w nieznane rejony. Poza tym na rynku pojawiły się "kremówki", które według zapewnień producentów są trwałe. Moja budowa oka (tak, jednak są jakieś zalety posiadania hooded eyes...) czyni ze mnie wręcz idealną testerkę takich kosmetyków, bo poprzeczka postawiona jest wysoko.

Dzisiaj porównam dla Was kremowe cienie trzech popularnych marek. Pamiętajcie, że to subiektywne odczucia i możecie się ze mną nie zgadzać.


Trzecie miejsce w moim subiektywnym rankingu przypadło cieniom Scandaleyes Eye Shadow Paint Rimmela.


Jeśli chodzi o kwestię najważniejszą, czyli trwałość, to nie mam tym cieniom absolutnie nic do zarzucenia. Po aplikacji zastygają i potrafiły się utrzymać na moich powiekach przez około 12 godzin bez zmian, tj. nie bladły i nie zbierały się w załamaniu powieki.

Wszystko inne jednak sprawiło, że posiadane przez siebie dwie sztuki oddałam koleżance-blogerce. Po pierwsze, kupiłam kolory, które zupełnie do mnie nie pasowały. Czemu? Bo wybór kolorystyczny jest bardzo ograniczony, a nie chciałam kolejnego złotego i kolejnego brązowego cienia w kosmetyczce. Po drugie, miałam kłopoty z aplikacją. Otóż cienie błyskawicznie zastygają, a wtedy nie da się ich już rozetrzeć. Dodatkowo srebro i fiolet miały tendencję do tworzenia prześwitów, a jednocześnie nie można było budować koloru i krycia za pomocą kolejnych warstw, ponieważ nałożenie drugiej warstwy powodowało rolowanie się pierwszej i jeszcze większe prześwity. Gąbkowy aplikator okazał się nieprecyzyjny. Słowem, obsługi tego kosmetyku zdecydowanie trzeba się nauczyć.

Cena pojedynczej sztuki to 4,99 funtów. Dodam, że czytałam wiele pochlebnych opinii na temat odcienia Rich Russet (ponoć bardzo dobrze się z nim pracuje), ale nie jestem w stanie tego potwierdzić.


Drugie miejsca w moim zestawieniu trafiło do cieni Color Edition 24 hr Bourjois, które są najdroższe spośród omawianych tu produktów (6,99 funtów).


Tutaj na pewno muszę pochwalić Bourjois za wybór kolorów. W linii znajdziemy zarówno klasyczne, jak i oryginalne odcienie (np. brąz z drobinkami bordo, khaki) . Opakowanie odpowiada mi bardziej niż w przypadku cieni Rimmel opisanych powyżej, bo cienie w kremie najbardziej lubię aplikować po prostu palcem. Te nie zastygają też tak szybko, jak poprzednicy, więc można sobie spokojnie z nimi popracować. W dotyku są dość twarde i zbite (trochę jak kremowe cienie Essence, które kiedyś były w ofercie tej taniej marki), ale bezproblemowo przenoszą się na powiekę.

Posiadam dwa kolory: lekko metaliczne złoto 02 Or desir oraz absolutnie piękny brąz z bordowymi drobinkami 05 Prune nocturne. Jeśli nakładam na 05 słabiej napigmentowane cienie prasowane, drobinki prześwitują.


Jedyne, co mam tym cieniom do zarzucenia to fakt, że są mniej trwałe niż produkty pozostałych dwóch firm. Po około 8-9 godzinach od aplikacji zaczynają się delikatnie rolować.


And the winner is... Czy ktoś jest zaskoczony, że najbardziej upodobałam sobie Color Tattoo z Maybelline? W UK mają tę samą cenę, co cienie Scandaleyes Rimmela - 4,99 funtów za sztukę.



Z posiadanych przez siebie sztuk serdecznie ODRADZAM zakup matowego fioletu Endless Purple. Ma tępą konsystencję i tworzy prześwity podczas aplikacji.Trudno się z nim współpracuje, a efekty są zupełnie niewspółmierne do naszych wysiłków.

Permanent Taupe, On and On Bronze oraz Creamy Beige uwielbiam.


On and On Bronze to brązowe złoto o mocno błyszczącym wykończeniu. Permanent taupe, szarawy brąz, jest matowy. To samo tyczy się wielbłądziego brązu Creamy Beige - czymkolwiek miał być ten efekt skóry z nazwy, dla mnie ten cień ma po prostu matowe wykończenie.


W dotyku cienie są zdecydowanie bardziej miękkie, niż kremówki Bourjois. Oprócz fioletu dobrze się aplikują i nie zastygają od razu, dając nam czas na roztarcie granic. Na moich powiekach są też bardzo trwałe - bywa, że do demakijażu nic się z nimi nie dzieje, ale też czasem zaczynają się delikatnie rolować po jakiś 10 godzinach. Nie wiem, od czego to zależy.


Jakkolwiek zdarza mi się nosić Prune nocturne, Permanent Taupe, oraz On and On Bronze solo w towarzystwie kreski, najbardziej lubię cienie w kremie w charakterze kolorowej bazy pod cienie prasowane w celu podbicia ich koloru, dlatego ta formuła zyskała stałe miejsce w mojej kosmetyczce.

A Wy- lubicie cienie w kremie?

poniedziałek, 22 grudnia 2014

Bourjois, Volume Glamour ultra care mascara

Mając w pamięci świetny efekt, jaki dawała na moich rzęsach tragicznie osypująca się maskara Volume Glamour Max Holidays (klik), postanowiłam dać tuszom Bourjois jeszcze jedną szansę. Nie wiedziałam, na którą wersję postawić, więc... wybrałam po ciekawym opakowaniu. Niestety nie trafiłam. Tak to jest jak strzela się ślepakami. 


Chyba przyznacie, że białe opakowanie z czarną nakrętką wygląda ciekawie, minimalistycznie i estetycznie? Szczoteczkę mamy tu klasyczną; nie za dużą, nie za małą. Na jej czubku zawsze zostaje glutek, którego wycieram w chusteczkę. Mam wrażenie, że w formie tych glutków pozbyłam się z opakowania jakiejś połowy tuszu, bo dość szybko (po około 6 tygodniach) zaczął mi zasychać. Z początku miał mokrawą konsystencję, ale znam jeszcze bardziej mokre tusze.

Z plusów dodam, że czerń jest czarna, tusz się nie osypuje ani nie rozmazuje, i nie stawia oporu przy demakijażu. Byłby wcale niezły, gdyby nie fakt, że nie satysfakcjonuje mnie to, co robi z moimi rzęsami:



Zabrakło obiecanej objętości. Ba, nie ma nawet porządnego rozdzielenia rzęs! O ich podkręceniu czy wydłużeniu również nie ma co marzyć. Słowem, maskara spodoba się tylko zwolenniczkom delikatnego podkreślenia rzęs, do których ja się nie zaliczam. A cała ta przyjemność za 7,99 funtów. Tusz Lovely pump up za kilka złotych daje u mnie lepsze efekty...

Szczerze przyznam, że spodziewałam się czegoś lepszego. Warto testować tusze Bourjois, czy powinnam dać sobie spokój? Jak na razie mój zapał mocno osłabł.

środa, 10 grudnia 2014

Kilka słów o dwóch kremowych podkładach w kompakcie: Bourjois 8in1 BB Cream oraz Rimmel Match Perfection

Ponieważ od dawna intrygowała mnie forma podkładu w kompakcie, kupiłam drogą internetową krem BB Bourjois (40 zł/6 g). Kilka dni potem w drogerii Boots wpadłam na kompakt Rimmela (ok. 8 funtów/7 g). Była to chyba jakaś chwilowa edycja, bo od kilku miesięcy już ich w szafie Rimmel nie widuję.

Ciekawość zaspokoiłam i przy okazji wyleczyłam się z takich kompaktów. Po pierwsze, bardzo łapią z powietrza pyłki i kłaczki, co nie jest przecież higieniczne. Po drugie, w obu egzemplarzach bardzo szybko zobaczyłam dno; są niewydajne.

A teraz może trochę więcej szczegółów na temat każdego z mazideł. Zacznijmy od kremu BB Bourjois.

Opakowanie produktu bardzo przypadło mi do gustu. To czarna, plastikowa kasetka z dużym, obrotowym lusterkiem. Zamyka się na magnez. Fajny gadżet! Do podkładu (bo krem BB to to nie jest) dołączono gąbeczkę, która okazała się najlepszym sposobem aplikacji kosmetyku.


Europejskie kremy BB przyzwyczaiły nas do lekkiej konsystencji i delikatnego krycia. Tu tego nie ma, dlatego napisałam wyżej, że żaden to BeBik. Podkład jest gęsty i bardzo dobrze kryje. Jak widać na zdjęciu, najjaśniejszy odcień, 21 vanilla, wpada w żółć, dzięki czemu ładnie maskuje rumień i zaczerwienienia. Dodatkowym atutem, oczywiście w odczuciu posiadaczki tłustej cery, jest matowe (ale nie płaskie) wykończenie. Tuż po aplikacji kosmetyk wygląda na twarzy bardzo ładnie, ale jestem pewna, że suche i normalne cery z tej formuły nie byłyby zadowolone. Myślę, że ten gęsty i dość ciężki produkt mógłby je wysuszać i podkreślać suche skórki.

Jak wcześniej wspomniałam, najlepszą metodą aplikacji tego podkładu jest gąbeczka. Kiedy próbowałam go nakładać pędzlem i palcami, smużył, właził mi w pory i osadzał się na włoskach na twarzy. Przy aplikacji gąbeczką wyglądał tak:


Szkoda, że nie przez cały dzień... Zwykle po około 4 godzinach zaczynałam się świecić i konieczne było puszczenie w ruch bibułek matujących. Zauważyłam też ogromną tendencję podkładu do ścierania się, jeśli zdarzyło mi się dotknąć twarzy. Bardzo brudził telefon. Najgorsze jest jednak to, jak wyglądał po 7-8 godzinach - zaczynał się ciastkować, warzyć i włazić w pory i linie na twarzy (np. linię uśmiechu). Ble. Kto chce podkład, który wygląda przyzwoicie tylko przez jakieś 4 godziny?


Przejdźmy teraz do propozycji Rimmela. Ten podkład zamknięto w zwykłej plastikowej kasetce z podwójnym dnem - pod częścią z podkładem znajduje się schowek na lusterko i gąbeczkę.


Podkład ten ma dużo lżejszą konsystencję od kosmetyku Bourjois. Odcień 100 Ivory to jasny beż bez przewagi żółtych czy różowych podtonów.


Podkład ma bardzo lekkie krycie. Z jednej strony nie ukryje naszych bolączek (choć delikatnie wyrówna koloryt cery), jeśli takowe mamy; z drugiej - wygląda na twarzy bardzo naturalnie, jak byśmy nic na skórę nie nakładały. Daje naturalnie świetliste wykończenie. Ja zaczynam się błyszczeć po około 3 godzinach, ale szybka akcja z bibułką rozwiązuje problem. Produkt delikatnie ściera się z twarzy, jeśli ją dotykami (np. rozmawiając przez telefon), lecz ze względu na jego lekkie krycie nie wygląda to nienaturalnie - nie widać plam na twarzy. Nawet pod koniec dnia, czyli po jakiś dziewięciu godzinach, twarz wygląda przyzwoicie, pomijając sebum - codziennego towarzysza cer tłustych jak moja.


Poleciłabym go wielbicielkom lekkich podkładów, gdyby był nadal dostępny :)

sobota, 30 sierpnia 2014

Bourjois, Volume Glamour Max Holidays Mascara

Wyciągasz z zapasów małe, pękate opakowanie maskary Bourjois. Czujesz lekkie podniecenie, bo nie miałaś wcześniej do czynienia z tym produktem i jesteś ogromnie ciekawa, jak się sprawdzi (ach to serce wytrawnej testerki!).


Odkręcasz tubkę a tam klasyczna, dość duża szczoteczka. Trochę rzednie ci mina, bo aplikatorami takich rozmiarów bardzo łatwo się upaćkać, a do tego trudno malować nimi dolne rzęsy. Nic to, dzielnie brniesz dalej, przykładasz szczoteczkę do oka i... eureka! Górne rzęsy wyglądają świetnie! Są pięknie wydłużone i podkręcone. Może chciałabyś więcej objętości, ale naprawdę nie ma powodów do narzekań... No, nie potrafisz ładnie podkreślić dolnych rzęs. Trudno, to twoja pięta achillesowa.


I wszystko byłoby pięknie gdyby tusz siedział ładnie na swoim miejscu. Niestety już po kilku godzinach zauważasz pandę. Aaaaaa! Sypie się! I rozmazuje! Nieeeeeeee! I tak od pierwszego otwarcia przez 3 miesiące, bo co kilka dni dajesz mu szansę. Za każdym razem spotyka cię rozczarowanie. A jakby tego było mało, to co się nie osypało bardzo trudno usunąć z rzęs. Trzeba posiłkować się olejowymi formułami do demakijażu. Bo to maskara z założenia wodoodporna (ha ha ha).


Pozostaje mi cieszyć się, że tusz był upominkiem świątecznym do zakupów i za niego nie zapłaciłam. Zła jestem, bo strasznie mi się na żywo podoba efekt na moich rzęsach. Cóż mi jednak po tym, jeśli wiem, że muszę cały dzień monitorować sytuację pod oczami...

poniedziałek, 11 sierpnia 2014

Dwa micele: Bourjois versus Be Beauty

Stwierdziłam, że nie będę pisać osobnych postów na temat tych dwóch tanich wód micelarnych, a po prostu je ze sobą porównam. Jedna z nich jest moim ulubieńcem od lat. Krótki skok w bok tylko utwierdził mnie w moich odczuciach.

Zacznijmy od ceny. Propozycji Biedronki nie da się chyba przebić, bo 5 zł za 200 ml to naprawdę tanio. Jednakowoż micela Bourjois drogim nazwać nie można (ok. 15 zł/250 ml).



Oba produkty zapakowano w plastikowe, przezroczyste butelki. Opakowanie micela Be Beauty ma zamknięcie typu press, podczas gdy micel Bourjois to klapka zwieńczona kulką. Ta kulka to tutaj słabe ogniwo, bo lubi się po jakimś czasie odłamać. Nie ma problemu z wydobyciem obu kosmetyków. Dozowanie również jest proste, na wacik nie wylewa się zbyt dużo produktu.

Nie podoba mi się fakt, że micel Be Beauty jest perfumowany. Nie widzę sensu dodawania potencjalnych alergenów w postaci substancji zapachowych do produktów do twarzy. Na tym polu bezwonny micel Bourjois zdecydowanie wygrywa.


Ten sam micel wygrywa również samym działaniem, gdyż pozbywa się makijażu zdecydowanie szybciej i przy mniejszym nakładzie wacików niż konkurent z Be Beauty. Ten drugi ostatecznie też robi robotę, ale wymaga dużo więcej czasu i cierpliwości. Do poprawek po szybkim demakijażu olejkiem myjącym natomiast oba dobrze się nadają. Żaden z nich nie podrażnia mi oczu, ale czytałam, że pozycja z Biedronki czasem może to robić - cóż, nie u mnie. Oba z powodzeniem mogą zastąpić tonik.

Micelu Bourjois używam od lat, zużyłam wiele butelek i jak na razie jest moim absolutnym ulubieńcem w tej kategorii. Propozycji Be Beauty nie udało się zrzucić go z piedestału.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...