Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zrób sobie krem. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zrób sobie krem. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 5 marca 2015

Zrób Sobie Krem, francuska glinka żółta

O swoich doświadczeniach z francuską glinką zieloną i czerwoną pisałam tutaj. Z zielonej byłam bardzo zadowolona; czerwona podpadła mi farbowaniem skóry na czerwono i robieniem ogromnego bałaganu w łazience. Potem postanowiłam wypróbować glinkę żółtą i to była dobra decyzja.



Mam cerę tłustą, płytkounaczynioną. Glinki (i peelingi enzymatyczne) pomagają mi utrzymać optymalny poziom oczyszczenia. Tydzień bez glinek, a pojawiają się zaskórniki i zanieczyszczone pory.

Glinkę żółtą stosowałam raz w tygodniu mieszając ją z wodą i olejem z pestek malin. Wychodziła z tego prosta w aplikacji, przyjemnie gęsta pasta. Glinka dobrze łączy się z wodą, a dodatek oleju zapobiegał zbyt szybkiemu wysychaniu maski. Poza tym olejek z pestek malin dość ładnie pachnie, co dodatkowo uprzyjemniało zabiegi.

Glinka świetnie odtłuszcza, matuje i rozświetla skórę oraz odblokowuje i oczyszcza pory. Dodatkowo podczas zmywania jej z twarzy wyczuwamy pod palcami malutkie drobinki, którymi można wykonać bardzo delikatny peeling mechaniczny, który nie podrażnia naczynek i nie wywołuje rumienia. Glinka w żaden sposób mnie nie podrażniła (a czerwona przetrzymana za długo wywoływała u mnie rumień) ani nie uczuliła. Moją skórę oczyszcza lepiej niż zielona. Byłam z tego żółtego proszku ogromnie zadowolona.

Do kupienia tutaj. Słoiczek o pojemności 50 g (6,10 zł) wystarczył mi na około 8 zastosowań  głównie na twarz.

czwartek, 28 sierpnia 2014

Zrób Sobie Krem, francuska glinka zielona i francuska glinka czerwona

Dziś krótko opowiem o tych dwóch glinkach, bo na mojej skórze dawały podobne rezultaty. Wskażę też tą, którą ze względu na walory użytkowe polubiłam bardziej. 

Na początek jednak charakterystyka mojej skóry: mam 28 lat i pierwsze zmarszczki mimiczne. Moja cera jest tłusta ze skłonnością do wyprysków oraz płytko unaczyniona z nieutrwalonym, ale często występującym rumieniem i teleangiektazjami ("pajączkami") na nosie i policzkach.


INCI: Illite (green clay)
Skład mineralny: około 20 różnych soli mineralnych: krzem, magnez, wapń, potas, fosfor, sód i inne oraz cały szereg mikroelementów i pierwiastków śladowych: selen, molibden, cynk krzem, mangan, miedź, selen i tlenki żelaza. (klik)




Skład mineralny: kaolinit, dużo żelaza dzięki któremu zawdzięcza swój kolor, glin, miedź, kwarc, krzem, glin, magnez, sód, potas i inne mikroelementy i sole mineralne. (klik)


Z obu glinek robiłam maseczki na bazie wody mineralnej z dodatkiem żelu hialuronowego, żelu aloesowego oraz oleju arganowego. Z tej mieszanki w przypadku glinki zielonej robiła się łatwa w aplikacji pasta, glinka czerwona była zaś bardziej zawiesinowata i ciężej ją było zaaplikować na skórę, bo nie chciała się do niej przykleić.

Jako posiadaczka cery tłustej staram się dbać o jej regularne oczyszczanie i złuszczanie. Ze względu na naczynka muszę robić to delikatnie. Zwykle raz w tygodniu robię peeling enzymatyczny, raz w tygodniu nakładam na twarz glinkę i raz maskę algową lub maskę na naczynka. Zatem "maseczkuję się" co drugi dzień, dwa razy w tygodniu się złuszczam i oczyszczam, a raz zajmuję się typowo rumieniem. 

Od glinek oczekuję oczyszczania i ściągania porów, podsuszania wyprysków, wchłaniania sebum i innych zanieczyszczeń oraz detoksykacji. I w obu przypadkach to otrzymałam. Po użyciu glinek twarz była oczyszczona, zmatowiona, przyjemna w dotyku, rozświetlona. Nie widziałam różnicy w mocy działania obu kosmetyków. Dodatkowo glinka czerwona miała łagodzić rumień, ale u siebie tego niestety nie zauważyłam. Widziałam jednak na stronie ZSK, że niektóry "naczynkowcy" odnotowali takie działanie.



Zawsze zmywam glinki pod prysznicem. Tak jest zdecydowanie wygodniej. Glinkę zieloną zmywa się łatwiej i szybciej. Glinka czerwona przy zmywaniu potrafi zabarwić dłonie (na szczęście nie jest to permanentne) i bardzo brudzi brodzik. 

Ponieważ zatem w moim przypadku glinki działaniem się nie różnią, a łatwiej stosuje mi się (i usuwa) glinkę zieloną, raczej do czerwonej wracać nie będę. Z wygody, a nie dlatego, że nie działa.

wtorek, 25 lutego 2014

Zrób Sobie Krem, Olejek hydrofilny czarnuszka-migdał

Dziś opowiem o naturalnym, niesamowicie wydajnym produkcie, który towarzyszy mi we wstępnym demakijażu od około 4 miesięcy.

Co mam na myśli pisząc o wstępnym demakijażu? U mnie oczyszczanie twarzy to proces kilkuetapowy, co daje mi pewność, że pozbyłam się ze skóry wszelkiego brudu. Olejek myjący stanowi pierwszy etap. Rozpuszczam nim wstępnie makijaż, po czym poprawiam micelem. Potem myję twarz pianką/żelem, a następnie tonizuję skórę i stosuję krem.

Olejek czarnuszka-migdał kupiłam za 11,90 zł/120 ml. Znajdziecie go tutaj.


Ja swój olejek przelałam do pojemnika z pompką z Rossmanna, co niesamowicie ułatwiło mi dozowanie. Do wstępnego demakijażu wystarcza mi jedna pompka produktu,stąd rewelacyjna wydajność.

Olejek jest dość tłusty i pachnie... oleiście (wąchaliście kiedyś olej słonecznikowy? to taki zapach). Mogłam dodać do niego kilka kropli jakiegoś olejku eterycznego - pachniałby przyjemniej. W połączeniu z wodą zamienia się w emulsję, która jednak jest w dalszym ciągu tłusta. W porównaniu z olejkami hydrofilnymi z BU produkt z ZSK jest tłustszy, cięższy i mniej przyjemnie pachnie.

Czy działa? Owszem, działa. Szybko rozpuszcza makijaż twarzy; na oczy potrzebuje dwie minutki. Czasem nie do końca radzi sobie z nieowodoodpornymi tuszami czy trwalszymi kredkami. Nie zostawia mgły na oczach, chyba że dostanie się do worka spojówkowego.

Olejek jest godny polecenia, ale wolę jednak tego typu kosmetyki z oferty Biochemii Urody :)

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Dlaczego zrywam znajomość ze spiruliną?

O spirulinie naczytałam się cudów. Mówi się, że zawiera multum dobroczynnych substancji odżywczych; że stanowi bogate źródło protein, witamin B12, A i E, aminokwasów, kwasów tłuszczowych, minerałów, kompleksów cukrowych i enzymów; że z jej cudownych właściwości ludzie korzystają od tysiąca lat; że odżywia, ujędrnia, poprawia wygląd i koloryt skóry, likwiduje trądzik i związane z nim zmiany skórne, wspomaga walkę z cellulitem, poprawia ukrwienie, reguluje pracę gruczołów łojowych, wzmacnia naczynia krwionośne i chroni je przed pękaniem, ma działanie detoksykujące, oczyszcza i ściąga pory. No, po prostu cudowny środek na wszystkie bolączki. Dodatkowo spiruliną można wspomagać się wewnętrznie.

Czy dziwi kogoś, że postanowiłam wypróbować na sobie działanie algi? Pierwsze nieśmiałe próby jednak nie przyniosły zbyt rewelacyjnych efektów. Mowa tu o masce morskiej z perłami z Biochemii Urody (recenzja). Produkt co prawda krzywdy mi nie zrobił, ale byłam daleka od zachwytów. Mimo wszystko postanowiłam się nie zniechęcać i zamówiłam małe (na szczęście) opakowanie spiruliny ze sklepu Zrób Sobie Krem. Za 10 g zapłaciłam 3,49 zł.


Po przydługim wstępie pozwólcie, że wymienię w punktach, dlaczego do spiruliny już nie wrócę.

1. Powód mało istotny, ale jednak - spirulina śmierdzi rozkładającymi się rybami. Da się wytrzymać, ale nie jest to zapach z kategorii relaksujących.

2. Kolejny może mało istotny powód, ale mnie osobiście doprowadzał do szewskiej pasji - spirulina strasznie brudzi. Czy używamy ją na twarz, ciało, czy do włosów, prysznic zawsze jest usyfiony. Nad zlewem w ogóle nie radzę algi zmywać. Naprawdę niesamowicie brudzi wszystko naokoło... Zawdzięczamy ten fakt oczywiście soczystemu kolorowi algi.


3. Powód najważniejszy - spirulina w postaci maseczki na twarz (skład: spirulina, woda mineralna, kwas hialuronowy, pielęgnacyjne olejki, np. arganowy)  bardzo mnie podrażnia. Poniżej zobaczycie zdjęcia zrobione 10 godzin po zmyciu maski. Z rumieniem, poparzeniem, uczuciem palenia skóry walczyłam przez 24 godziny... Dodam, że nie był to jednorazowy wybryk. Spirulinie udało się mnie tak załatwić dwukrotnie.


Zostałam skutecznie zniechęcona do tego półproduktu. Resztę spiruliny zużyłam korzystając z rad włosomaniaczek, czyli "wzbogacając" nią maskę do włosów. Nie zaszkodziła, ale moje włosy nie buntują się przeciwko proteinom, o ile rozsądnie je im dawkuję. Włosy były błyszczące i uniesione u nasady, ale i bez algi mogę uzyskać podobne efekty za pomocą proteinowych masek, a będę miała mniej sprzątania po prysznicu...

Spirulino, żegnaj. Nie ma dla Ciebie miejsca w mojej pielęgnacji.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...