O swoich doświadczeniach z francuską glinką zieloną i czerwoną pisałam tutaj. Z zielonej byłam bardzo zadowolona; czerwona podpadła mi farbowaniem skóry na czerwono i robieniem ogromnego bałaganu w łazience. Potem postanowiłam wypróbować glinkę żółtą i to była dobra decyzja.
Mam cerę tłustą, płytkounaczynioną. Glinki (i peelingi enzymatyczne) pomagają mi utrzymać optymalny poziom oczyszczenia. Tydzień bez glinek, a pojawiają się zaskórniki i zanieczyszczone pory.
Glinkę żółtą stosowałam raz w tygodniu mieszając ją z wodą i olejem z pestek malin. Wychodziła z tego prosta w aplikacji, przyjemnie gęsta pasta. Glinka dobrze łączy się z wodą, a dodatek oleju zapobiegał zbyt szybkiemu wysychaniu maski. Poza tym olejek z pestek malin dość ładnie pachnie, co dodatkowo uprzyjemniało zabiegi.
Glinka świetnie odtłuszcza, matuje i rozświetla skórę oraz odblokowuje i oczyszcza pory. Dodatkowo podczas zmywania jej z twarzy wyczuwamy pod palcami malutkie drobinki, którymi można wykonać bardzo delikatny peeling mechaniczny, który nie podrażnia naczynek i nie wywołuje rumienia. Glinka w żaden sposób mnie nie podrażniła (a czerwona przetrzymana za długo wywoływała u mnie rumień) ani nie uczuliła. Moją skórę oczyszcza lepiej niż zielona. Byłam z tego żółtego proszku ogromnie zadowolona.
Do kupienia tutaj. Słoiczek o pojemności 50 g (6,10 zł) wystarczył mi na około 8 zastosowań głównie na twarz.