photo 1_zpsf71e6e78.png photo 2_zpsa04d1f5f.png photo 3_zps76d47384.png
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spojrzenie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą spojrzenie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 11 maja 2013

ochota na...

Moi dziadkowie i rodzice mają pełno albumów ze zdjęciami, a ja zawsze lubiłam siadać i je przeglądać. Przypominają wiele wspaniałych chwil, uczą pewnego szacunku do fotografii i mają w sobie magię. Od zeszłego roku sama zaczęłam wywoływać zdjęcia. Uwielbiam spędzać czas przeglądając zdjęcia, wybierając te kilkanaście najlepszych (no dobra, z wakacji w Szwajcarii i we Włoszech jest ich ze 150), które potem zamawiam i nerwowo czekam na realizację zamówienia. Biorę album, siadam na kanapie i zaczynam wkładać, przekładać, podpisywać, aż wszystkie strony się zapełnią. Wywołuję zdjęcia z naszych wyjazdów, ale także złapane w trakcie zwykłych spacerów czy spotkań z Małą K. W kolejnym albumie, tuż za zdjęciami z Alp, swoje miejsce znalazły te z majówki. Za 20 lat na pewno milej będzie usiąść z albumem niż przed monitorem i powspominać. Wśród moich zdjęć nie może zabraknąć także zdjęć potraw (okropny zwyczaj, prawda?), więc dziś pomysł na grillowanie, które uwielbiam w sezonie.




Potrzebujemy:
-karczek

-dwie piersi z kurczaka
-czerwoną paprykę
-zieloną paprykę
-cukinię
-cebulę

-ziemniaki
-zimne masło
-vegetę

Na marynatę do karczku:
-musztarda
-słodka papryka
-papryka chili 
-pieprz ziołowy
-majeranek
-sól
-olej

I przyprawę do grilla. 

O czym trzeba pamiętać? Żeby nie przesadzić z papryką chili oraz, żeby karczek marynował się przez kilka(naście) godzin. 
Cebulę należy pokroić stosunkowo grubo, żeby nie spadała z patyczków do szaszłyków.Ziemniaki rozcinamy 

 Ziemniaki nacinamy, w nacięcie wkładamy masło i posypujemy odrobiną vegety. Zawijamy w folię i pieczemy w żarze, nie w ogniu! Pieczenie w ogniu spowoduje spalone kartofelki z wierzchu i niedopieczone w środku. Wyciągamy, kiedy będą miękkie. 





***
Kolejny tydzień za nami, znów mi uciekł bardzo szybko. W czwartek rozpoczęliśmy sezon rowerowy, wczoraj popołudniu zrobiłam sobie porządny odpoczynek, a dziś od rana na pełnych obrotach - poranny trening, pieczenie i siadam do projektów. Czy to naprawdę już prawie połowa maja? Ja wciąż nie umiem się przyzwyczaić, że jest rok 2013 ;)

sobota, 31 grudnia 2011

gwiezdny tort i odrobina alkoholu

Nie, nie, nie! Ja protestuję!
Jak to już? Jak to dzisiaj? Nowy Rok? A co z tym starym? Ledwo się zaczął, a już ma się skończyć? A ja przecież miałam tyle planów. Miało nie być podsumowań, ale muszę napisać kilka słów. To był wspaniały rok, chociaż nie mam takiego w życiu, który byłby nie-wspaniały. Zawsze staram się patrzeć jasno na moje życie, cieszyć się z małych rzeczy, doceniać negatywne doświadczenia, bo dzięki nim doceniamy te radosne i być szczęśliwą. I takie też, jak co roku, jest moje postanowienie noworoczne - w przyszłym roku zamierzam być szczęśliwa. 
A cóż więcej do szczęścia potrzeba kiedy przy Tobie jest Ukochana Osoba? Życzę Wam spełnienia marzeń, miłości i uśmiechu na co dzień :)



A rok 2011 kończy przepis na gwiezdny tort z brzoskwiniami oraz kremem i gwiazdkami Milky Way!
Jakiś czas temu zobaczyłam u kogoś na blogu - babeczki. I nie byłoby w nich nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że były ozdobione kawałkiem mojego dzieciństwa - gwiazdkami Milky Way, których nie ma w Polskich sklepach. Okazało się, że autorka mieszka w Dublinie, ale gwiazdki można kupić na allegro. Zamówiłam, dwie paczki i oczywiście postanowiłam się nimi pochwalić robiąc jakiś wypiek. Pytanie pozostało - jaki? Poszukując inspiracji natknęłam się na kilka przepisów na torty, kremy i ciasta, w efekcie wyczarowałam swoją własną drogę mleczną ;)



Składniki na blachę 22cm:
Biszkopt:
-5 jajek
-3/4 szklanki cukru
-1/2 szklanki mąki pszennej
-1/4 szklanki mąki ziemniaczanej
-1/4 szklanki kakao





Wszystkie składniki powinny mieć temperaturę pokojową. Oddzielamy białka od żółtek, ubijamy białka z szczyptą soli na sztywną pianę. Pod koniec ubijania dodajemy stopniowo cukier, ciągle ubijając. Następnie wciąż ubijamy i dodajemy żółtka. Mąki mieszamy z kakao, przesiewamy do masy i delikatnie łączymy. 
Pieczemy w temp. 170 stopni przez ok 35 minut.
Gorące ciasto wyjmujemy z piekarnika i zrzucamy na koc z wysokości 60 cm. Następnie wstawiamy do otwartego piekarnika i pozwalamy ostygnąć. Przecinamy na 3 blaty.



Krem Milky Way:
-300 ml śmietanki kremówki
-3 batoniki Milky Way (po ok 22g)

Śmietankę przelewamy do garnuszka i podgrzewamy. Dodajemy pokruszone batoniki i podgrzewamy na niewielkim ogniu, nie dopuszczając do wrzenia. Masę ostudzamy, przykrywamy i wstawiamy do lodówki na całą noc. Następnego dnia ubijamy masę na krem, jeśli jest oporny w ubijaniu - chwytamy żelatynę.



Krem "biały":
-puszka brzoskwiń
-350 ml śmietany kremówki (36%)
-250 g serka mascarpone
-2 łyżki cukru pudru



Kremówkę ubić z cukrem pudrem, pod koniec połączyć z mascarpone. Brzoskwinie odcedzić i pokroić.
Blaty nasączyć np. sokiem cytrynowym albo brzoskwiniowym z wódką. Dolną warstwę przełożyć kremem Milky Way i schłodzić tort przez godzinę, górną kremem białym (połowa albo 2/3 całego kremu) połączonym z brzoskwiniami. Resztę białego kremu rozsmarować na zewnątrz ciasta i udekorować gwiazdkami, a następnie schłodzić przed podaniem.



Wpis Sylwestrowy, więc wymaga też odpowiedniej oprawy, jeśli chodzi o napoje ;) Co prawda pomysłów miałam sporo, ale o tym innym razem, bo przecież karnawał się zbliża. Biorąc pod uwagę, że moim ulubionym drinkiem jest gin z tonikiem postanowiłam dzisiaj trochę zaszaleć i wznieść toast noworoczny...
French 75
Moje pierwsze skojarzenie z nazwą - Chanel no. 5 ;)
-30 ml ginu
-10 ml soku z cytryny
-szampan
-1 łyżeczka syropu cukrowego
Syrop cukrowy to cukier rozpuszczony w gorącej wodzie, w proporcjach 2:1 (szklanka cukru na pół szklanki wody). Wiadomo, że do kilku drinków nie potrzeba nam wiele, więc można odmierzać np. w kieliszkach do wódki. Jeśli zrobimy więcej dodajemy trochę kwasku cytrynowego i przechowujemy w butelce.

Gin, sok z cytryny i syrop cukrowy wymieszać w shakerze wraz z lodem. Przelać do kieliszka (najlepiej typu flet) i dopełnić szampanem. 





Bawcie się dobrze!
10...9...8...7...6...5...4...3...2...1...

niedziela, 25 grudnia 2011

o miłości

W tę noc, czas pomiędzy Wigilią a dniem Bożego Narodzenia chcę Wam złożyć życzenia. Wspaniałego, pełnego miłości, radości i uśmiechu czasu. W towarzystwie rodziny i najbliższych Waszym sercom osób. Chwili wyciszenia i spokoju, chociaż w Święta często trudno o to, co najważniejsze. Wyrozumiałości dla bliskich i dla siebie samych. I pewnie część z Was przeczyta te słowa już po, to nawet lepiej, bo te wspaniałe słowa, które sobie mówimy powinny dotyczyć całego roku i nas na co dzień.
Cytując koleżankę: "Chrystus się narodził! Życzę...Boga"

Wigilia u dziadka, jak zawsze pełna dobrego jedzenia. Tylko w tym roku uszka nie były Jej autorstwa, lepiła je moja mama, a świąteczny sernik był moim dziełem. Nie powie do mnie też "Kasieńko" czy "Siasia" (Ona pamiętała, że jako jedno z nielicznych dzieci skracałam moje imię do drugiej sylaby) i nie będzie już nigdy zapachu jej mocnych perfum od Diora. Tak samo jak sprzeczek o ten fotel w rogu pokoju. Obok mnie stało puste nakrycie, bo normalnie w tym miejscu by usiadła, a ja nie zaczęłabym przygotowań wigilijnych od płaczu.
Pierwsze Święta bez bliskiej osoby są trudne i bardzo smutne, a dzisiaj mija 7 miesięcy...

Jakiś czas temu pisałam o tym jak smakuje zakochanie. W tym  magicznym czasie, pełnym ambiwalentnych uczuć dla mnie, chcę napisać o tym jak smakuje miłość. Dla mnie to mieszanka dzieciństwa, śmiechu, przytulania, beztroski, bliskości i chwil zapomnienia zawarta w tym torcie. Torcie, który po raz pierwszy upiekła moja Babcia i stał się głównym tortem rodzinnym goszczącym na prawie wszystkich imprezach, a mimo tego samego przepisu Jej wychodził najlepiej. Teraz już zawsze będzie to dla mnie orzechowy tort babci Róży, zdjęcia z urodzinowego września robione przez moją siostrę.


Składniki na blachę 26cm:

-35 dkg orzechów zmielonych włoskich
-12 jajek
-tyle samo łyżek cukru
-sok z cytryny
-4 łyżki bułki tartej
-łyżeczka proszku do pieczenia.

Żółtka ucieramy z cukrem na puszysty kogel - mogel, dodajemy orzechy, sok z cytryny, bułkę tartą, proszek, na koniec pianę z białek. Pieczemy około 50 minut w średnio nagrzanym piekarniku.
Tort nasączyć kawą z wódką albo sokiem cytrusowym z wódką. 


Krem:
-4 żółtka,
-3 łyżki cukru,
-2 łyżki kakao,

-200 g czekolady gorzkiej
-wódka
-kostka masła


Żółtka ucieramy z cukrem. Miękkie masło ubijamy na białą, puszystą masę i łączymy z koglem-moglem. Czekoladę rozpuszczamy w kąpieli wodnej, dodajemy do masy, dosypujemy kakao oraz dolewamy trochę wódki, wszystko razem mieszamy. Kremem przekładamy ciasto.
Na górę polewa czekoladowa, starte orzechy i co tylko chcecie.



A teraz  "Love actually" razem z L., chociaż na 9.30 śniadanie u moich rodziców.


niedziela, 18 grudnia 2011

pierniczkowa relacja


Po wykrawaniu, pieczeniu kilku blach, dekorowaniu - w końcu są! Cała masa pierniczków :)


Składniki:
-4 łyżki miodu
-12 dag masła

-1/2 szklanki cukru pudru
-1 jajko
-2 i 1/4 szklanki mąki
-1 łyżeczka sody
-opakowanie przyprawy do piernika
-1 łyżka cynamonu
-1 łyżeczka kakao 





Miękkie masło łączymy razem z miodem i jajkiem, ucieramy na gładką masę. Dodajemy przesiany cukier puder, mąkę, sodę i wszystkie potrzebne przyprawy. Zagniatamy na gładką masę. Wstawiamy do lodówki na godzinę :) Rozwałkowujemy na cienki placek (ok 5mm)  i wykrawamy pierniczki, które następnie pieczemy przez 8-10 minut w 180 stopniach.

Większość dekoracji wykonałam pisakami cukrowymi Dr. Oetkera, pozostałe to lukier (białko + cukier puder).


Moja rodzina nie przepada za pierniczkami, więc wszystkie zostały przewidziane jako prezenty do powieszenia na choince. Dlatego zrobiłam w nich dziurki (przy użyciu pałeczki do jedzenia ryżu, ale można też użyć słomki - dziurki muszą być spore, bo ciasto rośnie podczas pieczenia).








***
Piątkowe popołudnie było wspaniałe. Wybraliśmy się z L. do czekoladziarni, która okazała się być niesamowicie klimatycznym i przyjemnym miejscem. Lokal położony jest na rogu ulicy, więc prawie go przegapiliśmy, na szczęście przez ogromne okna widać było stolik i błysk świecy - znaleźliśmy miejsce wyprawy :)

wybaczcie jakoś zdjęć, telefonowe


Lokal składa się z dwóch niewielkich pomieszczeń. Pierwsza sala, wejściowa, jest urządzona w stylu a la secesyjnym. Piękne kafle na ścianach, kilka okrągłych stolików i kontuar z wystawą dostępnych pyszności czekoladowych. Druga sala w bardziej nowoczesnym stylu, ale dalej sprawia, że człowiek przenosi się do innej epoki. Zaopatrzona w stoły ze starych maszyn do szycia. Sama zamierzam kiedyś w taki sposób przerobić naszą starą Singerkę (ale na razie nie mam miejsca w mieszkaniu), więc bardzo mi się to spodobało.



Menu dość niewielkie, ale myślę, że każdy znajdzie coś dla siebie. Trzeba uważać, bo mała czekolada (kusi ceną 5zł) jest wielkości mniej więcej - espresso. Duża to standardowa filiżanka. Rodzaje gorącej czekolady są dwie - nieco słodsza oraz gorzka pochodząca z Manufaktury Czekolady (pani kelnerka spytała czy jesteśmy po raz pierwszy i wszystko nam opowiedziała). Do każdej filiżanki dostaliśmy prażone ziarno kakaowca do spróbowania. Czekolada - pyszna! Chociaż usłyszałam, że moja była bardziej gęsta ;) Na stole mamy także cynamoniczkę i chillniczkę, czyli solniczkę z chilli oraz z cynamonem. Polecam wszystkim zmarzniętym spacerowiczom, którzy mają ochotę na chwilę wyciszenia i rozgrzania.

Potem wybraliśmy się na spacer obejrzeć jak to nasze Gliwice się świecą, a tu w jednym parku...



W sobotę poranna zumba, a że mój bidon został niedomknięty i zalało mi w drodze buty, to musiałam ćwiczyć na bosaka ;) Popołudniu wyjazd do Ustronia, i duuużo Małej K. Wyściskałyśmy się i wyprzytulałyśmy, uwielbiam kiedy te małe rączki mnie tak mocno obejmują i dostaję buziaka!
A najlepsze było hasło na powitanie - weszliśmy gromadą do środka (nasza piątka i dziadkowie, bo przyjechaliśmy równocześnie), Mała K. podchodzi, patrzy i nagle wielki uśmiech na buzi i okrzyk: "Jesiek przyjechał! Nawet Jesiek przyjechał!" - L. wzbudził największą sensację ;)
I w Ustroniu spadł pierwszy śnieg :D Wracaliśmy pół drogi w śniegu, ale im bliżej Gliwic tym mniej go było...

Miłej niedzieli!

piątek, 16 grudnia 2011

szczyt góry, podkowy i orzechy

Jak łatwo wdrapać się na szczyt? W zasadzie to powiem, że szczyt góry lodowej albo raczej góry lodu, która może spowodować (jak pokazuje historia Titanica) poważne problemy. Nawet jeśli ta góra lodu jest rozłożona na sporej powierzchni, jest dość gładka i idealna do ślizgania się na łyżwach. A może raczej szczyt głupoty? On również może powodować poważne problemy, szczególnie jeśli połączymy go z taflą lodu, zwaną lodowiskiem. I nie mówię tutaj o połamanych czy potłuczonych kończynach przez brawurowe akrobacje czy też jeżdżenie z zamkniętymi oczami, a o tak elementarnej sprawie jak odpowiedni ubiór. Czasy zapomnianych rękawiczek czy czapek się skończyły. Powiem więcej, są teraz czasy pokazywania wszystkim czapek i rękawiczek, ale kosztem zapomnianych grubych swetrów, kurtek, golfów i spodni. Wiem, wiem, nasze gliwickie lodowisko jest bardzo fajne, bardzo nowoczesne i kryte. Co nie zmienia faktu, że temperatura jest tam dość niska, żeby dało się utrzymać zmrożony lód. Nie zmienia tego nawet ciepły i bezśnieżny grudzień. Ubrać się trzeba i to ciepło - rękawiczki, golf albo szalik, gruby sweter (albo najlepiej ze cztery) i wtedy można jeździć. Dzisiaj się przekonałam, że sporo dziewczyn ma jednak inne poglądy niż ja. Ich zdaniem cienkie rajstopy, a na to szorty świetnie się nadają do wejścia na lód (na godzinę!) najlepiej w towarzystwie cienkiej bluzki z głębokim dekoltem i rękawami 3/4. Nie mówiąc już o sweterku o kroju "nietoperz" zarzuconym na bluzkę na ramiączkach, odsłaniającym brzuch i rękawach podciągniętych pod łokcie, bo przecież trzeba pokazać te wspaniałe, długie rękawiczki (bez palców). Pozdrawiam wszystkie zapalenia płuc i katary, a sama wciągam na siebie mój śnieżynkowy, ciepły sweter ;)
ot, taka refleksja mnie naszła...

A dzisiaj wciąż czuję się wyprana po wczorajszych długi godzinach porannych i popołudniowych korepetycji z matematyki. Po zajęciach skoczyłam do centrum handlowego, gdzie zaopatrzyłam się w drugą "anielską" filiżankę oraz koszulę. Do skompletowania wszystkich prezentów na najbliższe okazje brakuje mi jeszcze jednego. I zachwycona przepisem Aluchy popełniłam takie o to przedświąteczne ciasteczka orzechowe...



Wszystkich zainteresowanych przepisem zapraszam do autorki, bo ja zgapiłam cały jak leci ;)  

Idę odpoczywać w ramionach L. (kombinując przy tym przepis na krem do jego tortu urodzinowego), wieczorem idziemy na randkę, a co! I to do czekoladziarni, o której istnieniu w Gliwicach dowiedziałam się całkiem niedawno ;) Jutro zumba i urodzinowy zjazd rodzinny w Ustroniu!

wtorek, 22 listopada 2011

niebieski - fiolet - róż, wybaczcie mi pośpiech!

Uwielbiam się przytulać! Mogłabym spędzić kilka godzin wtulona w L. Bardzo lubię kiedy wraca z pracy, i mogę mu się rzucić na szyję, kiedy znów czuję jego zapach i ciepło. Lubię jak się uśmiecha i nazywa mnie głuptasem. Jak odpowiada na moje monotonne pytania, i lubię nawet nasze bitwy na łaskotki...o ile mam na to ochotę ;)
Lubię też doświadczenia fizyczne. Jakkolwiek dziwnie to nie brzmi, zawsze podobały mi się takie lekcje na fizyce. Z takich gadżetów posiadam np. wahadło Newtona (wraz z fototapetą na ścianie nad biurkiem). Ostatnio pojawiła się u nas także lampa światłowodowa. Pamiętam, że jak byłam mała to będąc w cyrku chciałam, żeby mama mi taką kupiła, ale musiałam poczekać kilkanaście lat, żeby ją dostać. Przypadkiem znalazłam u dziadków, ktoś z poprzednich lokatorów zostawił ją w jednym z ich mieszkań, i w sumie to chcieli wyrzucić. Zamiast tego, stoi na komodzie przy łóżku i patrzę zawsze na nią wieczorem.




Moje ulubione przejście - niebieski, delikatny fiolet i róż ;)
Swoją drogą ludzie potrafią zostawić naprawdę dziwne rzeczy w mieszkaniach - poprzednio w taki sposób stałam się posiadaczką całkiem fajnej deski...snowboardowej!

Nie lubię kiedy coś mi się psuje w kuchni. Nie lubię także, gdy pojawiają się problemy podczas kucharzenia. Raz robiłam babeczki. Wyszły babeczki pełne problemów ;)


Ciasto na babeczki, jak w tym przepisie (tylko, że bez kakao). Nadziewane budyniem czekoladowym i jeżynami. Problem nr 1 zaczął się podczas robienia budyniu - nie chciał mi stężeć. Mieszałam i mieszałam, aż w końcu dosypałam trochę mąki. Dla mnie trochę, dla budyniu tak dużo, że postanowił zrobić się z grudkami :pp
Problemem nr 2 okazały się piękne tulipankowe papilotki. Ciasto się zaczęło rozlewać, napierać na brzegi i rozprostowywać papilotki! W efekcie każda babeczka miała inny kształt ;) Chyba będę się musiała zaopatrzyć w formę do muffinek, żeby papierki wytrzymały i zachowały swój kształt.
Problem nr 3 to krem. Wygląda dość ciekawie, ale dla mnie osobiście był obrzydliwy. Ściągnęłam go od Doroty i tak, jak zawsze uwielbiam jej przepisy, tak tym razem - zupełnie nie mój smak.


Gdyby wszystkie problemy wyglądały jak te babeczki...


WAŻNE!
Razem z Aurorą organizujemy spotkanie blogerów :) Wszystkich zainteresowanych zapraszam do Opola w dniu 10 grudnia i proszę o zostawienie w komentarzach swojego adresu e-mail, jeśli nie zrobiliście tego wcześniej.

wtorek, 15 listopada 2011

jak z Węgier zrobić Włochy po polsku?

Miałam okazję trochę Węgier zobaczyć, i poznać kilka narodowych smaków - miasteczko marcepanu (tam dopiero polubiłam ten smak!), romska karczma i uliczne budki z ichnimi fast foodami. Jakiś czas temu postanowiłam zrobić sobie Węgry w mojej kuchni. Nie wiem czy natchnął mnie do tego prezes Kaczyński chcący mieć Budapeszt, w każdym bądź razie mam dla niego radę - wszystko trzeba robić bez pośpiechu, rozważnie i rozsądnie, bo może wyjść z tego niezły bigos albo robiąc "na winie" (czyli co się nawinie to wrzucamy) zamiast wrzucić można coś(kogoś) wyrzucić.
Pomysł miałam taki - zrobić langosze, czyli tradycyjne węgierskie placuszki smażone na głębokim tłuszczu i zapiekane ze składnikami. Ale zapomniałam o najważniejszych zasadach gotowania. Widać nie tylko politycy mają tak, że najpierw powiedzą  a potem pomyślą, u mnie również to działa, tylko, że najpierw ugotuję (bądź wszystko przygotuję) a potem pomyślę ;)


Zasada numer jeden mówi: "Upewnij się, że posiadasz WSZYSTKIE składniki". Najlepiej zrób to dwukrotnie, bo może coś Ci wyleciało z głowy albo w międzyczasie małe myszki coś podkradły.

Druga zasada dotyczy sprawdzenia czy ma się wystarczającą ilość naczyń i wszelkiego sprzętu. A trzecia to jeszcze raz sprawdzenie składników, ale ze szczególnym zwróceniem uwagi na takie rzeczy jak np. obecność odpowiedniego oleju w kuchni. W mojej stoi oliwa z oliwek, olej słonecznikowy i olej sezamowy, ale żaden z nich się nie nadaje do smażenia na głębokim tłuszczu...
I tym sposobem w drodze do Węgier musiałam awaryjnie lądować...we Włoszech (na szczęście katastrofy nie było). 


A we Włoszech, jak zawsze, gorąco. Tak gorąco, że media postanowiły pokazać półnagie dziewcze, które pomagało byłemu już premierowi w sprawach wagi światowej i mamy teraz prawie kryzys. Ale Włosi jakoś sobie poradzą i wymyślą coś równie genialnego jak pizza margherita. Potrawa narodowa, bo zrobiona specjalnie dla królowej Małgorzaty - cienki placek ciasta, z pomidorami, mozzarellą i bazylią, kolorami reprezentującymi włoską flagę. Prosta, tania, niewymagająca - na kryzys idealna. 
Pozbierałam kulinarne doświadczenia i jako niebojąca się kryzysu Polka zrobiłam mini pizze, pizzerinki, barwne jak nasza władza ustawodawcza, ale zdecydowanie prostsze od polityki ;)



Przyznam szczerze, że ciasto na pizzę robię na oko. Raz mi się udało to zmierzyć, jak pisałam o tarte flambee.Jeśli chcecie mieć dokładnie odmierzone składniki to sobie tam zerknijcie, ja zazwyczaj przyjmuję 3/4 szklanki mąki na osobę, trochę drożdży, trochę letniej wody, troszkę oliwy i soli. I robię tak, żeby było elastyczne i odchodziło od ręki. Tym razem zamiast na dwie części, podzieliłam ciasto na 5 i wyszły takie małe pizze.

Jeśli chodzi o resztę składników - co tylko chcecie ;) Pieczarki i cebulkę dobrze podgrzać najpierw na patelni, do tego kukurydza, papryka, szynka, ananas, oliwki, przeróżne sery...
Sos - zblendowane pomidory z puszki z dodatkiem soli, cukru i przypraw.
Piekarnik rozgrzewamy do 220-230 stopni i w zależności od grubości naszego ciasta pieczemy 15-30 minut. Osobiście preferuję cienkie ciasto, które wychodzi chrupkie z piekarnika.

P.S. Wybaczcie mi tę politykę, ale choruję sobie, więc mogę oglądać wiadomości cały czas :pp

sobota, 12 listopada 2011

dlaczego w lesie jest tak cicho?

No i dopadło mnie. Jesienne przesilenie. Szczęśliwie tylko jednodniowe, czwartkowe i od wczoraj znów jest lepiej. Neurolog powiedział, że jestem zdrowa i skoro moje zawroty głowy nie pojawiły się od 1,5 miesiąca to nie wie jak mi pomóc, ale jeśli wrócą - mam się do niego zgłosić. Wyleżałam się w łóżku, podrzemałam i wygrzałam. A w piątek dość wczesna pobudka, żeby zawieźć L. na dworzec i wyprawić do naszej stolicy na koncert, a następnie wyprawa do Ustronia :D Zimno, słonecznie i bardzo wesoło. Mnóstwo liści, w których Mała K. się porządnie wyszalała, dużo przytulania i wspólne zasypianie. Do tego mnóstwo pytań, często zaskakujących jak na 2,5 latkę. Teraz jest etap "dlaczego?" i "a co?", a Mała K. potrafi być rozbrajająca. I wśród ogólnego zgiełku, pisków i śmiechów, podczas chwili odpoczynku w lesie padło pytanie - a dlaczego w lesie jest tak cicho? Mamy przyjechać "z mężem" jak to mówi mój wujek, najlepiej na Mikołaja :)
mały Skrzacik biegający po lesie, bo "liście tak fajnie hałasują"

Chciałabym czasem dostrzegać to, co widzą dzieci. Poznawać świat na nowo. Dać się zaskoczyć i nie przewidywać. Jednak moje metryczka jest nieubłagana i muszę starać się zachowywać jak dorosły i odpowiedzialny człowiek, ale zawsze pozostaje mi uśmiechanie się do ludzi i zadawanie sobie prostych pytań w głowie oraz wymyślanie starych, dobrze znanych potraw na nowo. Jutro będę robić spaghetti, w wersji na deser! A dzisiaj odgrzebałam zdjęcie i przepis ze stycznia, na pierwszy urodzinowy tort L.


Tort, który robiłam w Nowy Rok po całym dniu na nartach i wieczornym spotkaniu z siostrą i szwagrem L., który doprowadził mnie do łez, ale wyszedł i zachwycił zarówno bliskich L., jak i moich, no i oczywiście solenizanta. Chociaż dla mnie był lekko niedopracowany i mógł wyjść jeszcze lepszy, to usprawiedliwiam się, że to przecież  był pierwszy tort jaki zrobiłam w życiu!

Zimowy tort cytrynowy!
Składniki na biszkopt, tortownica 26cm:

-8 jajek
-szklanka cukru
-szklanka mąki pszennej
-niecała 1/3 szklanki mąki ziemniaczanej


Przepisu na biszkopt szukałam długo, aż w końcu zdecydowałam się na ten ;) Przede wszystkim skusiła mnie jego prostota, brak proszku do pieczenia czy sody, bez których też pięknie rośnie i sekret wykonania, który zadziwia wszystkich ;) Jak się potem okazało - intuicja dobrze mi podpowiedziała, i jeśli potrzebuję upiec jasny biszkopt - wybieram ten przepis.

Białka rozdzielamy od żółtek i ubijamy na sztywną pianę z szczyptą soli. Pod koniec ubijania stopniowo dodajemy cukier, stale ubijając. Następnie dodajemy żółtka, ciągle ubijamy. Tutaj poleciały moje pierwsze łzy, bo przez nieuwagę do białka musiało dostać mi się trochę żółtka, i po ubiciu piany oraz wsypaniu cukru - cała masa pięknie siadła i trzeba było lecieć do sklepu po jajka, o 22 w Nowy Rok.
Mąki przesiewamy i dodajemy do ciasta, możemy to zrobić na wolnych obrotach miksera albo ręcznie używając ubijaczki do jajek.
Tortownicę wykładamy papierem do pieczenia albo smarujemy tłuszczem (tylko spód), wylewamy ciasto i pieczemy w ok 165 stopniach przez ok 40 minut (bądź dłużej, do tzw. suchego patyczka).
Teraz czas na sekret wykonania - przygotować sobie koc, złożyć kilka razy. Gorący biszkopt wyciągamy z piekarnika i upuszczamy formę z nim na ten koc z wysokości 50-60 cm :) Brzmi to nietypowo, ale faktycznie działa - tracimy w ten sposób powietrze z ciasta i nie powinno klapnąć. Wstawiamy do uchylonego piekarnika do wystudzenia.

Krem (do przełożenia jednej warstwy):
-szklanka mleka
-sok z 2-3 cytryn
-2 czubate łyżki mąki pszennej
-2,5 czubate łyżki mąki ziemniaczanej
-2 jajka
-pół szklanki cukru
-190g miękkiego masła


W garnuszku zagotować pół szklanki mleka z cukrem. Drugie pół miksujemy z mąkami i jajkami na gładką masę, wlać do wrzącego mleka i mieszać cały czas, gotując na niedużym ogniu i czekać cierpliwie aż zgęstnieje. Tutaj drugi raz się prawie popłakałam, bo oczywiście chciałam, żeby mi ten budyń zgęstniał od razu, więc dosypałam trochę więcej mąki. Nie dość, że musiałam się uporać z grudkami to jeszcze było czuć, że masa jest na mące zrobiona.

Po wystudzeniu do budyniu dodajemy sok z cytryny i miksujemy na najwyższych obrotach. 

Masło ubijamy na puszystą masę, stopniowo dodajemy do niego budyniową masę. Wstawiamy do lodówki do stężenia.
Biszkopt przekrawamy na trzy części i nasączamy sokiem cytrynowym z wódką. Dolny blat wysmarowałam kremem cytrynowym, górny bitą śmietaną (nie pamiętam ile jej ubiłam, ale chyba 375 ml 30% + śmietanfix jest ilością odpowiednią). Cały tort został oblany białą czekoladą - użyłam dwóch tabliczek, ale powinny być min. 3, bo biała czekolada nie kryje tak dobrze, jak mleczna. Dół udekorowany startą skórką z cytryny, góra jak widać - bita śmietana oraz kupne ażurki i literki czekoladowe :)
Najlepiej smakował następnego dnia, jak się porządnie schłodził.

I powiem Wam, że robienie tortów to najlepsza nauka pieczenia. Po pierwsze biszkopt to mimo wszystko wymagające ciasto (moi rodzinni mistrzowie ciasta drożdżowego z biszkoptem sobie nie radzą), poznajemy wtedy możliwości naszego sprzętu - mikserów, blenderów i piekarników. Zazwyczaj przekładane kremem - człowiek uczy się trochę cierpliwości oraz łączenia odpowiednich ilości składników. Poprzez robienie polewy - tutaj najlepszą nauką był drugi urodzinowy tort L., o nim też coś napiszę z czasem :) Oraz poznanie się na bitej śmietanie - ile, jak długo, ile wytrzyma itd.

Życzę wszystkim pięknego, mroźnego dnia! A ja zaraz będę zbierać się na obiad u babci, potem odebrać L. z dworca i cieszyć się popołudniem.

piątek, 4 listopada 2011

ciemno już, zgasły wszystkie światła...

Zmiana czasu zawsze dość mocno na mnie wpływa. Mój organizm szybko robi się zmęczony i śpiący, kiedy na dworze jest ciemno, dlatego np. zdarza mi się, że zamiast prowadzić korepetycje o godzinie 17 mam ochotę iść spać i długo nie wstawać. Ciemność ma jednak swoje plusy - można się schować, coś ukryć, no i miasta zawsze ładnie wyglądają w nocy. Co jednak zrobić, jeśli niespodziewanie ciemność zapanuje w kuchni? Przede wszystkim zachować spokój. Najlepiej mieć obok mężczyznę, który wyszuka gdzieś latarkę (albo latareczkę do roweru). Szczęśliwcy mogą się cieszyć, że mają kuchenkę na gaz, i że w kieszeni kurtki znajduje się zapalniczka kupiona do zapalania zniczy, która teraz idealnie się sprawdzi, bo elektryczny zapalacz...
No właśnie? Co z tym elektrycznym zapalaczem? I dlaczego latarka i kuchenka na gaz? Otóż zdarzają się chwilę, kiedy współcześni ludzie wpadają w panikę. Dzieje się to w momencie awarii prądu. Na szczęście jest kuchenka na gaz i elektryczny zapalacz można zastąpić zapalniczką. Ale...zaraz, zaraz! Jak u diabła zrobić teraz obiad? Hmmm...wystarczy się nie zrażać tym, że w okół panują prawie egipskie ciemności i wykonać przepis, który da się zrobić prawie zamkniętymi oczami ;)



Zdjęć nie będzie, z przyczyn oczywistych - braku światła. A żałuję, bo obiad wyszedł naprawdę pyszny i jak już poświeciliśmy sobie światłem z komórki to wyglądał dość apetycznie. Roladki drobiowe ze szpinakiem.

Składniki na dwie porcje:
-dwie piersi z kurczaka
-1/3 opakowania szpinaku
-trochę fety, bryndzy albo sera z niebieską pleśnią
-czosnek
-ser żółty
-kilka plastrów szynki szwarcwaldzkiej albo parmeńskiej 
-sól, pieprz, wykałaczki


Piersi przecinamy w poprzek tworząc spory płat mięsa, który następnie rozbijamy. Szpinak wrzucamy do garnka z odrobiną masła, pod koniec doprawiamy, dodajemy czosnek i fetę bądź inny ser. Mięso nacieramy czosnkiem, solimy, pieprzymy i kładziemy po plasterku sera żółtego. Następnie nakładamy szpinak i rolujemy (albo staramy się spiąć wykałaczkami tę sakiewkę, która mi powstała z mięsa, bo szpinaku zrobiłam ponad 1/2 opakowania), owijamy plastrami szynki i według przepisu powinniśmy piec w 200 stopniach ok pół godziny, ale że mój piekarnik jest elektryczny i nie było szans na współpracę to użyłam głębokiej patelni i podsmażyłam/dusiłam ok 10-15 minut ;)



***
Powiem Wam, że strasznie takie puste są posty bez zdjęć. Tak dla odmiany, bo już kilka osób prosiło, wrzucam samą siebie, zrobione niecały rok temu. Tak mnie L. wystroił :)




Dzisiejszy dzień był bardzo przyjemny i zabawny. Począwszy od programowania modemu GSM i wysyłania SMSów o różnych treściach przy jego pomocy i robieniu wielu innych dziwnych rzeczy z tym związanych, przez "nerdowkie" 1,5h wolnego do zajęć z programowania, gdzie prowadzący popisał białą tablicę permanentnym markerem i obiektem naszych zajęć było czerwone porsche ;)
Po obiedzie przyjechała siostra L. z mężem i wybraliśmy się do mojej ulubionej kawiarni, gdzie przy dobrej kawie i naprawdę pysznych deserach (u mnie latte + sernik w cieście czekoladowym na ciepło) rozmawialiśmy i spędzaliśmy ostatnie wspólne godziny przed ich jutrzejszym powrotem do domu.
Jutro rano zumba :D a tak to weekend jest niezaplanowany, zobaczymy jakie czekoladki nam czas przyniesie ;)


P.S. I zaczyna mnie wkurzać edytor tekstu, koszmarnie duże odstępy ostatnio robi.

sobota, 29 października 2011

pomaluj mój świat!

Za kilka dni listopad, a nam tu z dnia na dzień robi się coraz ładniejsza pogoda! Nasze sobotnie plany uległy diametralnym zmianom. Okazało się, że rodzina z Ustronia wybiera się do naszej chaty w górach, do tego pogoda rano nie napawała optymizmem, więc stwierdziliśmy, że nie ma sensu jechać 100km w jedną stronę, żeby pochodzić sobie 2-3 godziny przy nieciekawej aurze, zjeść obiad i wrócić. Powinnam dodać na początku, że nie jestem miłośniczką górskich wypraw, najlepszy spacer jest po płaskim terenie ;) W zamian za to pojechaliśmy do śląskiego ZOO :D Strasznie dawno już tam nie byłam i nosiłam się z zamiarem wycieczki od pewnego czasu. Mimo 10 stopni na dworze zwierzęta się pokazywały, popisywały i zabawiały nielicznych odwiedzający. Flamingi śpiące na jednej nodze, przeróżne antylopy, zebry, skaczące "bambi", małpki, król lew, nurkujący hipopotam i wiele innych. Do tego ZOO jest położone w pięknym parku, więc mam dla Was kilka zdjęć z naszej jesiennej wyprawy. Uwielbiam kolory, które zapewnia nam ta pora roku ;)

 wycieczkę zaczęliśmy od spaceru przez park


 rozbawił nas zwierzak z tabliczki, jego ząbki i karmienie fistaszkami



 największy w całym ZOO...

 i najbardziej kolorowy ;)

 mój ulubiony tygrysek!





 zachwycający Nemo, był z całą rodzinką i Doris

Po dość długim spacerze zaopatrzyliśmy się w rurki z bitą śmietaną i wróciliśmy do domu. A na obiad sushi, bo tak nas naszła ochota :) Tak jak mówiłam, jest też lekki deser, ale za to jaki kolorowy! Przepis poznałam baaardzo dawno temu, ale nigdy go nie pamiętałam i musiałam sprawdzać w zapiskach mojej mamy. Tym razem zapisków też brakowało, więc stwierdziłam - zrobię tak jak mi się wydaje, i wyszło :) Jest niesamowicie prosty, ale przygotowanie całości zajmuje cały dzień (albo pół dnia, noc, pół dnia). Deser serowy z galaretką, zwany lodowcem, zwany sernikiem na zimno.


Składniki na formę 22-24cm (albo garnek xD):
-4 opakowania serka homogenizowanego, 150g każde
-mały jogurt naturalny
-30g żelatyny
-4 różnokolorowe galaretki (u mnie cytryna, agrest, truskawka i czarna porzeczka)
-2 łyżki cukru pudru

Trzy galaretki rozpuszczamy wg przepisu z opakowania i zostawiamy do stężenia. Kiedy stężeją, rozpuszczamy 30g żelatyny w 120ml wrzącej wody i zostawiamy do wystygnięcia. Do dużego garnka przekładamy wszystkie nasze serki, jogurt oraz cukier puder, wszystko razem mieszamy. Dodajemy płynną żelatynę i szybko mieszamy. Galaretki kroimy w kostkę i łączymy z serową masą. Naszą formę, miskę czy garnek wykładamy dokładnie folią spożywczą i wlewamy masę. Wstawiamy do lodówki do stężenia, po ok. godzinie ostatnią galaretkę rozpuszczamy i zalewamy nią górę garnka (przyszły spód deseru) i teraz czekamy aż wszystko ładnie stężeje, wyciągamy i mamy trzęsący się deser :)


Życzę Wam miłego popołudnia i wspaniałej niedzieli! I pamiętajcie, że w nocy mamy przesunięcie czasu ;)