Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na językach. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą na językach. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Meseta. Lekcja geometrii


Ortega y Gasset pisze, że Kastylijczycy mają swoją własną geometrię. Na Mesecie linie pionowe wyznaczają topole. Wzorcem poziomu jest grzbiet charta. Linię ukośną reprezentuje sylwetka oracza, pochylonego nad pługiem na szczycie pagórka. - A łuki? - drąży zaciekawiony pisarz, lecz pytanie wzburza jego rozmówcę. - U nas, w Kastylii, nie ma łuków! - obrusza się wyimaginowany Kastylijczyk. - En Castilla no hay curvas!


czwartek, 3 czerwca 2010

Wojna językowa















- I co? Jak cię tu traktują? - dziadek łypie spod kaszkietu. Tak się patrzy na wspólnika zbrodni: trochę porozumiewawczo, trochę podejrzliwie. Stoimy na czerwonym świetle, a ja przed chwilą zapytałam go o drogę. Po kastylijsku. W Katalonii. - Bo widzisz - ciągnie dziadek i aż kipi z dumy. - Ja jestem Aragończykiem. I mieszkam tu dwadzieścia lat, ale nie nauczyłem się ani słowa! Czasem się mnie czepiają, są tacy oburzeni, że jak to, że co to, że powinienem... I wiesz, co im wtedy mówię? Że Katalonia  najbardziej liczyła się wtedy, kiedy była sprzymierzona z Aragonią. Wtedy milkną. Ooo, to jest argument, który zamyka im usta...!















Nie mamy czystych sumień - ja i dziadek w kaszkiecie, ze swoim nędznym argumentem sprzed ośmiuset lat. Jego spojrzenie nie kłamie: naprawdę jesteśmy wspólnikami zbrodni. Przez takich jak my kataloński - język, który w VII lub VIII wieku wyewoluował z potocznej łaciny - we własnej ojczyźnie rozpływa się w masie obcych słów. Co z tego, że od prawie 30 lat dzieci w tutejszych szkołach uczą się wyłącznie po katalońsku, z katalońskich podręczników? Co z tego, że liczba użytkowników català systematycznie wzrasta (w ciągu ostatnich pięciu lat o 84 tysiące)? W tym samym czasie procent osób posługujących się tym językiem spadł w Katalonii z 50,7 do 47,5 procenta i utracił prymat. Przez takich jak my. Przez pół miliona przybyszów. To przez nich 85 procent czasopism w tutejszych kioskach jest po kastylijsku, to z uwagi na nich kina - mimo subwencji! - podkładają Johnny'emu Deepowi kastylijski, nie kataloński głos. W Barcelonie, stolicy Katalonii, już tylko 27 procent mieszkańców używa català...















Więc jak mnie traktują, chce wiedzieć dziadek w kaszkiecie, pyszny Aragończyk. Jak? Najżyczliwiej w świecie. Mam już przetarte szlaki, sprawdzone metody. Wchodzę do mojego sklepiku na rogu i kładę na ladzie cukinię i ser, a znajoma ekspedientka, tleniona blondynka, z wyglądu młoda babcia, podaje mi cenę po katalońsku. To pierwszy akt, rytuał, który nie zmienia się nigdy, jej rola, zapisana w scenariuszu. Teraz przychodzi moja kolej: uśmiecham się ze skruchą i mówię: perdona? Ekspedientka patrzy na mnie jeszcze raz, teraz mnie p o z n a j e   i tłumaczy cenę na kastylijski. Finalizujemy transakcję, znów wymieniamy uśmiechy.
- Merci, adeu! - mówię jej, a ona żegna się kastylijskim: - Adios!
I rozchodzimy się pokoju. A przynajmniej tak było dotąd. Ostatnio, coraz częściej, młoda babcia wypada ze scenariusza. Ja, w zgodzie z rytuałem, uśmiecham się przepraszająco, perdona, pytam, nie zrozumiałam, przecież pamięta pani, że jestem cudzoziemcem, a ona, zamiast pobłażliwie odrzec pięć euro dwadzieścia, z niewinnym wyrazem twarzy powtarza - głośno i wyraźnie, z dykcją godną lektora - cinc vint, sis plau.
Sądzę, że uważa, iż miarka się przebrała.

środa, 20 stycznia 2010

Polacos


- To na pewno przez te czapki - ożywiła się Joseta. - Widziałam w Krakowie: czerwone, z taką czarną obwódką. No, identyczne! Tylko u was mają jeszcze to pióro...
Nieprawda, Joseta, sprawdziłam na zdjęciach. Katalońskie barretiny leżą na głowie jak pusta skarpeta, a porządna czapka krakowska jest twarda, graniasta. Raczej nie z tego powodu Hiszpanie nazywają Katalończyków Polacos - Polakami.

- No, bo to trudno wytłumaczyć - mówił nam, jeszcze w Cartagenie profesor J. - Chodzi z grubsza o to, że Hiszpanie nie mają najmniejszej smykałki do interesów. Wolą gadać, przesypiać sjesty, nigdzie się nie śpieszą. Nie idzie im z pieniędzmi. A Katalończykom wręcz przeciwnie: są pracowici, zawsze budowali najnowocześniejsze fabryki na Półwyspie i zbijali forsę na handlu. Jakby pochodzili z całkiem innego świata! Z jakiegoś odległego, egzotycznego kraju...
- Więc to jest komplement?
- Jak najbardziej.
- I naprawdę nowoczesny przemysł i pracowitość kojarzyły wam się z Polską...?
Profesor J. zawahał się i ostrożnie wzruszył ramionami.
- No, tak ogólnie... - mruknął. - W sensie, że daleko i dziwacznie...
Nie brzmiało to przekonująco. Ogólne skojarzenie z dalekim i egzotycznym krajem to trochę za mało, żeby katalońska telewizja nazywała swój program satyryczno-polityczny "Polonia" (bukwami!), a sportowy tytułowała "Crackòvia". Dlatego nie przestawaliśmy drążyć.


- O, rany, no przecież chodzi o ten ich język - oznajmił Esteban, a może Pablo. Dyskusja trwała już chwilę i argumenty padały z różnych stron barowego stołu. - Szwargoczą tak, że nie można ich zrozumieć i jeszcze syczą tak ja wy! Szczpszcztrzsz! - zademonstrował.
- No i w ogóle są dziwni. Dziwnie mówią, dziwnie się zachowują. Jak cudzoziemcy i to z daleka. W ogóle nie przypominają Hiszpanów... - dodał ktoś inny.
- Ale czy to jest obelga?
- Nie... Nie, wcale nie. Tylko, że są, nooo, tacy inni... - zawahał się Pablo, a może Esteban. Na chwilę zapadła cisza. I w tej ciszy z głębin swojego fotela spokojnie odezwał się Juan Jo.
- Dziwki - powiedział cicho. - Chodzi o to, że jak była wojna, to wokół wojska kręciło się bardzo dużo dziwek i...
Ale w tym momencie dyskusja rozgorzała na nowo, a siedzący po drugiej stronie stołu Juan Jo został skutecznie zagłuszony. Nie mogliśmy oprzeć się wrażeniu, że celowo.
I dlatego dalej nie mamy pewności czemu Hiszpanie nazywają Katalończyków Polakami. Przez czapkę? Przemysł? Język? A może dlatego, że Enric Prat de la Riba, działacz Solidaritat Catalana w początkach XX w. porównywał Katalonię do Polski pod zaborami? Tkwi w tym jakiś spisek, coś, czego nam nie mówią...
I czy to naprawdę jest - dla nas - komplement?


środa, 25 listopada 2009

Dziewczyna z zębem na przedzie


Hiszpanie mają tylko cztery zęby. Wszyscy. Cały naród!
- Naprawdę. Nie wiedziałaś? - Is dziwi się mojemu nagłemu zainteresowaniu. I rysuje mi na kartce zarys szczęki, a w niej małe kwadraciki. - O, zobacz. To są los dientes, zęby. Cztery. A to już los colmillos, czyli to, co na filmach mają wampiry. Dalej są las muelas...
Nauka hiszpańskiego, to jest, perdone, kastylijskiego dostarcza mi niewiarygodnych uciech poznawczych. Czy wymyślilibyście na przykład, że tutejsza dłoń - la palma de la mano - składa się wyłącznie z wewnętrznej strony naszej starej dobrej polskiej dłoni? To, co z wierzchu - grzbiet, czy może wierzchołek - w ogóle się do tej nazwy nie kwalifikuje, po prostu dłonią już nie jest! Ot, inny świat  i jego anatomia! Niektóre sprawy można poznać jedynie, excusez le mot, językiem.
Chociaż, z drugiej strony, dopuszczam możliwość, że to ja jestem inna. I tylko mnie rozbraja fakt, że "nie mieć wyboru" to po kastylijsku "no tener elecciones" oraz wzrusza szyld "Perritos Calientes" - "Ciepłe Pieski" - na budce z hot-dogami. Z rysunkiem uśmiechniętego szczeniaczka, nomen-omen...
PS. Na zdjęciu: Piękna fallerka z wdziękiem prezentuje wszystkie cztery zęby

sobota, 7 listopada 2009

Jesień w wieży Babel



- Kawę. Ile płacę?
- Un euro vint.
Jest wcześnie, bardzo wcześnie, właściwie jeszcze szaro i od gór ciągnie nocnym zimnem. To taka pora, kiedy trzeba kawy, żeby zacząć coś rozumieć, więc po prostu kładzie się pieniądze na ladę nie słuchając. Euro pięćdziesiąt.
- Dobrze?
Ale barmanka też jeszcze chyba śpi, w każdym razie patrzy nieprzytomnie na monety i wreszcie niepewnie kiwa głową.
- Un i vint.
Coś w tym, co mówi nie gra, ale jest jeszcze wcześnie i szaro, i trzeba kawy, tylko bez dociekania, euro pięćdziesiąt, liczebniki nie są najważniejsze. Barmance świt też chyba zaszkodził, wpatruje się w cztery monety, obraca je niezdecydowanie, wreszcie odsuwa od siebie dwudziestocentówkę.
- Ara bé.
Ahora bien, vale, vale, okey, dziewczyno. Kawa jest gęsta, choć w plastikowym kubku. Ale barmanka wciąż ma jakieś wątpliwości, kręci się przy kasie. W końcu wraca z dziesięciocentówką.
- Ara bé - mówi, a potem dodaje coś, co na już na pewno nie wzięło się z przedświtu. - Merci.



*
Piękne są wioski w Pirenejach: przycupnięte w dolinach, ciasne, kamienne. Całe poskładane z jednakowo ociosanych głazów - i domy, i dróżki, i mostki, i wieże, i kościółki. Oczywiście świeci słońce, niższymi górami zawładnęła jesień, na odległych szczytach pocztówkowo bieli się śnieg.
- ... na początku to było rozczarowanie - mówi Kolumbijczyk. - No bo dajcie spokój: poza Brazylią prawie w całej Ameryce Południowej mówi się po hiszpańsku. Na całym kontynencie! A u siebie, we własnym w kraju, nie potrafią się dogadać. Co sto kilometrów inny język!

Ma rację Kolumbijczyk, przesadza ledwie o parę kilometrów. Hiszpanie nie mówią bowiem po hiszpańsku. Ci z Kraju Basków i Navarry porozumiewają się po baskijsku, ci z Katalonii po katalońsku, ci z Galicji po galicyjsku, a ci z Pirenejów - w aranés. Oczywiście, nie wszyscy. Ale na dodatek niektórzy mieszkańcy Aragonii mówią po aragońsku, Asturii po asturyjsku, Leonu po leońsku, a Estremadury po estremadursku. Jest jeszcze fala, czyli mieszanka galicyjskiego z portugalskim, eonaviański, czyli miks asturyjskiego z galicyjskim i mirandes, używany na granicy z Portugalią. Jakby tego było mało, Walencjanie posługują się własną odmianą języka katalońskiego - walenckim, a Murcjanie używają wprawdzie prawdziwego hiszpańskiego, ale nie wymawiają "s". Zaś hiszpański... Cóż hiszpański to tak naprawdę kastylijski. Pytania?



*
- Nie śnieg tu raczej nie pada - mówi kierowca autobusu miejskiego. - Mieszkam w wiosce bliżej gór, tam się zdarza, ale w mieście nie. Ewentualnie deszcz. Proszę? Tak, tu większość mówi po katalońsku. Barcelona jest bardziej kosmopolityczna, tam używa się różnych języków, ludzie częściej porozumiewają się po kastylijsku. W Gironie wolą català. A im dalej w góry, tym trudniej w ogóle znaleźć kogoś, kto będzie chciał po kastylijsku rozmawiać...

*
- Eee, nie, ale często się zdarza, że mieszają języki - Kolumijczyk nachyla się z tylnego siedzenia samochodu. - Albo jedna osoba mówi po kastylijsku, a druga odpowiada po katalońsku. No, chyba, że widzi, że ktoś, jej nie rozumie. Wtedy przejdzie na ten nieszczęsny kastylijski.



*
Jemy. W górach je się solidnie, tłusto, obficie. Kiełbasy, sery. Zawiesiste zupy. Kiełbasy. Mięsa. Wino leje się wprost do ust, cienkim strumieniem. Trzeba przełykać, kiedy ciurka.
- Łatwo zrozumieć, kiedy mówimy po kastylijsku? - Katalończycy uśmiechają się znad kiełbas. - Nic dziwnego. Mamy książkową wymowę. Widzisz, my nie nauczyliśmy się tego języka w domu. Poznaliśmy go na kursie, tak jak wy.

*
Piękne są wioski w Pirenejach: ściśnięte w dolinach, ciasne, kamienne. Piękna jest jesień w górach: złoto-czerwona, słoneczna. W Cartagenie jesieni nie ma: palmy nie tracą liści, pustynia nie może zżółknąć.
- To jakiego hiszpańskiego chcesz się uczyć? - pyta Kubanka. - Takiego antiguo castellano, czy takiego normalnego, jak mówią ludzie?