Lublin nigdy nie był na liście dziesięciu polskich miast, które chciałabym zobaczyć. Nie mieścił się nawet w pierwszej dwudziestce, ani... no, nieważne. Nie przyciągał, nie intrygował, po prostu nie. Po lekturze kryminałów
Marcina Wrońskiego przeszło mi co prawda przez myśl, żeby odwiedzić miasto, w którym komisarz Zyga Maciejewski prowadził swoje śledztwa, ale ponieważ do Lublina daleko, a o zaznaczaniu cytatów opisujących miejsca akcji jakoś zapomniałam, to pomysł jak szybko powstał, tak szybko upadł.
Do Lublina trafiłam przypadkiem i właściwie nie miałam w planach zwiedzania miasta. Tak się jednak złożyło, że
Zamość mnie nie zauroczył, a
muzeum w Majdanku zamykali dość wcześnie. Był upalny lipiec, zmrok zapadał późno, skoro więc i tak wracaliśmy do Lublina na nocleg, na dodatek zmęczeni i głodni, to przecież nic nie stało na przeszkodzie, by odległość między hotelem a Starym Miastem, gdzie mieliśmy zamiar odpocząć i zjeść obiadokolację, przejść na piechotę, a przy okazji uważnie rozejrzeć się wokół. Tak też zrobiliśmy.