Autor: Yrsa Sigurðardóttir
Wydawnictwo: Muza
Rok wydania: 2008
Thora, prawniczka zajmująca się raczej błahymi sprawami w swojej maleńkiej kancelarii w Reykjaviku (no bo czy można nazwać poważnym spór o umiejscowienie w drzwiach wrzutni na listy?), dostaje zlecenie od dawnego klienta, Jonasa. Chce on wynegocjować od byłych właścicieli odszkodowanie za "ukrytą wadę" terenu, który kupił i na którym wybudował hotel New Age (!).
Thora jedzie tam na weekend, by przyjrzeć się sprawie. Szybko okazuje się, że pracownicy hotelu, wyczuleni na zjawiska paranormalne, uważają, że to złe miejsce. W dodatku nocami rozlega się tam płacz dziecięcy, a we mgle pojawia się czasem postać dziewczynki. Thora w duchy nie wierzy, ale postanawia przeprowadzić małe śledztwo.
Robi się groźnie, gdy na terenie hotelu zostają popełnione dwa brutalne morderstwa. Co dziwniejsze, obie ofiary mają wbite szpilki w podeszwy stóp... Wszystkie dowody wskazują na Jonasa, ale Thora postanawia za wszelką cenę dotrzeć do prawdy. Na wierzch wychodzą mroczne sekrety sprzed lat. I nie tylko.
To moje podejście numer jeden do skandynawskiego kryminału w ogóle. Bardzo udane. To naprawdę nieźle skonstruowana powieść - w moim odczuciu składa się z tylu elementów, ile potrzeba dobrej historii kryminalnej. Autorka przeplata ze sobą dwa główne wątki na tyle umiejętnie, że czytelnik przepada między stronami na amen. Książka napisana jest i przetłumaczona sprawnie i zgrabnie, a nienachalne poczucie humoru dopełnia całość.
Początkowo problematyczne było rozróżnienie niektórych postaci, przewija się tam ich mnóstwo i miewają bardzo podobne imiona. Musiałam więc na chwilę przerwać lekturę i przeanalizować sobie je dokładnie, by już później się nie gubić. Cóż, taki urok języka islandzkiego, którego swoją drogą chciałabym się kiedyś nauczyć ;-)
Wciągnęłam się niesamowicie. Choć to drugi tom serii o Thorze, zupełnie się tego nie odczuwa, powieść została skonstruowana tak, by nie przeszkadzało to w czytaniu bez kolejności. Niektórzy twierdzą, że jest to najsłabsza część tej serii - ale skoro tak, to tym bardziej chcę poznać resztę tomów. Yrsa Sigurðardóttir bardzo przypadła mi do gustu, zwłaszcza że ostatnie kryminały, które zdarzało mi się czytać, były dużo, dużo słabsze. Oczywiście, pewnie wielu sprawnym czytelnikom udałoby się rozwiązać tę zagadkę dość szybko, jednak ja zawsze staram się tego uniknąć. Zresztą, prułam przez tę książkę tak szybko, że pewnie nie zdążyłabym się nawet nad tym zastanowić.
Fajny, ciekawy kryminał na jesienne wieczory. A ja lecę szukać innych książek pani Yrsy, która, swoją drogą, z zawodu jest... inżynierem budowlanym. Ot, samorodek ;-)