Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miłość. Pokaż wszystkie posty

sobota, 1 września 2012

Agnieszki Osieckiej i Jeremiego Przybory listy na wyczerpanym papierze

Tytuł: Listy na wyczerpanym papierze
Autor: Agnieszka Osiecka, Jeremi Przybora, oprac. Magda Umer
Wydawnictwo: Agora
Rok wydania: 2010

Kiedy pomiędzy dwójką poetów, między duszami wrażliwymi i twórczymi zaiskrzy, powstają perełki. Zaczynają krążyć słowa - listy, liściki, wiersze, wierszyki, na papierze listowym, pocztówkach, fotografiach. Idą w ruch telegramy, telefony, długopisy i maszyny do pisania. Uruchamia się magia miłości - tak pięknie ubranej w słowa, że nie można już bardziej. 

Listy na wyczerpanym papierze to zbiór takichże cudeniek, które zakwitły wiele lat temu między Agnieszką Osiecką i Jeremim Przyborą. 

W tych piosenkach i w listach ich uczucie żyje do dziś. Jak inkluzje - zatopione owady w bursztynie. Rolę bursztynu odgrywa w tym przypadku papier. Nie tyle czerpany, ile wyczerpany tym, czego doznał. 
Nieszczęście i szczęście tych dwojga bardzo dotykało.
Wykończyli go wzajemnymi pretensjami, łzami i atramentem. 
- pisze w przedmowie Magda Umer. I rzeczywiście tak było - miłość ta nie przetrwała próby czasu, odległości i charakterów. Listy te są jednak jej owocem cennym, godnym ocalenia. Są nie tylko pięknym dziełem literackim. Dzięki nim możemy podejść bliżej, zajrzeć wgłąb dusz tych dwojga wspaniałych twórców. Spomiędzy wierszy wyłaniają się ich osobowości, tak bardzo ludzkie przecież charaktery. Odkryłam, że Agnieszka była taka jak ja w swoich wyborach i tęsknotach, taki lekkoduch biegający z wiatrem. Ich relacje były trudne - oboje zarzucali sobie wzajemnie egoizm i lekceważenie, zabawę, kochanie "na lipę". Bo przecież Agnieszka nigdy nie traktowała miłości poważnie, a przynajmniej - nigdy wcześniej. W ciągu swego burzliwego romansu w latach 1964-1966 rozstawali się kilkukrotnie.
Więc proszę Cię, trochę płacząc: Nie dzwoń już do mnie.
Już nigdy nie zobaczysz mych oczu za mgłą, odchodzę smutna, zła

Agnieszka
Sama Agnieszka zresztą przyznaje się do tego, że uwiodła żonatego Jeremiego "z przyzwyczajenia". Choć później angażuje się w ten związek mocniej, ostatecznie nie udało im się porozumieć. Szukali się przez te lata, lecz nigdy nie udało im się złapać jakiejś wspólnej fali. On wciąż pracował, ona podróżowała - mało które uczucie, nawet wielka miłość, jest w stanie przetrwać i rozwinąć się w takich warunkach. Jednakże próbowali - o, naprawdę przepięknie kochali się w tych listach.

Listy są cudowne w treści, a i wydane przepięknie. Mnóstwo tutaj barwnych fotografii, skanów listów, pocztówek, notatek. Jest na końcu zbiór piosenek, które powstały z ich miłości - z piękną Miłością w Portofino na czele, której wariacje zresztą przewijają się przez wiele listów. Do książki dołączona została też płyta audio, na której listy czytają Magda Umer i Piotr Machalica. Uczta, prawdziwa uczta dla oczu i uszu - piosenki są bowiem zaśpiewane (chociaż trochę denerwuje mnie sposób czytania pani Magdy, choć nie jest pozbawiony uroku). 

Kiedy tak przyglądam się tym listom i liścikom, często zanotowanym na świstkach, fotografiach, ogarnia mnie smutek, że ta forma komunikacji przechodzi do przeszłości. Sama kiedyś pisałam bardzo wiele listów, pamiętam to uczucie, gdy czekało się całymi dniami na odpowiedź, gdy razem z listem z koperty wypadał mały, zasuszony kwiatek albo listek. Wiem, że głoszę truizmy, ale dzisiaj, gdy w kontakty międzyludzkie wtargnęła technologia, straciliśmy wiele - wszak SMS czy mail dochodzą do adresata błyskawicznie, pozbawione zapachu, charakteru pisma i zagiętego różka kartki. To chyba dlatego zaczęłam bawić się w postcrossing - ale to jednak nie to samo... 

Na koniec pozostaje mi tylko jedno pytanie - czy to dobrze, że spadkobiercy tych dwojga zdecydowali się upublicznić te listy? Owszem, mają dużą wartość literacką. Ale jednocześnie wkraczamy w ich osobiste, intymne światy, tak prywatne, że czasem nie sposób nie poczuć się intruzem. Jeżeli macie odwagę wejść w tę ich osobistą przestrzeń - zapraszam Was do tych listów, bo są niezwykłe, magiczne i piękne.

piątek, 16 marca 2012

"Świat w pastelach Ingi" - Aneta Rzepka

Tytuł: Świat w pastelach Ingi
Autor: Aneta Rzepka
Wydawnictwo: Replika
Rok wydania: 2012
Ocena: 8/10

Gabrysia. Matka, żona, świetna nauczycielka. Wydawałoby się, że w jej życiu układa się pomyślnie, że ma wszystko. Ale to tylko pozory. Praca, którą wykonywała z początku z pasją i misją, stała się rutyną. Przestała dawać jej satysfakcję. W życie wkracza odtwórczość, brak nowych wyzwań, nuda i stagnacja. 
A w domu? Kilkuletnia córeczka, Dominika oraz mąż, Michał. Mąż, traktujący Gabrysię instrumentalnie, nie liczący się z nią leń i hipokryta. Jakby tego było mało, jego stosunek do niej psuje się coraz bardziej. A kiedy dodamy do tego ograniczenia, które na nią narzuca - cóż, trudno się dziwić, że Gabrysia któregoś dnia potajemnie zakłada bloga, by pod pseudonimem Inga wyrzucić z siebie wszystkie zgryzoty. Wkrótce okazuje się, że internetowe zapiski mają stałego czytelnika. ~Nikt_Ważny zaczyna odgrywać w życiu Gabrieli zaskakująco ważną rolę.

Cóż ja na to? 
Pomysł skądś znany. Gdzieś po głowie kołacze mi się Samotność w sieci, z kąta odzywa się Nigdy w życiu Grocholi. Sama powieść nie jest zbyt odkrywcza, a treść jest raczej przewidywalna. Jest w tej powieści jednak coś, co sprawiło, że przeczytałam ją już dwukrotnie, za każdym razem ciesząc się tą lekturą. Tchnie z tej książki jakiś optymizm, niekończąca się nadzieja na zmianę, wsparcie w podejmowaniu ważnych decyzji. I gdzieś cichutko siedzi tu wiara w to, że nic w naszym życiu nie dzieje się przypadkowo. 

Ogromnym plusem tej powieści jest jej wielowątkowość. Ludzkie losy przeplatają się tu bardzo naturalnie, a istnienie każdego bohatera ma znaczenie. Powiązania między postaciami, ich działania i sprzężenia budują przekonanie, że każda napotkana w życiu osoba ma na nas wielki wpływ. I płynie z tej powieści jeszcze jeden morał - nie ocenia się ludzi po pozorach. Pod każdą, nawet najgrubszą skorupą może kryć się człowiek-skarb.

Chociaż idea wydaje się naprawdę ograna, ta powieść ma w sobie to coś, co nie pozwala się od niej oderwać. Chociaż zakończenie jest nieco cukierkowe, czyta się bardzo przyjemnie. Autorka posługuje się pięknym, ciepłym językiem. To jest tak, jakby słuchało się czyjegoś kojącego głosu. A cudna okładka dodaje tej książce jeszcze więcej uroku. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu Replika. 
 

***

Przepraszam za moją nieobecność. Mam jakiś przedziwny czytelniczy zastój, do tego licencjat, do tego choruję... Ale jestem i nie znikam z tego światka, o nie! ;-)

poniedziałek, 20 lutego 2012

"Ciało" - Tess Gerritsen

Tytuł: Ciało
Autor: Tess Gerritsen
Wydawnictwo: Albatros
Rok wydania: 2011
Ocena: 5/10

Ta historia zaczyna się jak wiele innych thrillerów medycznych. Do kostnicy w pewnym zaniedbanym, zapomnianym przez Boga mieście policja przywozi ciało ładnej, młodej dziewczyny. Wszystko wskazuje na to, że zabił ją nowy na rynku narkotyk, jeszcze nieznany służbom. Dziewczyna jest bezimienna. Doktor Kat Novak znajduje jednak przy niej pudełko zapałek z zapisanym numerem telefonu. Dzwoni tam z nadzieją, że odnajdzie krewnych denatki. Okazuje się jednak, że mężczyzna, z którym udało się jej skontaktować, nie tylko jej nie zna, ale jest prezesem ogromnej firmy farmaceutycznej. Kat zaczyna podejrzewać, że ma on coś wspólnego z tą sprawą. Tymczasem giną kolejni narkomani, a Adam, bo tak mężczyzna ma na imię, przyznaje się do poszukiwania zaginionej córki, do której należało wcześniej pudełko zapałek. Wspólnie podejmują walkę o odkrycie prawdy. A kiedy ktoś wysadza w powietrze dom Kat, robi się naprawdę groźnie. I romantycznie...

To moje pierwsze spotkanie z Gerritsen. Zbierała tak entuzjastyczne recenzje, że nie sposób było się z nią nie zapoznać. I cóż z tego wynikło? 
Spodziewałam się wiele po niezliczonych pochwałach i rekomendacjach, zwłaszcza, że thriller medyczny był niegdyś moim ulubionym gatunkiem (zaczytywałam się w Cooku!). A pani Gerritsen zaserwowała mi poprawny thriller z domieszką romansu. 

Czuję się jakoś rozczarowana. Książkę połknęłam na jeden raz - czyta się szybko, wciąga, nie rozkleja się przy scenach miłosnych. Akcja jest wartka, zmienna, dynamiczna. Językowo również jest przyjemnie, ale bez specjalnych rewelacji. Jako thriller Ciało prawie spełnia zadanie - trochę trzyma w napięciu, daje się przestraszyć i pędzi przed siebie. Jeżeli chodzi o love story, które kryje się w tej książce - cóż, jest. Nie narzuca się, nie dominuje, nie jest też szczątkowe. Takie... bez wyrazu. Autorka określiła tę książkę jako przejściową w swoim dorobku pomiędzy romansem a kryminałem. Efekt jest niestety taki, że ani to romans, ani thriller. Ot, dość przewidywalne czytadło na jeden wieczór.

Cóż, może w innych książkach będzie lepiej? Spróbuję, bo mimo wszystko lubię ten gatunek.

sobota, 18 lutego 2012

"Kompozytor burz" - Andrés Pascual

Tytuł: Kompozytor burz
Autor: Andrés Pascual
Wydawnictwo: Otwarte
Rok wydania: 2011
Ocena: 6/10

Czasy współczesne, Paryż. Wielki kompozytor ma właśnie zakończyć swą karierę, po raz pierwszy i ostatni wykonując swój utwór, dzieło, które uznał za genialne. W ostatniej chwili załamuje się i nie wychodzi na scenę. Właściciel opery zabiera go do archiwum, aby pokazać mu niezwykle cenną rzecz - list-testament samego Ludwika XIV, jego osobistą spowiedź z największych błędów, jakie kiedykolwiek mógłby popełnić. Zabytkowy dokument zabiera nas do Paryża z czasów Króla Słońce, by odkryć jedną z największych tajemnic tego świata.

Mathieu, młody, genialny muzyk, zostaje wmieszany w ogromną awanturę. Jego brat zostaje zamordowany z powodu dziwnej partytury, stanowiącej zapis czegoś zupełnie nieznanego. Szybko okazuje się, że jest to zapis najcenniejszej melodii świata - melodii duszy, pierwotnej muzyki stanowiącej głos samego Stwórcy.
Chcąc-nie chcąc Mathieu musi wyruszyć w pełną niebezpieczeństw podróż aż na Madagaskar, gdzie ponoć przebywa kapłanka z plemienia Anosy, jedyna istota na świecie, która potrafi ją zaśpiewać. Odnalezienie jej nie będzie łatwe...

Czytałam tę powieść wyjątkowo długo i powoli. Jest bardzo gęsta, nasycona treścią. Z XVIII-wiecznego, brudnego Paryża, poprzez absurdalny przepych Wersalu po niezmierzone morza i egzotyczne raje - razem z tą książką podróżujemy w czasie i przestrzeni. To powieść pełna dźwięków, zapachów i kolorów, gwałtownych uczuć różnej miary. Częściowo to historia miłosna, częściowo upolityczniona osobą Ludwika XIV, częściowo pełna pirackiego, egzotycznego zacięcia.

Czy to dobra powieść?
I tak, i nie.

Wciąga niesamowicie i bardzo oddziałuje na wyobraźnię, jest napisana naprawdę pięknym, plastycznym, kolorowym językiem. A jednak co kilkadziesiąt stron odkładałam tę książkę, żeby przetrawić przeczytany fragment. To chyba z przesycenia różnorodnymi bodźcami działającymi na wszystkie zmysły. Początek nieco zbił mnie z tropu, jest po prosu banalny - ale później powieść się rozkręca i nie chce puścić. Aż do końca, który, cóż... Jest według mnie do niczego. Niestety - porażająca, egzotyczna przygoda kończy się nijak, kompletnie bez sensu. Nie wiem, czy taki był zamysł autora, ale zakończenie rozbiło mi całą historię na drzazgi, spłycając ją, banalizując i robiąc z tego liche romansidło. I czuję się diablo rozczarowana, bo generalnie historia Mathieu jest świetna, wciągająca i ciekawa. Okładka jest rewelacyjna, a tytuł obiecuje ogromnie wiele. A na końcu taki klops, no...
Jestem niepocieszona.

Ale i tak Wam tę książkę polecam, bo naprawdę pozwala zapomnieć o plusze za oknem i rozgrzać się w madagaskarskim słońcu. No i może lubicie takie tkliwe zakończenia. Ja nie przepadam, stąd moja gwałtowna reakcja. Cóż, de gustibus non disputandum est.

***
Nawet nie wiem, kiedy minął mi ostatni tydzień. Mały zjazd rodzinny, a potem rozpoczęcie nowej pracy (ha, pracuję w księgarni!) skutecznie odsunęły na dalszy plan pisanie tutaj. Do tego licencjat nieszczęsny... Cóż. Postaram się pisać przynajmniej raz w tygodniu ;-)

czwartek, 26 stycznia 2012

"Zapach spalonych kwiatów" - Melissa de la Cruz

Tytuł: Zapach spalonych kwiatów
Autor: Melissa de la Cruz 
Wydawnictwo: Znak
Rok wydania: 2011
Ocena: 7/10

Trzy kobiety. Matka i jej dwie córki, Joanna, Ingrid i Freya. Z pozoru zupełnie normalne mieszkanki małej miejscowości, jednej z tych, o której nikt nigdy nie słyszał i do której nie sposób trafić.Ale tylko z pozoru. Wszystkie trzy są obdarzone potężną magiczną mocą. Joanna potrafi przywracać życie, Ingrid włada przepływem energii i steruje nią za pomocą supełków, a Freya opanowana jest (tak, nie odwrotnie) przez magię miłości. Jest tylko jeden problem - nie wolno im tej magii używać. 

Freya ma wkrótce wyjść za mąż. Wbrew rozsądkowi daje się jednak uwieść bratu narzeczonego. Traci kontrolę nad swoją mocą, a w powietrzu unosi się zapach spalonych kwiatów... To nie wróży dobrze. W dodatku zaczynają się dziać w miasteczku niewyjaśnione rzeczy. Czarownice z East End zaczynają łamać zakaz używania magii...

Zaintrygowała mnie okładka tej książki, tak samo jak jej tytuł. Mają w sobie coś magicznego. Powiem więcej - nie jestem pewna, czy zainteresowałabym się tą pozycją, gdyby pozostawiono tytuł oryginalny (Czarownice z East End). Kiedy zaczęłam czytać, pochłonęłam ją w dwóch kawałkach.

Nie jest to nic odkrywczego, przyznaję. Po recenzjach, które czytałam na innych blogach, spodziewałam się czegoś, co robi większe wrażenie. A co znalazłam? Mamy w tej powieści romans, mamy magię, mamy tajemnicę, składniki raczej ograne i typowe. Czasem społeczność zbyt łatwo przechodzi do porządku dziennego nad magicznymi grzeszkami naszych bohaterek, a fabuła miejscami jest mocno przewidywalna (ale tylko miejscami), trochę banalna albo ciut przekombinowana. Końcówka zaś nieco wymuszona, jakby autorkę gonił termin albo zabrakło pomysłu. Choć, muszę przyznać, mechanizm ostatniej sceny zadziałał nieco piorunująco...

Koniec marudzenia. Pomimo tych moich narzekań, Zapach spalonych kwiatów czytało się naprawdę dobrze. To bardzo przyjemne, lekkie czytadło, które wciąga i nie pozwala się znudzić. Wszak kto powiedział, że każda książka musi być idealna, ambitna i tak dalej? To jest taka powieść, po którą sięga się, kiedy chce się odpocząć, zrelaksować, można się z nią wyciągnąć w fotelu pod kocykiem i z herbatą obok. Tak właśnie zrobiłam i powiem Wam, że nie był to czas stracony ;-)

piątek, 4 listopada 2011

"Człowiek, który pokochał Yngvego" - Tore Renberg

Tytuł: Człowiek, który pokochał Yngvego
Autor: Tore Renberg
Wydawnictwo: Akcent
Rok wydania: 2011
ISBN:  978-83-62180-31-8
Ocena: 8,5/10 

Wyobraźmy więc sobie, że nie ma jeszcze Unii Europejskiej, istnieje Związek Radziecki, a Nirvana zaraz będzie święcić triumfy ze swoim Smells like teen spirit. Jest rok 1990, Stavanger w Norwegii. Wszędzie wokół dzieje się historia, a Jarle ma siedemnaście lat, przetłuszczoną czuprynę, świetną dziewczynę i jest zagorzałym komunistą, jak jego przyjaciel Helge. Razem grają w punkowym zespole, przeklinają, palą papierosy i imprezują. Ot, uroki dorastania w tych burzliwych, nie da się ukryć, czasach. 
Aż któregoś dnia w szkole pojawia się Yngve.
Czasem wydaje mi się, że on żył poza czasem, może rzeczywiście tak było? Niektórzy ludzie zdają się opierać jakimkolwiek wpływom. (...) Niełatwo było znaleźć w nim przeszłość czy teraźniejszość. Boris Becker? Tak. Simon le Bon? Owszem. Ale cóż oni dla niego znaczyli, w porównaniu ze znaczeniem, jakie The Smiths czy Marks mieli dla takich osób, jak Helge i ja? Niewiele. Nie, to wszystko się od niego odbijało, a on stał sam, z uśmiechem na wykrzywionych w dół ustach, z długimi, białymi palcami dotykającymi warg, z wielkimi oczyma, i wypowiadał swoje proste, ponadczasowe zdania. 
Niewiele jest w powieści samego Yngvego, jednakże jego istnienie kładzie się cieniem na wszystkich wydarzeniach. I cóż? Właściwie to historia o miłości - jedna z tych, które tak bardzo przypominają nasze zwyczajne, szczenięce zauroczenia. Renberg w swojej książce pokazuje siłę takiego młodzieńczego uczucia, jak przewala się przez życie jak tornado i wywraca wszystko do góry nogami. Zakochany umysł szaleje, znika rozum i trzeźwe myślenie, a zaczynają dziać się rzeczy, których konsekwencji się nie spodziewamy. A że i Jarle, i Yngve to chłopcy? To nie ma żadnego znaczenia.

Jakaś dziwna delikatność miesza się w tej powieści z wulgarnością popisujących się siedemnastolatków. Powieść miejscami eteryczna, bardzo subtelna, na następnej stronie wali ciężką rurą przez głowę. To tylko świetnie obrazuje, jak wiele gry i udawania jest w nas wszystkich. Mówi się przecież, że kiedy wejdziesz między wrony... Z drugiej strony, czy to nie przesada? Chwilami zgrzyta coś zbyt głośno. 

Ale przecież czytając wędrujemy przez całą gamę emocji. Przeżywamy każde zauroczenie, zakochanie, każdą pojedynczą katastrofę tak silnie, jak to opisał autor, bo zrobił to świetnie. A w tle naprawdę dobra muzyka. I snuje się dym z czerwonych Marlboro.