Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla siebie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą dla siebie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 5 lutego 2013

Czarna Góra ... dziewczyny działają :) ... część 2

wracam do początku drugiej dekady stycznia i tego magicznego weekendu pod Czarną Górą ... kiedy to kilkanaście kobiet postanawia udowodnić sobie i innym, że zima też może być fajna :) ... to jedno a chęć pobycia razem to dwa :) ...


jak opisałam w części I ... na narty ... na ognisko, a nade wszystko dla człowieka przybyło kilkanaście dziewczyn ... kilka pokonuje kilkaset kilometrów ... wszystkie przywożą pasję, wolność i dobry humor :) ... kilka dzieci ... inne nawet synowe (Ania nie napisze przyszłe bo zaadoptujemy cię :) i tak ) ... ale ta grupa, która przyjechała to tylko garstka ... tłumy zostały przy monitorach i o godzinie zero ... znaczy o 12.30 obecne mają machać do nieobecnych ciałem a obecnych duchem w sektorze objętym "okiem wielkiego ze stoku" znaczy pod kamerką stoku Czarnej Góry ... taki jest plan :) ...


mózgiem operacji jest Madżena ... niestety to ona sama narty wymyśliła i ona sama kontuzji uległa już na początku sezonu ... ale na stoku jest i pomyka w ortezie dziewczyny niczym stadko kur ogarniając (no wiem, że kurczaków zabrzmiało by lepiej ale miejmy litość z kurczaków to tam dzieci były a tu o nas ... kokoszkach jakby ma być :) ) ... i nie jest to misja ani łatwa ani godna pozazdroszczenia bo panie z zagrody siem wyrwawszy rozpierzchły się po białych połaciach i lepiej lub gorzej równowagę łapiąc (gorzej to o mnie:)) ... nie do opanowania trzódkę zaczynają stanowić :) ...



nie wiem czy wielcy komentatorzy w "niusach" dnia to obwieszczali ale o godzinie 12.30 pod "okiem wielkiego stoku" pierwsza próba machania obecnych obecnym tam ... na stoku odchodzi istne szaleństwo ... kokoszki siem kokoszą i rejwach taki się zrobił, że nie wezwano wsparcia służb specjalnych to cud istny :) ...
Madżenka jednym palcem utrzymuje stałą łączność z "obecnymi tam" :) ... drugim rozstawia szalejące towarzystwo w zwarty szyk ... ktoś z "widzów" dzwoni i nawigację wspomaga ... nie jest łatwo ...

 ... dziewczyny byłyście wspaniałe !!! tam u stóp Czarnej Góry zostaje powołany do życia narciarski klub "Tęcza" :) ... i tu zacytuję Madżenę:

"zatem utowrzyłyśmy narciarski klub Tęcza  Lekko sfatygowany: kilka osób z nogami w naprawie już wpisowe do klubu wpłaciło (...) , kilka zamierza rozpocząć ostry trening (Gabisia i Konstancja), kilka planuje ostre trenowanie (Irenka, Gaby) , kilka trenuje ostro (Agniecha, Alina) a kilka to mistrzynie (Ania i Finka). Więc może czas zaplanowac pożegnanie zimy (...)? 
Klub Tęcza natomiast rozpoczyna ostre treningi! " ... 






koniec zimy zaczyna się wyłaniać w planach ale to tylko wzmianka :) ...

inna inszość to narty i ja ... opóźniłam swoje przybycie na stok ale jak myślałam, że się wymigam to się grubo myliłam ... po machaniu część dziewczyn udaje się na zasłużony wypoczynek do knajpki, w której ja dzień wcześniej "mieszkałam" ... a ja ... no cóż ja wbijam stópki w betonowe ciżemki i idę na wojnę !!! :) ... brak techniki nadrabiam fonetycznie i pan od orczyka wie, że będą komplikacje ... nie myli się ... zaraz po wystartowaniu siadam na talerzyku i co za tym następuje leżę ... bo orczyk to takie dziwne krzesełko na którym jak się usiądzie to się leży ... ja leżę bo jestem niezdara a kolejka prawie leży bo ja ciągle mam słowotok ... pan i Ania zdają się mnie nie słuchać i kolejny talerzyk i ja ... tym razem jadę ... powiedzieli nie siadać to nie siadam ... nie umiem jeździć a nie nie umiem słuchać ... robię co każą ... nawet zamilkłam i w milczeniu nagle zdaję sobie sprawę, że reszty życia uczepiona do tego cholerstwa nie spędzę ... Anna drze się za mną, że cudnie (akurat ;) ) ... że postawa i tak dalej ... ja odzyskuję panowanie nad fonią i też się drę !!! ... że nie umiem się od tego odczepić ... że nie wiem co dalej ... i wiem, że cudu nie będzie ... jabłko jak u Newtona nie spadnie i ja nie wymyślę bo myśl mi zamarzła a droga się kończy ...

w akcie desperacji walcząc o życie postanawiam upaść ... genialne !!! ... i bez jabłka ;) ... wreszcie jestem bezpieczna :) ... siedzę sobie jak królowa na śniegu ... nie mam bladego pojęcia o tym, że inni stoją muskani mroźnym wiatrem bo WYCIĄG STOI !!! ... i jest super ... :) ... tzn było dopóki nie wyrósł przede mną facet od orczyka (dlaczego nie domyśliłam się, że na górze  jest drugi ?:) ) i upiera się, że muszę ten swój azyl opuścić ... nie chcę ale muszę przekleństwo słowiańskiej doli ... zawzięty typ stawia mnie na nogi ... nie konkretnie to na te baletki z betonu i mam zjechać ..." no to se pożyłam" przemknęło mi i pewna, że się zabiję zjechałam z metrowej stromizny ... nie wiem dlaczego się nie zabiłam ... pewnie abym mogła umrzeć patrząc w dół ... ta góra jest monstrualna ... i jeszcze ci wszyscy szaleńcy zjeżdżający z prędkością światła na łeb na szyję jak to się kiedyś mawiało ... co ja tu robię i jak znajdę się na dole ? ... bo mowy nie ma abym zjechała ... Anna ma to w poważaniu ... przepala największą moją panikę i jedziemy !!! ... dłuuugo jedziemy bo ja od czasu do czasu  staję i mowę wygłaszam ... mowa nie robi na Annie wrażenia ... GOPRu mimo nalegań nie wzywa ... jakimś cudem jestem na dole ... wyskakuję butków i w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku gnam (bo w cywilnych botkach to pikuś ;)) na grzańca ... noooo ... jest coś w tym narciarstwie co mi się podoba ;) :):):) ...




dla tych dziewczyn zwariowanych ... dla takich chwil jestem w stanie pokonać strach ... i być gdziekolwiek są :) ... atmosfera takiego walnego zgromadzenia jest nie do przekazania ... brakuje słów ... Alina napisała:

"... (...) ... paczka była nie do przebicia . czułam się jak małe dziecko , któremu wszystko wolno - śpiewać , skakać , figle płatać ..."


i tak własnie jest gdy dziewczyny się spotykają :) ... jest radość ... jest głośno ... o i to jak głośno ... bo dziewczyny mówią naraz :) ... każda mówi ... każda słucha :) ... wszyscy wszystko wiedzą :) ...

 narty i stok to początek  ... bynajmniej nie nacierałyśmy mięśni przeciwbólowymi mazidłami :) przez resztę dnia  ... przed nami wieczór i ognisko ale to w następnym poście :) ...

Dziewczyny to post dla Was ... dla Nas :) ... z dedykacją ... i życzeniem abyśmy robiły takie rzeczy jeszcze ... i jeszcze ... 
... i ... jeszcze :) ... 

Dziękuję Wam i Wszystkim przy monitorach za to, że Jesteście i za to, że tworzymy razem takie magiczne chwile ... i za to, ze się spotkałyśmy on-line w sumie i wyrwałyśmy się online mackom :)))) ... 





niedziela, 27 stycznia 2013

sobota w domu ... i echo spotkań weekendowych ...

jak mnie nie było to mnie nie było ... a tu proszę jaki nagle urodzaj :) ...


obiecałam sobie i poniekąd Basi dogonić swój czas na swoim blogu ... mam milion zaległych postów ale jestem dobrej myśli ... i żeby nie zapadać się w większe zaległości aktualny i bardzo miły weekend ...






w piątek przesympatyczny popołudniowy reset z Anulą i Pawłem ... wieczór śmiechu ... rozmów i makowca :) ... wieczór mający tylko jedną wadę ... zbyt szybko się kończy ... dlaczego wszystko co fajne mija nie wiadomo kiedy ... hmmm ... no tak jak mój urlop ... dałabym głowę, że wtorku .. środy i czwartku to nie było wcale ... nie zauważyłam w każdym razie :) ... Anula z Pawłem odjechała ... wcześniej przeczołgawszy swe mięsnie na świętokrzyskich stokach a ze mną zamieszkała Maja Popielarska ... mam książkę Mai z dedykacją ... wow !!! :) ... Anulka dziękuję :) 



to skutek uboczny ... i pozytywny - bo z reguły związek tych dwóch słów ma nie wiedzieć czemu negatywne skojarzenia ;) ... wczorajszego spotkania "na szczycie" :) ... Basia i Larry pozdrawiam :) ... 

sobota mija leniwie ... wspólne śniadanie a potem każdy ewakuuje się do swojego małego świata ... taki czas jest nam bardzo potrzebny ... w takim czasie niby jesteśmy razem a jednak zakopujemy się w swoich pasjach i realizacjach ... ja porządkuję foldery ze zdjęciami ... przechodzę przez aramgedon misz maszu by harmonię osiągnąć ... za to żon pławi się w harmonii misz maszem modelarstwa zajmując ... szanuje tę skłonnność do egzaltacji ;) u zona bo pojąć nie mogę jak można się uspokajać i relaksować wiążąc mikro nitki na wzór lin okrętowych i to pół dnia ... nie komentuje ! :) ... żeby n ie było podziwiam :) ... 







i gdy wieczorem ma do mety nas Nicolas Cage i Sean Connery doprowadzić ... energicznie inaczej ;) ... bo  ekranowo i kanapowo :) ... zza oceanu plum zadźwięczało i "masz wiadomość" zmieniło plan ... zostawiamy "Twierdzę" i mamy prywatkę on-line po amerykańsku ... dawno się tak nie uśmiałam :))) ... to musi się powtarzać bo choć kawę robiłam o 23 :)))!!! ... żeby się razem napić z tymi po drugiej stronie monitora to co to była za kawa :) !!! ...

bycie z ludźmi jest takie fajne ... i każdy sposób na celebrowane takich chwil jest dobry :) ... najważniejsze by chcieć i by mieć taki czas :) ... zaplanowany czy spontaniczny ... wszystko jedno ... byle nie zapomnieć i w szybko mijających dniach chcieć się zatrzymać i pobyć z ludźmi :) ...

Ziemia Kłodzka ... z okna samochodu ...

porządki w folderach ze zdjęciami i mocne postanowienie wyjścia na prostą w zapisach z życia na blogu poza pracowitą ... za to jak przyjemnie pracowitą !!! niedzielą :) ... (czego to ja dziś ponownie nie przezywam ... o lalala) ... w każdym razie te porządki sprawiły, że postanowiłam robić "zajawki" ... takie mikro retrospekcje z przeżytych chwil i zatrzymanych w kadrze obrazów ...

dlatego choć o Czarnej Górze i Wilkanowie ... o tych kilku dniach przygody i wspaniałych ludziach z którymi tę przygodę dane mi było przeżyć :) jeszcze będzie :) i to nie jeden post dziś kilka krajobrazów złapanych w kadr ... na szybko ... w biegu ... by nie zapomnieć ...

i własnie by móc wrócić i sobie przypomnieć wrzucam ...











sobota, 26 stycznia 2013

Czarna Góra i co mogą dziewczyny :) ... 1

miało być na bieżąco ... chciałam dobrze - wyszło jak zawsze ... 
nie ma co siem krygować ... bez bicia się przyznaję, że mam tyły w wydarzeniach a co dopiero o przemyśleniach powiedzieć ... ale nie ma co żałować róż gdy płoną lasy jak to mówią ... przemyślenia się doszlifuje ... zaktualizuję wydarzenia ... i na pierwszy ogień Czarna Góra i jak wrócić do bycia dziewczynką :) ..



od czego zacząć ? :):):) ... od początku najlepiej ... i tu mam dylemat zaiste poważny niczym ten zawstydzający naukowców od stuleci ... "co było pierwsze jajko czy kura?" ... nie mamy stuleci ... za kilka godzin ja mam być fliczna ... domek przytulny ... makowiec na stole bo goście jadą :) ... 
zatem pierwszy był chyba dnia letniego onegdaj zachwyt  bukszpanowymi rabatami w ogrodzie Dany ... potem było szwędanie po innych ogorodach i kopiowanie do folderów pomysłów na nasadzenia ... wreszcie z tych rabat wyskoczyły ogrodniczki i połączone pasją i fantazją stworzyły silną grupę pod wezwaniem :) ... tak ... przyjaźnie wsparte charyzmą tworzyć się potrafią wszędzie ... 


ogrodniczki i ogrody wyrywają się spod macek on-line i zaczyna się szwędactwo ogrodowe ... spotkania ... wiankowanie wespół ... coraz większa realna frajda ...i coraz bardziej zbliżające się widmo zimy ...


już we wrześniu Madżenka jeszcze z rabaty ogłasza zatem pospolite ruszenie na stoki ... chwila i padło na Czarną Górę ... potem przez kolejne miesiące trawa oczekiwanie i przed godziną zero krystalizuje się skład ... dziewczyny jadą z Polski ... na północy Gabi zrywa z kartuskich krzaczków aronię ... i ten wielowitaminowy dar ziemi ku pokrzepieniu zmarzniętej cielesności w nalewkę miesiącami zamienia :) ...

na południu Ania oplata sobie syna i żona wokół palca i Kazek pucuje bumek a Maciek znów z pokorą godzi się być naszym kierowcą ;) ... Anka pakuje grupę południową do vana  i wesoły autobus startuje w Rzeszowie (ze mną bo ja jakby po drodze mam Rzeszów na trasie Kielce - Bystrzyca Kłodzka ... bez komentarzy poproszę ;) ) ... gdy grupa południowa wraz z silnym wsparciem północy szykuje się do drogi tubylcy ważą cytrynówkę ... rąbią drwa ... bigos nabiera mocy ... stok się naśnieża ...

bendom narty (stąd te moje sylwestrowe wysiłki ) i ognicho będzie ... bowiem tam na Ziemi Kłodzkiej sforę postanawia ugościć Ewa i Ta (skrót od Tadeusz) ... gospodarze Pszczelarni ...



wieczorem ... późnym wieczorem w czwartek odpalantowany van w składzie zacnym ze szczebiotem a jakże  :) rusza ... Kazek zamyka za nami furtkę i daję głowę współczuje Czarnej Górze a sobie winszuje spokoju ... ha ... nic bardziej mylnego ... po paru kilometrach bumek stawia opór i cała wyprawa staje pod znakiem zapytania ... dzwonimy do Kazka ... ten wsłuchawszy się w jazgot proponuje zatankować !!! ... taaak ... rozwiązania najprostsze są najlepsze ... fakt ... pomaga :) ... jedziemy dalej ...
dalej jest śnieżyca roku - co się dziwić wszystkie czarownice zamawiały śnieg to jest !!! :) ... nad ranem docieramy pilotowani na ostatnim odcinku przez aborygenkę Finkę ... i pod stopami Czarnej Góry pierwszy łyk zimy i ...











podział na grupy ... ja z moimi umiejętnościami a konkretnie ich brakiem udaję się w kierunku uroczego domku z bali i tam lokuję się przy kominku ... żeby nie napisać w kominku i degustując cudnego smaku oscypek z żurawiną zamawiam trzecią czekoladę na gorąco zupełnie bezstresowo ... przecież na nartach jestem ... no nie mogę przytyć ... prawda ?:) ...  :) ... ;) ...

reszta  przeciera szlaki ... upijając się śniegiem ... stokiem i wiatrem na kaskach ... do upadłego :) ...

w końcu ... nie czekając aż właściciel knajpy pensję mi wypłaci ... bo tyle tam siedzę, że na wypłatę niebawem zasłużę ... dopijam boskiego nektaru i szoruje pod górę ... sky grupa szusuje na dół i znów w starym dobrym vanie zmierzamy do Pszczelarni :) ...


musi być w odcinkach bo tyle na palce się ciśnie a czas goni ...

cdn ... 

tymczasem miłej niedzieli :) ...

życzę Wszystkim odwiedzającym :) i mocno ściskam grupę pod Czarną Górą :)

ps. zdjęcia robiła oczywiście część grupy ze stoku :) ... za co buziam zmarznięte łapki :) 




wtorek, 8 stycznia 2013

sposób na Sylwester ;) ...


tę ostatnią noc roku każdy chce spędzić jakoś ... najlepiej jakoś specjalnie :) ... myliłam się jednak myśląc, że w Nowy Rok trzeba wejść tanecznym krokiem ... można  jodełką - hamując pługiem albo z fantazją zjechać na krechę oby nie zakończoną dupnięciem  … ten rok (nie ubliżając mu mógłby być lepszy)...  zakończyłam na stoku ... no dobra na oślej łączce raczej :) ale stok widziałam :) ... i bardzo polecam ... na głowie kask zamiast kolafiury ... ciepłe gatki zamiast kiecuni ... dechy zamiast szpilek ... i uśmiech połączony z wolnością ... ehhhh ... ale zanim do uśmiechu doszłam było tak ... :) ...



O nartach marzyłam od zawsze … i od zawsze mi było do nich nie po drodze … gdziekolwiek się na amatorów nart nie spojrzy … to takie toto zadowolone … uśmiechnięte … może cokolwiek dziwnie chodzą ale coś w tym jest ... co ??? ...

marzenie i wyzwanie :) ... som oba ... i powiem tylko spełniać sobie takie marzenia jest wyzwaniem ... w moim wypadku wyzwanie stało przede mną i to wiedzieliśmy i wielkie wyzwanie stało przed nimi ... przyjaciółmi i instruktorami zarazem ale to wiedziałam tylko ja ;) ... bo gdyby Oni choć troszeczku podejrzewali nauk by nie było ...

przed godziną zero ... gdy z parkingu widać już narciarzy ja "bojam się" ... wysiadłam z auta bo wiedziałam, że i tak mnie wywleką ... wcisnęłam się w botki o elastyczności skały i wadze betonowego słupa i z takąż gracją ... słupa znaczy dotarłam na stok ... zwany przez taszczących mnie oprawców "polanką" ... tam stwierdzam: siła grawitacji nie działa ... a zapewniam należę do ciał obdarzonych masą ( z czego ostatnie 300 dkg to świąteczny makowiec;) ) ... że też wielki Newton tak się mógł walnąć ;) ... polemizować jednak nie było mi dane ... ani w myślach z ikoną nauki ścisłej ani z Maćkiem pod tzw "wyrwirączką" ... miała mnie uczyć Ania ale pierwszy rzut oka na półtora metra sparaliżowanej strachem kupy nieszczęścia i oddała mnie ... może też miała złość na Macieja ;) w końcu som parą :):):) ... jeżeli tak ... to lepiej mu dowalić nie mogła :) ...



Litości nie było … wyrwirączka i wjeżdżamy … ale to jeszcze nic bo jak wjechaliśmy to trzeba było zjechać i to o dziwo narty robiły same … cały kunszt polegał na tym aby te cholery zatrzymać … i wówczas okazała się rzecz straszna … mój dyżurny neuron albo bo nastawiony na frajdę albo z paniki (jedno z dwojga) działał w totalnie ślimaczym tempie … zdecydowanie szybciej narty nabierały prędkości  … a jeszcze szybciej ja nabierałam przekonania, że nie dla mnie ten pikny bo pikny ale trudny sport …



utrzymać się na dechach … pamiętać o postawie bo to wypięcie kojarzone z sylwetką turysty w tunezyjskiej wygódce to postawa … jechać i to skręcając bo nie napiszę „robiąc zakosy” poprzez  przenoszenie ciężaru ciała z jednej  strony na drugą i wyważyć prędkość hamując to wszystko musi jeden neuron ogarnąć i to w ułamkach sekund … mój nie ogarniał …

dnia następnego ... bo był dzień następny ciągniona niczem zbuntowany osiołek ... nie wiedzieć czemu zaczynam "to czuć" ... do bycia "narciarkom" to mam milę jeszcze ale "wyrwirączka" jest mój !!! ... oślą górkę pokonuję w pięknym stylu pokurcza ale pokonuję ... ba ... parkuję tam gdzie ja "kce" a nie tam gdzie chcą narty ... to wielki krok człowieka na śniegu :) ...




i wszystko byłoby dobrze gdyby nie plan ... znowu ;) ... moje instruktorki (bo drugiego dnia zostali przy mnie najwytrwalsi tylko) na końcu listy mają "Iza pokonuje orczyk" ... i pokonałam ... wjechałam na samiuśką górę ... tam dumna ze mnie Tereska chwali mnie, że aż rosnę ... leżąc rosnę ;) bo w.... siem na koniec tego orczykowania ... jak już mnie spionizowały, żebym sobie za złe nie miała zachwycają siem obie jak to na narty uważałam i ich nie skrzyżowałam ... haaaaa ... zwariowały ...

 nie uważałam !!! ... nie mogłam bo w PRZEPAŚĆ !!!  patrzyłam ... 


tego samego dnia wieczorem dowiaduję się, że o "tej przepaści" mówiłam do kobiet , które tatrzańskie zerwy traktowały jak Krupówki ... kobiet, które w czasie apogeum osiągnięć związanych z uklasycznianiem wielkich dróg tatrzańskich jako jedne z pierwszych w tandemach żeńskich przeszły Kant Filara (aućk) i Epitafium (aućk) ... i ja im o przepaści byłam uprzejma mówić ... aućk tym razem ze wstydem ...

tajemnicą pozostaje dla mnie:
* jakim cudem w tyyych !!! butach chodziłam ... a chodziłam ...
* jakim cudem je uniosłam ... bo jak je zdjęłam to nie byłam w stanie donieść ich do samochodu
* jakim cudem Maciek mnie nie zatłukł tam na stoku (bo to stok był chyba )
* wreszcie jakim cudem Ania nie zostawiła mnie tam ... żebym skruszała  ...

do pozy jaką polecono mi w tyyych butach przybrać ... pozy, która kojarzy mi siem nieodmiennie z nobliwymi starterami w tunezyjskiej wygódce ... do tej pozy nabieram szacunku  i wprawy choć to bardzo mocno naciągane określenie



i choć nie byłam w stanie uwierzyć, że jeden człowiek może na tych deskach stać ... ba nawet jechać i nie zabić się ... albo przynajmniej nabyć trwałego kalectwa  ... że nie jest możliwe aby jeden neuron opanował technikę i przekazał od głowy do nóg ... a kątem oka jeszcze uważał na to co wokół ... choć pojęcie i praktykowanie wydawało się mniej realne niż fatamorgana ... to życie zaskoczyło po raz kolejny i stało się ...
niemożliwe okazało się możliwe ...

tylko ... no właśnie 6 dni później ... mój instruktor ... zobaczcie sami ... był tam ...



i tylko sobie zadaję pytanie ... to była pasja czy zapominanie :):):))))))) ...

co do mnie to takie wejście w Nowy Rok polecam i zapytuje jedną Baśkę ... rezerwować debiut Anno Domini 2014 w takich okolicznościach u Ani ??? :) ... hmmmm ... ??? ... :) ...

a teraz ... Czarna Góro ... nadchodzim :):):) ... 
relacja wkrótce ...

trzymajcie kciuki :) 

WSZYSTKIEGO DOBREGO W NOWYM ROKU :) 

piątek, 12 października 2012

wrześniowy spacer w ruinach ...

sobota ...




ostatnia we wrześniu ... jest pięknie ... słonecznie ale już z ostrzejszym ... rześkim powietrzem ... dla mnie jak znalazł bo po trzęsieniu egzystencjonalnym jakie zmalowałam temu biednemu neuronowi muszę złapać oddech i motywację, a piękne okoliczności przyrody z ruinami historii są niczym studnia na pustyni dla spragnionego :)  ... dlatego gdy Marysia pyta czy gdzieś się wybierzemy podnoszę obie ręce w gotowości ... ehhh ...zakiełkowała we mnie irracjonalna nadzieja, że stare drzewa Puszczy Jodłowej przekażą mi moc spomiędzy rysowanych przez stulecia słoi  i nie minęło wiele a nadzieja ta urosła do przekonania :) ...
ostatecznie :) zresztą i bez racjonalnego uzasadnienia udałabym się ochoczo nawet na koniec świata :) ...





wcześniej czy wiemy gdzie jedziemy ... wiemy ... do Kaśki jedziemy ... bez większego wysiłku lokalizuję cel ... oczywiście przy mojej ignorancji topografii terenu to Święta Katarzyna może być wszędzie ... ważne, że las tam jest :) jeżeli w obejmowaniu drzew jest coś na prawdę to ja muszę wyściskać każde napotkane :) i to uczciwie się do tego przykładając ...
jedziemy i zupełnie przypadkiem zawijamy najpierw do Bodzentyna ... to małe miasteczko za to z wielką przeszłością ... w XIV wieku ośrodek administracyjny biskupów ... krakowskich (:)) na Kielecczyźnie :) ... jest zamek ... a konkretnie co z niego zostało ... w sumie sporo ... niewiarygodne są dla mnie te czternastowieczne ruiny ... tyle setek lat a one trwają ...  czasy ich nie oszczędzały ... wszelkie możliwe zawieruchy z bronią i walką w tle przemaszerowały krużgankami ... uszczuplając potęgę wybudowanej na planie podkowy twierdzy ... żołnierze napoleońscy ... powstańcy ze stycznia ... pierwsza i druga wojna ... wszystkim było po drodze ... patrząc na uroczą panoramę wokół pomyślałam, że ma co się aktualnie nad sobą roztkliwiać ... czasy nie są takie najgorsze ... porównując :) ... solidnie to jednak pra przodkowie pomurowali bo do dziś można podziwiać mury obwodowe trzech skrzydeł z piaskowcowym portalem bramy wjazdowej na wewnętrzny dziedziniec :) ... a okno ponad majstersztykiem jest i dziś ... zadrgała powieka nad okiem gdy owo oko dojrzało mało wdzięczne bohomazy łobuzerii na murach ... murach, w których gościł Władysław Jagiełło ... no cóż ... ten sam zacny monarcha pewnie gdyby zobaczył na miejscu dawnych ogrodów siatkę do gry zdziwiłby się ... ja choć nie koronowana też się zdziwiłam ... choć nie ma co ukrywać pewnie gra w tak ciekawej scenerii ma niepowtarzalny urok ... profanacja czy znak czasu ??? ... :) ...








dobrze, że wtedy jeszcze nie wiedziałam o tym, że tak tu jak i na Rynku pode mną były i podobno są ??? trzykondygnacyjne wydrążone w lessie lochy !!! ... to bardzo korzystna dla wyprawy nieświadomość bo jeszcze gotowa bym była po ostatniej lekturze dorównać jednej szalonej istocie literackiej stworzonej przez panią Chmielewską ... i w owych lochach poczuć smak przygody :)))) ... nawiasem mówiąc i nieco odbiegając od tematu ... ale tylko nieco :) polecam tym co jeszcze nie czytali "Całe zdanie nieboszczyka" w/w Joanny:) ... intryga jak zwykle zaplątana niczym węzeł gordyjski ... bohaterka zakręcona, odważna i niezwykle optymistycznie do życia nastawiona :) ... sprytna ... acz ginie raz po raz jak przysłowiowa Mańka w Czechach ... a wszystko to opowiedziane językiem żywym i zmuszającym największego z malkontentów do uniesienia kącików ust a nawet do głośnego śmiechu ... czytanie w środkach komunikacji miejskiej może być ryzykowne :) ... ktoś mniej tolerancyjny może w odruchu nieprzemyślanej pomocy braci z kaftanem zawezwać ... ale przecież wszystko da się wytłumaczyć :) ...



podobno w podziemiach zamku więziono arian i kalwinów ... a najmroczniejsza historia opowiada o więźniu, który głodzony zjadł swe heretyckie księgi ... więziona przez grube ryby mafii bohaterka powieści Chmielewskiej ... na szczęście w adekwatnych okolicznościach wyposażona została przez autorkę w szansę ... ale jaką to już trzeba będzie sobie doczytać :))) ... nic więcej nie powiem choć bardzo mnie korci :) ...

te lochy pod Bodzentynem chyba muszą być i mieć jakąś moc bo ja nie wiedząc po czym stąpam ... rozkoszując się pięknymi pejzażami i tak łapiąc oddech myślami byłam gdzieś na czwartej kondygnacji :) ... i biłam się myślami czy czwarta czy trzecia ... czy w ogóle ... ehhhhhhhhh ... jak mawia jedna Madżenka (pozdrawiam kochana :) ) ... więc jak Madżenka mawia "jak żyć" :) .??? ...

słodko postanowiłam i ... wróciłam z miodkiem :) ...





 ... miłego weekendu :) 

Related Posts with Thumbnails