Jestem w rozpaczy, że nie mieszkam w kraju czy chociażby nie wizytuję Polski akurat teraz, kiedy na ekrany kin wszedł film 'Moje córki krowy'. Wyraziłam to na fejsie i jakież było moje zdziwienie, kiedy do domu zawitał listonosz z książką o tym samym tytule wysłaną przez Świat Książki.
Podczas pobytu w Warszawie w grudniu (o Bogu, nie napisałam Wam o koncercie Anny Marii Jopek i Marsalisa! - nadrobię, obiecuję) miałam nadzieję, że mi się uda go obejrzeć, ale okazało się, że przed świętami temat chyba za ciężki, więc królowały Listy do M 2. Polazłam i powiem tylko tyle - na drugi dzień Kalina przyjaciółka moja (jej blog tu http://kaliningrad.blox.pl/html) rzekła - różne głupoty w życiu robiłam, ale aż takich to nie :-) Tłumaczy mnie tylko fakt, że pierwsze listy były w porządku.
A tak naprawdę to nic mnie nie tłumaczy, paszteciara jestem i lubię filmy o świętach, ale nawet takiego nieuleczalnego zachwycielca christmesowego ten film nie oszukał, słaby jak herbata babci klozetowej.
No to sobie jęczę na fejsie, że nie obejrzę, a wszyscy właśnie byli, albo zaraz będą... A tu książka, całkiem jak w Listach do M - z nieba spadła.
Od razu zaczęłam czytać, a na drugi dzień to sobie nawet specjalnie zasiadłam w Costa na sesję kawa plus książka, pampering taki.
Tym razem intuicja mnie nie zawiodła. Tank-ju, tank-ju, tank-ju, bo drugiego zawodu bym nie zniesła :-)
Kinga Dębska najpierw wymyśliła, choć jak wynika z wywiadów, część tej historii to też fabularyzowana adaptacja jej własnych doświadczeń, a potem to całkiem udanie napisała. I to jest pierwsze zaskoczenie, bo jeszcze nigdy nie udało mi się przeczytać czegoś równie dobrego jak film, jeśli powstało równocześnie z filmem albo nawet po. Czyli taka książka co ma trochę z ludzi jeszcze kasy wyciągnąć, bo jedzie na powodzeniu filmu. Jedyny przypadek, jaki przychodzi mi do głowy, że nie był porażką, to chyba tylko Aleksandra Minkowskiego Układ zamknięty. Ale to inne czasy były, nie można było sobie filmu nagrać, ani go na YT obejrzeć po jakimś czasie, więc ludzie z tęsknoty za serialem, kupowali książkę.
Trudny temat - odchodzenie rodziców, relacje z siostrą, z córką, z mężczyznami - wydaje się za dużo, za ryzykownie, szczególnie, że to nie jest saga w trzech tomach. Ale tu widać rękę filmowca i scenarzystki, pięknie to jest zebrane w stopklatki myślowe, takie zawieszanie się na kolejnych etapach problemu, począwszy od nie zapowiadającej nic złego wizyty w szpitalu, po kolejne stopnie w tej drabinie rodzinnej tragedii. Bo to jest tragedia, znam to najlepiej, doświadczyłam nagłego udaru mojej mamy i wiem, że tak właśnie to się odbywa, najpierw jest amok, nie wiadomo, co robić, wtedy ktoś musi przejąć stery, chce czy nie, ma być silniejszy, bo taką dostał rolę. I nie chce jej. I wkurza go to. A najbardziej inni, którzy na nim polegają. A ci inni nie widzą, żebyś robił coś nadzwyczajnego.
Podoba mi się, że sprawa jest przestawiona z punktu widzenia obu sióstr, lubię ten rodzaj narracji, sama go zastosowałam w swojej powieści (jakie piękne lokowanie produktu :-))
Oczywiście każdy ma szansę i skwapliwie z niej korzysta, bo czytelnik to jednak w jakimś sensie sędzia, opowiedzieć się za którąś ze stron. I ja sobie ulubiłam starszą siostrę Martę. Wszystko mi się w niej podoba i gdybym miała być jakąś postacią z książki, ona przyszłaby mi chyba w pierwszej piątce do głowy. Kasia nie jest zła, po prostu zupełnie inna i obca mi mentalnie, poza tym nie bardzo wiem, jaka kobieta mogłaby z Grzegorzem wytrzymać bez wyłysienia totalnego, nawet dobry seks tego chyba nie tłumaczy.
Wszystkie elementy tej układanki, kolejne zdarzenia, wszystkie osoby dramatu, tło czyli uwagi o pracy, ludziach ich otaczających, pracownikach szpitala, hotelu, takie celne, akurat złośliwe, ale nie ze znamionami zemsty czy zgorzknienia, raczej dobrego oka do szczegółów, umiejętnej obserwacji - fenomenalnie to wszystko ze sobą współgra.
Wydaje się to niemożliwe napisać o tak trudnych sprawach w sposób, żeby czytelnik płakał, a zaraz potem się śmiał czy wściekał wraz z bohaterami. Śmiać w obliczu śmierci? Zakochać się, kiedy umiera matka? Tak, to wszystko jest możliwe i bardzo ludzkie, bardzo mi imponuje, że tak właśnie opisane. A nie 'po bożemu', na kolanach, z zapaloną gromnicą od pierwsze strony.
Strasznie się cieszę, że są tacy twórcy jak Kinga Dębska. Będę z radością czytać wszystko, co napisze, bo język ma świetny, żywy, aż sobie wzdychałam z zazdrości. Jeszcze radośniej pogalopuję na każdy film, jaki zrobi, bo jestem przekonana, że nic marnego spod jej ręki nigdy nie wyjdzie, to po prostu widać i czuć. Bardzo polecam!
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą filmowo. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 31 stycznia 2016
sobota, 1 lutego 2014
Słabizna aż piszczy
Jestem chyba najdłużej czekającą osobą na świecie na obejrzenie tego filmu. Aktywnie czekającą, czyli za każdym razem, kiedy widziałam okładkę książki 'Syberiada polska', w duchu zawodziłam jak płaczka grecka, że nie miałam jeszcze okazji zobaczyć ekranizacji.
Książka mi się szalenie podobała, historia kilku rodzin wywiezionych na Syberię z Podola, od pierwszych kart tej opowieści, budziła u mnie takie emocje, że mi kilka razy serce siadało. Płakałam okrutnie, martwiłam się, a jak tylko pomyślałam o tym, co ja bym zrobiła, jak ja bym przetrwała, moje dzieci - miałam ochotę rzucić się krzyżem w kościele w podziękowaniu, że to wszystko nie jest naszym udziałem.
Wiedziałam o ekranizacji, widziałam zajawki w TV, trailer na You Tube - tyle miesięcy musiałam obejść się smakiem. Aż dostałam od znajomego dvd do obejrzenia.
Rodzinnie mam trochę zawirowań, ciężki czas, stresujący, ale nie mogłam się oprzeć i jednak włączyłam wczoraj do obejrzenia. Napisy początkowe lecą, a ja myślę - czy ja dam radę, czy to dobry moment, może powinnam dzisiaj odpuścić? Ciekawość zwyciężyła.
Zaczyna się - wywózka, myślę, jak pokażą scenę z gospodarzem, który się powiesił w stadninie ukochanych koni, bo nie mógł zdzierżyć tego, co się dzieje, że go z nimi rozdzielają, że mu się świat wali, zawału dostanę. Naprawdę nastawiłam się na to, że będę musiała wyłączyć, że nie dam rady.
Co dostałam w filmie? Nic. Żadnych emocji. Przyszli, kazali się zbierać, pojechali, w pociągu sobie usiedli i tyle. Ludzie! Opis wywózki w książce, podróż jest szalenie obrazowa i smutna niemożebnie, a tu nic. Dobra, myślę sobie, film ma swoje prawa, nie może być za dużo o tym, bo na nic innego nie zostanie miejsca. Przyszło mi do głowy, że może serial byłby lepszy?
Oglądam dalej, matka choruje. Ojciec gdzieś poszedł, w powieści ta jego droga po leki jest szalenie emocjonująca, dzieciaki same zostały, głodują, wodę z gałęzi malinowych piją, a tutaj gdzieś się tam ojciec błąka, trochę mu zimno, wrócił, wkurwił się, tyle. A dzieci były dokarmiane i było im całkiem ciepło i przyjemnie. No żesz cholera jasna.
Sorry, za przeklinanie, ale mi po prostu guma w dresach strzela, kiedy o tym filmie myślę.
Piękna, złożona postać kobieca, którą gra Sonia Bohosiewicz w filmie się obroniła. Ale jacy oni wszyscy piękni, jak gustownie ubrani, kożuchy, lica rumiane, chyba śnię.
Praca w tajdze - mordercza w książce, zaledwie ciężka w filmie.
Ale za to romansu dużo. Mąż na moje utyskiwanie powiedział - bo to film o miłości jest, a nie o ciężkim losie wywiezionych ludzi.
W książce to wszystko było przeciwstawione - nowe miejsce a dom na Podolu, ciężka praca w trudnych warunkach, a żyzne ziemie podolskie, okropny los i w tym wszystkim miłość.
A tutaj wszystko takie ładne, głód też ładny, a właściwie nieobecny, wszyscy ludzie dobrzy, Rosjanie też, a komendant troszku tylko srogi. Na to wszystko Polacy i Żydzi ręka w rękę ciężki los dzielą. Brakowało tylko Murzyna co podaje rękę białemu i zbliżenie.
Syberiada polska w reż. Janusza Zaorskiego idzie u mnie pod etykietę 'słabe jak herbata babci klozetowej'. Jedyne dobre dwa elementy filmu to Sonia Bohosiewicz w roli Ireny i Paweł Krucz jako Staszek Dolina. Aktorzy grający Rosjan też dobrzy. Reszta mi po prostu przepadła w odmętach bylejakości.
Nie spodziewałam się tego po takim reżyserze i po tym materiale. Nie ma tam nic, co w książce mnie urzekło, nie ma tych wielkich emocji, wszystko po łebkach, jeśli reżyser się zorientował, ze nie zmieści w dwie godziny, trzeba było nie robić w ogóle albo robić serial. Ten film to obciach i tyle.
Jestem pewna, że jeśli ktoś oglądał najpierw film i ma teraz sięgnąć po książkę, najpewniej tego nie zrobi. A szkoda.
Książka mi się szalenie podobała, historia kilku rodzin wywiezionych na Syberię z Podola, od pierwszych kart tej opowieści, budziła u mnie takie emocje, że mi kilka razy serce siadało. Płakałam okrutnie, martwiłam się, a jak tylko pomyślałam o tym, co ja bym zrobiła, jak ja bym przetrwała, moje dzieci - miałam ochotę rzucić się krzyżem w kościele w podziękowaniu, że to wszystko nie jest naszym udziałem.
Wiedziałam o ekranizacji, widziałam zajawki w TV, trailer na You Tube - tyle miesięcy musiałam obejść się smakiem. Aż dostałam od znajomego dvd do obejrzenia.
Rodzinnie mam trochę zawirowań, ciężki czas, stresujący, ale nie mogłam się oprzeć i jednak włączyłam wczoraj do obejrzenia. Napisy początkowe lecą, a ja myślę - czy ja dam radę, czy to dobry moment, może powinnam dzisiaj odpuścić? Ciekawość zwyciężyła.
Zaczyna się - wywózka, myślę, jak pokażą scenę z gospodarzem, który się powiesił w stadninie ukochanych koni, bo nie mógł zdzierżyć tego, co się dzieje, że go z nimi rozdzielają, że mu się świat wali, zawału dostanę. Naprawdę nastawiłam się na to, że będę musiała wyłączyć, że nie dam rady.
Co dostałam w filmie? Nic. Żadnych emocji. Przyszli, kazali się zbierać, pojechali, w pociągu sobie usiedli i tyle. Ludzie! Opis wywózki w książce, podróż jest szalenie obrazowa i smutna niemożebnie, a tu nic. Dobra, myślę sobie, film ma swoje prawa, nie może być za dużo o tym, bo na nic innego nie zostanie miejsca. Przyszło mi do głowy, że może serial byłby lepszy?
Oglądam dalej, matka choruje. Ojciec gdzieś poszedł, w powieści ta jego droga po leki jest szalenie emocjonująca, dzieciaki same zostały, głodują, wodę z gałęzi malinowych piją, a tutaj gdzieś się tam ojciec błąka, trochę mu zimno, wrócił, wkurwił się, tyle. A dzieci były dokarmiane i było im całkiem ciepło i przyjemnie. No żesz cholera jasna.
Sorry, za przeklinanie, ale mi po prostu guma w dresach strzela, kiedy o tym filmie myślę.
Piękna, złożona postać kobieca, którą gra Sonia Bohosiewicz w filmie się obroniła. Ale jacy oni wszyscy piękni, jak gustownie ubrani, kożuchy, lica rumiane, chyba śnię.
Praca w tajdze - mordercza w książce, zaledwie ciężka w filmie.
Ale za to romansu dużo. Mąż na moje utyskiwanie powiedział - bo to film o miłości jest, a nie o ciężkim losie wywiezionych ludzi.
W książce to wszystko było przeciwstawione - nowe miejsce a dom na Podolu, ciężka praca w trudnych warunkach, a żyzne ziemie podolskie, okropny los i w tym wszystkim miłość.
A tutaj wszystko takie ładne, głód też ładny, a właściwie nieobecny, wszyscy ludzie dobrzy, Rosjanie też, a komendant troszku tylko srogi. Na to wszystko Polacy i Żydzi ręka w rękę ciężki los dzielą. Brakowało tylko Murzyna co podaje rękę białemu i zbliżenie.
Syberiada polska w reż. Janusza Zaorskiego idzie u mnie pod etykietę 'słabe jak herbata babci klozetowej'. Jedyne dobre dwa elementy filmu to Sonia Bohosiewicz w roli Ireny i Paweł Krucz jako Staszek Dolina. Aktorzy grający Rosjan też dobrzy. Reszta mi po prostu przepadła w odmętach bylejakości.
Nie spodziewałam się tego po takim reżyserze i po tym materiale. Nie ma tam nic, co w książce mnie urzekło, nie ma tych wielkich emocji, wszystko po łebkach, jeśli reżyser się zorientował, ze nie zmieści w dwie godziny, trzeba było nie robić w ogóle albo robić serial. Ten film to obciach i tyle.
Jestem pewna, że jeśli ktoś oglądał najpierw film i ma teraz sięgnąć po książkę, najpewniej tego nie zrobi. A szkoda.
środa, 8 maja 2013
Dobry film widziałam. A momenty były?
Powinnam pisać felieton, w takich wypadkach zawsze się zawieszam na chwilę. Koncentruję przez dekoncentrację. Niby się rozpraszam, rozbijam na setki kawałków, moja uwaga dryfuje w sto stron, a potem zbieram się do kupy, siadam i piszę.
Ale zanim...
Ostatnio Ale Kino+ przejęło wiele filmów po nieistniejącym już kanale Wojna i Pokój, tak mniemam, bo nagle dużo rosyjskich wyświetlają. Postanowiłam sprawdzić, czy przypadkiem nie ma czegoś w tym stylu. I wpadłam na sam początek, napisy dosłownie, polskiego filmu z 1962 roku - 'Jutro premiera' w reż. J.Morgensterna, który napisał też scenariusz wraz z Jerzym Jurandotem (mężem Stefanii Grodzieńskiej) – co jak co, ale ten ostatni szczególnie wiedział, co się w teatrach dzieje.
Nie znam tego filmu, nie widziałam wcześniej, nawet o nim nie słyszałam!!! W to mi graj, zasiadłam, ukwoczyłam się na fotelu i wpadłam w tę historię jakby mi się noga w Kanionie Kolorado obsunęła. Kanion mam w domu, bo jestem w trakcie załamywania się, że nie jadę na targi książki do Warszawy.
W roli głównej Holoubek jako początkujący dramaturg, który ma nadzieje wystawić sztukę w teatrze Studio. Udaje się tam porozmawiać z dyrektorem, którego gra Bardini (uwielbiam, ale wiadomo, Bardini zawsze gra siebie, czyli mentora, dyrektora, nauczyciela, profesora, zawsze stary i mądry, nawet jak był młodszy), zapytać czy ten przeczytał już jego sztukę i czy jest zainteresowany ją wystawić. I dzieje się. Akcja osadzona w teatrze, ściśle w kręgu artystycznym, ale są i takie smaczki, jak wszystko-ważna-wiedząca-widząca-pomocna pani bufetowa z teatralnego zakątka kawiarnianego, suflerka ze swoim składanym stołeczkiem i wiecznym brakiem 'grzybka' oświetlającego skrypt sztuki, czy też technik, który wiecznie nie ma wiadra gotowego na czas. Najwspanialsze są momenty prawdziwe, takie jak te z Klubu literata, gdzie przysięgłabym siedział i miał małą kwestię Tyrmand, albo słynna Kawiarnia Honoratka, gdzie też można było spotkać aktorów (vis a vis teatru).
Pokazany jest proces próbowania sztuki, prywatne życie artystów głównie przez pryzmat teatru. Najbardziej uśmiałam się z siebie, kiedy po scenie w domu scenografa i kostiumografa w jednym - gdzie tenże szykuje się do wyjścia z projektami do nowej sztuki, a w tle fika młody Janczar, w majtkach i krótkim szlafroczku, który mówi, że jest początkujący, sfrustrowany, że nawet na papierosy dostaje od starszego - od razu założyłam, że to partner-kochanek podstarzałego artysty, promujący młodszego w zamian za seks. Do czasu, kiedy starszy w gabinecie dyrektora, po zachwalaniu tego młodego wspomniał, że to jego syn. Wybuchłam śmiechem, jakże my skrzywieni jesteśmy tym wszechobecnym gejostwem teraz, do łba mi nie przyszło, że ten młodzian żyje z ojcem, bo nie ma dochodu, za oczywiste uznałam, że to homoseksualny związek, tak przecież częsty w środowisku artystycznym. Ale czy to nie stereotyp? Czy w artystycznym częściej niż gdzie indziej? Może tam się łatwiej do tego przyznają? Nie o to chodzi w tym wpisie, ale oczywiście podryfowała moja uwaga natychmiast w tym kierunku. Nic nie mam do gejów, żeby było jasne.
Oglądałam sobie te zmagania, ze sztuką najmniej mają wspólnego, za to dużo powiązań interpersonalnych, tych wszystkich małych-dużych-seksem zaprawionych zależności, ale i zwykłych małostkowych, jakże nam teraz znanych postaw ludzkich. Świetna scena, kiedy autor idzie pochwalić się sukcesem, jak to koledzy unieśli? I w gabinecie dyrektora świetne quoty, kiedy mowa o młodych zdolnych (czy ktoś kiedykolwiek słyszał, żeby powiedzieć – on jest taki nieutalentowany młody? – Bardini podsumowuje – oni wszyscy są utalentowani, jak to młodzi*) albo o te, jak dyrektor wymienia, jakich protegowanych nie lubi najbardziej – piszące żony literatów, utalentowane aktorki znajome reżyserom itp. – czyż to nie jest nadal aktualne? Ten film w ogóle się nie zestarzał. Oczywiście widać, że moda inna, że część aktorów już od nas odeszło, ale jakże to wszystko, co tam się dzieje, uniwersalne.
A Kalina Jędrusik jak zwykle nietuzinkowa. W ogóle obsada świetna, włącznie z nieznaną mi starszą aktorką Ireną Malkiewicz.
Wspaniały poranek, muszę wyczekać powtórki, bo na szczęście Ale Kino+ powtarza kilka razy o różnych porach, i sobie to nagrać. Na pewno będę do tego filmu wracać. No i muszę zobaczyć dokładnie jak wygląda Tyrmand i się przekonać, czy to faktycznie on w kawiarni się wypowiada na początku filmu.
Cały film można obejrzeć TU
wtorek, 15 stycznia 2013
Nędzna ze mnie oglądaczka musicali
Weekend spędziłam w Dublinie u córki. Miałam tam być tylko przez sobotę i niedzielę, ale mnie córka namówiła na przyjazd dzień wcześniej, bo zamarzył jej się wieczór babski i wspólne wyjście do kina. Myślałam, że mowa o jakimś dobrym filmie psychologicznym, o mądrej komedii może, w ostateczności może być i romantycznie (najlepiej kostiumowo), ale że to będzie musical? Córka zdziwiona, że nie lubię. Jak to? Kto nie lubi? Moja matka nie lubi! Wjechała mi na ambit, poza tym wszyscy pieją na temat tych nowych Nędzników, to pomyślałam - raz Kaśce śmierć.
Powiem tak, jak trochę gadają, trochę śpiewają, to jeszcze mogę znieść, ale jak facet wychodzi z domu i śpiewa - gdzieeeee jest mój kaaaapeluuuszzzz, a gospodyni od-śpiewuje - zaaaraaaz poszuuuukam, to ja odpadam.
Pierwsza scena imponująca, śpiew galerników robi wrażenie, zdjęcia, wszystko. Pomyślałam - dam radę. Nie wiedziałam jednak, że to takie długie cholerstwo.
No dobra, nie będę już tak marudzić, momenty były, dobre znaczy. Cała sprawa upadku matki Cosette, jak próbowała za wszelką cenę utrzymać dziecko, prostytucja, brud, rozpacz, beznadzieja i wreszcie koniec - (nie) szczęśliwy. Dobrze pokazane i zaimponowało mi, że Anne nie była w ogóle upiększona, ukazała się na ekranie wręcz brzydka, z plamami na twarzy, brudnymi zębami i obciachanymi byle jak włosami. Szacun dla realiów.
Potem generalnie nuda z dobrymi momentami, najbardziej podobał mi się Borat (nie mam pojęcia jak ten facet się nazywa), Helena, która jak zwykle gra samą siebie, ale jest nie do podrobienia, cudna po prostu. A scena w karczmie, kiedy wszystkich okradają i druga - przekazania dziecka - były wszystkiego warte.
Podobały mi się wszystkie chóry i sceny śpiewane ''na trzy głosy", każdy swoje. Ale dobijały mnie zbliżenia, przegląd plomb i migdałów każdego śpiewaka, przerost otworu gębowego ukochanego Cosette, jak również przerost czoła u innego faceta eksponowanego podczas rewolucji na ekranie wielkim jak tyłek słonia, więc uciec się od tego widoku nie dało. Jackman przystojny i dobrze, bo w X-manie wyglądał jak perwert spod mostu, bałam się tego i tu.
Generalnie tyłek mi ścierpł i wyszłam na sztywnych nogach, chociaż i tak mi makijaż popłynął na koniec, bo mnie chór zmarłych załatwił na cacy. Nie polecam, nie odstręczam, kto lubi, będzie zachwycony, a kto nie, a musi się przekonać na własne oczy i uszy, niech weźmie jakąś poduszkę odleżynową czy coś.
Niby wydarzenie stycznia, ale wolałabym zobaczyć Quartet.
sobota, 1 grudnia 2012
Głód serca chwycił mnie za gardło
Strasznie dużo miałam na głowie w piątek, wróciłam do domu wieczorem, ledwo mogłam się ruszać, ale zdecydowałam wziąć psa na spacer, bo terrier nie może wiecznie siedzieć w domu, dziczeje. Potem kąpiel i tak się ożywiłam, że zamiast jak porządny obywatel, kiedy zmęczony, udać się w piernaty, przysiadłam jeszcze obejrzeć wiadomości i trafiłam na film polski z 1986 roku.
Treść jest banalna - mężczyzna (Jerzy Zelnik) znajduje psa, szuka jego właścicieli, okazuje się, że należy on do chłopca samotnie wychowywanego przez matkę (Ewa Kasprzyk). Mężczyzna zaprzyjaźnia się z chłopcem, spędza z nim dużo czasu, od matki najpierw stroni, ale po jakimś czasie i z nią się zaprzyjaźnia, a na końcu się zakochują w sobie. Oczywiście jest pewna tajemnica, ale bez przesady, czachy nie odrywa.
Nie o treść i poziom tego filmu mi tu idzie, bo jest on średni, powiedzmy na piątkę w skali 10-stoponiowej (bredzę jak kaowiec z Rejsu), ale o realia i porównanie problemu z obecnym odbiorem.
Po pierwsze, kiedy bohater szuka właścicieli - dzwoni do jakiegoś urzędu, a tam od razu podają adres i nazwisko przypisane do numerka na obroży. Facet jedzie do domu tych ludzi, otwiera mu dziecko, natychmiast wpuszcza do domu, prosi, żeby się rozgościł i dzwoni po mamę, która przyjeżdża po chwili. Od razu przyszło mi do głowy - jak mu mogli podać nazwisko i adres, nie ma ochrony danych osobowych? Potem wszystko we mnie krzyczało - nie wpuszczaj go do domu, on ci może krzywdę zrobić! Nie zrobił. Matka przyjechała z pracy, nie miała problemu się urwać. Nie wywalą jej?
Potem pan się intensywnie przyjaźni z dzieciakiem, przychodzi do parku i bawią się z psem, zaprasza go do siebie na oglądanie filmu o dzikich plemionach w Afryce, bo chłopiec bardzo sie tym interesuje, daje mu książki w prezencie itd. A matka psycholog nie widzi zagrożenia! Dziadek (nobliwy Machalica senior) nic złego w tym nie widzi, jedynie lekko naśmiewa się z matki, która ma przebłysk przytomności (może to zboczeniec? - no wreszcie poszłaś po rozum kobieto!!! - krzyczałam w duchu). Toż to czysty pedofil na występach. Kiedy oglądali te filmy u niego w domu, siedzieli sobie na kanapie, on go obejmował, a ja cała sztywniałam, że pewnie zaraz się zacznie, zrzuci maskę, co gorsza pewnie spodnie. Nic się takiego nie stało.
Zamiast tego zakochał się w matce, jak to w normalnym romansie, w normalnych czasach, kiedy nikt o pedofilach nie słyszał (co nie znaczy, że ich nie było, teraz już to wiemy).
Zwykły film, a ja siedziałam ze ściśniętym gardłem, czekając na nieszczęście w postaci molestowanego dziecka i zaszlachtowanej matki.
Czy ja jestem nienormalna, czy czasy pogięte, że już nic normalnie nie przyjmujemy, tylko od razu zły dotyk, zbok, a matka dysfunkcyjna.
A poza tym dużo smaczków z końca lat osiemdziesiątych, oczywiście matka się martwi o syna, bo ten nie ma komórki i nie dal znać, że będzie później. Po ulicach jeżdżą głównie Maluchy, Polonezy, Duże Fiaty. W pracy luz, czy się stoi, czy się leży - pracownia architektoniczna, ludzie w białych fartuchach przy deskach, panowie inżynierowie wchodzą i wychodzą jak im się żywnie podoba, jak ma coś do załatwienia, mówi koledze, że idzie i tyle go widzieli. Kobiety chodzą głównie w spódnicach, a oczko w rajstopach jest prawdziwym dramatem i wielką stratą. Na obiad laski wozi się do hotelu, którego oświetlone wejście przywodzi na myśl zachodni blichtr, a imieniny obchodzi się w domu, podając po północy barszcz i krokiety. Zima, kozaki, meble, książki na półkach, wszystko z tamtych lat.
Żyć wtedy nie było za wesoło, ale wrócić do swoich dziecięcych lat tym filmem - faaaajnie
Treść jest banalna - mężczyzna (Jerzy Zelnik) znajduje psa, szuka jego właścicieli, okazuje się, że należy on do chłopca samotnie wychowywanego przez matkę (Ewa Kasprzyk). Mężczyzna zaprzyjaźnia się z chłopcem, spędza z nim dużo czasu, od matki najpierw stroni, ale po jakimś czasie i z nią się zaprzyjaźnia, a na końcu się zakochują w sobie. Oczywiście jest pewna tajemnica, ale bez przesady, czachy nie odrywa.
Nie o treść i poziom tego filmu mi tu idzie, bo jest on średni, powiedzmy na piątkę w skali 10-stoponiowej (bredzę jak kaowiec z Rejsu), ale o realia i porównanie problemu z obecnym odbiorem.
Po pierwsze, kiedy bohater szuka właścicieli - dzwoni do jakiegoś urzędu, a tam od razu podają adres i nazwisko przypisane do numerka na obroży. Facet jedzie do domu tych ludzi, otwiera mu dziecko, natychmiast wpuszcza do domu, prosi, żeby się rozgościł i dzwoni po mamę, która przyjeżdża po chwili. Od razu przyszło mi do głowy - jak mu mogli podać nazwisko i adres, nie ma ochrony danych osobowych? Potem wszystko we mnie krzyczało - nie wpuszczaj go do domu, on ci może krzywdę zrobić! Nie zrobił. Matka przyjechała z pracy, nie miała problemu się urwać. Nie wywalą jej?
Potem pan się intensywnie przyjaźni z dzieciakiem, przychodzi do parku i bawią się z psem, zaprasza go do siebie na oglądanie filmu o dzikich plemionach w Afryce, bo chłopiec bardzo sie tym interesuje, daje mu książki w prezencie itd. A matka psycholog nie widzi zagrożenia! Dziadek (nobliwy Machalica senior) nic złego w tym nie widzi, jedynie lekko naśmiewa się z matki, która ma przebłysk przytomności (może to zboczeniec? - no wreszcie poszłaś po rozum kobieto!!! - krzyczałam w duchu). Toż to czysty pedofil na występach. Kiedy oglądali te filmy u niego w domu, siedzieli sobie na kanapie, on go obejmował, a ja cała sztywniałam, że pewnie zaraz się zacznie, zrzuci maskę, co gorsza pewnie spodnie. Nic się takiego nie stało.
Zamiast tego zakochał się w matce, jak to w normalnym romansie, w normalnych czasach, kiedy nikt o pedofilach nie słyszał (co nie znaczy, że ich nie było, teraz już to wiemy).
Zwykły film, a ja siedziałam ze ściśniętym gardłem, czekając na nieszczęście w postaci molestowanego dziecka i zaszlachtowanej matki.
Czy ja jestem nienormalna, czy czasy pogięte, że już nic normalnie nie przyjmujemy, tylko od razu zły dotyk, zbok, a matka dysfunkcyjna.
A poza tym dużo smaczków z końca lat osiemdziesiątych, oczywiście matka się martwi o syna, bo ten nie ma komórki i nie dal znać, że będzie później. Po ulicach jeżdżą głównie Maluchy, Polonezy, Duże Fiaty. W pracy luz, czy się stoi, czy się leży - pracownia architektoniczna, ludzie w białych fartuchach przy deskach, panowie inżynierowie wchodzą i wychodzą jak im się żywnie podoba, jak ma coś do załatwienia, mówi koledze, że idzie i tyle go widzieli. Kobiety chodzą głównie w spódnicach, a oczko w rajstopach jest prawdziwym dramatem i wielką stratą. Na obiad laski wozi się do hotelu, którego oświetlone wejście przywodzi na myśl zachodni blichtr, a imieniny obchodzi się w domu, podając po północy barszcz i krokiety. Zima, kozaki, meble, książki na półkach, wszystko z tamtych lat.
Żyć wtedy nie było za wesoło, ale wrócić do swoich dziecięcych lat tym filmem - faaaajnie
środa, 14 listopada 2012
Zakładam garnitur, druga seria nadchodzi
Jutro zaczyna się drugi sezon 'W garniturach'. Do obejrzenia wieczorem na Canal+ i Canal+Film. Ale się cieszę. Nie potrafię powiedzieć, dlaczego, wyznaczyć jednego szczegółu albo powodu, po prostu tak ogólnie niezmiernie poprawia mi humor. Nie chcę za wiele opowiadać, bo może ktoś nie widział pierwszego i będzie chciał nadrobić, powiem tylko tyle, że ten młodszy nie ma dyplomu, ale za to naturalny talent i fotograficzną pamięć, co pozwalało mu zdawać końcowe egzaminy adwokackie za innych. Trafia do kancelarii przypadkiem, traktuje to trochę jak okazję do zarobienia pieniędzy, trochę jak wyzwanie, a trochę jest tam dla draki. Lekki dowcip, wartka akcja, wiele tam fajnych sytuacji, śmiesznych, ale i poważnych, a obaj panowie, główne postacie, to niezła 'szajka'. Nawet mój mąż, za każdym razem, kiedy kończył się odcinek, pytał - będzie dzisiaj kolejny? Raz puścili dwa i co tydzień o to pytał, chociaż przeważnie czyta książki w czasie, kiedy ja oglądam jakieś seriale.
Nie mogę się doczekać.
Nie mogę się doczekać.
poniedziałek, 5 listopada 2012
Trzy książki w koszyku, nie licząc wywiadów
Wczoraj obejrzałam na stronie Xięgarnia.pl nowy odcinek, tym razem z Markiem Bieńczykiem, którego Książka Twarzy, ze względu na autora, na to, co mówi i jak, nie tylko tutaj, ale wcześniej w Hali Odlotów, a nie ze względu na NIKE, jawi mi się jako jedną z 'most wanted' pozycji obecnie na rynku. Do koszyka.
Z tą stroną Xięgarni jest tak, że jak człowiek zacznie oglądać i czytać, końca nie ma. Przeszłam więc do wywiadu z Miłoszewskim, jakoś mi umknął wcześniej, potem z Mikulskim, bo mnie jego książka też ciągnie do siebie, a na koniec, na deser, noc mnie zastała z Janem Jakubem Kolskim .
Wywiad niesamowity. Nie widać zadającego pytania, jedynie twarz Kolskiego. Wszystko na niej wypisane, chociaż pewnie by nie chciał. Szczerość jego wypowiedzi, mądrość, wyważenie, ale też i pewna zadziorność, momentami ból, wszystko tam widziałam. Oczy! Zwierciadło. Jako widz poczułam się niezwykle uprzywilejowana, że mogłam tego posłuchać.
Tym bardziej jestem ciekawa jego powieści 'Egzamin z oddychania'. Druga do koszyka
Z tego linku możecie przejść na stronę Xięgarnia.pl i obejrzeć oba odcinki wywiadu. Uprzedzam łatwo nie będzie, żadnego pitu pitu, ale czy kiedykolwiek ten twórca nam pitu pitu proponował? NIGDY.
Kocham jego filmy za to, że 'pasie' moją wrażliwość mądrymi treściami i nigdy się na nim nie zawiodłam. Gdybym miała wymieniać ulubione jego obrazy, nie umiałabym jednoznacznie wskazać. Na pewno Historia kina w Popielawach, ale zaraz mi Jasminum przychodzi na myśl, a potem myślę, gdzie tam, Pornografia, to było coś, eeeee, Afonia i Pszczoły mi się podobała, a potem sięgam po jego najstarsze filmy i też wszystkie na swój sposób mnie urzekły. Wobec Kolskiego nie umiem być rzeczowa, wytrąca ze mnie rozum, natomiast uwydatnia rolę serca i intuicji. Przy jego filmach mogę być znowu widzem-dzieckiem, które nie pyta tak naprawdę dlaczego, po prostu przyjmuje film takim, jaki jest i wzrusza się, cieszy, klaszcze w dłonie, tupie nogami, jak w teatrze na Śpiącej Królewnie. Chociaż bajki to już nie są, łatwo nie jest.
W wywiadzie słucham i martwieję - Kolski mówi, że wierność swojemu stylowi mało go nie rozsypała, że teraz trzeba inaczej. Jak to, zakrzyknęłam, to już nie będzie tego Kolskiego, którego znam, na którego się szło w ciemno, constans, a jednak zawsze coś innego tam można było znaleźć? To co ja biedna pocznę, jak ja się w tym odnajdę, czy wszystko musi być nowoczesne???
Wspomina też Krzysztofa Majchrzaka, za którym strasznie tęsknię, najukochańszy mój aktor, a zniknął zupełnie, od dekady odrzuca propozycje, szkoda.
Tak się przejęłam, ze mi się to jeszcze w nocy śniło.
Książki jestem ciekawa, inny środek wyrazu, ale Kolski ten sam, chociaż wiele doświadczył, przecież nie wszystek się zmienił. Mam nadzieję. Niezależnie od skórki, ogryzek zawsze jest taki sam.
A na koniec, ale nie najmniej ważna, pozycja rozrywkowa, bo nie samymi bólami egzystencjalnymi człowiek żyje, nawet się tak nie da, nowa powieść Hagena, czyli wydało się już, że Leszka Talki tak naprawdę - Dzień zwycięstwa. Trzeci tom, po Granatowej krwi i Długim weekendzie, z komisarzem Nemhauserem w roli główniej. Do koszyka.
Na razie to tylko wirtualne zakupy, bo moniaków ni ma, ale ja zawsze mam w pogotowiu taką listę, bo jakby jaki cud, natychmiast rzucam się do zamawiania. Tylko nie wiem, czy nie oleju do grzania domu. Zima dla mnie nie jest łaskawa jeśli chodzi o wydatki książkowe.
A na razie trzy filmy Kolskiego już leżą na stoliku obok telewizora, pooglądam, pomyślę o nim ciepło.
Z tą stroną Xięgarni jest tak, że jak człowiek zacznie oglądać i czytać, końca nie ma. Przeszłam więc do wywiadu z Miłoszewskim, jakoś mi umknął wcześniej, potem z Mikulskim, bo mnie jego książka też ciągnie do siebie, a na koniec, na deser, noc mnie zastała z Janem Jakubem Kolskim .
Wywiad niesamowity. Nie widać zadającego pytania, jedynie twarz Kolskiego. Wszystko na niej wypisane, chociaż pewnie by nie chciał. Szczerość jego wypowiedzi, mądrość, wyważenie, ale też i pewna zadziorność, momentami ból, wszystko tam widziałam. Oczy! Zwierciadło. Jako widz poczułam się niezwykle uprzywilejowana, że mogłam tego posłuchać.
Tym bardziej jestem ciekawa jego powieści 'Egzamin z oddychania'. Druga do koszyka
Z tego linku możecie przejść na stronę Xięgarnia.pl i obejrzeć oba odcinki wywiadu. Uprzedzam łatwo nie będzie, żadnego pitu pitu, ale czy kiedykolwiek ten twórca nam pitu pitu proponował? NIGDY.
Kocham jego filmy za to, że 'pasie' moją wrażliwość mądrymi treściami i nigdy się na nim nie zawiodłam. Gdybym miała wymieniać ulubione jego obrazy, nie umiałabym jednoznacznie wskazać. Na pewno Historia kina w Popielawach, ale zaraz mi Jasminum przychodzi na myśl, a potem myślę, gdzie tam, Pornografia, to było coś, eeeee, Afonia i Pszczoły mi się podobała, a potem sięgam po jego najstarsze filmy i też wszystkie na swój sposób mnie urzekły. Wobec Kolskiego nie umiem być rzeczowa, wytrąca ze mnie rozum, natomiast uwydatnia rolę serca i intuicji. Przy jego filmach mogę być znowu widzem-dzieckiem, które nie pyta tak naprawdę dlaczego, po prostu przyjmuje film takim, jaki jest i wzrusza się, cieszy, klaszcze w dłonie, tupie nogami, jak w teatrze na Śpiącej Królewnie. Chociaż bajki to już nie są, łatwo nie jest.
W wywiadzie słucham i martwieję - Kolski mówi, że wierność swojemu stylowi mało go nie rozsypała, że teraz trzeba inaczej. Jak to, zakrzyknęłam, to już nie będzie tego Kolskiego, którego znam, na którego się szło w ciemno, constans, a jednak zawsze coś innego tam można było znaleźć? To co ja biedna pocznę, jak ja się w tym odnajdę, czy wszystko musi być nowoczesne???
Wspomina też Krzysztofa Majchrzaka, za którym strasznie tęsknię, najukochańszy mój aktor, a zniknął zupełnie, od dekady odrzuca propozycje, szkoda.
Tak się przejęłam, ze mi się to jeszcze w nocy śniło.
Książki jestem ciekawa, inny środek wyrazu, ale Kolski ten sam, chociaż wiele doświadczył, przecież nie wszystek się zmienił. Mam nadzieję. Niezależnie od skórki, ogryzek zawsze jest taki sam.
A na koniec, ale nie najmniej ważna, pozycja rozrywkowa, bo nie samymi bólami egzystencjalnymi człowiek żyje, nawet się tak nie da, nowa powieść Hagena, czyli wydało się już, że Leszka Talki tak naprawdę - Dzień zwycięstwa. Trzeci tom, po Granatowej krwi i Długim weekendzie, z komisarzem Nemhauserem w roli główniej. Do koszyka.
Na razie to tylko wirtualne zakupy, bo moniaków ni ma, ale ja zawsze mam w pogotowiu taką listę, bo jakby jaki cud, natychmiast rzucam się do zamawiania. Tylko nie wiem, czy nie oleju do grzania domu. Zima dla mnie nie jest łaskawa jeśli chodzi o wydatki książkowe.
A na razie trzy filmy Kolskiego już leżą na stoliku obok telewizora, pooglądam, pomyślę o nim ciepło.
sobota, 3 listopada 2012
Rozmyślania o e-czytaniu, Meller mnie 'nakręcił'. A poza tym Annica się zbliża
Właśnie skończyło się Drugie Śniadanie Mistrzów, mój ukochany program sobotni, który z namaszczeniem oglądam, niespiesznie popijając kawę, a w nim na samym końcu rozmowa o e-czytnikach, w ogóle o gadżetach współczesnych.
I tak mi się po głowie tłucze, co z tym e-czytaniem, całkiem nowym obliczu czytelnictwa i molowania.
Od razu powiem, że jestem fanką czytników, ale jednocześnie absolutnie nie rezygnuję, nie mam zamiaru, z książek papierowych. A to dlaczego?
Ano bierze się to stąd, że są takie powieści, że one po prostu muszą po przeczytaniu stanąć na półce. Ma to wiele zastosowań. Przywołuje wspomnienia - przechodzisz obok regału z książkami, zatrzymujesz się obok znajomej okładki i jak na zawołanie, kiedy bierzesz książkę do ręki, wraca tamten czas, zapach, smak zajadanych 'amarettek', paluszków lub mandarynek, czas świąteczny lub letni, można tam znaleźć ziarenka piasku między stronicami, stare bilety wejścia na sztukę teatralną, albo kolejowe z sypialnego Koszalin-Warszawa. Emocje, wspomnienia, uczucia do książki pojawiają się wraz z jej obecnością namacalną, a nie wirtualnym tytułem na ekranie komputera. Niestety.
Druga rzecz - lubię swój dom i cudze, gdzie jest wiele książek. Lubię na nie zerkać, kiedy siedzę w fotelu, u znajomych przeglądać co tam mają, nie zawsze macać, bo czasem sobie ludzie tego nie życzą, ale patrzenie przecież nikogo nie boli. Dom bez książek jest dla mnie pusty. Czytnik tego nie załatwia. Natomiast załatwia brak miejsca na półkach i w tym jest nie do przebicia, ile by tych książek nie było, nie można powiedzieć, że się nie mieszczą. Gorzej, jeśli szlag trafi nasz dysk twardy, toż to jak pożar w domu, wszystkie książki zakupione jako e-booki idą w siną dal i tyle je widzieli. Nawet dysk zewnętrzny nie gwarantuje trwałości. Zastanawiam się nad tym, czy je na płyty wrzucić? Sama nie wiem, a Wy co robicie?
Książka na czytniku, kiedy w czytaniu, nie budzi dodatkowych emocji związanych z okładką i papierem, co ma dobre i złe strony. 'Cegły', albo wydane tak, że nie daję rady czytać, bo oczy, bo ręce, bo coś tam, wolę czytać na czytniku. Ale są takie książki, jak opisana dopiero co przeze mnie 'Książka' Łozińskiego, że gdybym nie miała ich w ręku, jedna trzecia przyjemności by odpadła. Nie najważniejsza, ale ważna bardzo. Nie nauczyłam się jeszcze cieszyć na moment otwarcia czytnika, a często mi się to zdarza, kiedy zbliżam się do książki leżącej na stoliku. Stare powieści, które mam wydane marnie, rozsypujące się, śmierdzące kwasem (papier książek wydawanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tak jakoś dziwnie daje po nozdrzach, do tego mnie uczula i mi oczy łzawią) - te chciałabym mieć w formie e-booka. Chociaż Wszystko dla Pań Zoli wolałabym piękne płócienne wydanie, które widziałam na jednym z blogów.
Czy tylko mnie się wydaje, że grube tomiska szybciej czytają się na czytniku? Czasem książka jakoś tak myk-myk i już koniec.
Zdaję sobie sprawę, że do e-czytania po prostu trzeba się przyzwyczaić. Uważam, że kryminały, do których nigdy nie wracam, świetnie nadają się do tego, żeby je tak czytać. Tylko jak nauczyć się emocjonować 'spisem treści' czytnika?
No i kupowanie straciło na emocjach też. Papierowe - wygląda się paczki, listonosza, koperty, a ebooki masz w mig. Oczywiście jest to plus, kiedy nam na czasie zależy.
O takich sprawach jak wożenie książek na wakacje w jednym małym 'plastikowym listku', czyli nic nie ważą, a są, wspominać nawet nie będę. Ale co z tym ziarenkiem piasku między stronicami?
Jak widać nowe walczy u mnie ze starym, lubię oba sposoby, ale jeśli idzie o nowoczesność mam problem z odarciem jej z tej magii, jaka niesie książka, na rzecz technicznego podejścia do przyjęcia tekstu do głowy.
A poza tym przyznam się, tym szczególnie, którzy mnie zachęcali, że oszalałam na punkcie nowego serialu brytyjskiego Sherlock. Całe szczęście, że Ale Kino+ zapodał(o), bo inaczej na dvd czy jakoś inaczej, bym się nie postarała. A tak czekamy na kolejny odcinek. Pasuje mi muzyka, aktorzy (chociaż twarz Benedicta Cumberbatch'a mnie doprowadza do rozpaczy (grymasy, niesymetryczności odwracają moją uwagę, ale i tak mniej niż w Parade's End), wszystko mnie zachwyca.
Równie niezmiernie cieszę się na nowy serial skandynawski oparty na powieściach Lizy Marklund (sześć z dziewięciu sfilmowano), już w niedzielę na tym samym kanale.
I tak mi się po głowie tłucze, co z tym e-czytaniem, całkiem nowym obliczu czytelnictwa i molowania.
Od razu powiem, że jestem fanką czytników, ale jednocześnie absolutnie nie rezygnuję, nie mam zamiaru, z książek papierowych. A to dlaczego?
Ano bierze się to stąd, że są takie powieści, że one po prostu muszą po przeczytaniu stanąć na półce. Ma to wiele zastosowań. Przywołuje wspomnienia - przechodzisz obok regału z książkami, zatrzymujesz się obok znajomej okładki i jak na zawołanie, kiedy bierzesz książkę do ręki, wraca tamten czas, zapach, smak zajadanych 'amarettek', paluszków lub mandarynek, czas świąteczny lub letni, można tam znaleźć ziarenka piasku między stronicami, stare bilety wejścia na sztukę teatralną, albo kolejowe z sypialnego Koszalin-Warszawa. Emocje, wspomnienia, uczucia do książki pojawiają się wraz z jej obecnością namacalną, a nie wirtualnym tytułem na ekranie komputera. Niestety.
Druga rzecz - lubię swój dom i cudze, gdzie jest wiele książek. Lubię na nie zerkać, kiedy siedzę w fotelu, u znajomych przeglądać co tam mają, nie zawsze macać, bo czasem sobie ludzie tego nie życzą, ale patrzenie przecież nikogo nie boli. Dom bez książek jest dla mnie pusty. Czytnik tego nie załatwia. Natomiast załatwia brak miejsca na półkach i w tym jest nie do przebicia, ile by tych książek nie było, nie można powiedzieć, że się nie mieszczą. Gorzej, jeśli szlag trafi nasz dysk twardy, toż to jak pożar w domu, wszystkie książki zakupione jako e-booki idą w siną dal i tyle je widzieli. Nawet dysk zewnętrzny nie gwarantuje trwałości. Zastanawiam się nad tym, czy je na płyty wrzucić? Sama nie wiem, a Wy co robicie?
Książka na czytniku, kiedy w czytaniu, nie budzi dodatkowych emocji związanych z okładką i papierem, co ma dobre i złe strony. 'Cegły', albo wydane tak, że nie daję rady czytać, bo oczy, bo ręce, bo coś tam, wolę czytać na czytniku. Ale są takie książki, jak opisana dopiero co przeze mnie 'Książka' Łozińskiego, że gdybym nie miała ich w ręku, jedna trzecia przyjemności by odpadła. Nie najważniejsza, ale ważna bardzo. Nie nauczyłam się jeszcze cieszyć na moment otwarcia czytnika, a często mi się to zdarza, kiedy zbliżam się do książki leżącej na stoliku. Stare powieści, które mam wydane marnie, rozsypujące się, śmierdzące kwasem (papier książek wydawanych w latach siedemdziesiątych i osiemdziesiątych tak jakoś dziwnie daje po nozdrzach, do tego mnie uczula i mi oczy łzawią) - te chciałabym mieć w formie e-booka. Chociaż Wszystko dla Pań Zoli wolałabym piękne płócienne wydanie, które widziałam na jednym z blogów.
Czy tylko mnie się wydaje, że grube tomiska szybciej czytają się na czytniku? Czasem książka jakoś tak myk-myk i już koniec.
Zdaję sobie sprawę, że do e-czytania po prostu trzeba się przyzwyczaić. Uważam, że kryminały, do których nigdy nie wracam, świetnie nadają się do tego, żeby je tak czytać. Tylko jak nauczyć się emocjonować 'spisem treści' czytnika?
No i kupowanie straciło na emocjach też. Papierowe - wygląda się paczki, listonosza, koperty, a ebooki masz w mig. Oczywiście jest to plus, kiedy nam na czasie zależy.
O takich sprawach jak wożenie książek na wakacje w jednym małym 'plastikowym listku', czyli nic nie ważą, a są, wspominać nawet nie będę. Ale co z tym ziarenkiem piasku między stronicami?
Jak widać nowe walczy u mnie ze starym, lubię oba sposoby, ale jeśli idzie o nowoczesność mam problem z odarciem jej z tej magii, jaka niesie książka, na rzecz technicznego podejścia do przyjęcia tekstu do głowy.
A poza tym przyznam się, tym szczególnie, którzy mnie zachęcali, że oszalałam na punkcie nowego serialu brytyjskiego Sherlock. Całe szczęście, że Ale Kino+ zapodał(o), bo inaczej na dvd czy jakoś inaczej, bym się nie postarała. A tak czekamy na kolejny odcinek. Pasuje mi muzyka, aktorzy (chociaż twarz Benedicta Cumberbatch'a mnie doprowadza do rozpaczy (grymasy, niesymetryczności odwracają moją uwagę, ale i tak mniej niż w Parade's End), wszystko mnie zachwyca.
Równie niezmiernie cieszę się na nowy serial skandynawski oparty na powieściach Lizy Marklund (sześć z dziewięciu sfilmowano), już w niedzielę na tym samym kanale.
wtorek, 30 października 2012
Urodzinowo i świątecznie, a zamiast tortu, Hania pokroiła moje serce
O ludzie, zapomniałam z tego wszystkiego o urodzinach bloga - 25 go października stuknęło nam 3 lata.
Z jednej strony wydaje mi się, że to wieki, a z drugiej - gdzie ten czas zleciał? Pamiętam do tej pory ten dzień, kiedy biedziłam się w kuchni nad szablonem, nad dodawaniem obrazków i tak dalej. Zaczęło się od blox, potem odbiłam na blogspot, ale jednak zostałam też i na blox, bo tam jest wiele dobrych znajomych, których nie chciałam tracić z oczu i nie chciałam im zniknąć, bo wiadomo, co z oczu to z serca.
Nie raz już pisałam, że uwielbiam to moje blogowe życie, blogowe znajomości, Wasze wizyty, moje u Was, to wzajemne napędzanie się na książki. Nie poznałabym Was gdyby nie blog. Życzę nam wszystkim wielu lat razem, trochę egoistycznie, ale co tam, moje urodziny blogowe, to mi wolno.
A jak już tutaj jestem, opowiem wam o filmie świątecznym, który sobie zapodałam w nadziei na poprawę humoru. Trafiłam jak kulą w płot, jeśli idzie o rozweselanie siebie, ale film dobry. Spłakałam się jak bóbr, aż czkawki dostałam. A mowa o 'Hani' Janusza Kamińskiego.
Płakanie nie umniejsza wartości filmu broń Boże, tylko niech Was choinki i Mikołaje nie zwiodą. To nie będzie komedia romantyczna. Za to refleksyjny film o tym, co przynosi szczęście, że droga do zrozumienia tego bywa czasem bolesna, że trzeba wybaczać, dla samego siebie, bo nienawiść czy żal nas potrafi zatruć. A najbardziej o tym, że czasem traci się właściwą perspektywę i niby jest dobrze, ale życie się rozłazi jak stare gacie z PDT-u
Ten film przeszedł prawie bez echa, a może tylko mnie się tak wydaje? W każdym razie wart uwagi, polecam.
Z jednej strony wydaje mi się, że to wieki, a z drugiej - gdzie ten czas zleciał? Pamiętam do tej pory ten dzień, kiedy biedziłam się w kuchni nad szablonem, nad dodawaniem obrazków i tak dalej. Zaczęło się od blox, potem odbiłam na blogspot, ale jednak zostałam też i na blox, bo tam jest wiele dobrych znajomych, których nie chciałam tracić z oczu i nie chciałam im zniknąć, bo wiadomo, co z oczu to z serca.
Nie raz już pisałam, że uwielbiam to moje blogowe życie, blogowe znajomości, Wasze wizyty, moje u Was, to wzajemne napędzanie się na książki. Nie poznałabym Was gdyby nie blog. Życzę nam wszystkim wielu lat razem, trochę egoistycznie, ale co tam, moje urodziny blogowe, to mi wolno.
A jak już tutaj jestem, opowiem wam o filmie świątecznym, który sobie zapodałam w nadziei na poprawę humoru. Trafiłam jak kulą w płot, jeśli idzie o rozweselanie siebie, ale film dobry. Spłakałam się jak bóbr, aż czkawki dostałam. A mowa o 'Hani' Janusza Kamińskiego.
Płakanie nie umniejsza wartości filmu broń Boże, tylko niech Was choinki i Mikołaje nie zwiodą. To nie będzie komedia romantyczna. Za to refleksyjny film o tym, co przynosi szczęście, że droga do zrozumienia tego bywa czasem bolesna, że trzeba wybaczać, dla samego siebie, bo nienawiść czy żal nas potrafi zatruć. A najbardziej o tym, że czasem traci się właściwą perspektywę i niby jest dobrze, ale życie się rozłazi jak stare gacie z PDT-u
Ten film przeszedł prawie bez echa, a może tylko mnie się tak wydaje? W każdym razie wart uwagi, polecam.
poniedziałek, 22 października 2012
Powroty, czary mary fiku miku i carskie klimaty. A Misja im się udała
Przepraszam, że Was tak porzuciłam na czas jakiś, ale życie mnie pokonało, najpierw wizyta córki, kiedy to sobie obiecuję, że nie będę siedzieć w sieci, a korzystać z jej obecności, potem wyjazd do Dublina na wręczenie dyplomów córki tejże (innej nie mam), potem krótki wypad do Polski, no i jestem nazad.
Oczywiście w kraju, nie byłabym sobą, kasa jest czy nie, musiałam zajrzeć do kilku księgarni. Za dużego wyboru w moim mieście nie ma, bo jedne padły, inne się przemianowały, a tak w ogóle to króluje Empik, którego nie lubię, ale jak nie ma co się lubi i nie ma czasu do stracenia, a do tego czasem wielka chętka, to zajrzałam. Tym razem byłam z córką, więc razem rzuciłyśmy się w regały. Empik znajdował się w wielkim centrum handlowym, zaraz na przeciwko cmentarza, gdzie poszłyśmy wcześniej umyć groby przed pierwszym listopada. W zgiętym łokciu, z miną hrabiny niosącej torebkę Louise Vitton, miałam czerwone wiaderko z szufelką, szczotką, płynem i kompletem ścierek. To centrum takie 'oł eł', że nie było gdzie tego schować, a przecież wiaderko nie mogło być nam przeszkodą w odwiedzeniu księgarni. Będą mnie tam pamiętać długo.
Wzięłyśmy koszyk (dla takich jak my powinni mieć tam wózki) i ładowałyśmy książki jak leci od wejścia z myślą o późniejszej segregacji, nie chciałam po prostu wracać do początku i szukać, co też mi w oko wpadło. Wiadomo, jak z tym wpadaniem, coś się gałką zahaczy, a potem człowiek zachodzi w głowę, co to było i co gorsza - gdzie leżało?
Dowlokłyśmy się z wiaderkiem i tym koszem do kanapy na końcu salonu, tam rozsiadłyśmy się wygodnie i zaczęłyśmy przeglądać i eliminować. Powiedzmy eliminować, najpierw nic nie odrzuciłyśmy, ale potem zdrowy rozsądek (ciężko go zachować, kiedy promocja 20% niżej powyżej zakupów 75zł) oraz świadomość mizerii naszego bagażu, z gumy to on niestety nie jest, kazała nam jednak przywołać się do porządku i odrzucać to, co najmniej nam było drogie. Jak na złość moje must have, czyli Oriana Falacci wielka jak tyłek słonia, a druga, którą znalazłam i nie potrafiłam się pozbyć, czyli 'Powiedz mi, kim jestem' Navarro, nie mniejsza objętościowo. Jeszcze przy kasie znalazłam Domina czwartą część sagi sybirskiej "Młode ciemności" i już byłam kontenta. Do tego oczywiście McDusia, nic to, że recenzje miażdżące, pewnych idoli się nie zdradza (można krytykować, ale nie porzucać). Córka dobrała nowej Bishop dwie i się zrobił stos. Nowej Grocholi prośbą i groźbą, fochami i błaganiem nie wydostałam, leżała sobie cichutko w oczekiwaniu na następny dzień, który był premierą. To samo z drugą częścią Siedliska. Może to i dobrze, bo mogło się okazać, że mnie na coś nie stać i nie wiedziałabym co odłożyć. I tak musiałam zostawić Łapa w łapę (rozmowy Łapickiego z żoną), nową Masłowską, jakieś dwa kryminały, jedną fatnasy... już nie będę rozpamiętywać, bo przyjdzie mi karetkę wzywać.
Książki są cholernie drogie, tego Wam mówić chyba nie muszę. Żałuję tylko, że nam się nie udało przed osiemnastą do Weltbild dotrzeć, bo tam podobno szalona promocja.
Zakupy to jedno, ale weź to człowieku potem na półki powstawiaj. Tu musiałam przywołać swoje magiczne zdolności. Ogłaszam, gdyby ktoś chciał zobaczyć regały z gumy, na których niby miejsca nie ma, ale nowe zakupy cudownie się mieszczą, zapraszam do siebie. Za każdym razem wydaje mi się, że teraz to juz na pewno było ostatnie miejsce do zajęcia, a i tak się coś tam jeszcze mieści.
Ale teraz to już naprawdę było ostatnie miejsce, od teraz to książki będę musiała chyba składać w pół, żeby w jedyne wolne miejsca w kształcie kwadratu, powtykać.
A z innych spraw, oglądająco czytelniczych to powiem Wam, że serial Misja Afganistan jest po prostu świetny. Jestem baba, do tego nigdy w wojsku nie byłam, to gdyby tam jakieś nieścisłości, to wiedzieć nie będę. Zresztą śmieszy mnie, kiedy się lekarze/prawnicy/strażacy odzywają i mówią - serial nieprawdziwy, tak się nie operuje, tak się po sali nie chodzi, tak się pożaru nie gasi. Jakbym chciała wiedzieć, jak się operuje, to bym sobie na Discovery Science takie operacje oglądała, a nie w serialach.
Misja Afganistan trzyma poziom, fajne zdjęcia, klimat jest, muzyka świetna, Małaszyński trochę mnie wkurza, ale za to Lubos równoważy i nawet wszystko przewyższa. Kocham faceta normalnie. Inne męskie role też bez zgrzytania piachu w zębach, chociaż upał i kurz wszechobecny. Dobre kino, chociaż serial. Za każdym razem pozostaje niedosyt i chęć natychmiastowego obejrzenia odcinka, to chyba dobrze nie?
A poza tym skończyłam słuchać
Jestem zachwycona. Powieść ukazuje życie z wielkim władcą Rosji z perspektywy dziewczyny, która najpierw doznała biedy i wielu upokorzeń, ale dzięki wrodzonej mądrości i niezwykłej inteligencji społecznej doszła na sam szczyt - została Carycą. Jak wyglądały intrygi dworskie wiemy, z filmów, seriali i innych powieści. Niezależnie od tego, czy to dwór angielski, papieski czy rosyjski, wzór pozostaje ten sam - intrygi, podkopy, morderstwa, raz na szczycie, raz w głębokim dole, szczęście jeśli nie w trumnie. Utrzymać się przy carze, który do wiernych nie należał, miał wokół wielu doradców, a ci różnie się odnosili do kobiety, która miała wpływ na wodza, było na pewno trudno i niebezpiecznie.
Marta, potem Caryca Katarzyna, urodziła Piotrowi Wielkiemu 12 dzieci, z czego wiele zmarło, nigdy nie dała mu dziedzica tronu płci męskiej, bo wszyscy chłopcy umarli, tym bardziej było jej trudno utrzymać się u jego boku. Wszystko obserwujemy z jej punktu widzenia, ona jest narratorką, jej emocje filtrują zdarzenia - jest to bardzo ciekawy obraz kobiety u władzy, do tego takiej kobiety, która nie była chowana na takie zaszczyty, musiała dojść do wszystkiego z samego dołu społecznego. A czasy dla kobiet nieprzyjazne.
Słucha się wspaniale, wprawdzie maniera pani Lewińskiej tu i ówdzie lekko drażni, ale da się przeżyć. W sumie pasuje do postaci i treści. Bardzo udana realizacja, a powieść niezwykle ciekawa. Nie tylko dla fanów prozy historycznej.
Oczywiście w kraju, nie byłabym sobą, kasa jest czy nie, musiałam zajrzeć do kilku księgarni. Za dużego wyboru w moim mieście nie ma, bo jedne padły, inne się przemianowały, a tak w ogóle to króluje Empik, którego nie lubię, ale jak nie ma co się lubi i nie ma czasu do stracenia, a do tego czasem wielka chętka, to zajrzałam. Tym razem byłam z córką, więc razem rzuciłyśmy się w regały. Empik znajdował się w wielkim centrum handlowym, zaraz na przeciwko cmentarza, gdzie poszłyśmy wcześniej umyć groby przed pierwszym listopada. W zgiętym łokciu, z miną hrabiny niosącej torebkę Louise Vitton, miałam czerwone wiaderko z szufelką, szczotką, płynem i kompletem ścierek. To centrum takie 'oł eł', że nie było gdzie tego schować, a przecież wiaderko nie mogło być nam przeszkodą w odwiedzeniu księgarni. Będą mnie tam pamiętać długo.
Wzięłyśmy koszyk (dla takich jak my powinni mieć tam wózki) i ładowałyśmy książki jak leci od wejścia z myślą o późniejszej segregacji, nie chciałam po prostu wracać do początku i szukać, co też mi w oko wpadło. Wiadomo, jak z tym wpadaniem, coś się gałką zahaczy, a potem człowiek zachodzi w głowę, co to było i co gorsza - gdzie leżało?
Dowlokłyśmy się z wiaderkiem i tym koszem do kanapy na końcu salonu, tam rozsiadłyśmy się wygodnie i zaczęłyśmy przeglądać i eliminować. Powiedzmy eliminować, najpierw nic nie odrzuciłyśmy, ale potem zdrowy rozsądek (ciężko go zachować, kiedy promocja 20% niżej powyżej zakupów 75zł) oraz świadomość mizerii naszego bagażu, z gumy to on niestety nie jest, kazała nam jednak przywołać się do porządku i odrzucać to, co najmniej nam było drogie. Jak na złość moje must have, czyli Oriana Falacci wielka jak tyłek słonia, a druga, którą znalazłam i nie potrafiłam się pozbyć, czyli 'Powiedz mi, kim jestem' Navarro, nie mniejsza objętościowo. Jeszcze przy kasie znalazłam Domina czwartą część sagi sybirskiej "Młode ciemności" i już byłam kontenta. Do tego oczywiście McDusia, nic to, że recenzje miażdżące, pewnych idoli się nie zdradza (można krytykować, ale nie porzucać). Córka dobrała nowej Bishop dwie i się zrobił stos. Nowej Grocholi prośbą i groźbą, fochami i błaganiem nie wydostałam, leżała sobie cichutko w oczekiwaniu na następny dzień, który był premierą. To samo z drugą częścią Siedliska. Może to i dobrze, bo mogło się okazać, że mnie na coś nie stać i nie wiedziałabym co odłożyć. I tak musiałam zostawić Łapa w łapę (rozmowy Łapickiego z żoną), nową Masłowską, jakieś dwa kryminały, jedną fatnasy... już nie będę rozpamiętywać, bo przyjdzie mi karetkę wzywać.
Książki są cholernie drogie, tego Wam mówić chyba nie muszę. Żałuję tylko, że nam się nie udało przed osiemnastą do Weltbild dotrzeć, bo tam podobno szalona promocja.
Zakupy to jedno, ale weź to człowieku potem na półki powstawiaj. Tu musiałam przywołać swoje magiczne zdolności. Ogłaszam, gdyby ktoś chciał zobaczyć regały z gumy, na których niby miejsca nie ma, ale nowe zakupy cudownie się mieszczą, zapraszam do siebie. Za każdym razem wydaje mi się, że teraz to juz na pewno było ostatnie miejsce do zajęcia, a i tak się coś tam jeszcze mieści.
Ale teraz to już naprawdę było ostatnie miejsce, od teraz to książki będę musiała chyba składać w pół, żeby w jedyne wolne miejsca w kształcie kwadratu, powtykać.
A z innych spraw, oglądająco czytelniczych to powiem Wam, że serial Misja Afganistan jest po prostu świetny. Jestem baba, do tego nigdy w wojsku nie byłam, to gdyby tam jakieś nieścisłości, to wiedzieć nie będę. Zresztą śmieszy mnie, kiedy się lekarze/prawnicy/strażacy odzywają i mówią - serial nieprawdziwy, tak się nie operuje, tak się po sali nie chodzi, tak się pożaru nie gasi. Jakbym chciała wiedzieć, jak się operuje, to bym sobie na Discovery Science takie operacje oglądała, a nie w serialach.
Misja Afganistan trzyma poziom, fajne zdjęcia, klimat jest, muzyka świetna, Małaszyński trochę mnie wkurza, ale za to Lubos równoważy i nawet wszystko przewyższa. Kocham faceta normalnie. Inne męskie role też bez zgrzytania piachu w zębach, chociaż upał i kurz wszechobecny. Dobre kino, chociaż serial. Za każdym razem pozostaje niedosyt i chęć natychmiastowego obejrzenia odcinka, to chyba dobrze nie?
A poza tym skończyłam słuchać
Jestem zachwycona. Powieść ukazuje życie z wielkim władcą Rosji z perspektywy dziewczyny, która najpierw doznała biedy i wielu upokorzeń, ale dzięki wrodzonej mądrości i niezwykłej inteligencji społecznej doszła na sam szczyt - została Carycą. Jak wyglądały intrygi dworskie wiemy, z filmów, seriali i innych powieści. Niezależnie od tego, czy to dwór angielski, papieski czy rosyjski, wzór pozostaje ten sam - intrygi, podkopy, morderstwa, raz na szczycie, raz w głębokim dole, szczęście jeśli nie w trumnie. Utrzymać się przy carze, który do wiernych nie należał, miał wokół wielu doradców, a ci różnie się odnosili do kobiety, która miała wpływ na wodza, było na pewno trudno i niebezpiecznie.
Marta, potem Caryca Katarzyna, urodziła Piotrowi Wielkiemu 12 dzieci, z czego wiele zmarło, nigdy nie dała mu dziedzica tronu płci męskiej, bo wszyscy chłopcy umarli, tym bardziej było jej trudno utrzymać się u jego boku. Wszystko obserwujemy z jej punktu widzenia, ona jest narratorką, jej emocje filtrują zdarzenia - jest to bardzo ciekawy obraz kobiety u władzy, do tego takiej kobiety, która nie była chowana na takie zaszczyty, musiała dojść do wszystkiego z samego dołu społecznego. A czasy dla kobiet nieprzyjazne.
Słucha się wspaniale, wprawdzie maniera pani Lewińskiej tu i ówdzie lekko drażni, ale da się przeżyć. W sumie pasuje do postaci i treści. Bardzo udana realizacja, a powieść niezwykle ciekawa. Nie tylko dla fanów prozy historycznej.
Etykiety:
audiobook,
audiobooki,
Canal+,
Cyfra+,
filmowo,
historyczne,
Kino domowe,
kino polskie,
o księgarniach,
seriale,
seriale polskie,
smaki życia,
zakupy
piątek, 31 sierpnia 2012
Uwaga - będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałam - Konkurs tostowy
Pięć nocy nie spałam, bo jestem po strrrrrasznej wizycie u dentysty, nie będę się tu rozwodzić, jak kto ciekawy krwawych opisów, zapraszam na Co-Dziennik
Są takie filmy, na które nie czekaliśmy, ba, nawet o niech nie wiedzieliśmy, że istnieją, dopadły nas gdzieś przypadkiem, chwyciły w szpony uwagi i nie opuściły myśli, nawet wiele tygodni po seansie. Są takie filmy.
I mnie się zdarzyło niedawno, zmieniając kanały bez specjalnej nadziei na coś cudownego, właściwie już postanowiwszy o zabraniu się za czytanie, ale jeszcze może tu, a może coś na Ale Kino, nawet mi się nie chce zajrzeć do programu TV, zawsze dobre filmy są na Kino Polska, a może coś fajnego na Kuchnia+? Kto by się właśnie tam spodziewał, że zapodadzą film, który mi zapadnie w pamięć prawdopodobnie na całe życie. Strasznie żałowałam, że go nie nagrałam. Ale nic straconego, bo niedługo będzie nadawany na Canal+ (11 i 25 września).
Filmy brytyjskie mnie czasem fascynują, ale bywa, że i odpychają. Mają w sobie czasem jakiś chłód, surowość i jakby to powiedzieć, wilgoć. Niektóre. A niektóre są jak magnes, i ten, o którym piszę, czyli 'Tost' właśnie zalicza się to tej drugiej kategorii. Wciągnął mnie jak telewizyjny odkurzacz, na 90 minut przeniosłam się po prostu w tamten czas, do opowiadanej historii i tylko mi żal, że niczego sobie nie mogłam tam pojeść. A historia jest dosyć smakowita, można powiedzieć nawet niebezpiecznie smakowita.
Nie wiedziałam o tym, kiedy oglądałam film, ale zastanowiło mnie zakończenie, zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, że opowiada historię dzieciństwa słynnego kucharza celebryty brytyjskiego Nigela Slatera, a oparta jest na biograficznej książce tegoż. Wcześnie stracił matkę, przez jakiś czas próbowali sobie radzić sami z ojcem, ale nie bardzo im to wychodziło, w każdym razie postanowiono im pomóc polecając gospodynię zajmującą się domem i gotowaniem i tak do ich życia wkroczyła Mrs. Potter. W filmie grana jest przez niesamowitą, zwariowaną, czasami wręcz niepokojącą Helenę Bonham Carter. Szanowany wdowiec jest łakomym kąskiem dla postrzelonej Joan. Przez żołądek do serca mężczyzny, zaczyna im gotować coraz do wymyślniejsze potrawy, a kucharką jest bardzo dobrą. Chłopak, czyli mały Nigel, tez lubi gotować, ale jeszcze-nie-machocha, nie dopuszcza go do świątyni, a kiedy on i tak gotuje, w szkole na zajęciach, zaczyna traktować go jak wroga i konkurenta.
Popisowy lemon meringue pie, na zdjęciu poniżej, spędza mi sen z powiek. Jakże ja bym chciała umieć takiego upiec. Albo chociaż raz zjeść.
Uczty domowe są coraz okazalsze, aż do tragicznego finału, ale o tym sza. Zobaczcie sami.
Nigel dosyć szybko zorientował się, że mężczyzna gotujący, tylko na początku jest pośmiewiskiem, ale koniec końców, jeśli robi to dobrze, wszyscy go podziwiają, a kobiety po prostu uwielbiają
Ten film jest wzruszający, chwilami zabawny, chwilami smutny, zwariowana Mrs. Potter jest taka jak Helena, postrzelona, nie trzyma się zupełnie ram konwenansów i dobrych obyczajów. Ma w sobie tajemnicę, ale też jakąś żałość. Wszystkie smaki życia w jednej - po części kulinarnej - historii.
A wszystko to o tym Panu poniżej
I tu dochodzę do sedna wpisu, czyli konkursu. Mam dla Was do rozlosowania pięć książek Nigela Slatera, na podstawie których nakręcono film - ufundowanych przez Cyfrę+
Poproszę Was, żebyście napisali kilka zdań o tym, jakich kucharzy znanych szerokiej publiczności, z prasy, telewizji czy książek kucharskich, cenicie najbardziej i dlaczego? Mogą to być Polacy lub nie, żyjący lub nie.
Niestety książki mogą być wysłane tylko na adresy w Polsce, weźcie to pod uwagę, zgłaszając się do konkursu. Nie musicie mieć bloga, jeśli nie macie, zostawcie do siebie jakiś adres email. Nie musicie linku do tego konkursu umieszczać u siebie na blogu, chyba, że chcecie. W ogóle nic nie musicie poza posiadaniem polskiego adresu do wysyłki i napisaniem kilku słów. Najciekawsze wypowiedzi zostaną nagrodzone książkami, a jest ich cztery, bo piąty konkursowy egzemplarz przypadnie temu, kto pierwszy odpowie, z jakiego polskiego filmu pochodzi zacytowany w tytule posta tekst - "będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałem" (dla ułatwiania dodam, że kwestia ta była namiętnie powtarzana przez pewnego reżysera).
Na odpowiedzi czekam do 9 września do późnej nocy, w poniedziałek poczytam i 11 września, w dzień emisji filmu na Canal+ ogłoszę wyniki. Proszę wpisujcie je poniżej w komentarzach.
Są takie filmy, na które nie czekaliśmy, ba, nawet o niech nie wiedzieliśmy, że istnieją, dopadły nas gdzieś przypadkiem, chwyciły w szpony uwagi i nie opuściły myśli, nawet wiele tygodni po seansie. Są takie filmy.
I mnie się zdarzyło niedawno, zmieniając kanały bez specjalnej nadziei na coś cudownego, właściwie już postanowiwszy o zabraniu się za czytanie, ale jeszcze może tu, a może coś na Ale Kino, nawet mi się nie chce zajrzeć do programu TV, zawsze dobre filmy są na Kino Polska, a może coś fajnego na Kuchnia+? Kto by się właśnie tam spodziewał, że zapodadzą film, który mi zapadnie w pamięć prawdopodobnie na całe życie. Strasznie żałowałam, że go nie nagrałam. Ale nic straconego, bo niedługo będzie nadawany na Canal+ (11 i 25 września).
Filmy brytyjskie mnie czasem fascynują, ale bywa, że i odpychają. Mają w sobie czasem jakiś chłód, surowość i jakby to powiedzieć, wilgoć. Niektóre. A niektóre są jak magnes, i ten, o którym piszę, czyli 'Tost' właśnie zalicza się to tej drugiej kategorii. Wciągnął mnie jak telewizyjny odkurzacz, na 90 minut przeniosłam się po prostu w tamten czas, do opowiadanej historii i tylko mi żal, że niczego sobie nie mogłam tam pojeść. A historia jest dosyć smakowita, można powiedzieć nawet niebezpiecznie smakowita.
Nie wiedziałam o tym, kiedy oglądałam film, ale zastanowiło mnie zakończenie, zaczęłam grzebać i dowiedziałam się, że opowiada historię dzieciństwa słynnego kucharza celebryty brytyjskiego Nigela Slatera, a oparta jest na biograficznej książce tegoż. Wcześnie stracił matkę, przez jakiś czas próbowali sobie radzić sami z ojcem, ale nie bardzo im to wychodziło, w każdym razie postanowiono im pomóc polecając gospodynię zajmującą się domem i gotowaniem i tak do ich życia wkroczyła Mrs. Potter. W filmie grana jest przez niesamowitą, zwariowaną, czasami wręcz niepokojącą Helenę Bonham Carter. Szanowany wdowiec jest łakomym kąskiem dla postrzelonej Joan. Przez żołądek do serca mężczyzny, zaczyna im gotować coraz do wymyślniejsze potrawy, a kucharką jest bardzo dobrą. Chłopak, czyli mały Nigel, tez lubi gotować, ale jeszcze-nie-machocha, nie dopuszcza go do świątyni, a kiedy on i tak gotuje, w szkole na zajęciach, zaczyna traktować go jak wroga i konkurenta.
Popisowy lemon meringue pie, na zdjęciu poniżej, spędza mi sen z powiek. Jakże ja bym chciała umieć takiego upiec. Albo chociaż raz zjeść.
Uczty domowe są coraz okazalsze, aż do tragicznego finału, ale o tym sza. Zobaczcie sami.
Nigel dosyć szybko zorientował się, że mężczyzna gotujący, tylko na początku jest pośmiewiskiem, ale koniec końców, jeśli robi to dobrze, wszyscy go podziwiają, a kobiety po prostu uwielbiają
Ten film jest wzruszający, chwilami zabawny, chwilami smutny, zwariowana Mrs. Potter jest taka jak Helena, postrzelona, nie trzyma się zupełnie ram konwenansów i dobrych obyczajów. Ma w sobie tajemnicę, ale też jakąś żałość. Wszystkie smaki życia w jednej - po części kulinarnej - historii.
A wszystko to o tym Panu poniżej
I tu dochodzę do sedna wpisu, czyli konkursu. Mam dla Was do rozlosowania pięć książek Nigela Slatera, na podstawie których nakręcono film - ufundowanych przez Cyfrę+
Niestety książki mogą być wysłane tylko na adresy w Polsce, weźcie to pod uwagę, zgłaszając się do konkursu. Nie musicie mieć bloga, jeśli nie macie, zostawcie do siebie jakiś adres email. Nie musicie linku do tego konkursu umieszczać u siebie na blogu, chyba, że chcecie. W ogóle nic nie musicie poza posiadaniem polskiego adresu do wysyłki i napisaniem kilku słów. Najciekawsze wypowiedzi zostaną nagrodzone książkami, a jest ich cztery, bo piąty konkursowy egzemplarz przypadnie temu, kto pierwszy odpowie, z jakiego polskiego filmu pochodzi zacytowany w tytule posta tekst - "będę może mówić nieskładnie, pięć nocy nie spałem" (dla ułatwiania dodam, że kwestia ta była namiętnie powtarzana przez pewnego reżysera).
Na odpowiedzi czekam do 9 września do późnej nocy, w poniedziałek poczytam i 11 września, w dzień emisji filmu na Canal+ ogłoszę wyniki. Proszę wpisujcie je poniżej w komentarzach.
poniedziałek, 27 sierpnia 2012
Filmowe lato, Więckiewicz razy dwa, Dziędziel też na dodatek, a i po czesku też coś wpadło
Kochani. Zamilkłam, jakoś mi nie idzie teraz. Listę mam długą jak papier toaletowy, a pisać nie po drodze. Co siadam, to wydaje mi się, że nie mam nic ciekawego do powiedzenia. A potrafię przy porządkach na przykład przemyśliwać, co to ja Wam powiem, jak tylko dorwę się do komputera. Wystrzelam się z myśli podczas pozakomputerowego czasu, a przychodzi ten moment, że trzeba by znaki do kupy zebrać w słowa i nic. Wszystko wydaje mi się jakieś takie bez sensu. Rozmemłałam się jak mamałyga, czas potrafię przepierzyć za przeproszeniem jak nikt. Przewalam się między komputerem, książką, gazetą, filmem, kuchnią, ogrodem i obowiązkami i nic nie jest zrobione jak trzeba. No, może poza obowiązkami.
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.
Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)
To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.
A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.
Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.
Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.
A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.
Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.
A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach - serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir. Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe.
Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.
No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej
Postanowiłam przerwać ten zaklęty krąg niepisania, zrobiłam sobie herbatę zaparzoną jak Pan Bóg przykazał, czyli w czajniczku liściastą, nalałam do ulubionej filiżanki i do dzieła. Dzisiaj o kilku filmach.
Od Moniki z błękitnej biblioteczki pożyczyłam dvd 'W ciemności'. Ona biedna nie zdzierżyła, ale to dlatego, ze dopiero co po urodzeniu Henryczka, młode mamy lepiej, żeby coś weselszego oglądały, miała rację, że zostawiła na potem. Przyniosła mnie przed wyjazdem do Polski na wakacje i jak tak chodziłam wokół tego filmu, jakby mi ktoś drzazgę w palec wbił. Aż stwierdziłam, że trzeba się z tematem zmierzyć, bo jak to tak z kawałem drewna pod skórą żyć?
O Bożenciu, co ja się naemocjonowałam, myślałam, ze mi serce siądzie. Nie będę tu rozprawiać o zdjęciach i scenariuszu, o tym, że Więckiewicz wielkim aktorem jest, bo to możecie sobie poczytać gdzie indziej, wszyscy pieją i mają rację. Powiem tylko, że czułam wilgoć, czułam strach, samotność, ale i małe radości (malutkie takie) w czasie tego ukrywania się. Podobała mi się kreacja Więckiewicza i jego postać, człowieka niejednoznacznie dobrego, z duszą o wielu odcieniach szarości i czarniawą nawet. Przecież bohaterem się człowiek nie rodzi, nim się bywa i to czasem nie na podstawie logiki i przemyśleń, a impulsu, bo inaczej nie można. Gdyby się nad tym głębiej zastanowić, to pewnie by człowiek wolał nim nie być, byle mieć święty spokój, byle bezpieczniej. A tu coś ci karze pomagac cholera, ryzykować i nic na to nie poradzisz. Wojna to straszny czas, nie chciałabym tego przeżyć, dlatego trudno mi oceniać tych, co byli dobrzy i tych, co się zepsili.
A kiedy oni wyszli z kanału i on krzyczał - Moje Żydy, to ja tak strasznie płakałam, że się aż mąż zaniepokoił. Bo się napięcie nabudowało i to się tak masowo wodospadem wyładowało. Ja w ogóle ostatnio mam nerwy na wierzchu, strasznie wszystko przeżywam, tak jak kolejny film z Więckiewiczem pt. Wymyk.Tym razem Canal+ mi go zapodał, kocham ten kanał za polskie filmy (i nie tylko, bo i francuskie też nadają i w ogóle dobre)
To jest film, w którym widać, że Więckiewicz jest po prostu cholernie dobrym aktorem. Warunki ma takie, jakie ma, można by powiedzieć, że wszędzie jest taki sam, gdyby nie to, że nie jest. Kurczę, jak on to robi, że ja wiem, że to on, a jednocześnie identyfikuję go za każdym razem z rolą i wszystko mi jedno, że to znowu on. Większy mam problem z Simlatem, bo on mi się wydaje wszędzie taki sam, ale w sumie tu nie ma słabych ról. Wątek jest od początku do końca bardzo świadomie poprowadzony, na sztywnym kiju, że się tak wyrażę, nic tam się nie gibie na strony.
A ładunek emocjonalny równie mocny jak w wojennych i rozliczeniowych samograjach, bo tam, nie oszukujmy się, bez łaski, że się człowiek przejmuje, a tu mamy historię dwóch braci i pewnej podróży pociągiem, po której nic już nie jest takie samo.
I mój ulubiony Dziędziel jak wisienka na torcie. I Muskałę bardzo lubię, chciałabym jej więcej w kinie.
Nie będę opowiadać fabuły, bo nie lubię tego na innych blogach, tutaj tylko o tym, że siedzieliśmy z mężem jak zaczarowani i tylko klęliśmy pod nosem, że to się wszystko tak pokiełbasiło u bohaterów i już nie odkręci, bo życie nie zawsze jest takie, że powiesz przepraszam i wszystko jest ok.
Bardzo polecam.
A jak Dziędziel, to po raz drugi, tym razem w dużo lżejszym gatunkowo wydaniu. Mam słabość do Fleszarowej-Muskat, a to właśnie na podstawie jej powieści o budowaniu Gdyni - 'Tak trzymać' - nakręcono mini serial czteroodcinkowy 'Miasto z morza'. Czy ja mogłam to przegapić? Oczywiście, że nie, chociaż cukierkowy, chociaż pozytywistyczny, o tym, jak ciężką pracą ludzie się bogacą a Polska rośnie w siłę. Ujęcia jak z obrazów nadmorskich malarzy, którzy tworzą na promenadzie i mają nadzieję sprzedać na pniu swoje produkcje. Ale mnie to nie przeszkadza, nie samymi ciężkimi i ważnymi filmami człowiek żyje, potrzeba mi czasem wytchnienia i odpoczynku, a nade wszystko nieustającej wiary, że ciężką pracą i pasją można osiągnąć wiele, a wielkie wizje rodzą się w głowach i sercach ludzi najpierw, potem dopiero trafiają do realizacji i nie trzeba się bać, jeśli w coś wierzysz, to się ziści.
Nawet jeśli nie, wierzyć trzeba.
Jak już tak lżejszymi poleciałam, to zapodałam od razu Morning Glory trzymany na tę właśnie okazję.
Typowa amerykańska komedia, o młodej producentce, która trafia do większej, ale podupadającej stacji do programu porannego i stawia go na nogi. Wszystko to już było, czyli na początku jest do niczego, ale potem się to jakoś układa, ale śmiesznie jest i naprawdę duży to relaks, więc polecam jak słodkiego pączka na troski, nie samymi sałatkami z soją człowiek żyje.
A na koniec wisienka na torcie. Kiedyś widziałam ten film od połowy, nie znałam tytułu i mnie męczyło, co to takiego było? Teraz zasadziłam się na oglądanie 'Piękności w opałach' na Ale Kino (drugi kanał, bez którego żyć bym nie umiała) - filmu czeskiego, o którym wiele dobrego słyszałam. I co ja widzę? Ta dam, to ten film, co go tylko pół widziałam. Obejrzałam teraz jak należało, czyli od napisów początkowych do końcowych i powiem tak, dobry cholernie, ale zostawił mnie zniesmaczoną, jakby mnie ktoś lepkim mazidłem obsmarował i zostawił na słońcu. Nie z powodu samego filmu, bo podkreślam, że jest świetny i ze wszech miar wart obejrzenia, ale i historia, i bohaterowie nie są zdecydowanie tym, do czego nas przyzwyczaili Czesi, którzy zawsze brzydkie potrafili pokazać w lepszym świetle, chociaż na wesoło. Tutaj nie ma wesoło, to, co jest niesmaczne, jest niesmaczne, pogmatwane i dołujące. Jedynie aktor, który kiedyś grał doktora Błażeja w Szpitalu na peryferiach, jedyna normalna postać w tej opowieści, jest zadziwiająco na starość przystojny.
Jan Hrebejk pokazał życie swoich rodaków w jaskrawych kolorach, bez żadnego ściemniania, stukania się kuflami piwa i czeskich przyśpiewek. Wspaniałe kino, ale wymagające czegoś więcej, więc nie nastawiajcie się na beztroskie jedzenie domowego popcornu. Momentami będzie bolało. Mimo tego, jest to jeden z tych filmów, które na pewno obejrzę kiedyś jeszcze raz.
A na koniec polecę Wam nowy serial kryminalny, na który się niezwykle cieszę - tym razem rodem z Finlandii - od 2 września, na razie 6 odcinków pt. Vares. Przeczytałam w zajawkach - serial, w którym czarny kryminał splata się z elementami komedii i pastiszu, został okrzyknięty w ojczyźnie Świętego Mikołaja początkiem nowego gatunku - Finn Noir. Osiągnął kolosalną popularność, a jego kolejne odcinki wchodziły tam na duży ekran, jako pełnometrażowe filmy kinowe.
Nie chcę go przegapić, już sobie zapisałam w kalendarzu, ciekawe, czy uwiedzie mnie równie łatwo jak Winter, Wallander czy Sarah Lund?
I cieszę się, że Krew z Krwi (polski serial kryminalny z Agatą Kuleszą) będzie na Canal+ powtórzony, bo ja przegapiłam połowę odcinków z powodu choroby. Dla zainteresowanych od 3-12 września codziennie po jednym odcinku będą emitować, lub od 21 września w każdy piątek.
No to się nagadałam, a teraz idę sobie precz. Wiem, połowa z Was nie ogląda, druga połowa nie ma telewizora, trzecia połowa nie ma Canal+, czwarta nie ma Ale Kino, ale filmy są też pewnie dostępne na dvd, warto o nich wiedzieć. A ja uwielbiam dobre seriale i dobre filmy, traktuję je na równi z książkami, uważam, że rezygnowanie z tej akurat muzy to odbieranie sobie wiele przyjemności. Nie chcę tu wywoływać dyskusji, tylko można powiedzieć ją kończę, po wielu komentarzach o tym, że szkoda czasu na TV.
Po ostatnim seansie pierwszego odcinka sfilmowanej książki Forda Madoxa Forda 'Parade's End' na BBC2, szczególnie nie mogę się z tym poglądem zgodzić. Jakie to było, hmmm, pysznościowe, tak bym to ujęła. Ale o tym więcej kiedy indziej
Etykiety:
Ale Kino,
BBC,
Canal+,
Cyfra+,
film,
filmowo,
guilty pleasure,
historyczne,
Kino domowe,
kino polskie,
kinobranie,
period drama,
pożyczanki,
seriale polskie,
smaki życia
środa, 15 sierpnia 2012
Lato serialami stoi
Czy ja mówiłam, że w lecie nie oglądam telewizji prawie, że wcale nie? Tak było, ale w tym roku jakoś dziwnie się nie trzymam tej reguły.
Po pierwsze zaliczam mnóstwo starych filmów na Kino Polska, TVP Kultura, powtórki szwedzkich na Ale Kino i innych filmów też. TVP Seriale Wallandera puszcza, zdarzają się też seriale z lat siedemdziesiątych, też oko zawieszę.
Czy mi się wydaje, czy w poprzednich latach niewiele było w TV nowosci, za to same powtórki?
Tym razem jest inaczej - premiera za premierą.
Po pierwsze primo bardzo przyjemny serial na Canal+ Pan Am - stewardesy, linie lotnicze, lata sześćdziesiąte, zimna wojna, piękne kobiety, panowie jak z reklamy whisky lub Marlboro, sama przyjemność.
Jakby tego było mało, na HBO zaczął się Newsroom z Jeffem Danielsem, którego kiedyś bardzo lubiłam, a jakiś mi zniknął z horyzontu.
To jest dopiero serialowa broń masowego rażenia. Świetny, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i to każdy odcinek, nie ma gorszych. Tempo ma jak Japończyk pracujący na akord, aż czasem zapominam oddychać. Wiele tam prawdy, trochę mydlenia oczu, jak to dobry pan chce załatwić złych panów, ale bez przesady, znam ja i takich, którzy robią coś dla idei i z przekonania i podkładają głowę pod topór, chociaż udaje im się czasem przy okazji zarobić. W politykę nie wnikam, wiadomo, że będą tam przemycać te swoje - ci dobrzy, tamci be - ale nas to nie dotyczy, my możemy mieć ubaw to wszystko obserwując. Tutaj jest wszystkiego po trochu, jak w dobrej drożdżówce - dobrze wyrobione ciasto telewizyjne, bez zakalca. Polecam szczególnie
Ale Kino nas tego lata też rozpieszcza, najpierw Sprawy Jacka Tylora, serial irlandzki, dzieje się w Galway. Mogę zaświadczyć, że dużo tam prawdy, dużo realiów, dobre kino, nie ma ściemy. Ciekawe zagadki kryminalne, klimat Galway i okolic zachowany, dużo obserwacji społecznych, nie tylko dla Polonii w Irlandii ciekawe, to na pewno
Jakby tego było mało, niedawno zaczął się kolejny ciekawy serial na Ale Kino - Trupia farma. Niektórzy z Was czytają książkę o tym samym tytule, ja nie wpadłam na jej ślad, ale film mi to rekompensuje z nadwyżką. Połączenie CSI z brytyjskimi serialami kryminalnymi, takimi jak ten na wyspie Jersey, jak mu tam na imię było? W każdym razie świetny i trudno przejść obojętnie, kiedy się wie, że zaraz będzie nadawany.
No i te premiery filmów - oczekiwany przeze mnie od długiego czasu W Brighton na podstawie powieści Grahama Greena o tym samym tytule. Czytałam ją w latach osiemdziesiątych w Łebie, nie mogę się doczekać obejrzenia. Drugi, podobno hit, ale ja nie słyszałam wiele, z opisu wnoszę, ze bardzo ciekawy - Nic do oclenia, no i Niebo nad Saharą z Marion Cotillard i Guillaume’em Canetem. Kocham Canal+ za tak duży wybór filmów francuskich.
Jak na zamówienie lato w tym roku do niczego, więc nic mnie nie omija, w innym przypadku niewiele bym z tego widziała, musiałabym liczyć na powtórki. Chociaż czy ja wiem, może bym nagrywała i nocami oglądała? Bo filmy i seriale naprawdę dobre.
Po pierwsze zaliczam mnóstwo starych filmów na Kino Polska, TVP Kultura, powtórki szwedzkich na Ale Kino i innych filmów też. TVP Seriale Wallandera puszcza, zdarzają się też seriale z lat siedemdziesiątych, też oko zawieszę.
Czy mi się wydaje, czy w poprzednich latach niewiele było w TV nowosci, za to same powtórki?
Tym razem jest inaczej - premiera za premierą.
Po pierwsze primo bardzo przyjemny serial na Canal+ Pan Am - stewardesy, linie lotnicze, lata sześćdziesiąte, zimna wojna, piękne kobiety, panowie jak z reklamy whisky lub Marlboro, sama przyjemność.
Jakby tego było mało, na HBO zaczął się Newsroom z Jeffem Danielsem, którego kiedyś bardzo lubiłam, a jakiś mi zniknął z horyzontu.
To jest dopiero serialowa broń masowego rażenia. Świetny, trzyma w napięciu od pierwszej minuty i to każdy odcinek, nie ma gorszych. Tempo ma jak Japończyk pracujący na akord, aż czasem zapominam oddychać. Wiele tam prawdy, trochę mydlenia oczu, jak to dobry pan chce załatwić złych panów, ale bez przesady, znam ja i takich, którzy robią coś dla idei i z przekonania i podkładają głowę pod topór, chociaż udaje im się czasem przy okazji zarobić. W politykę nie wnikam, wiadomo, że będą tam przemycać te swoje - ci dobrzy, tamci be - ale nas to nie dotyczy, my możemy mieć ubaw to wszystko obserwując. Tutaj jest wszystkiego po trochu, jak w dobrej drożdżówce - dobrze wyrobione ciasto telewizyjne, bez zakalca. Polecam szczególnie
Ale Kino nas tego lata też rozpieszcza, najpierw Sprawy Jacka Tylora, serial irlandzki, dzieje się w Galway. Mogę zaświadczyć, że dużo tam prawdy, dużo realiów, dobre kino, nie ma ściemy. Ciekawe zagadki kryminalne, klimat Galway i okolic zachowany, dużo obserwacji społecznych, nie tylko dla Polonii w Irlandii ciekawe, to na pewno
Jakby tego było mało, niedawno zaczął się kolejny ciekawy serial na Ale Kino - Trupia farma. Niektórzy z Was czytają książkę o tym samym tytule, ja nie wpadłam na jej ślad, ale film mi to rekompensuje z nadwyżką. Połączenie CSI z brytyjskimi serialami kryminalnymi, takimi jak ten na wyspie Jersey, jak mu tam na imię było? W każdym razie świetny i trudno przejść obojętnie, kiedy się wie, że zaraz będzie nadawany.
No i te premiery filmów - oczekiwany przeze mnie od długiego czasu W Brighton na podstawie powieści Grahama Greena o tym samym tytule. Czytałam ją w latach osiemdziesiątych w Łebie, nie mogę się doczekać obejrzenia. Drugi, podobno hit, ale ja nie słyszałam wiele, z opisu wnoszę, ze bardzo ciekawy - Nic do oclenia, no i Niebo nad Saharą z Marion Cotillard i Guillaume’em Canetem. Kocham Canal+ za tak duży wybór filmów francuskich.
Jak na zamówienie lato w tym roku do niczego, więc nic mnie nie omija, w innym przypadku niewiele bym z tego widziała, musiałabym liczyć na powtórki. Chociaż czy ja wiem, może bym nagrywała i nocami oglądała? Bo filmy i seriale naprawdę dobre.
piątek, 20 lipca 2012
Wielka niespodziewanka - Pan Aleksander Minkowski do nas napisał
Chciałabym móc powiedzieć, że do mnie i tylko do mnie, ale niestety muszę się wykazać uczciwością i przyznać, że do nas - czyli tych, którzy czytali i komentowali mój wpis na tym blogu poczyniony przy okazji odsłuchania Krzysztofa, jego autorstwa.
Kilka dni wcześniej na moim Co-Dzienniku pisałam o serialach polskich, które akurat oglądam i w komentarzach wywiązała się dyskusja na temat Układu krążenia, który powstał na podstawie scenariusza pana Aleksandra Minkowskiego, a wraz z nim ukazała się książka
Przypomniało mi się zaraz, że przecież kiedyś wszyscy sobie wyrywaliśmy jego książki z rąk, a jego 'Grażyna' była u mnie zaczytana na śmierć. Miałam zwyczaj jako nastolatka, ale jeszcze i w latach późniejszych, czytać książki uwielbione szczególnie, po kilka razy, nie inaczej było z Układem krążenia. Zresztą to jest kolejny z tych seriali, które doskonale znam, a oglądam za każdym razem, kiedy są powtarzane.
Młodzieżowe książki Minkowskiego były dla nas czymś wyjątkowym, aż trudno mi o tym pisać spokojnie, tak jak w przypadku powieści Siesickiej, mogliśmy się identyfikować z bohaterami, przeżywać ich przygody, marzyć o wielkiej miłości, oceniać ich postawy i uczyć się życia. Kiedyś nie rozmawiało się dużo z rodzicami, przynajmniej nie ja z moimi. Z książek człowiek się wszystkiego uczył.
Kiedy w TV nadali 'Zieloną miłość' serial na podstawie 'Grażyny' z młodym Fryczem i Pacułą w rolach głównych, nie było chyba takiej nastolatki, która by go nie widziała.
Możecie się ze mnie śmiać, ale jak usłyszałam muzykę z czołówki filmu, to się popłakałam. Jezu, jak ja się kochałam we Fryczu, oczywiście chciałam być Pacułą (a tak ją obsmarowałam w notce o Elżbiecie Czyżewskiej, haha, wyszło szydło z worka, z zazdrości).
Taka jestem rozczulona i ucieszona, a najbardziej to zaszczycona, że się Pan Minkowski na moim blogu odezwał. Muszę się przyznać, że nigdy nie próbowałam sprawdzać, czy coś napisał nowego, założyłam, ze nie. Kiedy zobaczyłam wpis, moja pierwsza reakcja była - Boże, on żyje.
Przepraszam, jeśli pan Minkowski to czyta, ale tak było. Jakoś mi do łba nie przyszło śledzić swoich idoli pisarzy, jak się mają, czy coś nowego wydają, założyłam, że skoro mi się w oczy nie rzuca, to nie ma.
W każdym razie chciałam tu teraz obwieścić, że Aleksander Minkowski jest mi strasznie ukochanym pisarzem i mam zamiar sobie kupić wszystko, co się da, czy to na Allegro, czy na Merlinie, bo tam też o dziwo jakieś są. Hawk.
Przepraszam za tak nieskładny wpis, ale emocje wzięły górę i nie mogę się po prostu opanować.
Kilka dni wcześniej na moim Co-Dzienniku pisałam o serialach polskich, które akurat oglądam i w komentarzach wywiązała się dyskusja na temat Układu krążenia, który powstał na podstawie scenariusza pana Aleksandra Minkowskiego, a wraz z nim ukazała się książka
Przypomniało mi się zaraz, że przecież kiedyś wszyscy sobie wyrywaliśmy jego książki z rąk, a jego 'Grażyna' była u mnie zaczytana na śmierć. Miałam zwyczaj jako nastolatka, ale jeszcze i w latach późniejszych, czytać książki uwielbione szczególnie, po kilka razy, nie inaczej było z Układem krążenia. Zresztą to jest kolejny z tych seriali, które doskonale znam, a oglądam za każdym razem, kiedy są powtarzane.
Młodzieżowe książki Minkowskiego były dla nas czymś wyjątkowym, aż trudno mi o tym pisać spokojnie, tak jak w przypadku powieści Siesickiej, mogliśmy się identyfikować z bohaterami, przeżywać ich przygody, marzyć o wielkiej miłości, oceniać ich postawy i uczyć się życia. Kiedyś nie rozmawiało się dużo z rodzicami, przynajmniej nie ja z moimi. Z książek człowiek się wszystkiego uczył.
Kiedy w TV nadali 'Zieloną miłość' serial na podstawie 'Grażyny' z młodym Fryczem i Pacułą w rolach głównych, nie było chyba takiej nastolatki, która by go nie widziała.
Możecie się ze mnie śmiać, ale jak usłyszałam muzykę z czołówki filmu, to się popłakałam. Jezu, jak ja się kochałam we Fryczu, oczywiście chciałam być Pacułą (a tak ją obsmarowałam w notce o Elżbiecie Czyżewskiej, haha, wyszło szydło z worka, z zazdrości).
Taka jestem rozczulona i ucieszona, a najbardziej to zaszczycona, że się Pan Minkowski na moim blogu odezwał. Muszę się przyznać, że nigdy nie próbowałam sprawdzać, czy coś napisał nowego, założyłam, ze nie. Kiedy zobaczyłam wpis, moja pierwsza reakcja była - Boże, on żyje.
Przepraszam, jeśli pan Minkowski to czyta, ale tak było. Jakoś mi do łba nie przyszło śledzić swoich idoli pisarzy, jak się mają, czy coś nowego wydają, założyłam, że skoro mi się w oczy nie rzuca, to nie ma.
W każdym razie chciałam tu teraz obwieścić, że Aleksander Minkowski jest mi strasznie ukochanym pisarzem i mam zamiar sobie kupić wszystko, co się da, czy to na Allegro, czy na Merlinie, bo tam też o dziwo jakieś są. Hawk.
Przepraszam za tak nieskładny wpis, ale emocje wzięły górę i nie mogę się po prostu opanować.
Etykiety:
Aleksander Minkowski,
czytelnia,
dobre,
ekranizacja,
filmowo,
Kino domowe,
kino polskie,
literatura polska,
o pisarzach,
seriale polskie,
stare ale jare
niedziela, 8 lipca 2012
Dziędziel razy trzy, a na koniec wpierdol
W lecie prawie w ogóle nie oglądamy telewizji, ale robimy wyjątek dla dobrych filmów, które to albo są na kanałach filmowych, albo mamy je na dvd, bo trochę tego nawiozłam z Polski.
Głównie lubię polskie, bo wiadomo, stęskniona, ale nie tylko.
Wiem, że wielu z Was już to widziało, ale my dopiero teraz, po premierze dvd mogliśmy wreszcie obejrzeć 'Różę' Wojciecha Smarzowskiego.
Ja pierdziu, co to za film! Jakie emocje. Siedziałam na nim jak trusia, bałam się poruszyć, jakbym podglądała coś strasznego, ludzkiego i nieludzkiego jednocześnie, jakbym bała się, że jak mnie zauważą, to się to na mnie przeniesie, będę w środku tej historii i po mnie.
I ci ludzie tam, waleczni, ale jednocześnie pogodzeni z tym, czego zmienić nie mogą. On niezwykły, wielki, prawy i dobry, ona jakby już wiedziała, że nie da rady, ale dzięki niemu jeszcze zawalczyła, jeszcze się zerwała do lotu. Tylko, że rany na skrzydłach były za dotkliwe. Przecież jest jeszcze córka, jej nie można zostawić, trzeba coś zrobić... I te czasy straszne. I ci Mazurzy, tak skrzywdzeni. Szczerze powiem, nic o historii rdzennych mieszkańców w tamtych czasach nie wiedziałam. Ale zamierzam to zmienić.
Szukałam 'Dzieci Jerominów', podobno jednej z najlepszych książek o Mazurach, ale na Allegro jest za droga, nie stać mnie, będę musiała poczekać cierpliwie, jeszcze poszukać.
A jak już się przełamałam, chociaż strasznie tego filmu bałam, sięgnęłam po Dom zły, który jest równie przejmujący i równie bardzo mnie przyciągał i odpychał jednocześnie, tego samego reżysera, czyli Wojciecha Smarzowskiego. Dostałam go od przyjaciółki na dvd i tak stał na oczach i mnie straszył. Nie czułam się na siłach go włączyć. 'Róża' mnie odblokowała, pomyślałam - jak ten przeszłam, to i tamten dam radę.
No nie wiem, który straszniejszy. Tematyka oczywiście inna, bo tutaj mamy wręcz kameralną historię kilku głównych postaci dramatu, i kilku postaci próbujących ten dramat ogarnąć czyli policjantów, ale sami są też wielkim dramatem, więc cuzamen do kupy mamy do czynienia z jednym wielkim złem, dziadostwem, oszustwem, hucpą, złodziejstwem i wszystkim robactwem jakie może z człowieka wyjść, jeśli tylko się otworzy chociażby malutki lufcik. Do tego lata osiemdziesiąte oddane z wielką pieczołowitością, skąd oni wzięli niektóre rzeczy?
Smarzowski chwyta widza za gardło i trzyma, nie ma tam żadnego pitu, pitu, że niby jest źle, ale dobro zwycięża. Nic z tego. Wszyscy, z jednym wyjątkiem (policjant, gra go Bartłomiej Topa), ale on tam jest chyba dla kontrastu, są odrażający, brudni i źli. Najgorsze jest to, że nie wojna jest tym zapalnikiem, oczywiście możemy mówić, ze komunizm i to, co się tam działo, ale ja bym tak daleko nie szła, po prostu okazuje się, że w niesprzyjających okolicznościach człowiek staje się zwierzęciem, któremu instynkt mówi - zabijaj, żeby przeżyć, zabijaj, żeby zdobyć, nie daj się. Jak się to wszystko zacznie nakręcać, to poszłooooo.
Film z gatunku - must see - musisz zobaczyć. A jak już once seen, never forgotten - raz obejrzany, nigdy nie zapomnisz.
Aktorzy świetni, wszyscy bez wyjątku, no może poza kobietą w ciąży, którą gra młoda aktorka, w jakim filmie by nie występowała, jej środki wyrazu są takie same, przeważnie rozbiegane oczy i zaciskanie szczęk. Byle powód i ona od razu zaczyna oczami wodzić, wkurza mnie to.
W obu przypadkach, po obejrzeniu, nosiłam w sobie te historie, czułam 'na języku' brud i łzy, i cieszyłam się, że żadna z tych sytuacji nie przydarzyła się mnie. Doprawdy nie wiem, co bym zrobiła.
Zupełnie przypadkiem trafiliśmy na Canal+ na kolejny film z Marianem Dziędzielem - 'Kret'. Gra tam w parze z Borysem Szycem. Obaj stworzyli tam świetne kreacje. Jeśli ktoś myśli, że Borys Sz jest marnym aktorem, powinien zobaczyć ten film właśnie. I znowu emocje, niedowierzanie, gorące dyskusje, co byśmy zrobili, gdyby nam przyszło być w takiej sytuacji? I bardzo mocny koniec. A wszystko to o synu i ojcu, nieżyjącej matce i żonie syna. Przeszłości, bolesnej i bohaterskiej, która nie jest taka, jakby się wydawało. Nie jest? Syn próbuje się tego dowiedzieć, ojciec mu w tym nie pomaga, chociaż w pewnym momencie myśleliśmy, że tak. I trudne polskie czasy, które to? Czy to ważne, my ciągle jakieś kryzysy przechodzimy. W każdym razie już po upadku komuny. Rozliczenia zawsze są bolesne.
A na koniec kolejny niełatwy film. Nie szukam ich specjalnie, nawet unikam takiego zmasowania, bo bardzo przeżywałam każdy z nich, więc jakaś komedia romantyczna by się przydała, albo co. A ja z każdym kolejnym z deszczu pod rynnę. Tym razem w TVP nadali 'Lincz' Krzysztofa Łukaszewicza. Oparty na prawdziwych wydarzeniach, o linczu mieszkańców małej wioski na mężczyźnie, który lata całe terroryzował wioskę. Recydywista z ciężką ręką i dużą maczetą, robił co chciał, a kiedy mieszkańcy prosili o pomoc policję, okazywało się, że prawo jest, ale nie dla wszystkich, poza tym problemy z ludźmi i wozami patrolowymi, do tego festyn do obstawienia, a na wsi to przecież i tak sami pijacy siebie warci. Film pokazuje narastającą bezsilność i złość i sprawiedliwość wymierzoną własnymi rękami. Czy tak można, czy to dopuszczalne? Dlaczego nie było dla nich wsparcia?
I znowu emocje, łzy, bijące serce, jeszcze mi się w nocy śnił. Tam nie ma kiczowatego graficznego przedstawienia konfliktu, dzieje się wszystko w pięknych okolicznościach przyrody, spokojnie i cicho, żadnych zbędnych gestów i chojrakowania, za to wiele zwyczajnej, ludzkiego strachu i marzenie o zaznaniu spokoju. Ale jakim kosztem?
Na koniec powiem tylko, że ten Dziędziel to jest po prostu fantastyczny aktor.
Głównie lubię polskie, bo wiadomo, stęskniona, ale nie tylko.
Wiem, że wielu z Was już to widziało, ale my dopiero teraz, po premierze dvd mogliśmy wreszcie obejrzeć 'Różę' Wojciecha Smarzowskiego.
Ja pierdziu, co to za film! Jakie emocje. Siedziałam na nim jak trusia, bałam się poruszyć, jakbym podglądała coś strasznego, ludzkiego i nieludzkiego jednocześnie, jakbym bała się, że jak mnie zauważą, to się to na mnie przeniesie, będę w środku tej historii i po mnie.
I ci ludzie tam, waleczni, ale jednocześnie pogodzeni z tym, czego zmienić nie mogą. On niezwykły, wielki, prawy i dobry, ona jakby już wiedziała, że nie da rady, ale dzięki niemu jeszcze zawalczyła, jeszcze się zerwała do lotu. Tylko, że rany na skrzydłach były za dotkliwe. Przecież jest jeszcze córka, jej nie można zostawić, trzeba coś zrobić... I te czasy straszne. I ci Mazurzy, tak skrzywdzeni. Szczerze powiem, nic o historii rdzennych mieszkańców w tamtych czasach nie wiedziałam. Ale zamierzam to zmienić.
Szukałam 'Dzieci Jerominów', podobno jednej z najlepszych książek o Mazurach, ale na Allegro jest za droga, nie stać mnie, będę musiała poczekać cierpliwie, jeszcze poszukać.
A jak już się przełamałam, chociaż strasznie tego filmu bałam, sięgnęłam po Dom zły, który jest równie przejmujący i równie bardzo mnie przyciągał i odpychał jednocześnie, tego samego reżysera, czyli Wojciecha Smarzowskiego. Dostałam go od przyjaciółki na dvd i tak stał na oczach i mnie straszył. Nie czułam się na siłach go włączyć. 'Róża' mnie odblokowała, pomyślałam - jak ten przeszłam, to i tamten dam radę.
No nie wiem, który straszniejszy. Tematyka oczywiście inna, bo tutaj mamy wręcz kameralną historię kilku głównych postaci dramatu, i kilku postaci próbujących ten dramat ogarnąć czyli policjantów, ale sami są też wielkim dramatem, więc cuzamen do kupy mamy do czynienia z jednym wielkim złem, dziadostwem, oszustwem, hucpą, złodziejstwem i wszystkim robactwem jakie może z człowieka wyjść, jeśli tylko się otworzy chociażby malutki lufcik. Do tego lata osiemdziesiąte oddane z wielką pieczołowitością, skąd oni wzięli niektóre rzeczy?
Smarzowski chwyta widza za gardło i trzyma, nie ma tam żadnego pitu, pitu, że niby jest źle, ale dobro zwycięża. Nic z tego. Wszyscy, z jednym wyjątkiem (policjant, gra go Bartłomiej Topa), ale on tam jest chyba dla kontrastu, są odrażający, brudni i źli. Najgorsze jest to, że nie wojna jest tym zapalnikiem, oczywiście możemy mówić, ze komunizm i to, co się tam działo, ale ja bym tak daleko nie szła, po prostu okazuje się, że w niesprzyjających okolicznościach człowiek staje się zwierzęciem, któremu instynkt mówi - zabijaj, żeby przeżyć, zabijaj, żeby zdobyć, nie daj się. Jak się to wszystko zacznie nakręcać, to poszłooooo.
Film z gatunku - must see - musisz zobaczyć. A jak już once seen, never forgotten - raz obejrzany, nigdy nie zapomnisz.
Aktorzy świetni, wszyscy bez wyjątku, no może poza kobietą w ciąży, którą gra młoda aktorka, w jakim filmie by nie występowała, jej środki wyrazu są takie same, przeważnie rozbiegane oczy i zaciskanie szczęk. Byle powód i ona od razu zaczyna oczami wodzić, wkurza mnie to.
W obu przypadkach, po obejrzeniu, nosiłam w sobie te historie, czułam 'na języku' brud i łzy, i cieszyłam się, że żadna z tych sytuacji nie przydarzyła się mnie. Doprawdy nie wiem, co bym zrobiła.
Zupełnie przypadkiem trafiliśmy na Canal+ na kolejny film z Marianem Dziędzielem - 'Kret'. Gra tam w parze z Borysem Szycem. Obaj stworzyli tam świetne kreacje. Jeśli ktoś myśli, że Borys Sz jest marnym aktorem, powinien zobaczyć ten film właśnie. I znowu emocje, niedowierzanie, gorące dyskusje, co byśmy zrobili, gdyby nam przyszło być w takiej sytuacji? I bardzo mocny koniec. A wszystko to o synu i ojcu, nieżyjącej matce i żonie syna. Przeszłości, bolesnej i bohaterskiej, która nie jest taka, jakby się wydawało. Nie jest? Syn próbuje się tego dowiedzieć, ojciec mu w tym nie pomaga, chociaż w pewnym momencie myśleliśmy, że tak. I trudne polskie czasy, które to? Czy to ważne, my ciągle jakieś kryzysy przechodzimy. W każdym razie już po upadku komuny. Rozliczenia zawsze są bolesne.
A na koniec kolejny niełatwy film. Nie szukam ich specjalnie, nawet unikam takiego zmasowania, bo bardzo przeżywałam każdy z nich, więc jakaś komedia romantyczna by się przydała, albo co. A ja z każdym kolejnym z deszczu pod rynnę. Tym razem w TVP nadali 'Lincz' Krzysztofa Łukaszewicza. Oparty na prawdziwych wydarzeniach, o linczu mieszkańców małej wioski na mężczyźnie, który lata całe terroryzował wioskę. Recydywista z ciężką ręką i dużą maczetą, robił co chciał, a kiedy mieszkańcy prosili o pomoc policję, okazywało się, że prawo jest, ale nie dla wszystkich, poza tym problemy z ludźmi i wozami patrolowymi, do tego festyn do obstawienia, a na wsi to przecież i tak sami pijacy siebie warci. Film pokazuje narastającą bezsilność i złość i sprawiedliwość wymierzoną własnymi rękami. Czy tak można, czy to dopuszczalne? Dlaczego nie było dla nich wsparcia?
I znowu emocje, łzy, bijące serce, jeszcze mi się w nocy śnił. Tam nie ma kiczowatego graficznego przedstawienia konfliktu, dzieje się wszystko w pięknych okolicznościach przyrody, spokojnie i cicho, żadnych zbędnych gestów i chojrakowania, za to wiele zwyczajnej, ludzkiego strachu i marzenie o zaznaniu spokoju. Ale jakim kosztem?
Na koniec powiem tylko, że ten Dziędziel to jest po prostu fantastyczny aktor.
Subskrybuj:
Posty (Atom)