Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecajki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polecajki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 2 sierpnia 2013

Od filcowych kapci do kodów QR

Świat się zmienia. Na dobre czy na złe, ale  nieuchronnie. A razem ze światem zmieniają się też elementy, które, wydawałoby się, ze swej istoty powinny być niezmienne. Tak właśnie jest z muzeami, w których zmiany w ostatnich kilku latach gwałtownie przyśpieszyły. I to zmiany wielokierunkowe, od wyglądu zewnętrznego po system zarządzania. Bo skoro zmienia się świat, to zmieniają się też ludzkie oczekiwania wobec różnych zjawisk, w tym wobec muzeów. Jeszcze nie tak dawno przychodzący do muzeum polski „zwiedzacz” był przez system edukacji naszego uroczego kraju przygotowany (mniej lub bardziej) na to, co zobaczy, znał kontekst, w jakim pojawiał się historyczny artefakt*. Dziś nie ma już co liczyć na pre-edukację. Więc nie ma się co dziwić, że na wystawach zabytki są powoli, acz systematycznie wypierane przez opowieść eksponatem, niekoniecznie zabytkowym.

Wokół tej tendencji w polskim muzealnictwie trwają już burzliwe dyskusje, z których pewnie kiedyś coś wyniknie. Dla mnie jednak ważniejszą zmianą w świadomości muzealników jest uznanie faktu, że tak jak kiedyś nieodłączną częścią muzeum były filcowe kapcie, tak obecnie bez strony internetowej muzeum nie istnieje. I bez profilu na fejzbuku. A nawet bez regularnie prowadzonego bloga. Cóż, przyszło nowe i nie ma się co obrażać, tylko siadać do klawiatury i trzaskać kolejne wpisy.

I wbrew pozorom, to przeniesienie części życia muzealnego do sieci nie powoduje odpływu zwiedzających z realnych obiektów, lecz wywołuje skutek wręcz odwrotny. Dlatego zajrzyjcie, proszę, na nową stronę MHK, na nasze profile fejzbukowe, a zwłaszcza na wspólnymi siłami prowadzonego, oficjalnego bloga muzealnego, o którym obiecałam wam donieść. A potem koniecznie odwiedźcie nas w realu! :)
 

* Artefakt, kontekst, narracja, interpretacja – to obecnie ulubione słówka polskich muzealników, zaraz obok sponsoringu, autsorsingu i funduszy norweskich ;)

poniedziałek, 5 listopada 2012

Światy równoległe

Za oknem snują się mgły, w domu pachnie jabłkami z ojcowego sadu, a świat równoległy otwiera się po drugiej stronie ekranu komputera. Zatem nie ma się co dziwić, że księżyc za oknem zaczyna wyglądać jak uśmiech Kota z Cheshire...

Są takie miejsca na świecie, gdzie granica między światem realnym i mitycznym robi się bardzo cienka. Podobno gdy angielskie Glastonbury spowiją jesienne mgły, można – chcący czy niechcący – zabłądzić do Avalonu. Zwłaszcza jeśli kogoś zwabi zapach dojrzałych jabłek. Trzeba tylko pamiętać o powrocie, bo czarodziejki mają swoje sposoby, aby zatrzymać zbłąkanego wędrowca w krainie ułudy...

Z Krakowem jest podobnie, być może przez to położenie w niecce, w której mgły są zjawiskiem powszednim. Z tym, że zamiast Wyspy Jabłek po drugiej stronie mgły czekają mityczne dawne czasy (które wielu ludziom, podobnie jak Avalon, wydają się rajem na ziemi). A ostatnio do zgubienia się we mgle nie potrzeba szklanki cydru (choć nie zaszkodzi) ani innych produktów „duchowych”, wystarczy zdolny bloger i prowadzona przez niego strona internetowa. Dawno temu w Krakowie to miejsce, gdzie dzięki doskonale skomponowanym fotografiom, przeszłość i teraźniejszość Miasta dosłownie się przenika.

To jedno z moich ulubionych „przenikliwych” zdjęć 
pochodzących ze strony Dawno temu w Krakowie

Zdjęcia są przygotowane specjalną metodą, która pozwala zobaczyć, jak znane wszystkim, codziennie odwiedzane miejsca zmieniły się w ciągu ostatnich stu lat. Granicę czasów zaznaczoną na fotografii można bowiem na stronie przesuwać od współczesności wgłąb czasów minionych, które jakby wcale nie minęły. Ot, taka magia w działaniu :)

Strona powstała dość niedawno, zatem dopiero się rozkręca, ale już jest godna gorącego polecenia. Mam tylko nadzieję, że autorowi pasja magicznego przenikania czasów i miejsc nie minie przez kolejne sto lat.

środa, 23 lutego 2011

Brytyjczycy do kamer!


Literaci do piór, studenci do nauki, a Brytyjczycy do kręcenia filmów! Bo cóż można więcej powiedzieć po obejrzeniu najlepszego filmu, jaki ostatnimi czasy pojawił się w kinach? Szkoda strzępić sobie po próżnicy język, że dzieło genialne, pełne smaczków, miejscami patetyczne, ale nie pompatyczne, że rewelacyjna obsada, że aktorzy prześcigali się w doskonałości gry, że zdjęcia powalające (mnie jęk z gardła wyrwał widok głównej nawy opactwa westminsterskiego z lotu ptaka), że muzyka cudowna (ech, ten Beethoven!), bo o tym piszą i mówią wszystkie światowe media. Tak, to jest film o dramatycznych chwilach brytyjskiego imperium, o przełamywaniu własnej słabości, o trudnym obowiązku i odpowiedzialności, o przyjaźni wreszcie, która nie ma nic wspólnego z radosnym poklepywaniem się po plecach. Ale mnie po seansie pozostało, oczywiście obok zachwytów, współczucie dla królewskiej rodziny, pozbawionej uroków zwyczajnego życia. I tak się zastanawiam, czy aby na pewno powinno się dzieciom pozwalać na zabawę w księżniczki i królewiczów? W lukrowany świat, który z tym rzeczywistym nie ma wiele, a może nawet nic wspólnego? Takie krótkie spojrzenie za fasadę buckinghamskiego pałacu, za którą znaleźć można niezwykłe, bo królewskie przykłady okrucieństwa, strachu i samotności, wielu może uleczyć z zazdrości...



A mowa, oczywiście, o najnowszym dziele Toma Hoopera The King's Speech (dla jakiegoś powodu po polskiemu brzmi to Jak zostać królem... cóż, widocznie musi). To kolejny, po Królowej Stephena Frearsa, film o brytyjskiej rodzinie królewskiej, przedstawiający jej członków w ludzkim wymiarze. Jeśli ktoś jeszcze nie był, to koniecznie niech nadrobi tę zaległość. Naprawdę warto.

A jeśli o zazdrość chodzi, to czy kiedykolwiek polskie filmy, inspirowane polską historią osiągną taki poziom? Bym chciała...

czwartek, 9 grudnia 2010

Contemplata aliis tradere...


Dominikańskie zawołanie z powyższego tytułu (przekazywać innym to, co odkryliśmy dzięki kontemplacji) ma swoje rozszerzenie: wszędzie, wszystkim i na wszystkie sposoby. A ponieważ społeczeństwo w dużej mierze przeniosło się do internetu, skoro fejzbuk jest jednym z największych państw świata pod względem ludności, to głoszenie też trzeba przystosować do istniejących warunków. Dlatego nasi bracia kaznodzieje rzucili się w głębiny Sieci i zamiast głosić rekolekcje w kościele, wrzucają rekolekcje w wirtualność. I choć w powyższym zdaniu czai się wyrzut (bo jednak nie całe życie toczy się wirtualnie i bywają jeszcze ludzie, którzy nawet komputera nie mają, o internecie nie wspomnę...), to jednak warto takie rekolekcje sobie zafundować. Korzyści z tego wszelakie: nie trzeba wychodzić z domu w paskudną pogodę, nie trzeba mieszkać w strefie bezpośrednich wpływów dominikańskich, można się włączyć w dowolnej porze dnia lub nocy, wielokrotnie wracać do usłyszanych treści, a wszystko to zabiera dziennie jakieś dwie minuty. I do tego podane ludzkim językiem, bez „umiłowanych w Chrystusie sióstr i braci” oraz „drogich słuchaczy Słowa Bożego”. Krótko, jasno i na temat. I choć akurat tego brata wolę czytać niż słuchać, to i tak serdecznie polecam, bo mądrze gada! :) Przestrzegam tylko przed czytaniem komentarzy poniżej nagrania, bo włącza się w człowieku odruch fizjologiczny...

A jeśli ktoś nie ma w sobie na tyle heroizmu, żeby zrywać się przed świtem i gnać na Roraty, to na odpowiedniej stronie znajdzie nagrania pod wiele mówiącym tytułem: Roraty dla tych, co zaspali. Wprawdzie to tylko kazania, ale zawsze coś ;)



piątek, 1 października 2010

Wadowskie reminiscencje


O wernisażu w Muzeodajni już pisałam, nawet ilustrowałam fotkami. Ale magia ruchomych obrazków posiada olbrzymią siłę przekonywania, dlatego dziś zapraszam do obejrzenia filmowej relacji z wystawy (i Wadowa samego), którą nagrała telewizja internetowa CBC24.com. Mam wielką nadzieję, że ta relacja zachęci Państwa do chwilowego porzucenia światów wirtualnych i odwiedzenia realnej Muzeodajni :)

Zapomniane dziedzictwo Nowej Huty - Wadów from CBC24.com on Vimeo.

poniedziałek, 27 września 2010

Dziennikarstwo według GW


Nie wiem, śmiać się czy płakać? Ojciec znalazł dziś w sieci artykuł o rosnącej popularności szlaków jakubowych w Małopolsce (do przeczytania tutaj). Powinno mnie to ucieszyć, bo zawsze jakiś szum medialny wokół Sprawy się zrobi. Ale nie cieszy, bo artykuł jest tak beznadziejny i tak nadziany błędami, jak dobra kasza skwarkami...

Już zdjęcie budzi sprzeciw, bo ma przedstawiać pielgrzyma w Krakowie, a pokazuje dolny fragment dominikanina w trampkach, stojącego przed klasztorem na Stolarskiej. Owszem, też może być pielgrzymem, ale wśród kilku, którzy do Santiago się wybrali, żaden nie szedł z Krakowa (i nie w takim umundurowaniu...). Ale widocznie dziennikarzowi taki wizerunek bardziej pasował do wizji zacofanego pielgrzyma, niż człowiek w nowoczesnym rynsztunku turystycznym, którego na drodze jakubowej dziś można spotkać najczęściej.

Wspomniane zdjęcie...

A w samej treści też mamy niezłe kwiatki: z Heroda Agryppy zrobiono dwie osoby, z Sandomierza do Krakowa idzie się właściwie „od tyłu” (czyli najpierw mijamy Więcławice, a potem Kotuszów i Klimontów), a z drogi sandomierskiej zrobiono główny szlak (ciekawe zatem, dlaczego Via Regia nazywa się Drogą Królewską). Autor powołuje się na słowa profesora Jackowskiego, ale mam nieodparte wrażenie, że jego wypowiedzi zostały mocno okrojone i dlatego brzmią tak dziwacznie...

Zatem z jednej strony dobrze, że się o Drodze pisze, a z drugiej żal, że naszym dziennikarzom tak strasznie brakuje profesjonalizmu...

A jeśli ktoś z Państwa chciałby usłyszeć prawdziwą opowieść Drogi, to w najbliższy piątek, pierwszego dnia października, w krakowskiej Księgarni Hiszpańskiej na Małym Rynku, o godzinie 17.00 będzie można posłuchać kolegi Andrzeja, który tej wiosny przebył szlak z Wrocławia do Santiago tzw. Wysoką Drogą, przez Szwajcarię. Zaś o pielgrzymowaniu z Krakowa osobiście opowiem w tym samym miejscu 27 października. Zapraszam!

sobota, 25 września 2010

Historia Polski w osiem minut


EXPO w Szanghaju już się zakończyło, zatem w sieci pojawiła się długo oczekiwana pełna wersja eksportowego hitu polskiego pawilonu, czyli Animowana historia Polski według Tomka Bagińskiego. Zmieścić ponad tysiąc lat w ośmiu (i pół) minutach to wyczyn godny pochwały, zatem chwalę. Pora teraz trochę ponarzekać :)

Wprawdzie od strony technicznej animacja zrobiona jest nieźle, ale autorowi zdecydowanie lepiej wychodzą sceny batalistyczne (pewnie dlatego jest ich w tym filmie najwięcej) niż opowieści o życiu powszednim. Te ostatnie jakieś takie kanciate, przypominające animację gier komputerowych z ery przedshrekowej. Czyżby historia pozytywna była mniej malownicza niż mordobicie?

Oczywiście jest to film, który z konieczności operuje skrótami myślowymi i ma głównie robić wrażenie, a nie edukować narody o historii naszego kraju. Jednakowoż Animowanej historii Polski dobrze by zrobiło wprowadzenie większego optymizmu w fabułę. Bo teraz ma się wrażenie, że nasza historia to jedna wielka rąbanka z sąsiadami bliższymi i dalszymi (lub między sobą nawzajem). Śmiem przypuszczać, że jest to, niestety, efektem szkolnego programu nauczania, od bitwy do bitwy i od powstania do powstania...

Całkowicie jednak poraziła mnie płaska, mydlana końcówka w postaci flagi europejskiej, w którą przemienia się warszawskie(?) niebo. Okropny kicz, za który autorowi powinny się nocą śnić koszmary...

Ale niechże te minusy nie przesłonią nam plusów! Sami zobaczcie :)


czwartek, 1 lipca 2010

Piechotą na kraniec świata


Wrześniowy wieczór. Jeszcze jasno, bo w Hiszpanii słońce zachodzi później. Ale zamiast zachwycać się urodą galisyjskiego zmierzchu, mam ochotę gryźć i kopać. Chociaż nie, nie mam już na to siły... Od ponad godziny snujemy się asfaltową drogą pod górę, licząc że już za zakrętem pojawi się wytęsknione albergue, bo przecież z Lavacolla do Monte do Gozo jest tylko śmieszne 2 kilometry, a przynajmniej tak twierdzi autor naszego miniprzewodnika. Na dodatek znikają gdzieś przydrożne słupki, na których skrupulatnie odnotowywane są kilometry pozostałe do Santiago. O, są nareszcie jakieś budynki! No nie, to gmaszyska telewizji hiszpańskiej... Zatrzymajmy się na chwilę, a najlepiej w ogóle zostańmy tutaj. Ja dalej nie idę! No dobra, dobra, już się ruszam, ale to ostatnie podejście i naprawdę siądę i zacznę wyć...



Tak dowlokłyśmy się do Monte do Gozo - Wzgórza Radości, ostatniego przystanku pielgrzymów przed wejściem do Santiago de Compostela. Ale dla mnie to zawsze będzie wzgórze zwątpienia, które przyprawiłoby mnie o całkowitą rezygnację, gdyby Aśka nie zmusiła mnie do ostatecznego wysiłku. Kiedy dotarłyśmy wreszcie do recepcji ogromnego schroniska dla pielgrzymów, ja zamiast się cieszyć, ryczałam z wściekłości i bólu promieniującego z odbitej stopy do samego mózgu. Dopiero ciepły prysznic i smak San Miguela wypitego na zboczu wzgórza, z którego nawet za dnia nie było widać wież katedry św. Jakuba, uspokoiły nerwy na tyle, że nawet nocleg w pokoju z Niemkami już nie wyprowadził mnie z równowagi. No cóż, każdy się raduje jak potrafi...


Ale dopiero teraz, 5 lat od tamtych wydarzeń, dociera do mnie sens zawarty w całej sytuacji. Tak to już jest z Drogą, kto raz postawił na niej stopę, ten już nigdy nie przestanie pielgrzymować, nawet jeśli siedzi wygodnie w fotelu. Droga i tak się upomni o swoje i będzie Cię wzywać, aż znowu wyruszysz. Bo warto.


Doskonale o tym wiedzą Emilia i Szymon Sokolikowie, którzy rok temu wyruszyli z Saint-Jean-Pied-de-Port po francuskiej stronie Pirenejów, aby po 26 dniach wędrówki stanąć na Monte do Gozo, skąd do św. Jakuba z Composteli zbiega się o poranku następnego dnia. Swoje przeżycia, czasem podobne do tych opisanych powyżej, zawarli na blisko 400 stronach książki Do Santiago. O pielgrzymach, Maurach, pluskwach i czerwonym winie, wydanej przez Carta Blanca dosłownie przed chwilą. Ale to nie tylko ich wspomnienia, to także opowieści o pielgrzymach, świętych, cudach, królach i łotrach, architekturze katedr i małych kościółków, kulturze arabskiej i w ogóle fenomenie camino w jego ponad tysiącletniej tradycji, wplecione w pielgrzymią codzienność XXI wieku. A wszystko to okraszone całkiem praktycznymi uwagami dla wszystkich, którzy w tę tradycję zechcą się wpisać. Lektura wciąga niebywale, można nieopatrznie przejechać właściwy przystanek ;)

Już dawno żadna książka nie sprawiła mi takiej przyjemności!

wtorek, 25 maja 2010

Fabryka Pamięci


Po długich przygotowaniach, walce z wszelakimi przeciwnościami, katorżniczej wręcz pracy i innych sympatycznych wydarzeniach nareszcie jest. Oficjalnie 10 czerwca Muzeodajnia straci swoje zaszczytne miano najmłodszego oddziału i przekaże koszulkę beniaminka Fabryce.

Miejsce historyczne, Fabryka Emalii Oskara Schindlera, już dziś przyciąga rzesze turystów, głównie dzięki filmowi Stevena Spielberga. Ale nie będzie to tylko pamiątka kinematografii. Nowa wystawa stała Kraków. Czas okupacji 1939-1945 to opowieść o pięciu wyjątkowych latach z życia miasta w jego różnorodnych kontekstach. Bo czas okupacji to nie tylko barykady i walki partyzantów. To przede wszystkim codzienne życie  ludzi: okupowanych i okupantów. To będzie muzeum złożone ze skrawków pamięci, zachowanej w dokumentach, dźwiękach, przedmiotach i pamięci żyjących jeszcze świadków. To miejsce, w którym będzie można nauczyć się pamiętać...

Trudno będzie powiedzieć o tym miejscu, że jest przyjemne (bo wojna, na szczęście, mało komu sprawia przyjemność), ale na pewno będzie to ważny punkt na mapie historycznego Krakowa, zdecydowanie warty odwiedzenia. Do czego i Państwa zachęcam. Już niedługo.



środa, 21 kwietnia 2010

Isabelle, mon amour...


Rok temu marudziłam w tym miejscu, że mało kto pamięta o Izabeli z Poniatowskich Branickiej, kobiecie o skomplikowanym charakterze i nadzwyczaj bogatym życiorysie. Wprawdzie film oparty o tenże życiorys jeszcze nie powstał, ale w jej ukochanym Białymstoku pamiętają o niej poeci, a zwłaszcza jedna poetka, pani Krystyna Konecka. Dziś właśnie dotarł do mnie tomik poezji o wdzięcznym tytule Isabelle, mon amour... Ale! Tomik poezji to zbyt lakoniczne określenie tej pięknie wydanej książki. To nie tylko uczta dla ducha, ale i dla oczu, bo całość jest bogato ilustrowana fotografiami miejsc bliskich Izabeli, jej portretami oraz osób grających ważną rolę w jej życiu, fragmentami rękopisów, pamiątkami... A na dodatek całość jest tłumaczona na język angielski, aby rodacy księżnej Cavendish wiedzieli, że i Polacy swoją Panią Krakowską mieli!

Pani Krystyno - dziękuję!

czwartek, 25 marca 2010

Sałatka z Chopinem


Czekając dziś na kolejne wydarzenie wieczoru i poddając się wiosennej nucie roztargnienia, weszłam na chwilę do Empiku celem zmarnowania czasu i przeglądnięcia działu muzyki dawnej (a nuż pojawił się nowy Pérès albo staniał któryś z Savallów?). Chodząc tak między półkami, zauważyłam, że z głośników płynie rewelacyjna muzyka, najpierw coś bliskowschodniego, a zaraz potem hiszpańskie flamenco, płynnie przechodzące w rytmy afrykańskich bębnów. Zafascynowana takim bogactwem przyjemności zapytałam obsługę o ten fenomen dźwiękowy. I ku memu zdziwieniu pan podał mi... Chopina w pięciu smakach :)

Okładka płyty w necie, niestety, tylko w wersji angielskiej.
Ja nabyłam z polskimi napisami!


Chopin na 5 kontynentach
to pomysł Marii Pomianowskiej, kompozytorki, multiinstrumentalistki, wokalistki, która nie tylko odkrywa dawne brzmienia naszych rodzimych instrumentów i przywraca współczesnym zapomniane tradycje muzyczne polskiego ludu, ale też łączy je z etnicznym brzmieniem świata w nową, moim zdaniem świetną, jakość. Tym razem na jednej płycie doszło do międzykulturowego spotkania tradycji z kilku kontynentów, które w jedną całość spaja muzyka Chopina. Bo to jego utwory brzmią pod kostiumem aranżacji ludowej rodem z Persji, Andaluzji, Chin, Syberii, Armenii, Brazylii czy samego Dzikiego Zachodu. Chopin jest obywatelem świata, bo jego muzyka nie da się zamknąć żadnymi granicami, ani politycznymi ani muzycznymi. I z tego powinniśmy być dumni, nie tylko w tym roku.

Z muzycznej piwnicy wyszłam, rzecz jasna, z nieznacznie lżejszym portfelem.

czwartek, 11 marca 2010

Chopin po krakowsku


Za oknem zima. Białe paskudztwo to się pojawia, to znika. Zimno jest. I wieje. A ja mam urlop :)

Z tego też powodu zdarzyło mi się ostatnio odwiedzić dwie krakowskie wystawy poświęcone naszemu genialnemu kompozytorowi, który, jak wiadomo, z Krakowa prawie się nie ruszał, a przynajmniej bywał tu częściej niż Mickiewicz :)

Pierwsza z nich, Chopin. Weiss. Fin de Siècle, to zaledwie kilka rysunków Wojciecha Weissa, monochromatycznych szkiców do olejnego portretu Fryderyka Chopina. Portretu, który możemy sobie tylko wyobrazić, bo zaginął w naszej poplątanej historii. Weissowe zafascynowanie Chopinem oraz tajemnice warsztatu artysty odkrywa przed widzami film, który wyświetlany jest na jednej ze ścian galerii jako doskonały komentarz do wystawionych prac. A całość zobaczą Państwo w piwnicach Pawilonu Wyspiańskiego na Placu Wszystkich Świętych otuleni w miękkie tony muzyki naszego Fryderyka. Jeśli zaś komuś mało wrażeń, to wystawie towarzyszy pięknie wydany katalog, zawierający nie tylko reprodukcje wystawionych rysunków, ale również inne prace artysty pochodzące ze zbiorów rodzinnych. Wystawa powstała dzięki Fundacji Muzeum Wojciecha Weissa, która ma zamiar stworzyć w pałacu w Kościelnikach miejsce prezentacji prac tego wciąż mało docenianego artysty, z czego Muzeodajnia raduje się wielce pomimo niesprzyjającej aury.

Chopin wchłaniany przez geniusz muzyki...
Widzicie te ręce biegające po klawiaturze? Genialnie uchwycony ruch i skupienie

Druga wystawa, Chopin w Krakowie i osobiste po nim pamiątki, prezentowana jest w Collegium Maius. Pretekstem do zorganizowania wystawy właśnie w tym miejscu jest wpis młodego Chopina do księgi pamiątkowej Biblioteki Jagiellońskiej, która w 1829 roku wciąż mieściła się w starym gmachu Collegium Maius. Tego właśnie roku Fryderyk wraz z kolegami był na wycieczce szkolnej w kopalni w Wieliczce (wpis w osobnej księdze), a w starym Krakowie zwiedzał m.in. uniwersytet. I tu przestroga dla dziatwy szkolnej: jeśli już musisz iść do muzeum, to wpisz się w księgę pamiątkową tak, żeby się później nie wstydzić przed potomnością. Fredek potrafił.


Podpis dziewiętnastoletniego Chopina w wielickiej księdze gości

Na wystawę trafiłyśmy przypadkowo, szukając zupełnie innego miejsca, i dzięki temu przypadkowi odkryłyśmy, dlaczego Fryderyk nie umiał wysiedzieć w domu. Bo któż z Was, drodzy czytelnicy płci mniej pięknej, umiałby wysiedzieć na krześle obitym niebieściutkim materiałem ze wzorkiem w różyczki, jaki naszemu geniuszowi własnoręcznie haftowała George Sand?


Obydwie księgi z autografem Mistrza, błękitne „arcydzieło” tapicerskie oraz wiele innych pamiątek (w tym kilka gipsowych odlewów lewej genialnej dłoni oraz jeden prawej) wystawione są w dolnych salach naszej Almae Matris.

I na koniec rzecz nie bez znaczenia: obydwie ekspozycje są bezpłatnie udostępniane wszystkim chętnym, co jest miłym dodatkiem do interesującej treści.

piątek, 12 lutego 2010

Zabierz książki z biblioteki!


Książki drogie są, w dodatku nie tylko sercu, ale jeszcze bardziej kieszeni (lub portfelowi, zależy gdzie trzymasz swoją kartę płatniczą). Dlatego cieszy człowieka fakt, że sklepy internetowe robią przeceny, że istnieje Allegro oraz tunel „Magda” pod krakowskim dworcem. Ale w ostatecznym rachunku i tak stolica jest uprzywilejowana...

A to za sprawą Festiwalu Książek Przeczytanych, organizowanego w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego. Każdy, kto dotrze do tego, pięknego skądinąd, gmachu w najbliższą niedzielę w godzinach od 10.00 do 17.00 i zakupi bilet w wysokości ceny przeciętnej książki (czyli 20 zł), będzie mógł wybrać spośród 20 tysięcy woluminów tyle, ile zdoła unieść. Strażnik przy wejściu najwyżej się uśmiechnie. Można też przy okazji pozbyć się książek, które tylko zajmują miejsce na półce (za 20 egzemplarzy otrzymuje się 50% zniżkę na bilet :) ). Kto nie zdąży, następną szansę będzie miał za miesiąc.


Więc jeśli nie masz, droga Czytelniczko, drogi Czytelniku z Warszawy, planów na Walentynki, to ruszaj na randkę z książkami! A reszta Polski niech zazdrości albo weźmie przykład ze stolicy. Czasem warto :)

wtorek, 2 lutego 2010

Piękno dla uszu (i oczu też)


Kilka naprawdę depresyjnych dni nowego roku już za nami, pora najwyższa wziąć się w garść. Od Ani dostałam skierowanie na terapię muzyczną na pewną stronę internetową. Terapia śródziemnomorska, hiszpańska, o bardzo starej tradycji. Bardzo dziękuję! A ponieważ takich skarbów nie powinno się trzymać dla siebie, więc przekazuję dalej:



Krótki kurs obsługi: po skończonej pieśni pojawią się na dole okienka różne zdjęcia. Klikając na wybrane dostajemy kolejną dawkę muzycznej pigułki wzmacniającej. Na zdrowie! :)


sobota, 2 stycznia 2010

Patron szczęśliwych zbiegów okoliczności


Wczoraj się rozpoczął. Święty Rok Jakubowy, podczas którego Puerta del Perdón santiagowskiej katedry będą stały otworem dla każdego, kto chce otrzymać przebaczenie swoich grzechów, które jest (a przynajmniej było) celem pielgrzymowania do grobu Apostoła. Tak dzieje się każdego roku, w którym uroczystość św. Jakuba (25 lipca) wypada w niedzielę, a pierwszy raz zdarzyło się w 1120 r. Potem Drzwi Przebaczenia zostaną zamknięte aż do 2021 r., a pielgrzymi znów będą przechodzić przez „ordynaryjne” Portico de la Gloria mistrza Mateo.

W związku z tym wiele się będzie działo wokół tematów jakubowych, również w Krakowie. Już za tydzień, w sobotę o 18.00, koncert w dominikańskim kapitularzu. Pieśni do świętego Jakuba, od XII w. do czasów współczesnych, wykona chór Schola Cantorum Cracoviensis pod dyrekcją Basi Karpały. O wielu innych ciekawych wydarzeniach czytajcie na jakubowych stronach (linki po lewej stronie, poniżej etykiet :) Warto mieć oczy i uszy otwarte, bo tegoroczny jubileusz trafił w czas ogromnego zainteresowania tematem camino de Santiago.


Uśmiechnięty święty Jakub w stroju pielgrzyma, z portalu Drzwi Przebaczenia w Santiago de Compostela



A ponieważ święty Jakub jest patronem od zbiegów okoliczności (co zostało stwierdzone empirycznie), więc wszystkim Wam życzę mnóstwa szczęśliwych „przypadków” na Waszych codziennych drogach.


czwartek, 31 grudnia 2009

Tajemnice mistrzów


Londyńska National Gallery prezentuje właśnie wystawę poświęconą siedemnastowiecznej hiszpańskiej sztuce sakralnej, charakteryzującej się olbrzymim realizmem przedstawień. Wśród prac takich mistrzów, jak Diego Velázquez czy Francisco de Zurbarán, znalazły się też słynne hiszpańskie malowane rzeźby. Odziani w złotogłów święci, wodzący za człowiekiem błyszczącymi oczyma, sprawiają niesamowite wrażenie życia zamkniętego w drewnie. Jeśli nawet nie wybieracie się do Londynu, to na zamku w Pieskowej Skale można się spotkać z takim właśnie św. Dominikiem. Gorąco polecam, nie tylko dlatego, że to akurat Dominik :)

Ale londyńscy muzealnicy nie poprzestali jedynie na pokazaniu „efektu końcowego”. Zachciało im się wydrzeć dawno zmarłym mistrzom tajemnicę ożywiania drewna. Na wystawie towarzyszącej odsłonili techniki, sposoby i sztuczki, jakimi posługiwali się rzeźbiarze, aby uzyskać efekt przyprawiający o drżenie niepokorne serca (wszak to czasy wojującej kontrreformacji). A jednym z elementów wystawy jest poniższy filmik, może nieco długi, ale wart obejrzenia. A nuż zapragniecie sami zrobić taką rzeźbę do domowego ołtarzyka? ;)



czwartek, 10 grudnia 2009

BiblioNETkołaj


Grudzień, czas niespodziewanych (i spodziewanych też) prezentów. I ja byłam grzeczną dziewczynką, bo pomimo grypy przybył do mnie Mikołaj. A dokładnie BiblioNETkołaj, przynosząc ze sobą biografię Jane Austen (okładka w załączeniu). To bardzo przyjemne uczucie, kiedy ze skrzynki pocztowej wyciągasz przyjemnie grubą paczuszkę :)

A teraz o samym pomyśle BiblioNETkołajów. Na tym portalu, na którym ludzkość chwali się, jakie książki czyta albo szuka czy daną książkę przeczytać warto, od kilku lat w okolicy wspomnienia Świętego z Miry organizowana jest świetnie pomyślana akcja. Masz w domu książki, które niekoniecznie muszą Ci zapychać biblioteczkę? Sprawdź, kto z użytkowników BiblioNETki ma tę książkę w schowku pod hasłem „Poszukuję”. Następnie wyduś z administracji* (za pomocą prostego maila) dane adresowe delikwenta i wyślij paczkę do spragnionego daru grzecznego chłopczyka lub dziewczynki. Proste, a ile radochy daje, zarówno adresatowi jak i nadawcy :) Ostatecznie, nawet jeśli nie zależy Ci na sprawianiu innym radości, zrobisz sobie miejsce na półce na nowe prezenty, bez wyrzutów sumienia, że oddajesz książkę na makulaturę...

Akcja ciągle trwa. Ty też możesz zostać Świętym Mikołajem!**

* Dla zaniepokojonych, że następuje tu jakieś naruszenie tajności danych osobowych: spojrzyjcie w wyjaśniający komentarz poniżej i spokojnie dalej mikołajcie :)

** Gwiazdorem, Dziadkiem Mrozem, Gwiazdką, Aniołkiem, Dzieciątkiem i czym tam jeszcze chcesz, biorąc pod uwagę uwarunkowania geograficzne...

środa, 18 listopada 2009

Jesienna nowalijka


Wróciłam właśnie ze spotkania w Księgarni Hiszpańskiej, na którym ks. Andrzej Mojżeszko opowiadał o swoich przygodach na Wielkopolskiej Drodze Świętego Jakuba, po której pielgrzymował rok po naszej (mojej i Aśki) peregrynacji z Poznania do Jakubowa. To zadziwiające, jak podobne mamy wspomnienia, i te dobre i te mniej dobre :) W gabinecie ikonograficzno-podróżniczym zamieszczam link do kilku fotek z tej naszej wędrówki w 2007 roku, choć ze skąpymi opisami. Może kiedyś je uzupełnię...

A ze spotkania wyszłam z prezentem, czyli jeszcze cieplutką i pachnącą farbą drukarską książeczką-pamiętnikiem ks. Andrzeja, napisaną piękną polszczyzną, a zarazem bardzo przystępnie. To zdecydowanie najnowsza książka o camino, a pierwsza zawierająca wspomnienia z polskich dróg. Taka niespodziewana nowość jesienna :) Połowę już przeczytałam, ba, połknęłam niemal! Jeśli ktoś zechce przeczytać, to niech w najbliższym czasie poszuka jej w dobrych księgarniach. Ewentualnie uśmiechnie się do mnie i ustawi w kolejce :)

środa, 16 września 2009

Zwierzątka Marii Magdaleny


Gronostajowi, zwanemu Łasiczką, znudziły się wreszcie objęcia Damy, a właściwie jej żelazny uścisk. Zwierzę postanowiło zatem zwiać, jak najdalej od Czartoryskich i ich groźnej Lady. A ponieważ najłatwiej schować się w tłumie, więc mądre stworzenie zmultiplikowało się i opanowało cały plac Marii Magdaleny w Krakowie. Siedzi sobie teraz w równych rządkach i udaje, że nic się nie stało. Tylko ksiądz Skarga wydaje się być przerażony tym, co widzi i desperacko macha ręką na swojej kolumnie, żeby rozgonić podstępne potwory...

Jeśli ktoś jeszcze nie widział instalacji Ottmara Hörla, przygotowanej z okazji 30-lecia partnerstwa miast Krakowa i Norymbergi, to niech koniecznie do 25 września odwiedzi okolice dawnego Muzeum Wyspiańskiego. Wrażenie nieziemskie :)


Tu bohater opowieści w zbliżeniu

Jednak na Kacprze nowoczesna instalacja nie robi żadnego wrażenia... :)

piątek, 4 września 2009

Muzeum w Sieci


Nie będzie to opowieść o muzeum rybołówstwa lub hitów amerykańskiej kinematografii. Tym razem o naszej polskiej rzeczywistości (choć nieco wirtualnej), która potrafi pozytywnie zaskakiwać.

Pamiętacie Państwo Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach, które parę miesięcy temu polecałam jako warte zobaczenia? Teraz polecam tym bardziej :)

Dostałam bowiem dziś ciekawego mejla o takiej treści: „Zapraszam do lektury bloga towarzyszącego wystawie pn. Made in Poland. Zabawki z polskich spółdzielni zabawkarskich.
Wystawa do obejrzenia w Muzeum Zabawek i Zabawy w Kielcach, codziennie oprócz poniedziałków, w godz. 9.00-17.00 (do końca czerwca 2010 r.), a blog cały czas.” Okazało się, iż w ramach wystawy o PRL-owskich zabawkach (czyli NASZYCH zabawkach drodzy czytacze...) została stworzona „wirtualna sala” czyli blog, na którym autorzy zamieszczają zdjęcia, opowieści, wspomnienia o dziecięcych zabawkach dzisiejszych internautów. Na stronie zamieszczono apel o podzielenie się swoimi wspomnieniami i widać, że kilka osób już odpowiedziało. Powstaje zatem wirtualny album o dzieciństwie i zabawkach w czasach PRL-u, który niejednego zwiedzającego wzruszy i rozrzewni...

Jest to zdecydowanie najciekawsza propozycja interaktywnego muzeum, o jakiej ostatnio słyszałam, dlatego polecam wszystkim zwiedzenie wirtualnej sali wystaw w Kielcach oraz zachęcam do włączenia się do akcji!