Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą pies. Pokaż wszystkie posty

piątek, 1 marca 2019

Klocek


Wczoraj o godzinie dziewiętnastej wyruszyliśmy na rodzinną przygodę (prawie w komplecie – pies został jednak w domu). Cel wyprawy zdawał się być kuszący i atrakcyjny, więc towarzyszyły mu adekwatne emocje – lekkie poddenerwowanie i skrywana ekscytacja (u dorosłych członków wycieczki – czyli u konkubenta i u mnie) oraz radosne piski (u poTomka). 
Wsiedliśmy do samochodu i udaliśmy się na ulicę Ogrodową (cóż za romantyczna nazwa!), aby OBEJRZEĆ MIESZKANIE. Nie była to pierwsza tego typu przygoda, w ostatnim czasie zwiedziliśmy już kilka mieszkań na sprzedaż (nasze obecne lokum przestało spełniać standardy rodziny wielodzietnopsiej). Jednak wczorajsza wyprawa zupełnie nas zaskoczyła. 
Od kilku dni Konkubent pozostawał w kontakcie z właścicielką przestronnego lokalu przy Ogrodowej, która kusiła go atrakcyjnymi zdjęciami (mieszkania) i obietnicami niezapomnianych widoków z balkonu. 
Udaliśmy się więc na miejsce. 
Drzwi otworzyła nam przemiła Pani Właścicielka zapraszając nas do kuchni (stan: do generalnego remontu – mieliśmy tego świadomość). Wręczyła nam wydruki z przykładowymi aranżacjami przestrzeni po czym powiedziała, że pozostałej części mieszkania nie zobaczymy. Lokatorzy (studenci) są nieobecni i pozamykali swoje pokoje na klucz. „Ale mogę pokazać Państwu zdjęcia przepięknego widoku z balkonu!” – usłyszeliśmy na pocieszenie. Zostaliśmy także zaprowadzeni do łazienki i toalety (gdzie unosił się swojski zapach tak zwanego klocka. Jak to w starych ubikacjach – wiadomo). 
Wyprawa zakończyła się sukcesem – do końca wieczoru byliśmy w doskonałych nastrojach. Ciekawe co przyniesie następna przygoda!

poniedziałek, 16 maja 2016

Na zdrowo


Bernadetta miała szalone plany na przyszłość. Wypisała je w różowym notesie i każdego dnia skrupulatnie wykreślała kolejny osiągnięty cel. Szaleństwo tych planów objawiało się w rozmiarze notatnika. Był gruby.
Bardzo gruby.
Miał trzysta stron, a każda z nich została opatrzona datą i zapisana drobnym druczkiem. Terminarz rozpoczynał się dziś, a kończył w niewiadomej przyszłości.
Gdyby Bernadetta zgubiła różowy notatnik i znalazłby go jakiś biedak na ulicy (biedak nie w sensie, że bez pieniędzy tylko, że musiałby to wszystko przeglądnąć. Musiałby to zrobić bo każdy normalny człowiek jest chociaż trochę ciekawy życia innych ludzi), mógłby przeczytać w nim, że jego właścicielka planuje:
- jutro kupić rabarbar, napisać maila do Joli, odnieść buty do szewca
- w poniedziałek wybrać prezent dla mamy, przesadzić kwiatki na balkonie, upiec ciasto
- w przyszłym tygodniu zrobić przegląd samochodu i własnego uzębienia
- za rok mieć już kupione mieszkanie z balkonem
- za dwa lata wziąć ślub z Franiem, kupić domek z ogródkiem pod lasem
- za pięć lat wydać książkę, zarabiać pińć tysięcy w dwa tygodnie i zwiedzić Australię
- za dziesięć lat mieć kawiarnię, księgarnię i studio spa
- na emeryturze mieć już zwiedzony cały świat (ewentualnie poza Mauritiusem)
- kupić dom na Mauritiusie i tam zamieszkać, prowadzić schronisko dla bezpańskich psów

W środę Bernadetta miała zaplanowane podcinanie grzywki, wysłanie listów do ZUSu i malowanie roweru (bo zardzewiał). Niestety, ZGUBIŁA notes. Wszystkie plany poszły się paść na łąkę bo Bernadetta szukała go aż od późnych godzin nocnych. Nie znalazł się. Kolejny dzień również był cały na marne ponieważ biedaczka nie mogła przypomnieć sobie co zaplanowała. W wyniku zdenerwowania zapomniała o wszystkim co zamierzała robić w najbliższym czasie! W myślach kołatał jej się ciągle ten domek ze schroniskiem na Mauritiusie oraz przegląd uzębienia. Ale co jeszcze miała w planach? Nie pamiętała!

Postanowiła więc zająć się realizacją tego, czego nie zapomniała. Udała się do dentysty, a potem kupiła bilety na Mauritius (gdzie zabrała także Franka).

I okazało się, że zgubienie notatnika to było całkiem sensowne rozwiązanie!


środa, 7 maja 2014

Sklep



Dzisiaj do sklepu przyszedł gołąb.
Siedziałam za biurkiem i obserwowałam go jak wędrował po ulicy, ponieważ pewnym krokiem zmierzał w moją stronę. Dotarł aż do drzwi. Przechodząc przez wycieraczkę (z napisem Dzień Dobry) trochę zwolnił. W końcu wkroczył do środka. Wyglądał na bardzo pewnego siebie. Ewidentnie wiedział co robi. Przeszedł przez cały sklep (który nie jest zbyt duży), dotarł do miejsca w którym siedziałam, wypiął kuper i... zrobił to, co gołębie robią najlepiej. A potem zwyczajnie wyszedł, jak gdyby nigdy nic.
Wszystkim powtarzam, że zwierzęta są w moim sklepie mile widziane. Ale ten gołąb trochę przesadził.
Słyszałam, że był później w sklepie obok.
Bardzo prawdopodobne, że ma jakąś tajną misję.

Siedząc całymi dniami w moim sklepie marzeń, spotykam mnóstwo ciekawych klientów (z reguły bardziej kulturalnych niż ten gołąb). Przychodzą sami, z dziećmi, z mamami, babciami, mężami, chłopakami, psami, kotami, a nawet królikami. Czasem widuję też pana, który prowadzi na smyczy dwa kucyki, ale jeszcze nigdy nie wpadł do Absurdaliów.
Rzadko się zdarza, żeby ktoś wszedł do sklepu i zaraz wyszedł obojętnie. Raczej jest tak, że wchodzi jedna osoba (tzw. zwiadowca), rozgląda się i po chwili woła resztę (czekających na zewnątrz), żeby zobaczyli te piękne rzeczy ręcznie wykonane :) Oglądają, wybierają, czasem opowiadają mi różne ciekawostki z życia i zabierają w świat nasze zabawki.
Mnóstwo lisków, króliczków, myszek, laleczek i innych misiów poleciało do Francji, Hiszpanii, Włoch i Ameryki. Niektóre zostają w kraju, jadą do Poznania lub Radomia i jest im z tym dobrze.

A ja sobie siedzę, dzień w dzień w moim sklepie z marzeniami. W dzień powszedni, niedzielę i święta. I obserwuję tych wszystkich ciekawych ludzi. Podglądam i podsłuchuję. A jak wychodzą to bawię się zabawkami!
I szyję!
Na razie uszyłam psa. Było to okropnie trudne z tego względu, że nie lubię szyć. Ale czasem nachodzi mnie taka dziwna potrzeba stworzenia czegoś. I padło na psa. Powstawał jakieś trzy tygodnie! Mamma mia.

Pozdrowienia z Absurdaliów!


sobota, 6 kwietnia 2013

Nasz dom


Czasem wybieram się na strych. Jest to wyprawa, z której zawsze wracam z jakimś skarbem. Kiedyś znalazłam tam najwspanialszą książkę jaką kiedykolwiek miałam w rękach! Zajmuje bardzo szczególne miejsce na mojej półce.

Książka ma tytuł "Nasz dom" i jest pracą zbiorową wielu autorów wśród których są m.in Henryk Sienkiewicz, Eliza Orzeszkowa, Maria Konopnicka i Bolesław Prus! Wydano ją w 1912 roku co czyni ją jeszcze bardziej wyjątkową!
"Nasz dom" to, jak głosi podtytuł, wspaniały "Poradnik praktyczny gospodarczo-społeczny dla kobiety polskiej"! Jest w nim wszystko, co każda gospodyni powinna wiedzieć (od zakładania i prowadzenia gospodarstwa, przez wygląd ścian, podłóg, pokoi, ubioru i "hygieny" każdego mieszkańca, szczegółowego wyposażenia całego domu, wywabiania plam, pomocy ratunkowej aż do spraw prawnych).

Książka ma ponad sto lat, napisana jest przepięknym językiem! :D Każde zdanie z "Naszego domu" warte jest zacytowania! Wybrałam tylko kilka fragmentów:

"Chcąc utrzymać dom w porządku, a uniknąć plagi, zwanej domowemi porządkami, trzeba codziennie sprzątać gruntownie jeden pokój ażeby każdy miał swoją kolej raz na tydzień."

"Po skończonej chorobie odkazić całe mieszkanie, wszystkie rzeczy i książki, zabawki spalić, naczynia użyte do picia, jedzenia - wygotować w rostworze sodowym."

"Dzieci i młodzież (zarówno chłopcy jek i dziewczynki) powinny uprawiać rozmaite sporty takie jak pływanie, ślizgawka, wycieczki, przechadzki itp."

"Podróże poślubne są szkodliwe dla wielu młodych mężatek, które więcej w tym czasie spokoju potrzebują, niż niewygód, nadmiaru wrażeń i podniet."

"Kąpiel codzienna lub natryski pozostaną jeszcze dla wielu niedoścignionym ideałem, brak czasu, warunki mieszkaniowe i materyalne niestety większości utrudniają wykonanie tych zabiegów. Przy odpowiednich jednak chęciach można przy minimalnym wydatku urządzić prysznic pokojowy przenośny i stosować codzienne ablucye całkowite, wreszcie można myć się w miednicy od stóp do głowy codziennie, a 2 razy lub ostatecznie raz w tygodniu brać kąpiel. To ostatnie - jest minimalnem wymaganiem hygieny od kulturalnego człowieka."

"Z brudem i pyłem musimy walczyć bezustannie i szukać środków najskuteczniejszego przeciwdziałania. [...] Posadzka froterowana miła jest dla oka; czyszczenie jej nie przestało być barbarzyńską pracą nawet przy udogodnieniach: wycieraniu benzyną, pomadką, suknem i szczotką ciężką na kiju."

 "Nożów nie myć nigdy bo tępieją. Brudne przecierać i oczyścić ostrza na deseczce obitej skórą, posypanej cegłą utłuczoną miałko i przesianą. Myć tylko trzonki z wodzie z mydłem."

"6 tygodni po porodzie - stanowi okres stopniowy rekonwalescencyi - okres połogowy. Przez ten czas nie kąpać się, żyć w abstynencyi, zimą lepiej nie wychodzić z mieszkania."

"Fartuch dla służących oddzielnie do słania łóżek, oddzielnie do przątania i kuchni. Jeszcze jeden fartuch w każdym dobrze zorganizowanym domy, zwłaszcza, gdzie są dzieci jest nieodzowny."

"Nigdy nie zwierzać się z żadną dolegliwością towarzyszom wycieczki. To źle oddziaływa."

*Pisownia oryginalna!



Ferdek oglądający film w 3D oraz Laura wpatrująca się we mnie z nadzieją na zabawę ;)


niedziela, 27 stycznia 2013

Pies


Piesek Ryszard siedział na chodniku wpatrzony w stoisko z pieczonymi kurczakami. Ogromne płatki śniegu spadające z nieba osiadały na jego brązowym futerku. Mróz szczypał pieska Ryszarda w nosek (aż wywołał u niego głośne kichnięcie).

A kurczak tak pachniał... Piesek Ryszard wyobrażał sobie jego delikatny smak i chrupiącą skórkę. Mniam... Gdybym mógł tylko spróbować malutki kawałeczek - myślał sobie i od razu robiło mu się odrobinkę cieplej (bo był już bardzo zmarzniętym pieskiem Ryszardem). Chude łapki drżały mu z zimna, a w brzuszku kiszki grały marsza.

W końcu do pieska Ryszarda podszedł zaciekawiony szczurek Igor (który był bratem pieska). Usiadł obok niego i również spojrzał na stoisko z pieczonymi kurczakami.

- Na co patrzysz? - Zapytał swojego brata, pieska Ryszarda.
- Jak będę duży to zostanę panem od pieczenia kurczaków pieczonych - Powiedział mu rozmarzony piesek.
Szczurek Igor zamyślił się (kilka minut siedzieli w całkowitej ciszy).
- A ja będę ratownikiem na basenie! - Odezwał się w końcu szczurek Igor.

Chwilę jeszcze posiedzieli przy stoisku z kurczakami, a później zebrali się i poszli do swojej norki w Parku Jordana. Od kilku miesięcy mieszkali w jamie pod wielkim jałowcem. Domek ich osłonięty był od zawiei i zamieci śnieżnych (a także od wścibskiego wzroku ludzi).

Tak właśnie mieszkał sobie piesek Ryszard ze swoim bratem szczurkiem Igorem. 


Na zdjęciu bliski krewny pieska Ryszarda - piesek Ferdek ;) Oraz jego młodsza siostra Laura (ta gryząca kość). Szczurek też był. Był strasznie mądry i kochany. Aktualnie przebywa w Szczurkowym Raju. 


fot. Piotr Galus



Strasznie miła niespodzianka mnie dziś spotkała - bardzo sympatyczny post na blogu Agnieszki i Odessy :) :) :) Zaglądnijcie TU! 

I jeszcze chciałam pozdrowić Kasię, z którą chyba czytamy sobie w myślach bo wtedy, kiedy ja pisałam ten post, ona wysyłała mi smsy, że chce pomagać bezdomnym psom! :)




czwartek, 23 sierpnia 2012

Balonem



To jest rysunek narysowany specjalnie dla Jo. Jest jej własnością. Więc nie ma żartów!

Bo chciałam Wam powiedzieć, że żyrafy i psy kundelki bardzo lubią latać balonem! Podobnie jak inne zwierzęta pozbawione skrzydeł. Bo mogą wtedy wyciągnąć łapkę i... dotknąć chmur!
Mogą też polizać chmurę jeśli chcą! I zobaczyć, że smakuje jak deszcz :)
Żyrafy i psy kundelki raczej nie latają balonem samodzielnie bo jest to zbyt niebezpieczne. Dlatego musiałam narysować ich razem z Iwonką i jej córeczką Tolą.

Żyrafa i pies kundelek mieszkają sobie w Ogrodzie Zoologicznym. Po tym, jak w zoo działy się Przedziwne Rzeczy, żyrafa i piesek (który ma na imię Franek) z całych sił zapragnęli polatać chociaż przez chwilkę! Zobaczyć świat z góry, poczuć wiatr w uszkach i w nozdrzach...! Ah! Całe szczęście, że Iwonka i Tola zgodziły się zabrać ich na małą wycieczkę balonem.
Piesek Franek pomyślał sobie, że po tej podróży na pewno wszystkie zwierzęta w zoo też będą chciały polatać balonem, ale nie powiedział tego Iwonce. Na wszelki wypadek.
Bo zwierzęta w tym Ogrodzie Zoologicznym wyjątkowo polubiły latanie. Wiedzieli o tym wszyscy, którzy mieszkali w sąsiedztwie zoo.

Co to za dziwne zwierzęta mieszkają w tym zoo? - tak sobie pewnie pomyśleliście. Ja też tak sobie czasem myślę. Ale jestem na tropie! Już wiem coraz więcej na ich temat. Chciałabym dowiedzieć się o nich jeszcze więcej, ale... zupełnie nie mam czasu ostatnio. Stąd też moje zaniedbania blogowe.
Nadrobię niedługo :)

A dzisiaj zupełnie przypadkiem zauważyłam, że dostałam od Maryś niesamowicie sympatyczne wyróżnienie :) Nie miałam czasu zaglądnąć na Wasze blogi bo mój laptok miał wakacje. Włączyłam go dzisiaj, a tu taka miła niespodzianka :) Dziękuję i polecam blog Maryś :) Mojej imienniczki :)

A poza tym to strasznie trudno mi było napisać tych parę zdań bo Monsz mój tu obok fotografował w tym czasie... LIZAKI! A ja uwielbiam lizaki! I zupełnie nie mogłam się skupić na pisaniu.

sobota, 9 czerwca 2012

na spacer



Produkuję te rysunki takie wielkie, że nie da się ich zmniejszyć nie tracąc na jakości. I potem brzydko wyglądają na blogu :( Co mam zrobić?

Strasznie dzieciowo się zrobiło u mnie. Monsz mój, fotograf znamienity, postanowił fotografować niemowlęta. W związku z tym, cały wczorajszy wieczór montowaliśmy studio fotograficzne w jego pokoju.
I zostałam wysłana na zakupy ubrankowe, żeby dzieci jakoś ciekawie wystylizować!
Mamma mia.
W morzu maleńkich trampeczek, czapeczek, skarpeteczek i sukieneczek odnalazłam malutką tiulową spódniczkę baletniczkę i kwiatuszkowe opaski, które wyglądają jak wianuszki i sweterek maleńki z misiem i w ogóle!
Pierwszy maleńki człowieczek (na prawdę maleńki jakniewiemco!) został już dzisiaj starannie sfotografowany. Chyba mu się podobało :) Następne dzieci jutro!
Straszliwsko jestem ciekawa efektów.

Z tej okazji narysowało mi się taką dziewczyn(k)ę z psem.

----
Ilość użytych słów w tym poście:
maleńki: 5

Po wielu męczących i nieudanych próbach pomniejszenia rysunku - wstawiam fragment nieco większy. 


niedziela, 22 kwietnia 2012

Para z psem




Takie mi się narysowało w sobotę jak siedziałam u menrza.
On obrabiał zdjęcia w fotoszopie, więc ja sobie oglądałam moje ulubione blogi.


Bo to blogi wrzuciły mi do głowy pomysł na ten rysunek - często różne zwyczajne rzeczy (po których nikt by się tego nie spodziewał) lubią wrzucać ludziom do głowy nowe pomysły.

Te blogi są strasznie ładne dla oka. Straszliwsko miło się je ogląda i śledzi życie osób, które je piszą (a częściej - fotografują). Wszystko co się znajduje na tych zdjęciach jest takie estetyczne, pastelowo-kolorowe, ładne i właściwie trochę wyidealizowane. No i można podglądnąć jak żyją sobie inni ludzie np. na drugiej półkuli - gdzie byli wczoraj na spacerze, co zjedli na obiad (to ciekawe, ale Amerykanie naprawdę bez przerwy jedzą hamburgery!), w co się ubrali na imieniny znajomej i w ogóle. Bardzo ciekawa sprawa. Z milion razy lepsza niż te seriale na TVP.


Pozdrawiam mamę, która (jako jedna z trzech-czterech osób) ogląda czasem mój blog!