Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Absurdaliusz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Absurdaliusz. Pokaż wszystkie posty
środa, 25 listopada 2015
I znowu zima
Laura obudziła się w piątkowy poranek i spostrzegła, że znowu nadeszła zima. I pomyśleć, że jeszcze wczoraj biegała w samych pantalonach, boso po trawie! A dzisiaj już śnieg! Trzeba poszukać wełnianego pulowerka w renifery i napełnić wrzątkiem termofor - pomyślała.
Całe szczęście, że Laura lubiła śnieg. Takim osobom łatwiej jest przetrwać zimę (bo ostatecznie są nawet w stanie ubrać te osiem kilogramów kurtek, rajtek, majtek, czapek i traperów i wyjść z domu na mróz - choćby po to, żeby ulepić kulkę ze śniegu).
Dlatego w ten piątkowy poranek Laura wdziała frociane kalesony oraz swój znoszony kombinezon narciarski i opuściła ciepełko domowego ogniska (czyli ukochaną kołderkę w mięciutkim łóżeczku).
Największą przyjemność sprawiało Laurze powolne kroczenie po śniegu. Nogi miała lekko ugięte w kolanach, plecy pochylone i szła w jakby zwolnionym tempie. Wyglądała bardzo dziwnie (i nawet spacerujące po parku psy szczekały na nią przeraźliwie bo wydawała im się podejrzana). Pierwszy krok na świeżym śniegu to przecież sama przyjemność! - powtarzała zdziwionym przechodniom. But należy położyć delikatnie i z wyczuciem, począwszy od pięty powoli dołączając resztę stopy. Tylko w ten sposób można w pełni delektować się przyjemnym "chrupaniem" śniegu pod butami.
Chrup chrup chrup chrup chrup chrup chrup chrup chrup chrrrruuuup
Odgłos chrupania zawsze kojarzył jej się z tatą i jego dużymi brązowymi butami kroczącymi po śniegu w drodze na pasterkę. W jej wyobraźni śnieg błyszczał wtedy jak miliony kryształków oświetlony światłem księżyca i (wszechobecnymi w okresie świątecznym) lampkami choinkowymi.
Szkoda, że od kilku lat nie było śniegu na święta - westchnęła w myślach Laura i podskoczyła, żeby zerwać z drzewa wielki sopel lodu (wisiał tam i aż kusił, żeby go wziąć do ręki!). Pooglądała go z bliska i daleka, przełamała na pół i już miała nim rzucić w dal, kiedy usłyszała na plecami męski głos.
- Taki wspaniały sopel na zmarnowanie!
Obok niej stał wysoki chłopak, a na głowie miał czapkę ze sterczącymi na boki psimi uszami.
Jego niecodzienny wygląd nie zrobił na Laurze większego wrażenia - w końcu mieszkała w Krakowie, a tu taka "ekstrawagancja" była na porządku dziennym. W duchu stwierdziła jednak, że całkiem do twarzy mu było w tym psie.
Podała chłopakowi przełamany sopel lodu mówiąc, że może go sobie wziąć bo jej nie jest już potrzebny i właśnie zamierzała go wyrzucić.
- Dzięki! Pychotka! - odpowiedział. - Może pomyślisz, że jestem dziwny, ale uwielbiam świeże sople.
Uśmiechnął się szeroko i odgryzł koniuszek - Trzeba przyznać, że nie mają wykwintnego smaku. Bo cała rzecz polega na tym, że one tak przyjemnie chrupią pod zębami - wyjaśnił.
Laura spojrzała na niego z żywym zaciekawieniem. Stał taki wesoły i rumiany. I chrupał lodowy sopel.
chrup chrup chrup chrup chrup chrup chrup chrrrrup chrup chrup chruuup chrup
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
choinka,
chrup,
miś,
sopel,
śnieg,
wiewiórka,
wilk,
zima
piątek, 20 lutego 2015
Plany
Henrietta nigdy nie chciała być dorosła, to oczywiste. Jednak pewnego dnia, kiedy zrozumiała, że dorosłość przyjdzie bez względu na jej - Henrietty plany i przekonania, zaczęła miewać koszmary senne.
Kiedy zapadał zmierzch i wszystko wydawało się być straszniejsze niż w rzeczywistości, Henrietta chowała się pod kołdrą i obiecywała sobie, że nigdy, przenigdy nie wyprowadzi się z domu i nie zaniesie na strych swoich zabawek - bo takie okropności prorokowali jej dorośli. Bardzo podobało jej się ówczesne życie i za nic w świecie nie chciała słyszeć o żadnych zmianach.
Wraz z upływem czasu coraz częściej padało pytanie o plany życiowe Henrietty.
- Kim zostaniesz jak dorośniesz, Henrietto? - pytano na imieninach babci Eugenii.
Biedna Henrietta wstydziła się przyznać, że chce być nikim i woli zostać w domu, tak jak teraz bo teraz jest przecież tak dobrze.
Kombinowała więc i główkowała. Rozmyślała i rysowała.
Co mogłaby robić jak urośnie?
Prowadzić małpiarnię dla porzuconych małp! - wymyśliła pewnego dnia. I taką wersję usłyszała uradowana rodzina na urodzinach wujka Romana.
Nie minęło kilka dni i zaraz zaczęto tłumaczyć Henrietcie dorosłe życie.
- Henrietto! - mawiano. - Małpy śmierdzą! Małpy zerwą Ci wszystkie firanki! Małpy kosztują, trzeba kupować im banany, a banany są drogie! Henrietto, jak Ty na tym zarobisz?
Henrietcie przykro było słyszeć te wszystkie komentarze. Bardzo lubiła małpy, uważała, że są pożyteczne i okropnie kochane. Chciała dla nich jak najlepiej, a takie ratowanie małp to przecież świetny pomysł (skoro już musi być kiedyś dorosła).
Dopiero głos taty Henrietty przemówił jej do rozsądku:
- Przecież w Polsce nie ma małp! Żadnej małpy nie trzeba ratować!
I to rozstrzygnęło sprawę. W takiej sytuacji Henrietta postanowiła zbudować olbrzymi dom dla porzuconych zwierząt żyjących w Polsce. Na parterze mieszkałyby konie i słonie (te z cyrków), na pierwszym piętrze świnie, gryzonie i lisy. Na drugim barany, koty i różne ptaki. A na ostatnim mieszkałyby psy (bo najlepiej chodzą po schodach) i ona, Henrietta. Zatrudniałaby weterynarza, który leczyłby je wszystkie i chodziłaby z nimi na łąkę.
Babcia Henrietty oraz wszystkie ciotki, wujki, kuzyni i rodzice, złapali się za głowy i rozpoczęli delikatne sugestie szeptane wieczorem do ucha.
- Franek jest lekarzem, wiesz? To taki świetny zawód!
- Może chciałabyś zostać listonoszką? Mogłabyś przybijać mnóstwo pieczątek.
- A niektóre fajne panie zostają nauczycielkami i cały czas bawią się z dziećmi!
- Dajcie jej spokój, dorośnie to sama zobaczy! - orzekła w końcu mama i wszyscy zamilkli. Henrietta przestraszyła się trochę tego zdania - no bo co takiego sama zobaczy? Wolałaby wiedzieć już teraz, żeby się na to przygotować! Albo uprosić mamę i tatę, żeby nie musiała tego zobaczyć, jeśli okaże się być straszne.
Mijały lata, a upodobania Henrietty nie zmieniały się. To znaczy, owszem, ulegały pewnym delikatnym modyfikacjom. Po piętrowym domu dla zwierząt Henrietta chciała zostać hodowcą szczurków, kręcić filmy przyrodnicze, organizować międzynarodowe wyścigi ślimaków winniczków, odbierać porody ślimaków winniczków, a na końcu - zostać wyprowadzaczką psów na spacery.
Z punktu widzenia osoby dorosłej, wszystkie plany Henrietty wydawały się być trochę niepoważne.
Zupełnie niespodziewanie przyszedł czas, kiedy Henriettę zaczęto traktować jako dorosłą. Ekspedientki w sklepie zwracały się do niej "Proszę Pani", a mężczyźni całowali ją w rękę. Właśnie wtedy Henrietta polubiła herbatę pu-erh i postanowiła założyć kawiarnię dla rodzin ze zwierzętami.
I tak też się stało.
Do Animaliów mogli przychodzić właściciele psów, kotów, jeży, jaszczurek, chomików, szczurków, świnek i wszystkich innych zwierząt - wraz ze swoimi pupilami, rzecz jasna. Menu było bogate i oferowało najrozmaitsze pokarmy, które zaspokajały głód nawet najbardziej nietypowych klientów. Kawiarnia Animalia stała się miejscem schadzek śmietanki towarzyskiej miasta Krakowa.
:)
W przyszłym tygodniu pierwsze urodziny mojego sklepu! Absurdalia, sto lat!
Kiedy zapadał zmierzch i wszystko wydawało się być straszniejsze niż w rzeczywistości, Henrietta chowała się pod kołdrą i obiecywała sobie, że nigdy, przenigdy nie wyprowadzi się z domu i nie zaniesie na strych swoich zabawek - bo takie okropności prorokowali jej dorośli. Bardzo podobało jej się ówczesne życie i za nic w świecie nie chciała słyszeć o żadnych zmianach.
Wraz z upływem czasu coraz częściej padało pytanie o plany życiowe Henrietty.
- Kim zostaniesz jak dorośniesz, Henrietto? - pytano na imieninach babci Eugenii.
Biedna Henrietta wstydziła się przyznać, że chce być nikim i woli zostać w domu, tak jak teraz bo teraz jest przecież tak dobrze.
Kombinowała więc i główkowała. Rozmyślała i rysowała.
Co mogłaby robić jak urośnie?
Prowadzić małpiarnię dla porzuconych małp! - wymyśliła pewnego dnia. I taką wersję usłyszała uradowana rodzina na urodzinach wujka Romana.
Nie minęło kilka dni i zaraz zaczęto tłumaczyć Henrietcie dorosłe życie.
- Henrietto! - mawiano. - Małpy śmierdzą! Małpy zerwą Ci wszystkie firanki! Małpy kosztują, trzeba kupować im banany, a banany są drogie! Henrietto, jak Ty na tym zarobisz?
Henrietcie przykro było słyszeć te wszystkie komentarze. Bardzo lubiła małpy, uważała, że są pożyteczne i okropnie kochane. Chciała dla nich jak najlepiej, a takie ratowanie małp to przecież świetny pomysł (skoro już musi być kiedyś dorosła).
Dopiero głos taty Henrietty przemówił jej do rozsądku:
- Przecież w Polsce nie ma małp! Żadnej małpy nie trzeba ratować!
I to rozstrzygnęło sprawę. W takiej sytuacji Henrietta postanowiła zbudować olbrzymi dom dla porzuconych zwierząt żyjących w Polsce. Na parterze mieszkałyby konie i słonie (te z cyrków), na pierwszym piętrze świnie, gryzonie i lisy. Na drugim barany, koty i różne ptaki. A na ostatnim mieszkałyby psy (bo najlepiej chodzą po schodach) i ona, Henrietta. Zatrudniałaby weterynarza, który leczyłby je wszystkie i chodziłaby z nimi na łąkę.
Babcia Henrietty oraz wszystkie ciotki, wujki, kuzyni i rodzice, złapali się za głowy i rozpoczęli delikatne sugestie szeptane wieczorem do ucha.
- Franek jest lekarzem, wiesz? To taki świetny zawód!
- Może chciałabyś zostać listonoszką? Mogłabyś przybijać mnóstwo pieczątek.
- A niektóre fajne panie zostają nauczycielkami i cały czas bawią się z dziećmi!
- Dajcie jej spokój, dorośnie to sama zobaczy! - orzekła w końcu mama i wszyscy zamilkli. Henrietta przestraszyła się trochę tego zdania - no bo co takiego sama zobaczy? Wolałaby wiedzieć już teraz, żeby się na to przygotować! Albo uprosić mamę i tatę, żeby nie musiała tego zobaczyć, jeśli okaże się być straszne.
Mijały lata, a upodobania Henrietty nie zmieniały się. To znaczy, owszem, ulegały pewnym delikatnym modyfikacjom. Po piętrowym domu dla zwierząt Henrietta chciała zostać hodowcą szczurków, kręcić filmy przyrodnicze, organizować międzynarodowe wyścigi ślimaków winniczków, odbierać porody ślimaków winniczków, a na końcu - zostać wyprowadzaczką psów na spacery.
Z punktu widzenia osoby dorosłej, wszystkie plany Henrietty wydawały się być trochę niepoważne.
Zupełnie niespodziewanie przyszedł czas, kiedy Henriettę zaczęto traktować jako dorosłą. Ekspedientki w sklepie zwracały się do niej "Proszę Pani", a mężczyźni całowali ją w rękę. Właśnie wtedy Henrietta polubiła herbatę pu-erh i postanowiła założyć kawiarnię dla rodzin ze zwierzętami.
I tak też się stało.
Do Animaliów mogli przychodzić właściciele psów, kotów, jeży, jaszczurek, chomików, szczurków, świnek i wszystkich innych zwierząt - wraz ze swoimi pupilami, rzecz jasna. Menu było bogate i oferowało najrozmaitsze pokarmy, które zaspokajały głód nawet najbardziej nietypowych klientów. Kawiarnia Animalia stała się miejscem schadzek śmietanki towarzyskiej miasta Krakowa.
:)
W przyszłym tygodniu pierwsze urodziny mojego sklepu! Absurdalia, sto lat!
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
Animalia,
dorosłość,
dorosły,
kawiarnia,
Kraków,
miś,
plany,
Świnka
czwartek, 12 lutego 2015
Absurdalia Kulinaria
Absurdalia znana była w rodzinie ze swych kulinarnych talentów. Jako jedna z nielicznych potrafiła przemienić ziemniaki w rodzynki i usmażyć kotlety w panierce z cukru pudru.
Rodzina starała się bardzo wspierać Absurdalię zachęcając ją do regularnego gotowania obiadów, jednak ona nie była przekonana o słuszności tego pomysłu. Wolała grać w Simsy tłumacząc się, że wirtualnych ludzików przynajmniej nie otruje na śmierć.
I w ten sposób minęło sporo czasu i nadszedł dzień, kiedy Absurdalia wyprowadziła się z domu do Menrza (który nazywany jest tak, aby nie gorszyć sąsiadów bo mężem wcale nie jest i nie zapowiada się, aby nim został). Dzień ten wcale nie był specjalnie wyczekiwany, wręcz odwrotnie - całe dzieciństwo Absurdalia obiecywała sobie, że nigdy nie wyprowadzi się od mamy i taty. Pech chciał, że pewnego dnia skończyła dwadzieścia pięć lat, Monsz miał mieszkanie i wypadało wykonać ten straszliwie dorosły krok. Życie!
W ten oto sposób Absurdalia została sam na sam ze swoimi talentami kulinarnymi.
Ale nie było jej źle. Urodzona pod szczęśliwą gwiazdą (oraz w leniwą niedzielę - to chyba też ma znaczenie), wspierana była najpierw przez rodzinę, a potem przez Menrza, którzy z milczeniem godzili się na jej kulinarną abstynencję od czasu do czasu jedynie delikatnie wzdychając, że mogłaby zrobić w końcu te kotlety.
Przez rok od czasu kiedy wykonała dorosły krok w stronę samodzielnego mieszkania, Absurdalia kilka razy ugotowała obiad z mięsem w roli głównej, a nawet zupę z dyni. I dwa razy pomidorową! Rodzina i Monsz niezmiennie zachwycali się kunsztem jej wykwintnych i wspaniałych dań co zachęciło ją do kroku nieco odważniejszego.
Pewnego dnia udała się na zakupy celem nabycia smalcu. Uknuła tajną niespodziankę dla najbliższych i postanowiła usmażyć im chrust! Niestety, jej niedzielna natura przejęła władzę nad umysłem i smalec przeleżał w lodówce nietknięty przez cały długi rok.
Kiedy w końcu Monsz okrzyczał Absurdalię, że marnuje jedzenie i wyrzucił smalec do śmietnika, ona udała się do sklepu spożywczego i kupiła drugą kostkę tego dziwnego "specjału". Tym razem od razu zabrała się za gotowanie!
Jakież było jej zdziwienie, kiedy odkryła, że podczas smażenia smalcu z patelni wydobywają się przeraźliwe swądy i smrądy! Nie poddała się jednak! Dokończyła swe dzieło z dumą, zapakowała w trzy pudełka: dla Menrza, dla rodziców i brata oraz dla dziadków i udała się w podróż do swojego domu numer jeden.
Przez całą drogę do domu numer jeden Absurdalia bardzo bała się, żeby nic się nie wydarzyło i jej wspaniały chrust (zwany też podobno faworkami - nie wiadomo dlaczego) mógł rozpieszczać podniebienia rodzinne.
I wtedy wydarzyło się wydarzenie, które może być sugestią, że Absurdalia nie powinna gotować.
Jechała sobie dzielnie samochodem i nagle odpadł jej bak z paliwem. Tak zwyczajnie, na drodze. Szask-prask i już.
Co będzie z chrustem?! - momentalnie załamała się Absurdalia.
Na szczęście całą sytuację uratował tato, który przybył z pomocą i chrust bezpiecznie dotarł do domu numer jeden. Został zjedzony i nawet pochwalony (Trochę gumiasty, ale nawet dobry - powiedział brat).
Uradowana tym ogromnym i niespodziewanym sukcesem, Absurdalia postanowiła ugotować fasolkę po Bretońsku. Ale wcześniej padła na łóżko zmęczona do nieprzytomności i przespała dwanaście godzin. Gotowanie jest jednak straszliwie męczące!
Nazajutrz kupiła fasolę. Trzy opakowania bo wydawały jej się jakieś dziwne małe i chude. Mama zawsze robi wielki gar i porównując do tej fasolki w sklepowym woreczku, zawsze było jej znacznie więcej!
To nic! - pomyślała. Zrobię jej troszkę mniej, na początek.
I kupiła półtora kilograma fasolki Jaś.
Zgodnie z instrukcją podawaną przez mamę, wrzuciła fasolkę do garnka pełnego wody i zostawiła na noc.
Rano... fasolka wyszła z garnka*.
Widocznie to jakaś podróżnicza odmiana fasoli - westchnęła Absurdalia i wysłała Menrza, aby pożyczył dwa wielkie garnki od swojej siostry. Kupiła jeszcze kilogram kiełbasy i zabrała się za gotowanie.
Będzie fasolka dla całej rodziny! Wszyscy się ucieszą!
*Absurdalia nie wiedziała, że fasolka puchnie w garnku i robi się jej dwa razy więcej.
Rodzina starała się bardzo wspierać Absurdalię zachęcając ją do regularnego gotowania obiadów, jednak ona nie była przekonana o słuszności tego pomysłu. Wolała grać w Simsy tłumacząc się, że wirtualnych ludzików przynajmniej nie otruje na śmierć.
I w ten sposób minęło sporo czasu i nadszedł dzień, kiedy Absurdalia wyprowadziła się z domu do Menrza (który nazywany jest tak, aby nie gorszyć sąsiadów bo mężem wcale nie jest i nie zapowiada się, aby nim został). Dzień ten wcale nie był specjalnie wyczekiwany, wręcz odwrotnie - całe dzieciństwo Absurdalia obiecywała sobie, że nigdy nie wyprowadzi się od mamy i taty. Pech chciał, że pewnego dnia skończyła dwadzieścia pięć lat, Monsz miał mieszkanie i wypadało wykonać ten straszliwie dorosły krok. Życie!
W ten oto sposób Absurdalia została sam na sam ze swoimi talentami kulinarnymi.
Ale nie było jej źle. Urodzona pod szczęśliwą gwiazdą (oraz w leniwą niedzielę - to chyba też ma znaczenie), wspierana była najpierw przez rodzinę, a potem przez Menrza, którzy z milczeniem godzili się na jej kulinarną abstynencję od czasu do czasu jedynie delikatnie wzdychając, że mogłaby zrobić w końcu te kotlety.
Przez rok od czasu kiedy wykonała dorosły krok w stronę samodzielnego mieszkania, Absurdalia kilka razy ugotowała obiad z mięsem w roli głównej, a nawet zupę z dyni. I dwa razy pomidorową! Rodzina i Monsz niezmiennie zachwycali się kunsztem jej wykwintnych i wspaniałych dań co zachęciło ją do kroku nieco odważniejszego.
Pewnego dnia udała się na zakupy celem nabycia smalcu. Uknuła tajną niespodziankę dla najbliższych i postanowiła usmażyć im chrust! Niestety, jej niedzielna natura przejęła władzę nad umysłem i smalec przeleżał w lodówce nietknięty przez cały długi rok.
Kiedy w końcu Monsz okrzyczał Absurdalię, że marnuje jedzenie i wyrzucił smalec do śmietnika, ona udała się do sklepu spożywczego i kupiła drugą kostkę tego dziwnego "specjału". Tym razem od razu zabrała się za gotowanie!
Jakież było jej zdziwienie, kiedy odkryła, że podczas smażenia smalcu z patelni wydobywają się przeraźliwe swądy i smrądy! Nie poddała się jednak! Dokończyła swe dzieło z dumą, zapakowała w trzy pudełka: dla Menrza, dla rodziców i brata oraz dla dziadków i udała się w podróż do swojego domu numer jeden.
Przez całą drogę do domu numer jeden Absurdalia bardzo bała się, żeby nic się nie wydarzyło i jej wspaniały chrust (zwany też podobno faworkami - nie wiadomo dlaczego) mógł rozpieszczać podniebienia rodzinne.
I wtedy wydarzyło się wydarzenie, które może być sugestią, że Absurdalia nie powinna gotować.
Jechała sobie dzielnie samochodem i nagle odpadł jej bak z paliwem. Tak zwyczajnie, na drodze. Szask-prask i już.
Co będzie z chrustem?! - momentalnie załamała się Absurdalia.
Na szczęście całą sytuację uratował tato, który przybył z pomocą i chrust bezpiecznie dotarł do domu numer jeden. Został zjedzony i nawet pochwalony (Trochę gumiasty, ale nawet dobry - powiedział brat).
Uradowana tym ogromnym i niespodziewanym sukcesem, Absurdalia postanowiła ugotować fasolkę po Bretońsku. Ale wcześniej padła na łóżko zmęczona do nieprzytomności i przespała dwanaście godzin. Gotowanie jest jednak straszliwie męczące!
Nazajutrz kupiła fasolę. Trzy opakowania bo wydawały jej się jakieś dziwne małe i chude. Mama zawsze robi wielki gar i porównując do tej fasolki w sklepowym woreczku, zawsze było jej znacznie więcej!
To nic! - pomyślała. Zrobię jej troszkę mniej, na początek.
I kupiła półtora kilograma fasolki Jaś.
Zgodnie z instrukcją podawaną przez mamę, wrzuciła fasolkę do garnka pełnego wody i zostawiła na noc.
Rano... fasolka wyszła z garnka*.
Widocznie to jakaś podróżnicza odmiana fasoli - westchnęła Absurdalia i wysłała Menrza, aby pożyczył dwa wielkie garnki od swojej siostry. Kupiła jeszcze kilogram kiełbasy i zabrała się za gotowanie.
Będzie fasolka dla całej rodziny! Wszyscy się ucieszą!
*Absurdalia nie wiedziała, że fasolka puchnie w garnku i robi się jej dwa razy więcej.
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
chrust,
fasolka,
gotowanie,
karnawał,
obiad
czwartek, 13 listopada 2014
Zimowo i strasznie
Było straszliwie zimno!
"Jest dwanaście stopni!" - powiedział Piotrek widząc mnie ubraną jak na ciężkie mrozy (jesteśmy razem od ponad czterech lat, a on wciąż nie przyzwyczaił się do tego, że ja ciągle marznę).
A ja mogłabym mieszkać w ciepłych krajach, gdzie bez przerwy panuje dziki upał i chodzi się tylko w strojach kąpielowych i ładnych sukienkach! Wracałabym do Polski na święta, żeby zobaczyć śnieg (bo śnieg jest jednak strasznie fajny!).
Mogłabym przyjeżdżać także wiosną - na kwitnące drzewa owocowe (chociaż w moim ciepłym kraju pewnie byłoby ich więcej?). Oraz jesienią - po kasztany.
No i pojechaliśmy w podróż. Na wieś Piotrka (tam też było strasznie zimno).
Przeszliśmy się po łące i po lesie. Posnuliśmy się po domu (w którym tak prawdziwie skrzypi drewniana podłoga). Potem pozwoliłam sobie rzucić się na łóżko (bo to najbardziej sprężynujące łóżko jakie widziałam i okropnie fajnie się na nim podskakuje - na siedząco, żeby nie zniszczyć).
I, siedząc sobie beztrosko, spostrzegłam zdjęcie (wcześniej go tam nie było - tato Piotrka robi porządki). Było stare, czarno-białe. Pani i pan siedzieli na krzesłach, a wokół nich stało czworo dzieci - dwoje chłopców i dwie dziewczynki. Wszyscy byli dziwnie ubrani, jak w dawnych czasach.
Najbardziej spodobała mi się najmłodsza dziewczynka siedząca w samym środku zdjęcia. Miała fajne kucyki i, mimo poważnej miny (wszyscy byli okropnie poważni) wyglądała na wesołą. Na oko miała maksymalnie cztery lata.
I wtedy przyszedł Piotrek i powiedział, że to ciocia Helenka i że zmarła w dziewięćdziesiątym czwartym.
Oraz że ta starsza dziewczynka to jej siostra a jego (Piotrka) babcia, której nie poznał.
I to było straszne. Przerażające wręcz!
Kiedyś, ta (mniej lub bardziej) szczęśliwa rodzina wybrała się wspólnie do fotografa. Zrobił im zdjęcie, które wiele lat stało na komodzie w ich rodzinnym domu. Czas mijał, dzieci rosły, przeżywali swoje przygody, jeździli na wakacje, pracowali, uczyli się. Czas uciekał nadal, wszyscy po kolei zestarzeli się i zniknęli. Zdjęcie wylądowało na strychu na wiele lat.
A dziś ogląda je ktoś właściwie zupełnie obcy. I beztrosko opowiada, że ta czteroletnia dziewczynka to Helenka, która zmarła w dziewięćdziesiątym czwartym - jako starsza pani.
Pewnie może powiedzieć o niej jeszcze kilka krótkich zdań, które usłyszał od kogoś starszego. I tyle.
Całe jej życie (które miała wtedy przed sobą) streścił w dwóch zdaniach (bawiąc się nowym telefonem komórkowym).
Kiedyś ktoś znajdzie nasze zdjęcia i pewnie zrobi to samo.
Brrr. Zimno!
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
łąka,
zdjęcia,
zima,
zimowe ubrania
środa, 15 października 2014
Joga
Ciężkość ta miała wymiar psychiczny (gdyż Jolanda nie lubiła jesieni), a także fizyczny (ponieważ kończył się sezon jazdy na hulajnodze).
Przez kilka jesieni z rzędu Jolanda spędzała październik pod grubym kocem - tak szorstkim, że dostawała alergii skórnej. Jadła wtedy dużo ziemniaczków - i nie były to warzywa lecz popularne ciastka, które robi się podobno z cukiernianych resztek. Aby zachować równowagę żołądkowo-jelitową, piła hektolitry gorzkiej herbaty. W dodatku całymi dniami oglądała seriale obyczajowe niskiej klasy, w których występowali aktorzy tak słabi, że przyprawiali Jolandę o zawroty głowy.
Nietrudno sobie wyobrazić, że po takim październiku nastawał jeszcze cięższy (tym razem głównie w kilogramy) listopad. Dopiero w okolicy grudnia Jolanda zaczynała odkopywać się z koca, ponieważ nadchodziły święta, które były bardzo fajne i nadawały życiu sens. Poza tym zima to zupełnie inna i znaczne milsza pora roku.
Pewnego roku, jak co roku, niespodziewanie nadszedł październik. Był to jednak rok, kiedy Jolanda rozpoczęła działalność gospodarczą, która polegała na produkcji dziewczęcych hulajnóg w kwiatuszki. Własna firma tak zajęła Jolandę (zabierając jej każdą ewentualnie wolną chwilę), że biedaczka (Jolanda, nie firma) nie zauważyła nadchodzącej jesieni! Pracowała całe dnie i noce, ozdabiając swe hulajnogi makami, konwaliami i piwoniami. Aż w końcu, jedna z klientek (raczej sympatyczna) wyraziła chęć posiadania sprzętu sportowego w kwiatki bardziej odpowiednie do pory roku. Właśnie wtedy Jolanda spojrzała do kalendarza i... oniemiała! Okazało się, ze był 29 października! A ona właśnie dziś przyjechała na hulajnodze do pracy bo było ciepło i świeciło słońce! A to przecież ciężka jesień! Ba! Sam jej środek!
Od tej pory Joladna spędzała jesień bardzo aktywnie. Nie tylko jeździła na hulajnodze (w kwiaty dyni), ale zapisała się również na jogę! Zupełnie zapomniała o ziemniaczkach i szorstkim kocu. Na dodatek, kilka dni później, wybrała się nawet na przyjęcie do sąsiadki - z okazji Halloween!
Taka to była historia!
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
ćwiczenia,
hulajnoga,
jesień,
joga,
mięśnie
niedziela, 21 września 2014
Kamienica
Kamienica jest zupełnie przyjemna dla oka.
Ma kolor majtkowego różu i duże, białe okna. Nie posiada przesadnych zdobień ani francuskich maszkaronów (dzięki disneyowskim bajkom maszkarony kojarzą mi się przede wszystkim z Paryżem). Jest klasycznie ładna, na swój prosty, skromny sposób.
Patrząc na nią z zewnątrz można odnieść wrażenie, że jej mieszkańcy to osoby kulturalne, lubiące schludne i czyste wnętrza z delikatnym dodatkiem romantyzmu.
Nikt nie spodziewa się, że w tych przepastnych i wysokich mieszkaniach spotkać można tak różnorodnie skrajne (lecz barwne) postacie!
Czy to możliwe, żeby w jednej kamienicy zgromadzili się tak intrygujący mieszkańcy? - zapyta ktoś.
To jest przecież cały przekrój społeczeństwa! W tym jednym domu i pod jednym dachem!
Jak oni wszyscy się ze sobą dogadają?! Jak oni się wzajemnie tolerują?!
Jak to... jak? Normalnie. Jak w życiu.
Mam pomysł (niejeden, niestety). Pomysł ma kształt kamienicy (której bardzo pomniejszony i odrobinę zniekształcony szkic widzicie powyżej), w której jest trzynaście mieszkań (plus piwnica) oraz szaleni(e sympatyczni) mieszkańcy. JEDYNE co trzeba zrobić to narysować to wszystko i opisać. Wtedy pomysł stanie się (moją) WYMARZONĄ bajką dla dzieci - taką trochę nietypową.
Niby proste, a jednak strasznie strasznie trudne.
Co robić???
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
bajka,
kamienica,
roman sidło,
romansidło,
spotkanie
piątek, 25 lipca 2014
Niemoralia
Roman sztangista znany był we wsi Filutkowo z tego, że nosił na rękach otyłe kobiety.
Nikogo w miasteczku nie dziwił ten widok (tylko czasem niektórzy mężczyźni zielenieli z zazdrości). Wszyscy wiedzieli, że jeśli Roman nie ćwiczył swoich okazałych mięśni, robił się bardzo drażliwy. Natychmiast zaczynało swędzieć go całe ciało, dostawał wysypki i nerwowej zadyszki. Tarzał się wtedy w polu zboża, które przyjemnie drapało go w plecy, albo biegał po całym miasteczku wierząc, że wiatr który przy tym powstawał łagodził jego ból.
Niestety, w obu przypadkach we wsi Filutkowo pojawiały się ogromne zniszczenia. Zboże, z którego miał powstać duży zapas mąki na chleb, zostało zgniatane przez Romana i do nieczego się już nie nadawało. Natomiast wiatr wytwarzany podczas jego biegów był tak silny, że powalał stare ogrodzenia i młode drzewka owocowe.
Nie było rady. Jedynym sposobem na Romana sztangistę były ciężary. Codziennie popołudniu przynoszono pod jego dom wory pełne ziemniaków i marchewki, a kobiety ustawiały się w kolejce na "rundkę wkoło domu". Roman chwytał worki w dłonie, a kobiety sadzał na swoich barkach i truchtał przez całą wieś. Ani jedna kropla potu nie pojawiała się na jego czole, taki był silny!
Pewnego dnia we wsi Filutkowo ogłoszono loterię, w której do wygrania była spora suma pieniędzy. Wszyscy mieszkańcy natychmiast rzucili się do kolektury, ponieważ każdy chciał zgarnąć zwycięski los dla siebie. Po kilku dnaich, kiedy wygrana wciąż jeszcze nie została nikomu przydzielona, zoragnizowano naradę. Kobiety, które dość już miały noszenia ich przez Romana, ogłosiły, że wygrane pieniądze przeznaczą na hantle. Mężczyźni równie zmęczeni ciągłym stawianiem nowych płotów i sadzeniem drzew owocowych, szybko przyłączyli się do swoich żon.
W ten oto sposób, za pieniądze wygrane na loterii, zakupiono profesjonalne hantle i sztangi i stworzono prawdziwą siłownię dla Romana.
We wsi Filutkowo nastał spokój. Zboże pięknie rosło, drzewka rodziły dorodne owoce, a kobiety, które miały teraz znacznie więcej czasu... zaczęły ćwiczyć atletykę, stały się zdrowsze i wysportowane.
-------------------------------
W Absurdaliach ostatnio trochę gorzej. Siedzimy sobie ukryci za rusztowaniami. Odnawiają kamienicę, w której mamy sklep. Oczywiście, potem będzie tylko lepiej bo kamienica będzie piękna i kusząca. Tylko jak przetrwać wakacje? Zobaczymy. Pomysłów mam milion, codziennie nowy :)
Wolne chwile (których ciągle za mało!) umilamy sobie spacerami z psami, pływaniem i snuciem planów wakacyjnych.
O, a tak właśnie wyglądają spacery jeśli wszystkie psy weźmiemy jednocześnie (dlatego niezbyt często sobie na to pozwalamy) ;)
Nikogo w miasteczku nie dziwił ten widok (tylko czasem niektórzy mężczyźni zielenieli z zazdrości). Wszyscy wiedzieli, że jeśli Roman nie ćwiczył swoich okazałych mięśni, robił się bardzo drażliwy. Natychmiast zaczynało swędzieć go całe ciało, dostawał wysypki i nerwowej zadyszki. Tarzał się wtedy w polu zboża, które przyjemnie drapało go w plecy, albo biegał po całym miasteczku wierząc, że wiatr który przy tym powstawał łagodził jego ból.
Niestety, w obu przypadkach we wsi Filutkowo pojawiały się ogromne zniszczenia. Zboże, z którego miał powstać duży zapas mąki na chleb, zostało zgniatane przez Romana i do nieczego się już nie nadawało. Natomiast wiatr wytwarzany podczas jego biegów był tak silny, że powalał stare ogrodzenia i młode drzewka owocowe.
Nie było rady. Jedynym sposobem na Romana sztangistę były ciężary. Codziennie popołudniu przynoszono pod jego dom wory pełne ziemniaków i marchewki, a kobiety ustawiały się w kolejce na "rundkę wkoło domu". Roman chwytał worki w dłonie, a kobiety sadzał na swoich barkach i truchtał przez całą wieś. Ani jedna kropla potu nie pojawiała się na jego czole, taki był silny!
Pewnego dnia we wsi Filutkowo ogłoszono loterię, w której do wygrania była spora suma pieniędzy. Wszyscy mieszkańcy natychmiast rzucili się do kolektury, ponieważ każdy chciał zgarnąć zwycięski los dla siebie. Po kilku dnaich, kiedy wygrana wciąż jeszcze nie została nikomu przydzielona, zoragnizowano naradę. Kobiety, które dość już miały noszenia ich przez Romana, ogłosiły, że wygrane pieniądze przeznaczą na hantle. Mężczyźni równie zmęczeni ciągłym stawianiem nowych płotów i sadzeniem drzew owocowych, szybko przyłączyli się do swoich żon.
W ten oto sposób, za pieniądze wygrane na loterii, zakupiono profesjonalne hantle i sztangi i stworzono prawdziwą siłownię dla Romana.
We wsi Filutkowo nastał spokój. Zboże pięknie rosło, drzewka rodziły dorodne owoce, a kobiety, które miały teraz znacznie więcej czasu... zaczęły ćwiczyć atletykę, stały się zdrowsze i wysportowane.
-------------------------------
W Absurdaliach ostatnio trochę gorzej. Siedzimy sobie ukryci za rusztowaniami. Odnawiają kamienicę, w której mamy sklep. Oczywiście, potem będzie tylko lepiej bo kamienica będzie piękna i kusząca. Tylko jak przetrwać wakacje? Zobaczymy. Pomysłów mam milion, codziennie nowy :)
Wolne chwile (których ciągle za mało!) umilamy sobie spacerami z psami, pływaniem i snuciem planów wakacyjnych.
O, a tak właśnie wyglądają spacery jeśli wszystkie psy weźmiemy jednocześnie (dlatego niezbyt często sobie na to pozwalamy) ;)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
Ferdek,
Laura,
prosiaczek,
psy,
spacer,
sztangista,
Świnka
czwartek, 3 lipca 2014
wilki
Wilczyca Renata zawsze myślała sobie, że kobiety powinny pracować na wysokich stanowiskach, jeździć dobrymi samochodami i umawiać się na biznesowe lancze.
Kiedy miała czternaście lat, właśnie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie.
Zasiadała przy swoim (nadgryzionym zębem czasu) biurku po mamie i wyklejała do zeszytu wycinki z gazet. Przedstawiały one wysokie biurowce, skórzane teczki, nowoczesne komputery, śliskie rajstopy z brokatem, sushi i inne przedmioty będące na wyposażeniu każdej wolnej kobiety (wolnej czyli niezależnej - powtarzała rodzicom Renata).
W szkole, na zajęciach plastycznych, tworzyła z papieru poważne kalendarze z miejscem na codzienne zapiski i rozkładem zebrań rady nadzorczej (ah, brzmiało to tak dorośle!). Po szkole ćwiczyła język francuski (wydawało jej się, że powinna go znać każda bizneswoman).
Potem Renata dorosła. Trafiła na studia prawnicze i pewnego dnia, siedząc na wykładzie z jakiegoś prawa administracyjnego (lub czegoś podobnego) nagle zatęskniła za zwykłym placem zabaw. Za huśtawkami, nadmuchiwanym basenem dla dzieci, zapachem malin z ogródka i smakiem tortowej masy wyjadanej prosto z makutry. Zerwała się więc na nogi (profesor wykładowca spojrzał na nią krzywym okiem znad niezbyt twarzowych, beżowych okularów) i bez słowa wybiegła z uczelni.
Biegła, biegła przez zawiłe korytarze Wydziału Prawa i tuż przy bramie wyjściowej... wpadła na wilka Sebastiana.
Nagle okazało się, że Renata nie chce śliskich rajstop z brokatem ani skórzanej teczki z eko-skóry. Wolałaby rozpoczynać dzień ćwicząc jogę w dresie, spacerując po parku z książką i gotując spaghetti bolognese dla wilka Sebastiana (ale ziemniaków całymi dniami obierać nie będzie, nie ma cudów). Mogłaby pracować w domu, przy komputerze i robić na drutach małe buciki dla wilczków.
Ah, te wilki i zmienność ich upodobań!
---------------------------------
Nie byłam szczególnie oryginalna i zrobiłam sobie dwa łapacze snów (teraz są okropnie modne). Ale miałam ku temu bardzo poważny powód! Piotrek (zwany też Menrzem) i ja zrobiliśmy sobie sypialnię w pokoju, którego do tej pory się bałam. Wiszą tam dwa ogromne, okrągłe i stare lustra - na przeciwko siebie. Tworzą taki straszny klimat. Zawsze wydawało mi się, że są portalami do innego świata. Przez jedno z nich potwory z innego świata wchodzą, a przed drugie wychodzą. Złą energię tam czułam! Bałam się tam spać.
A Piotrek? Wręcz odwrotnie, uwielbia te lustra. I zabronił mi je zdemontować. Więc wmówiłam sobie, że jeśli samodzielnie (własnymi rencami) zbuduję łapacze snów i powieszę po jednym na każdym lustrze tooo... zamknę te portale do innego świata! Będziemy bezpieczni.
Śpimy tam już trzecią noc i żyjemy, a moje sny są wyjątkowo fajne. Same przygodówki ;)
Kiedy miała czternaście lat, właśnie tak wyobrażała sobie swoje przyszłe życie.
Zasiadała przy swoim (nadgryzionym zębem czasu) biurku po mamie i wyklejała do zeszytu wycinki z gazet. Przedstawiały one wysokie biurowce, skórzane teczki, nowoczesne komputery, śliskie rajstopy z brokatem, sushi i inne przedmioty będące na wyposażeniu każdej wolnej kobiety (wolnej czyli niezależnej - powtarzała rodzicom Renata).
W szkole, na zajęciach plastycznych, tworzyła z papieru poważne kalendarze z miejscem na codzienne zapiski i rozkładem zebrań rady nadzorczej (ah, brzmiało to tak dorośle!). Po szkole ćwiczyła język francuski (wydawało jej się, że powinna go znać każda bizneswoman).
Potem Renata dorosła. Trafiła na studia prawnicze i pewnego dnia, siedząc na wykładzie z jakiegoś prawa administracyjnego (lub czegoś podobnego) nagle zatęskniła za zwykłym placem zabaw. Za huśtawkami, nadmuchiwanym basenem dla dzieci, zapachem malin z ogródka i smakiem tortowej masy wyjadanej prosto z makutry. Zerwała się więc na nogi (profesor wykładowca spojrzał na nią krzywym okiem znad niezbyt twarzowych, beżowych okularów) i bez słowa wybiegła z uczelni.
Biegła, biegła przez zawiłe korytarze Wydziału Prawa i tuż przy bramie wyjściowej... wpadła na wilka Sebastiana.
Nagle okazało się, że Renata nie chce śliskich rajstop z brokatem ani skórzanej teczki z eko-skóry. Wolałaby rozpoczynać dzień ćwicząc jogę w dresie, spacerując po parku z książką i gotując spaghetti bolognese dla wilka Sebastiana (ale ziemniaków całymi dniami obierać nie będzie, nie ma cudów). Mogłaby pracować w domu, przy komputerze i robić na drutach małe buciki dla wilczków.
Ah, te wilki i zmienność ich upodobań!
---------------------------------
Nie byłam szczególnie oryginalna i zrobiłam sobie dwa łapacze snów (teraz są okropnie modne). Ale miałam ku temu bardzo poważny powód! Piotrek (zwany też Menrzem) i ja zrobiliśmy sobie sypialnię w pokoju, którego do tej pory się bałam. Wiszą tam dwa ogromne, okrągłe i stare lustra - na przeciwko siebie. Tworzą taki straszny klimat. Zawsze wydawało mi się, że są portalami do innego świata. Przez jedno z nich potwory z innego świata wchodzą, a przed drugie wychodzą. Złą energię tam czułam! Bałam się tam spać.
A Piotrek? Wręcz odwrotnie, uwielbia te lustra. I zabronił mi je zdemontować. Więc wmówiłam sobie, że jeśli samodzielnie (własnymi rencami) zbuduję łapacze snów i powieszę po jednym na każdym lustrze tooo... zamknę te portale do innego świata! Będziemy bezpieczni.
Śpimy tam już trzecią noc i żyjemy, a moje sny są wyjątkowo fajne. Same przygodówki ;)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
łapacz snów,
wilk,
wilki
środa, 25 czerwca 2014
Moda na sen
Laura nie pamięta kiedy ostatni raz popatrzyła na zegarek.
Wcale nie z tego powodu, że go zgubiła lecz dlatego, że perfekcyjnie opanowała poczucie czasu.
Wystarczy, że kątem oka ujrzała cienie drzew padające na ścianę kamienicy na przeciwko. Albo usłyszała gwizd czajnika u sąsiada z dołu. Lub odebrała telefon od Janusza (który zawsze o tej samej porze przypominał sobie o Laurze, dzwonił i pytał czy obejrzą dziś wspólnie film w telewizji).
Co czwartek Laurę budziła śmieciarka wjeżdżająca z łomotem na jej podwórko.
W soboty wstawała wraz z pierwszym warkotem kosiarki sąsiada z (jedynego w okolicy) domku jednorodzinnego.
W pozostałe dni tygodnia budził ją Gryzli - pies z góry, który szczekał z rozpaczy zaraz po tym, jak jego pani wychodziła do pracy (szczekał równe pięć minut, a potem szedł spać).
O porze obiadowej przypominały Laurze zapachy dochodzące ze wszystkich możliwych stron - napływały z klatki schodowej, z uchylonego balkonu, a nawet z kratki wentylacyjnej w łazience (łazienką dopływał do niej także zapach papierosów, które jedna z sąsiadek wypalała w wannie, zawsze przed pójściem spać). Wraz ze wszystkimi mieszkańcami okolicznych kamienic Laura gotowała ziemniaki i tłukła kotlety.
Wieczorny rytm układał się podobnie. Najpierw dzwoniła mama (z pytaniem co słychać i czy Laura zjadła dziś obiad). Potem dzwonił tato (nie pytał o obiad), a w tym samym czasie przychodził Janusz, włączał komputer i wybierał film (niezbyt romantyczny, ale też bez strzelanek). Następnie Laura szła do łazienki, gdzie brała prysznic - wspólnie z sąsiadką (tą palącą papierosy w wannie. Laura już dawno miała zmienić czas swojej kąpieli, ale wciąż o tym zapominała). Po kąpieli obficie smarowała się pachnącym balsamem (żeby pozbyć papierosowego smrodu), wypijała szklankę wody (dla zdrowia) i układała się na kanapie obok Janusza. Oglądali półtoragodzinny film, robili się senni i szli spać dokładnie w momencie, kiedy usłyszeli chrapanie pana Pawła z mieszkania po prawej.
Wcale nie z tego powodu, że go zgubiła lecz dlatego, że perfekcyjnie opanowała poczucie czasu.
Wystarczy, że kątem oka ujrzała cienie drzew padające na ścianę kamienicy na przeciwko. Albo usłyszała gwizd czajnika u sąsiada z dołu. Lub odebrała telefon od Janusza (który zawsze o tej samej porze przypominał sobie o Laurze, dzwonił i pytał czy obejrzą dziś wspólnie film w telewizji).
Co czwartek Laurę budziła śmieciarka wjeżdżająca z łomotem na jej podwórko.
W soboty wstawała wraz z pierwszym warkotem kosiarki sąsiada z (jedynego w okolicy) domku jednorodzinnego.
W pozostałe dni tygodnia budził ją Gryzli - pies z góry, który szczekał z rozpaczy zaraz po tym, jak jego pani wychodziła do pracy (szczekał równe pięć minut, a potem szedł spać).
O porze obiadowej przypominały Laurze zapachy dochodzące ze wszystkich możliwych stron - napływały z klatki schodowej, z uchylonego balkonu, a nawet z kratki wentylacyjnej w łazience (łazienką dopływał do niej także zapach papierosów, które jedna z sąsiadek wypalała w wannie, zawsze przed pójściem spać). Wraz ze wszystkimi mieszkańcami okolicznych kamienic Laura gotowała ziemniaki i tłukła kotlety.
Wieczorny rytm układał się podobnie. Najpierw dzwoniła mama (z pytaniem co słychać i czy Laura zjadła dziś obiad). Potem dzwonił tato (nie pytał o obiad), a w tym samym czasie przychodził Janusz, włączał komputer i wybierał film (niezbyt romantyczny, ale też bez strzelanek). Następnie Laura szła do łazienki, gdzie brała prysznic - wspólnie z sąsiadką (tą palącą papierosy w wannie. Laura już dawno miała zmienić czas swojej kąpieli, ale wciąż o tym zapominała). Po kąpieli obficie smarowała się pachnącym balsamem (żeby pozbyć papierosowego smrodu), wypijała szklankę wody (dla zdrowia) i układała się na kanapie obok Janusza. Oglądali półtoragodzinny film, robili się senni i szli spać dokładnie w momencie, kiedy usłyszeli chrapanie pana Pawła z mieszkania po prawej.
Zegarek przestał być Laurze potrzebny.
Pewnego razu Laura wyjechała na kilka dni za miasto. Zostawiła w domu chrapanie pana Pawła, zapach zupy jarzynowej, odgłos śmieciarki i szczekanie psa Gryzli.
Przyjechała na wieś prawdopodobnie koło południa (godziny nie da się jednoznacznie ustalić), pospacerowała po łące, nawdychała się niezwykle aromatycznego świeżego powietrza i kompletnie straciła poczucie czasu! Poczuła się zmęczona, więc zwinęła się w kłębek na materacu (na werandzie pachnącej piwoniami) i zasnęła. Obudzono ją po trzech dniach! Małe pajączki uwiły pajęczyny we włosach Laury, a myszy polne beztrosko przebiegały przez jej plecy - w drodze z ogrodu do swojej norki. Całe szczęście, że Kuba, kuzyn Laury, wziął się w końcu za koszenie trawy i znajomy warkot kosiarki wybudził ją ze snu. Przespałaby cały tydzień!
------
Chciałabym przespać cały tydzień na ciepłej werandzie pachnącej piwoniami.
środa, 7 maja 2014
Sklep
Dzisiaj do sklepu przyszedł gołąb.
Siedziałam za biurkiem i obserwowałam go jak wędrował po ulicy, ponieważ pewnym krokiem zmierzał w moją stronę. Dotarł aż do drzwi. Przechodząc przez wycieraczkę (z napisem Dzień Dobry) trochę zwolnił. W końcu wkroczył do środka. Wyglądał na bardzo pewnego siebie. Ewidentnie wiedział co robi. Przeszedł przez cały sklep (który nie jest zbyt duży), dotarł do miejsca w którym siedziałam, wypiął kuper i... zrobił to, co gołębie robią najlepiej. A potem zwyczajnie wyszedł, jak gdyby nigdy nic.
Wszystkim powtarzam, że zwierzęta są w moim sklepie mile widziane. Ale ten gołąb trochę przesadził.
Słyszałam, że był później w sklepie obok.
Bardzo prawdopodobne, że ma jakąś tajną misję.
Siedząc całymi dniami w moim sklepie marzeń, spotykam mnóstwo ciekawych klientów (z reguły bardziej kulturalnych niż ten gołąb). Przychodzą sami, z dziećmi, z mamami, babciami, mężami, chłopakami, psami, kotami, a nawet królikami. Czasem widuję też pana, który prowadzi na smyczy dwa kucyki, ale jeszcze nigdy nie wpadł do Absurdaliów.
Rzadko się zdarza, żeby ktoś wszedł do sklepu i zaraz wyszedł obojętnie. Raczej jest tak, że wchodzi jedna osoba (tzw. zwiadowca), rozgląda się i po chwili woła resztę (czekających na zewnątrz), żeby zobaczyli te piękne rzeczy ręcznie wykonane :) Oglądają, wybierają, czasem opowiadają mi różne ciekawostki z życia i zabierają w świat nasze zabawki.
Mnóstwo lisków, króliczków, myszek, laleczek i innych misiów poleciało do Francji, Hiszpanii, Włoch i Ameryki. Niektóre zostają w kraju, jadą do Poznania lub Radomia i jest im z tym dobrze.
A ja sobie siedzę, dzień w dzień w moim sklepie z marzeniami. W dzień powszedni, niedzielę i święta. I obserwuję tych wszystkich ciekawych ludzi. Podglądam i podsłuchuję. A jak wychodzą to bawię się zabawkami!
I szyję!
Na razie uszyłam psa. Było to okropnie trudne z tego względu, że nie lubię szyć. Ale czasem nachodzi mnie taka dziwna potrzeba stworzenia czegoś. I padło na psa. Powstawał jakieś trzy tygodnie! Mamma mia.
Pozdrowienia z Absurdaliów!
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
gołąb,
hand made,
pies
czwartek, 27 marca 2014
Bobra noc
Pewien bóbr Jonasz spod Poznania miał problem z zasypianiem.
Każdej nocy przed snem wydawało mu się, że zostanie porwany. Jak tylko gasło światło, wszędzie widział potwory! Sterta ubrań zaczynała wyglądać jak potwór, zasłona falowała złowieszczo, a pod łóżkiem coś dziwnie sapało. Bóbr Jonasz stękał ze strachu, chował głowę pod koc i wołał do potworów, że dzisiaj nic nie jadł, jest wychudzony i nie opłaca im się go zjadać. Drżącym głosem opowiadał, że jest szalenie nudną postacią i nie warto go porywać - bo śmiertelnie się z nim znudzą.
A potem bóbr Jonasz wyciągał spod koca chudą łapkę, włączał lampkę nocną i truchtem biegł do kuchni po zimną herbatę (bobry nie lubią ciepłej). Czasem miał ochotę sięgnąć po tabletki nasenne, ale nigdy tego nie robił. Sąsiadka jego babci łykała dużo tabletek i bardzo źle skończyła (ciągle bolał ją brzuch). Jonasz wiedział, że lepiej jest wypić delikatną, ziołową herbatkę i przeczytać fragment dobrej książki. Nic nie działa lepiej na potwory niż ten właśnie zestaw!
Najlepszą książką na potwory było opasłe tomisko przygód historyka Marco. Główny bohater tego dzieła był typem myśliciela o zainteresowaniach historyczno-wojennych. Jego wielostronicowe rozmyślania i opisy przyrody sprawiały, że potwory z pokoju bobra uciekały drzwiami i oknami, a sam Jonasz zapadał w długi i smaczny sen (niemałą rolę odgrywała tu również ziołowa herbatka).
A sprzedawca z księgarni żył w przekonaniu, że bóbr Jonasz jest znawcą i miłośnikiem literatury historyczno-wojennej.
sobota, 8 marca 2014
Nutella
Z impetem otworzyła szafkę obok lodówki i omiotła ją wzrokiem pełnym desperacji. Szybkim ruchem przesunęła pudełko kaszy, cukier i rozsypujące się płatki śniadaniowe (były już trochę stare). Okazało się jednak, że w tej szafce nie było tego, czego szukała Laura. Zdenerwowana otworzyła kolejną szafkę (z talerzami), ale i tam niczego ciekawego nie znalazła. Przeszukała więc całą kuchnię demolując ją kompletnie. Przy okazji rozsypała niedbale otwarty worek z kawą, wyciągnęła z szafki wszystkie kubki i zostawiła je na blacie, odkryła w szufladzie zapleśniały chleb i pozbawiła uszka jedną filiżankę (która sama spadła z półki).
Z narastającą złością otworzyła lodówkę - tak silnym ruchem, że aż zabrzęczały wszystkie słoiczki poukładane na półeczkach w jej drzwiach. I... znalazła. Na górnej półce, zaraz przy brzegu, leżał cały słoik nutelli! Nowiuteńki, jeszcze ze złotkiem pod zakrętką.
Laura sięgnęła po łyżeczkę i z impetem wbiła ją w nutellę, przebijając złotko.
Pierwszą porcję zjadła bardzo szybko, aby zabić czekoladowy głód. Dwiema kolejnymi napchała policzki i spokojnie wróciła do łóżka. Resztę nutelli zamierzała zjeść pod ciepłą kołdrą, w towarzystwie babskiej książki.
Każdy normalny człowiek musi czasem zjeść słoik nutelli, prawda?
Z okazji Dnia Kobiet, życzę Wam spokojnego dnia odpoczynku i "niemyślenia". Takiego w łóżku, z nutellą i książką!
A ja... idę do pracy! Oto mój sklepik marzeń:
Dziękuję wszystkim, którzy mnie tam odwiedzili!!! :)
Więcej zdjęć z prawdziwych, żywych i realnych Absurdaliów oczywiście na facebooku... ;)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
dzień kobiet,
nutella,
sklep
piątek, 21 lutego 2014
marzenia
Dziś bez bajki i bez obrazka. Dziś biznesowo. Absurdaliusz ubrał się we frak i ogłasza, że Wielkie Otwarcie naszego wymarzonego sklepiku nastąpi już 1 marca! :) Zapraszamy Was wszystkich! Sklepik (o pięknej nazwie "Absurdalia") będzie otwarty codziennie od godziny 10 do 19. A latem pewnie dłużej! Gdzie on w ogóle jest? W Krakowie na Grodzkiej 42 - pod arkadami. Wpadajcie jak tylko będziecie w okolicy! Lub przyjedźcie z daleka właśnie do nas. Będziemy szczęśliwi mogąc Was poznać i ugościć! :) U nas wszyscy będą mile widziani - również zwierzęta domowe (które przecież nie lubią zostawać same w domu!).
Cieszymy się strasznie naszym spełniającym się marzeniem :) Dlatego przygotowaliśmy dla Was konkurs! To taki konkurs organizowany po to, aby spełnić czyjeś małe marzenie (albo chociaż sprawić komuś drobną przyjemność). Bo do wygrania będzie bon o wartości 50zł za który można wybrać sobie jakąś ładną rzecz ze sklepu na Grodzkiej! :)
A będzie w czym wybierać!! Gwarantuję! :)
Co zrobić aby wziąć udział w konkursie? Zgłosić się w komentarzu tutaj lub na facebooku (pod TYM linkiem) i spełnić dwa warunki: udostępnić TEN facebookowy link i nas polubić :) Ha!
Losowanie 1 marca! :) A bon będzie można zrealizować u nas w sklepiku w ciągu kolejnych trzech miesięcy (lub dłużej, do wakacji!;)).
Czyje dzieła będą zgromadzone w sklepiku? Oto lista (która ulega ciągłym zmianom, wciąż dochodzą nowi twórcy):
Agea,
Jeje, Betsy,
Tulaj,
Marysza,
Kollale,
Niechajowie,
Mia mi,
Jarecka,
Galeria Miau,
Fandoo,
Terakoty,
For.rest,
Alala,
Magiczne Atelier,
Inki Pinki,
Poziomkarnia,
Kura D.,
Bebeluszek,
a także ciekawostka: instrumenty od Bartosza Roszko!
Hurrra! :)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
candy,
Grodzka,
konkurs,
sklep
sobota, 15 lutego 2014
Spoko Maroko
Józefina była jedną z tych osób, które lubią chodzić boso po lesie.
Wiadomo, że chodzenie boso po lesie jest czynnością bardzo niebezpieczną (żeby nie powiedzieć: bezmyślną!). Można nadepnąć na sterczącą gałązkę, szyszkę, a nawet spotkać żmiję! Sąsiadka cioci Józefiny, Karolina, spotkała kiedyś żmiję w lesie i bardzo się przestraszyła - mimo, że miała na sobie grube buty górskie!
Jednak Józefina należała do tych osób, które nie tracą czasu na myślenie o takich błahostkach jak skaleczona stopa. Wolała skupić się na wdychaniu zapachu lasu i obserwacji szeleszczących i migoczących na słońcu listków - przeróżnych listków o milionie rozmaitych barw i kształtów. Mało która istota na świecie zwracała taką uwagę na różnorodność liści co ona - Józefina.
Co z tego, że ciocia Agata mówiła jej: Nie chodź boso po lesie bo się to źle skończy!
Józefina wcale jej nie słuchała. A wręcz odwrotnie! Kiedy ciocia Agata skupiała się na wygłaszaniu tyrady o bosych stopach, Józefina wykradała ciasteczka z jej puszeczki ze słodkościami! (Należy dodać, że podczas swoich przemówień, Agata zamykała oczy - bo tak lepiej się jej myślało, więc nie widziała co robiła jej siostrzenica Józefina.)
I właśnie w któryś wtorkowy, letni poranek Józefina wybrała się do lasu. Boso, rzecz jasna. Zabrała ze sobą swój ulubiony liliowy termos w kwiatuszki (pełny herbaty z sokiem malinowym) oraz herbatniki i wyruszyła w drogę. Nie miała daleko. Las znajdował się zaledwie pięćset metrów od domu ciotki Agaty, u której Józefina mieszkała od najmłodszych lat.
To był wyjątkowo słoneczny poranek. W powietrzu czuć było, że za kilka godzin zrobi się prawdziwy upał. Na polanie przed lasem Józefina widziała rodzinę zająców, która chłodziła się w pokrytej resztkami rosy wysokiej trawie. Pomyślała, że dotrze do źródełka znajdującego się trochę głębiej w lesie i również trochę się tam ochłodzi. Tak, to była wspaniała myśl! A może spotka tam leśniczego? Lubiła grać z nim w szachy.
Wędrowała sobie Józefina beztrosko przez las. Wdychała jego pyszny zapach, oglądała listki i nuciła wesołą piosenkę. Czuła się wspaniale - tak wspaniale, że zaczęła nawet delikatnie podskakiwać. Hop! Na kamyk! Hop! Na kępkę trawy! Na mięciutki mech! Na zwiędłe liście!
Skakałaby pewnie jeszcze dłuższy czas, gdyby nagle nie usłyszała rozpaczliwego pisknięcia. Coś zawołało przerażonym, piskliwym głosem tak okropnie, że Józefina natychmiast się zatrzymała. Coś, co wydało ten smutny jęk, musiało być małym i bardzo przestraszony zwierzątkiem!
Rozglądnęła się wkoło i dostrzegła na kamyku, tuż obok swojej lewej stopy, małą czarną żmiję!
Żmija musiała być jeszcze dzieckiem. Sprawiała wrażenie bardzo przestraszonej i chyba nie potrafiła się bronić bo tylko leżała i płakała.
Józefina przestraszyła się nie na żarty! Kucnęła obok żmii i zaczęła ją serdecznie przepraszać. Gdyby skoczyła centymetr dalej, byłoby już po żmii! To była straszna myśl! Tak niewiele brakowało, a pozbyłaby życia małe, bezbronne zwierzątko!
Żmija wyciągnęła z kieszeni chusteczkę higieniczną i otarła łzy. Spojrzała na Józefinę i powiedziała cichutkim głosem: - Nie mów nikomu, że boję się gryźć, dobrze? Bo gdybym umiała to już dawno bym Cię ukąsiła! I nie mów nikomu też tego, że płakałam. Żmija schowała chusteczkę i poszła w dal.
--------------------------------------------
Miałam napisać o Maroko? To była egzotyczno-ekstremalna podróż pełna przedziwnych wydarzeń!
Zaczęło się od tego, że w dniu wylotu w Krakowie była gęsta mgła. Lot opóźnił się o cztery godziny i nie zdążyliśmy na drugi samolot (lecieliśmy z przesiadką Kraków-Paryż, Paryż-Tanger). Spędziliśmy noc na lotnisku (nie ostatnią podczas tej podróży) i wydaliśmy dodatkowe pieniądze na kolejny lot.
To miała być podróż pełna przygód. Nie rezerwowaliśmy żadnych noclegów, jechaliśmy "na żywioł". I dostaliśmy to, czego chcieliśmy ;)
Przejechaliśmy całe Maroko, od północy do południa poznając prawdziwe oblicze tego kraju. W każdym mieście bez problemu znajdowaliśmy nocleg za 12-15 złotych. Warunki higieniczno-sanitarne? Lepiej nie pytajcie! W taką podróż zdecydowanie warto zabrać śpiwór i termofor. Oraz grzałkę do wody.
Przytrafiły nam się przygody z arabami, którzy chcieli nas: 1. Wyprowadzić "w pole" i okraść 2. Oszukać 3. Porwać ;)
Mieliśmy dziwne przejścia na pustyni, gdzie nasz samochód oczywiście zakopał się w piasku (a na dokładkę przyszedł pan z wielbłądem na smyczy i chciał od nas pieniądze).
Utknęliśmy również wysoko w górach, w największą burzę śnieżną jaką widziałam. Siedzieliśmy zamknięci w samochodzie, kompletnie zasypanym (na wysokości dwóch tysięcy metrów!) i już myśleliśmy, że to nasza ostatnia noc w życiu (dostałam zakaz dzwonienia do rodziców, żeby ich nie martwić!).
Przeżyliśmy cztery pory roku w ciągu dwóch tygodni.
Kupiliśmy pięć kilogramów mandarynek za 1,50zł.
Nauczyliśmy się pięknej sztuki negocjacji ;)
Niektórzy z nas zaspali na samolot powrotny do Krakowa ;)
Spełniło się moje marzenie: miałam na ramieniu prawdziwą, żywą małpkę.
Chodziliśmy boso po pustyni - okazało się, że to nie było zbyt mądre bo tam są skorpiony i węże!
Podsumowanie: POLECAMY! :D
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
jestem dorosła,
Maroko,
wąż,
zajączek
wtorek, 4 lutego 2014
Tort
Daria miała dziwne uczucie.
Chciała czegoś, ale jednocześnie nie chciała niczego (czego chciała lub nie chciała? - nie wiedziała!). Siedziała na kanapie (wykonanej ze sztucznej skóry) i od godziny rozmyślała co zrobić z tym dziwnym stanem. Aż swędziało ją całe ciało ze złości!
Może poszłaby na spacer do parku (zabrałaby ze sobą jamnika Rufusa)? Niee... To nie to.
Albo mogłaby wziąć gorącą kąpiel z dodatkiem soli Kingi! Hm... Nieee... Już lepiej byłoby wskoczyć do basenu i popływać.
A może zje obiad? E tam... Jej żołądek pamięta jeszcze obfite śniadanie (rogaliki francuskie z serkiem wiejskim i miodem).
Czytanie? Odpada. Nie ma fajnej książki.
Rysowanie? Ostatnio rysowała jak chodziła jeszcze do przedszkola, więc to chyba jakiś żart.
W takim razie może zrobi pranie? Nie. Filtr jest przecież zapchany, a czyszczenie go byłoby zbyt męczące.
Ewentualnie mogłaby zadzwonić do Karoliny i zaprosić ją na herbatę, ale Karolina wyjechała przecież z chłopakiem do jego babci (babcia Czesia - mieszka w chatce w górach i ma jedną krowę mleczną).
Więc siedziała biedna Daria na swojej kanapie i trzymała się za głowę (ze złości). Była już na skraju załamania nerwowego - bo ileż można zastanawiać się nad tym czego się chce, a czego się nie chce?
Spojrzała na zegarek (za pięć czternasta) i opadła zrezygnowana na stertę poduch leżących w nieładzie tuż obok niej.
Tymczasem, wśród poduszek zawieruszył się mały, gruby stworek ze śmieszną trąbą. Absurdaliusz! Wgramolił się Darii na twarz (bezczelny! - pomyślała), spojrzał prosto w jej zielone oczy i zarumienił się.
- Zjadłbym tort! - powiedział i westchnął głęboko.
Daria zamarła.
Tort? Zjadłaby tort. Z największą przyjemnością. Czyżby to była jedyna rzecz na którą Daria miała ochotę?
Daria i Absurdaliusz usiedli przy kuchennym stole i w promieniach zachodzącego słońca zjedli pyszny tort wiśniowy.
Czasem tak właśnie w życiu bywa.
------
Wróciliśmy z wakacji - Monsz, Absurdaliusz i ja. Relacja wkrótce :)
A tymczasem chciałabym Was serdecznie poprosić o głosy w konkursie na Blog Roku! Do końca głosowania zostało tylko półtora dnia (do czwartku w południe), ale ja wciąż wierzę, że uda nam się przejść do drugiego etapu.
Sms o treści J00013 trzeba wysłać na numer 7122 (koszt 1,23). Dochód z smsów jest przeznaczony dla fundacji Gajusz.
Jeśli macie ochotę zagłosować na Absurdaliusza to będzie nam szalenie miło!!! :)
Szczegóły: TUTAJ
Jeszcze jedno ogłoszenie.
Klubo Księgarnia zaprosiła mnie do poprowadzenia warsztatów z tworzenia książeczek! Zajęcia już w tę sobotę o godzinie 15, ulica Berka Joselewicza. Zapraszamy do zapisywania się! Szczegóły TUTAJ. Warsztaty są dla dzieci, oczywiście:)
Pozdrawiamy!
wtorek, 24 grudnia 2013
Renifery
Absurdaliusz chwycił mnie za rękę i szepnął na ucho: - Tylko nie życz im smacznych barszczyków, wesołych karpików czy uśmiechniętych choinek... Życz im tego czego my sobie życzymy - bo to najfajniejsze co tylko może być!
Posłuchałam Absurdaliusza (on ma zawsze rację). Zatem życzymy Wam wszystkim Spełnienia Marzeń! W te święta magiczne oraz w całym nowym roku.
Bez patetycznych i wzniosłych słów (bo my takich słów nie potrafimy mówić) pozdrawiają:
Marysia i Absurdaliusz
czwartek, 19 grudnia 2013
W krainie snu
Pościele Absurdalne są bardzo miłe w dotyku, wykonane z delikatnej bawełny czułej dla skóry dziecka. Pokryte autorskim i całkowicie unikatowym wzorem w Absurdaliusze - trwałym na pranie, prasowanie i inne zabiegi higieniczne :) Mają wymiary pasujące do łóżeczka dziecięcego - tego małego i tego już troszkę większego (ale jeszcze nie całkiem dorosłego).
Nie zapina się ich na nudne guziki lecz zawiązuje na kokardki, które całkiem sprawnie spełniają trzy funkcje: praktyczną, ozdobną oraz inspirującą - dzieci lubią metki, wstążki i inne dziwne zabawki!
Absurdalne pościele występują w trzech wersjach kolorystycznych - białej, różowej oraz niebieskiej.
Wszystkie te cechy są oczywiście bardzo fajne, korzystne i wartościowe, ale dopiero TA jedna cecha wyróżnia Absurdalne pościele z tłumu wszystkich innych pościeli świata! O jaką cechę chodzi? Posłuchajcie tej historii...
Pewna Łucja bardzo nie lubiła nocy. Przede wszystkim dlatego, że nocą budził się Artur - wielki i włochaty pająk, którego hodował jej brat. Łucja bardzo nie lubiła Artura oraz tych momentów, kiedy biegał nocą po swoim terrarium. Owszem, pająk wraz z bratem Łucji mieszkali w osobnym pokoju, ale co by było gdyby Artur wydostał się ze swojego domku i przyszedł do niej w nocy? Łucja aż bała się o tym myśleć!
Poza tym Łucja nie lubiła nocy bo wtedy jest ciemno, wszyscy idą spać (zbyt wcześnie), nie widać jej kolorowych zasłonek ani misiów i lalek... Nocą wszystko jest straszniejsze, nawet kupka ubrań rzuconych niedbale na podłogę wygląda jak niebezpieczny stwór!
Jednej z takich ciemnych i strasznych nocy, kiedy w pokoju obok grasował pająk Artur, a zasłonki złowrogo falowały przy uchylonym oknie, Łucja zapadła w dziwnie mocny sen. Przyśnił się jej wesoły stworek - cały szary, z trąbką i maleńkimi uszkami. Był gruby i bardzo radosny - chichotał przez cały czas, aż na jego policzkach pojawiły się rumieńce! Przyczłapał do Łucji (miał pulchne, krótkie i dość niezdarne łapy) i przedstawił się jej imieniem Absurdaliusz. Powiedział, że od tej pory będzie jej... senną wróżką (co bardzo rozbawiło Łucję bo wróżki nie przypominał ani trochę!). Zapewnił, że będzie jej towarzyszył i odgoni każdy senny koszmar - bo takie jest zadanie sennej wróżki.
Od tamtej pory Absurdaliusz odwiedzał Łucję w jej snach. Kiedy tylko spostrzegł, że w sennym świecie Łucji zaczyna pojawiać się coś smutnego, przykrego lub, nie daj Boże - strasznego, natychmiast przybiegał z pomocą. Wspólnie z Łucją szli wtedy do sklepu ze słodyczami, gdzie kupowali sobie największe i najbardziej kolorowe lizaki. Albo wędrowali na wycieczkę w góry obrośnięte polnymi kwiatami. Czasem unosili się w powietrzu i oglądali świat z lotu ptaka - bo we śnie wszystko jest przecież możliwe.
Łucja bardzo lubiła Absurdaliusza. Była mu wdzięczna za wszystkie chwile beztroskiej radości, które spędzili razem w tych wszystkich snach. Dlatego, kiedy stała się dorosłą kobietą, postanowiła podzielić się swoją Absurdalną senną wróżką z innymi dziećmi, które boją się nocy. I w ten sposób powstały pościele Dobrych Snów w wesołe, kochane Absurdaliusze! :)
A na koniec jeszcze kilka zdjęć z kiermaszu 'Kraków ŁAŁ'! Monsz zrobił sporo zdjęć, ale nie miał jeszcze czasu, żeby mi je skopiować. Dlatego fotorelacja taka krótka.
Na targach byliśmy z obrazkami, pościelami i torbami. Mieliśmy też wieeeelką kolorowankę dla dzieci, która cieszyła się dużym zainteresowaniem :)
Etykiety:
absurdalia,
Absurdaliusz,
kołdry,
ŁAŁ,
poduszki,
pościel,
targi
wtorek, 19 listopada 2013
Rodzina!
Zamknijcie oczy i spróbujcie wyobrazić sobie minę kogoś, komu spełniło się właśnie największe marzenie życia (takie niespełnialne!).
Już?
Taką właśnie minę miał Absurdaliusz kiedy pokazałam mu jego rodzinę! Przeogromne ilości bawełny w... malutkie Absurdaliusze!!! Biedak, z radości skakał, płakał, chichotał, tańczył, kładł się i wstawał. Chciał przywitać się z każdym Absurdaliuszem z osobna! Kłaniał im się w pas zdejmując z głowy wyimaginowany melonik. Próbował nadać im wszystkim oryginalne imiona, ale to było przecież niemożliwe, tyle ich tam jest!
Od tamtej chwili Absurdaliusz nie wychodzi z domu. Nie je i nie pije! Siedzi na zwoju materiału i gawędzi wesoło ze swoją rodziną (o której zawsze marzył). Nic więcej nie potrzeba mu do szczęścia!
Oczywiście, wszystkie Absurdaliusze które teraz mamy w domu (Monsz i ja) są gotowe na wielką przygodę życia! Gawędzą ze sobą serdecznie, ale tak naprawdę czekają na wielki dzień! Każdy z nich (gromadnie lub pojedynczo) wyruszy w daleki świat by zwiedzać, tańczyć i bawić się z dziećmi! Do tego zostały stworzone! Dlatego niecierpliwie przebierają nogami i co chwilę pytają mnie - kiedy to nastąpi??? A ja odpowiadam im dzielnie, że przed samymi świętami! To najlepszy moment na rozpoczęcie wielkiej podróży życia!
Mam już oczywiście pewne plany dotyczące tej tkaniny. Ale chciałabym zapytać Was o zdanie - co powinnam z niej uczyć? Co byłoby najfajniejszą na świecie rzeczą w Absurdaliusze? Będę Wam straszliwie wdzięczna za podpowiedzi!! :)
A magiczny dzień X, na który wyznaczyłam sobie ukończenie pierwszych Absurdalnych Absurdaliów, wypada 14 grudnia. Wtedy odbywać się będą targi Kraków ŁAŁ. Będę na nich wraz z Absurdaliuszami!
niedziela, 10 listopada 2013
Absurdaliusze!
Kryształowa łza wzruszenia drży w oku Absurdaliusza, a potem spływa po policzku i wsiąka w atłasowy szal okalający jego smukłą szyję. Na biurku piętrzą się stosy autografów czekających na omdlałe z miłości fanki. W powietrzu unosi się woń sławy. Zegar z kukułką, do tej pory zakurzony i zapomniany, głośno odlicza minuty do wybuchu prawdziwej euforii (by nie powiedzieć: histerii!!). Już wkrótce policzki Absurdaliusza zapłoną różanym rumieńcem rozkoszy, a jego długie rzęsy staną się obiektem pożądania wszystkich kobiet. Każda Helga, Koncita, Esmeralda i Genowefa marzyć będzie, aby TE oczy wpatrzone były właśnie w nią!
Ku radości Absurdaliusza postanowiliśmy (Monsz i ja) zamieścić tu krótki filmik o szalenie tajemniczej fabule, która niewiele Wam powie. Tajemnica i oczekiwanie wzbudzają w człowieku dreszcz emocji, który jest niezbędnym elementem sukcesu!
Co to będzie?
sobota, 26 października 2013
Portrety rodzinne
| rodzinka z bloga Życie Be |
Nigdy nie chciałam być strażakiem. Ani policjantką, lekarką, ogrodnikiem, architektem, wyprowadzaczką psów... Nigdy nie chciałam być nawet królewną (i tak nie mogłabym nią zostać, ponieważ kiedyś przespałam całą noc na nożyczkach i tego nie poczułam. Królewnom szkodzi nawet ziarnko grochu). Cała ta sytuacja jest dość zastanawiająca, jak teraz o niej myślę. Przecież każdy człowiek będąc dzieckiem chce zostać kimś w przyszłości.
Jedyną rzeczą którą kojarzę, że zawsze chciałam to... nigdy nie być dorosłą. Prawdopodobnie dlatego nie jestem lekarką, weterynarzem, prawnikiem ani innym poważnym obywatelem. Kim więc mogę być skoro nie jestem już dzieckiem (według dowodu osobistego i urzędników)?
Przez okres liceum i studiów miotało mną szaleńczo. Co miesiąc znajdowałam sobie inne "zajęcie życia". Pracowałam w sklepie indyjskim, malowałam anioły z masy solnej, sprzedawałam ubranka małych kibiców (nie cierpię piłki nożnej), byłam recepcjonistką w hotelu w Grecji, robiłam wywiady dla studenckiego radia, pisałam artykuły sportowe i dziecięce, pracowałam w aptece, prowadziłam magazyn o sztuce niszowej, byłam baristką w kawiarni, opiekowałam się dziećmi...
W międzyczasie chciałam założyć księgarnię, kawiarnię, kawiarnię z księgarnią, schronisko dla psów, podróżować po świecie, pisać książki, założyć wydawnictwo, być operatorem kamery, założyć agencję niań, prowadzić magazyn z bajkami, organizować śluby, być fotografem, mieć hodowlę szczurów oraz wiele, wiele więcej.
Potem (czyli w zeszłym roku) zrozumiałam, że czas wreszcie znaleźć poważne zajęcie. Dość szybko wymyśliłam sobie kolejną "pracę marzeń", którą szczęśliwie dostałam (po wysłaniu około miliona CV). Dzięki tej "pracy marzeń" uwierzyłam (nie po raz pierwszy), że jak się czegoś bardzo chce to marzenie spełni się prędzej czy później (chociaż możliwe, że miałam po prostu sporo szczęścia).
A jednak... Siedząc nad miską makaronu ze szpinakiem (dziwne, ale do zeszłego miesiąca nie lubiłam szpinaku), myślę sobie, że... to wszystko to jednak nie było TO.
Od kiedy dostałam w prezencie tablet do rysowania od brata mojego (Mateusza), najwięcej przyjemności sprawia mi rysowanie i pisanie dziwnych bajek (a zaraz potem podróże!). Chociaż kreski moje są koślawe i dość komiczne, siadam, wymyślam i rysuję nie bacząc na przeciwności losu (brak warsztatu, bloków rysunkowych i czasu).
A najfajniejsze jest chyba to, że piszecie do mnie i prosicie o portrety rodzinne, ciążowe, obrazki kotów, psów, aniołków, samochodów, motorów, Świętych Mikołajów ;) A ja mogę Wam to wszystko narysować (mimo, że kreski moje są koślawe i dość komiczne)!
To jest fajne! Mimo, że niestety nie może być pracą mojego życia ;)
Na górze są dwa portrety rodzinne, które ostatnio rysowałam. Na drugim znajduje się rodzinka z bloga życie be. Części z tych portretów nie zamieszczam na blogu, są to przecież osobiste i bardzo prywatne portrety i nie każdy życzy sobie, aby upubliczniać jego podobiznę ;) Kilka możecie znaleźć na blogach:
Kaszka z Mlekiem (ostatni rysunek)
BetsyPetsy (w logo)
oraz INNE
Pozdrawiamy,
Absurdaliusz i ja
Subskrybuj:
Posty (Atom)