Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. 2002. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. 2002. Pokaż wszystkie posty

środa, 8 lutego 2012

Katarzyna Grochola - "Podanie o miłość"

Katarzyna Grochola
"PODANIE o MIŁOŚĆ"
 



Takiej Grocholi nie znałam. Nostalgicznej, refleksyjnej, natchnionej, pochylonej nad człowiekiem z wszystkimi jego wadami i ułomnościami. Często nad tym najmniejszym, na pierwszy rzut oka nie wyróżniającym się z tłumu. Nad człowiekiem z całym jego bagażem codzienności, ciężarem, który przecież zna każdy z nas, ale może nie zawsze zauważa i nie zawsze docenia znaczenie tych „walizek” i „pakunków”. Pochylonej z wielką delikatnością, ale też niesamowitą przenikliwością, z całą miłością, którą czuje do swoich bohaterów. Którą także my, czytelnicy, możemy poczuć w każdym słowie, linijce tekstu, akapicie - w każdej nucie, która brzmi gdzieś na obrzeżach świadomości. 

Takiej Grocholi nie znałam. Nie spodziewałam się też taką odnaleźć. Poważną, ale nie skostniałą czy zasadniczą. Subtelną, ale nie stroniącą od nazywania rzeczy po imieniu. Wyszukującą najdrobniejsze, najmniej zauważalne szczegóły i z nich właśnie tworzącą przejmujące historie. Opowieści splecione z drobiazgów, z kawałeczków dni, godzin i minut. Z fragmentów naszego losu.

Opowiadania zawarte w zbiorze „Podanie o miłość” to w większości bardzo krótkie, kilkustronicowe utwory. I chociaż pokazują malutkie wycinki życia - są niemal jak miniaturowe życiorysy. Tak wiele można zawrzeć na kilku kartkach. Opowiadania te, choć nie zawsze jest to jednoznaczne, są oczywiście o miłości - o jej braku, poszukiwaniu, przemijaniu, stracie. O różnych twarzach uczucia, które często, niedostrzegalne, jest tuż obok, na wyciągnięcie ręki. Autorka pokazuje nam, jak łatwo można ją zabić, stracić, zawieść, przegapić, nie zauważyć tego najcenniejszego daru. Ona dostrzega miłość wszędzie. W każdej minucie, oddechu, geście. Pokazuje nam różne jej oblicza. Pomaga nam dostrzec ją tam, gdzie nigdy byśmy jej nie szukali. 

Są w „Podaniu o miłość” większe i mniejsze dramaty. Są też całkiem codzienne rozterki. Są historie banalne, opowiedziane w całkowicie niebanalny sposób. Jest drobiazgowość z jaką autorka opisuje nam najbardziej prozaiczne sytuacje i jest to, co najważniejsze - wyłaniające się zza tej fasady obnażone serce. Jest w tych opowiadaniach samo życie - nie zawsze piękne, nie zawsze zrozumiałe i na pewno nie idealne. Życie tak prawdziwe, że aż trudno nam w nie uwierzyć. 

Pewien dysonans wprowadza dopiero przedostatnie opowiadanie zatytułowane „Miłość i morderstwo”. Jest ono jakby z innej bajki. Przedstawia odmienną rzeczywistość, a może tylko odmienną wrażliwość. Zakłóca niejako porządek rzeczy. Nie wiem czy był to przemyślany zabieg autorki, by przełamać idealne dopasowanie elementów „Podania o miłość”, czy po prostu tak wyszło. Wiem jednak, że ta historia, według mnie, nie pasuje do pozostałych. Ma po prostu inny klimat.

Na szczęście w ostatnim, obejmującym objętością niemal połowę książki, opowiadaniu „Pozwól mi odejść”, wracamy do estetyki i tematyki, która tak bardzo mnie ujęła w tym zbiorze. Tu jesteśmy z powrotem w tej samej, znajomej codzienności, spod której wyłania się właściwy sens tych prostych, życiowych historii. A historia finałowa, zamknięta tym razem na kilkudziesięciu stronach, mimo iż tak samo jak w tych najkrótszych opowiadaniach zlepiona z małych elementów, ze skrawków rozmów, chwil, epizodów - jest jednocześnie czymś więcej. Kwintesencją, podsumowaniem, zamknięciem, przysłowiową kropka nad „i” lub inaczej mówiąc - wisienką na torcie.

Takiej Grocholi na pewno nie znałam. Z radością naprawiłam swój błąd. Jednak to nie radość jest dominującym uczuciem, które pozostawia po sobie lektura tych opowiadań. Czytałam je z  zadumą, smutkiem, a nawet z łezką w oku. Potrafią wywołać w człowieku prawdziwą burzę, a potem przynieść oczyszczający deszcz i wszechogarniający spokój, a czasem żal lub tęsknotę. Są proste jak samo życie i tak jak życie - skomplikowane.

Jeśli Wy też takiej Grocholi nie znacie - koniecznie przeczytajcie „Podanie o miłość”. 
 ___________________________
Wydawnictwo:   LIBROS

Rok wydania:   2002
 

piątek, 6 stycznia 2012

Anna Rozen - "Lekcja erotyki"

Anna Rozen
"LEKCJA  EROTYKI"
 
Tłumaczenie:   Ewa Zielińska

Wydawnictwo:   LIBROS
Rok wydania:   2002



Głównym tematem „Lekcji erotyki”, a właściwie jedynym, jest seks. W różnych konfiguracja, okolicznościach i z całą gamą partnerów, bardziej lub mniej udanych. Znajdą się tu również „nieskonsumowane” epizody.


Jak mówi sama zainteresowana:  
„Istnieje także rozkosz pożądania, które się nie spełnia”. [1]

Książka jak najbardziej dla dorosłych i to wyłącznie dla tych mniej wrażliwych. Nie jest co prawda „niesmaczna” czy wulgarna, jednak osoby o delikatniejszym usposobieniu lub głęboko zakorzenionej pruderii – nie powinny po nią sięgać. To oczywiście tylko rada.

„Lekcja erotyki” ma niejako formę pamiętnika. Nie znajdziemy tu jednak chronologii, żadnego porządku w opisywaniu zdarzeń. Wygląda to tak, jakby główna bohaterka, a zarazem narratorka, opowiadała dokładnie to, co w danym momencie się jej przypomniało. I dalej jest już tylko potok skojarzeń. Przechodzimy od jednej historyjki, do kolejnej, nie wiedząc często w jakim czasie jest ona umiejscowiona. Zresztą w książce tej odnaleźć można dużo więcej znaków zapytania niż klarowności czy szczegółowości. Nie poznajemy wszystkich okoliczności każdej z „przygód”, tylko to, co narratorce wydawało się istotne w konkretnym zdarzeniu, w danym momencie. Pełen subiektywizm. Czasem chciałoby się wiedzieć więcej o okolicznościach, w których doszło do „tego” czy „tamtego”, a czasem poznajemy zbyt wiele szczegółów, które wydać się mogą niepotrzebne, czy wręcz przytłaczające. Liczy się chwila, która może być zależna od poprzedniego wspomnienia, lub całkowicie oderwana od czegokolwiek.

Bohaterka, mimo całej szczerości, z jaką opowiada o swoich łóżkowych wędrówkach, jest osobą całkowicie anonimową. Nie znamy jej wieku, wykształcenia, nie wiemy czym się zajmuje, gdzie mieszka. Tajemnicą pozostaje nawet jej imię.
Jest tak anonimowa, że mogłaby być każdym i nikim. I chyba właśnie taki zamysł przyświecał autorce „Lekcji erotyki” – oswoić czytelnika z bezpruderyjnością bohaterki, z jej rozpasaniem i ryzykownymi decyzjami, a nawet z konsekwencjami jej działań (chociaż te ostatnie w przypadku bohaterki są akurat całkiem łagodne) nie pokazując jej „twarzy”. Tak by każdy czytający chociaż przez chwilę zastanowił się czy takie nieokiełznane emocje, często szczelnie ukryte pod maską ucywilizowanej codzienności, nie drzemią pod skórą każdego z nas. Może sąsiada? Męża? Żony? Przyjaciela? A może nawet nas samych? Pytaniem pozostaje tylko to, czy pozwolimy im ujrzeć światło dzienne… niekoniecznie z tak daleko posuniętą swobodą jak robi to bohaterka „Lekcji erotyki”. Czy chociaż w małym stopniu odważymy się swobodnie sięgać po to, co sprawia nam przyjemność? Bez wstydu czy zażenowania? Ze świadomością, że potrzeby ciała są równie ważne jak inne, że wypieranie się ich nie sprawi, że znikną.

Książka jest oczywiście również o poszukiwaniu przyjemności. O dążeniu do spełnienia. Nie każda bowiem z opisanych „przygód” kończy się sukcesem czy choćby satysfakcją. Opowieści te służą jednak wyciąganiu wniosków i stawianiu lub oblaniu teorii.
Bohaterka nie zatrzymuje się jednak, nie analizuje zbyt szczegółowo, nie rozkłada na czynniki pierwsze, nie próbuje niczego poprawić, ulepszyć, tylko zmierza dalej. Wciąż poszukuje. Postępuje niejako zgodnie z zasadą „Najważniejsze jest by gonić króliczka…” – chociaż to akurat pozostaje w sferze domysłów czytelnika.

O czym więc tak naprawdę jest „Lekcja erotyki”? Nadal podtrzymuję opinię, że o seksie. Czy jednak to pojedyncze słowo może oddać wszystko? Nie jestem przekonana. 

Książka na pewno kontrowersyjna. Jednym się spodoba, inni zapewne odrzucą ją w kąt, nie znajdując w niej nic specjalnego, a jeszcze inni mogą poczuć się dotknięci bezpruderyjnością i otwartością w opisaniu tego, co dla wielu osób jest rzeczą intymną i prywatną. Znajdą się zapewne też tacy, którzy dostrzegą tylko niemoralność i rozpasanie.

Co o niej sądzę ja? No cóż… Trudno powiedzieć. Osobiście nie zawadza mi erotyka w niemal żadnym wydaniu, więc ten „problem” odpada w tzw. przedbiegach. Czy jestem zachwycona? Chyba nie. Rozczarowana? Też nie do końca. Mam mieszane uczucia.

Na pewno na uwagę zasługuje bogactwo słownictwa, czy wręcz słowotwórstwo autorki. Ja nazwałabym to ekwilibrystyką słowną. Nadaje ona, moim zdaniem, tym krótkim, pełnym niedopowiedzeń, wybiórczym opowiastkom interesujący klimat.
Podczas lektury odpowiadała mi także właśnie skrótowość, umowność „fabuły”, jeśli o takiej można w ogóle mówić w kontekście „Lekcji erotyki”. Jest to na pewno książka intrygująca, skłaniająca do chociaż odrobiny zastanowienia, inna. Może nawet dziwna, ale „dziwna” nie oznacza przecież „zła”.

Mam więc problem z polecenie tej pozycji. Powiem inaczej… Tak jak „Lekcja erotyki” nie daje żadnych gotowych odpowiedzi czy wskazówek, tak też ja nie powiem czy warto, czy nie warto. Zadecydujcie sami – na własną odpowiedzialność!

_____
[1] Anna Rozen „Lekcja erotyki”, s.21