Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą postapokalipsa. Pokaż wszystkie posty

piątek, 15 października 2021

"Ziemia trwa" George R. Stewart


 Zaczynam czytać i od razu mam dreszcze: oto autor powolutku roztacza przede mną wizję świata, w którym śmiercionośny wirus dziesiątkuje ludzkość na Ziemi. Oho - myślę sobie - tego właśnie baliśmy się od lat i dlatego epidemia covidowa tak nami wstrząsnęła. 

Ish jest z pozoru zwyczajnym mężczyzną, który właśnie wędruje po górach, badając do pracy magisterskiej ekologię obszaru Black Creek. Przez ukąszenie jadowitego węża kilka dni ma wyrwane z życiorysu, a gdy powraca do żywych, ze zdumieniem odkrywa, że świat zmienił się w przerażający sposób. Ludzie wymarli, powaleni zjadliwym wirusem, ocaleli nieliczni, struktury rządowe, społeczne, wszystkie, upadły, cóż dalej?

piątek, 5 marca 2021

"Księga Etty" Meg Elison


 Ustrzegła się autorka przed klątwą drugiego tomu (często drugie tomy trylogii są nijakim połączeniem błyskotliwego początku i spektakularnego zakończenia), przenosząc akcję tej powieści do przodu o kilka pokoleń. Współmieszkańcy Etty wciąż pamiętają Bezimienną Akuszerkę, szanują ją jako jedną z założycielek osady Nowhere, żyją starając się podtrzymać populację, opiekując się ciężarnymi dziećmi i matkami. Próbują też wyjść nieco poza swoją osadę, ale to akurat jest trudne. Ludzkość bowiem zbiła się w małe grupki i żyje według zasad ustalonych przez te grupki. To może być matriarchat, to mogą być rządy siły i terroru oparte na niewolnictwie, są też roje wzorowane na pszczołach. Jedno jest pewne -  na ziemi wciąż jest niebezpiecznie, a kobiety wciąż są szczególnie narażone na krzywdy, na przykład na "cięcie", czyli obrzezanie. Okrutna praktyka okaleczania kobiet, wciąż obecna w pewnych społecznościach, choć mamy już XXI wiek, pojawia się także w tym powieściowym świecie przyszłości.

środa, 3 marca 2021

"Księga Bezimiennej Akuszerki" Meg Elison


 Sardegna pisała, że to kandydatka na jej książkę roku 2021. Potraktowałam tę deklarację dość nieufnie, wszak napisała o tym w styczniu! Mruknęłam pod nosem "Sardegno, sprawdzam" i wypożyczyłam audiobooka z "Księgą Bezimiennej Akuszerki". Po czym przepadłam. 

Jest rok,  hm, dość nam bliski, jak sądzę. Na ziemi zaczyna panoszyć się śmiercionośny wirus, zabijający ludzi ze skutecznością 98-99%. Wszelkie rządowe (mowa o Stanach Zjednoczonych, ale domyślnie dotyczy to całego świata) struktury rozpadają się jak domek z kart. Zwały trupów leżą na ulicach, a nieliczni ocalali snują się bezradni albo trochę szaleni.  Tytułowa bohaterka (nie poznamy jej imienia do samego końca) pracująca na co dzień na oddziale ginekologicznym w szpitalu, budzi się pewnego dnia w szpitalnym łóżku, a wokół nie ma nikogo żywego.

środa, 1 stycznia 2020

"Legenda" Grażyna Jeromin-Gałuszka - audiobook


Taki audiobook to skarb prawdziwy! Trafiłam dzięki polecance na FB (dziękuję!) i spędziłam kilkanaście godzin w zachwycie.
To historia postapokaliptyczna, skupiająca się nie na katastrofie (swoją drogą tajemnice są jej przyczyny), a na życiu po niej.

Główną bohaterką jest Mara: dziecko, dziewczynka, kobieta, której towarzyszymy w różnych etapach życia. Dziwne to życie, uregulowane do granic absurdu. Małe dzieci tylko przez rok mogą być z matkami, potem są rozdzielane wg płci i wychowywane przez opiekunki. Nastolatki muszą już ciężko pracować, a ich dni są wypełnione chłodem i głodem. Piętnastolatki przewożone są z surowej, skalistej wyspy na Jedyny Ląd. Aby dziewczynkom (właściwie także chłopcom, ale o ich życiu niewiele się dowiadujemy) jakoś objaśnić ich życie, opowiada im się Legendę. To uproszczona historia zagłady i ocalenia resztek ludzkości, zakończona ustanowieniem nowego porządku.

niedziela, 1 grudnia 2019

"Koniec świata w Makowicach" Jan Mazur


Moja ulubiona postapokalipsa! To znaczy ulubiony gatunek literacki. Obserwowanie, jak na kartach książki kończy się świat w sytuacji, gdy mój własny świat za oknem ma się dobrze, wprawia mnie w nadspodziewanie dobry nastrój.

"Koniec świata w Makowicach" świat traktuje dość powierzchownie, bo bohaterowie wybierają się najdalej do Białegostoku. Wszystko, co najważniejsze, dzieje się w Makowicach, małej wiosce na Podlasiu. To tam mieszkańcy martwią się brakiem prądu i kontaktu ze światem. Tam składają się na paliwo, by móc pojechać do miasta sprawdzić, co dzieje się z ich bliskimi. Tam żyją w pełnym niedowierzania niepokoju, nie wiedząc, co właściwie mają teraz robić. Władze? Cóż, wójt bawi się w Rambo, szukając wrogów do pokonania. Może ktoś z zewnątrz? Łobuzeria z sąsiedniej wioski chciałaby tylko się obłowić za darmochę. Ale uwaga, pojawia się trójka młodych ludzi z miasta, ze (szczątkową) świadomością tego, co może nastąpić i co należałoby teraz zrobić. Ci zabierają się za rządzenie w sposób chaotyczny, przypadkowy i nieskuteczny.

środa, 3 kwietnia 2019

"Wyspa" Sigríður Hagalín Björnsdóttir - audiobook


Nigdy nie marzyłam, by wyjechać na Islandię. Wydaje mi się, że to smutny i samotny kawałek skały zimnym oceanie i nic mnie tam nie ciągnie. Po wysłuchaniu "Wyspy" nie ciągnie mnie jeszcze bardziej. Bałabym się. W powieści przedstawiono bowiem sytuację, gdy Islandia staje się kompletnie odcięta od świata. Informacyjnie i fizycznie.

Nie ma łączności satelitarnej, telefonicznej, internetowej. Nie przylatują samoloty, nie przypływają statki. Z obiektami oddalającymi się od wyspy (łodzie, samoloty) traci się kontakt, a one same nigdy nie wracają. Islandia jest w bańce i nie wiadomo, co poza tą bańką jest.
To katastrofa na miarę apokalipsy, tyle że autorka zupełnie nie zajęła się powodami tej katastrofy (dając tym samym ogromne pole do popisu dla wyobraźni), skupiając się na tym, co wynikło z takiej totalnej izolacji.

niedziela, 13 maja 2018

"Koniec drogi" Dmitrij Głuchowski


Razem z "Wędrowcem" dostałam cienki jakby zeszyt, w którym mieściły się dwa teksty: kawałek najnowszej powieści Głuchowskiego "Tekst" oraz opowiadanie pod tytułem "Koniec drogi". Ponieważ w przedmowie do tego opowiadania autor napomknął o podobieństwach do "Drogi" Cormaca McCarthy'ego, od razu się za to złapałam, bo "Drogę" doskonale pamiętam. 

Podobieństwa? Owszem, osadzenie głównego motywu na wędrówce drogą dwojga ludzi. McCarthy jest jednak mocno patetyczny, wręcz oschły. Głuchowski rozgrywa to inaczej. Bierze młodego chłopca z wioski położonej gdzieś w postapokaliptycznym Związku Radzieckim, wyposaża go w ciekawość świata i wikła w konflikt z ojcem. Konflikt wygania chłopaka z wioski na Drogę. I tu zaczyna się robić ciekawie.

środa, 14 marca 2018

"Wędrowiec" Suren Cormudian [uniwersum Metro 2033]


"Metro 2033" znam, ale jakoś pozostałych książek z tego uniwersum nie udało mi się przeczytać. Z lenistwa! Samo w ręce nie wpadło, a szukać mi się nie chciało. A "Wędrowiec" właściwie sam wpadł mi w ręce, ku mojej radości, bo opis obiecywał i stalkera i postapokalipsę i może jakiś mutanty - czyli wszystko to, co lubię. A gdy się dowiedziałam, że stalker będący głównym bohaterem specjalizuje się w zdobywaniu na powierzchni książek i przenoszeniu ich do metra, to buzia uśmiechnęła mi się od ucha do ucha. Swój chłop!

poniedziałek, 24 lipca 2017

"Czarownica znad Kałuży" Artur Olchowy


Książek postapokaliptycznych napisano mnóstwo. Sporo z nich czytałam, ale ten temat mi się nie nudzi, bo wciąż odkrywam coś nowego. Właśnie odkryłam "Czarownicę znad Kałuży", powieść o tym, jak może wyglądać świat, a właściwie kawałeczek świata, po kataklizmie wojennym.

Co się stało? Ot, historia niezbyt wymyślna (ale wcale przez to nie mniej prawdopodobna niż inne), jedna rakieta, odwetowa rakieta, wojska, broń... Wytłukli się ludzie wzajemnie. Ocalały nieliczne jednostki, które spróbowały ułożyć sobie życie na nowo. 

środa, 21 czerwca 2017

"MaddAddam" Margaret Atwood


"MaddAddam" to jest jakieś szaleństwo. Proza z pozoru zwyczajna, bez ekwilibrystyki umysłowej, ale tak gęsto napakowana znaczeniami, że dopiero koniec lektury pozwala na uporządkowanie sobie w głowie tego, co tam właśnie nawkładała autorka.

Dla przypomnienia: "Oryks i Derkacz" wprowadzają nas w historię zagłady rozpoczętą przez szalonego geniusza, wyjaśniają, skąd się wzięli Nowi Ludzie oraz dlaczego ich opiekun Yeti powoli przestaje mieć poukładane w głowie. "Rok potopu" pozwala zerknąć bliżej na Bożych Ogrodników, oderwanych od nowoczesnego stylu życia i reszty społeczeństwa outsiderów z wyboru. Jak się okazuje, to oni wygrali zawody w przystosowaniu do życia po katastrofie wirusowo-ekologicznej. Oprócz tego można poczytać o konfliktach w świecie, gdzie dyskusja do niczego nie prowadzi (zupełnie jak w "Dniu tryfidów", bo zawsze znajdzie się jakiś oszołom) i gdzie nie da się być pacyfistą. Chyba że martwym.

wtorek, 6 czerwca 2017

"Dzień dobry, północy" Lily Brooks-Dalton

W antologii opowiadań "Science Fiction" Powergraphu jest opowiadanie pod tytułem "Godzina nadawania" Michała Cetnarowskiego. Opowiadanie niezbyt długie, ale o stosownym ciężarze gatunkowym: jedna osoba na ziemi, jedna w kosmosie a wokół pustki apokaliptycznej makabreski. Człowiek osamotniony wariuje, ale jeśli ma chociaż jedną osobę, z którą może pogadać, wtedy ocali zdrowe zmysły i chyba też duszę...

W "Dzień dobry, północy" mamy podobny zamysł. Jedna osoba na Ziemi, druga (właściwie więcej, ale w dialogu liczy się jedna) w kosmosie, czyli na statku kosmicznym. Mają ze sobą nikły, ale systematyczny kontakt.

sobota, 15 kwietnia 2017

"Rok Potopu" Margaret Atwood

Druga część trylogii MaddAddam ukazała się nadspodziewanie szybko po pierwszej i ucieszyła mnie niezmiernie. 

Wydarzenia opisane w powieści to są te same wydarzenia, o których czytałam w "Oryksie i Derkaczu", tyle że widziane z zupełnie innej perspektywy. Narratorkami w "Roku Potopu" są dwie osoby: Ren, czyli Brenda — tancerka z klubu erotycznego oraz Toby — aktywna działaczka w sekcie Bożych Ogrodników.

 Ren także należało kiedyś do Ogrodników, krótki to był epizod w jej życiu, ale był. Pozostała jej z tego jedna trwała rzecz: przyjaźń z Amandą, niezależną duszą, na poły buntowniczką, na poły artystką. Podobnie jak w "Oryksie i Derkaczu" mamy rzetelny opis wydarzeń z życia bohaterek aż do momentu, gdy na świat spadła zagłada. Zaraza, o której już wiedziałam, skąd się wzięła.

czwartek, 19 stycznia 2017

"Oryks i Derkacz" Margaret Atwood


Trafiła mi się jak ślepej kurze ziarno ta powieść. Bo wiecie, lubię książki o apokalipsie. Jak już kiedyś pisałam w recenzji "Gwiazdozbioru Psa", bawi mnie obserwowanie wysiłków autorów, którzy chcą wytłuc całą ludzkość w możliwie spektakularny, efektywny i oryginalny sposób.

Margaret Atwoot ludzkość wytłukła mało oryginalnie, ale z pewnością efektywnie i efektownie, zarażając całą populację wirusem śmiertelnej choroby. Tylko że w przypadku tej powieści wcale nie jest ważne jak, tylko dlaczego. Dlaczego ludzkość wyginęła, a przy życiu został tylko Yeti oraz jego podopieczni, nowi ludzie?
Wirus zmutował? Obawiamy się tego od wieków. A może wydostał się jakoś  z pilnie strzeżonego laboratorium?
Nie. Gorzej.

niedziela, 29 maja 2016

"Arisjański fiolet. Cisza" Pola Pane - uwaga, będą momenty, tylko dla pełnoletnich!


Książkę wygrałam na loterii organizowanej przez blogerki na Warszawskich Targach Książki - złapałam się jak mucha na lep słówkami "postapokalipsa, fantastyka, obcy". Co z tego wyszło?

Romans, soczysty, namiętny romans pomiędzy nastolatką świeżo wypuszczoną ze schronu przeciwatomowego, gdzie siedziała dziesięć lat  - a chłopakiem, który nie pochodzi z Ziemi, a z planety odległej od nas o kilka lat świetlnych. Te wszystkie fantastyczne didaskalia są tylko usprawiedliwieniem, pretekstem, by pokazać, jak się rozwija znajomość między dwojgiem młodych ludzi. A tak liczyłam właśnie na te didaskalia!

niedziela, 1 lutego 2015

"W blasku ognia" Polscy Fani Metra 2033


"Metro 2033" przeczytałam z przyjemnością, toteż kiedy w ręce mi wpadła niniejsza antologia, bez wahania zabrałam się do czytania.
Całość skomponowana jest w zgrabny sposób, spajający opowiadania w jedną całość. Oto gdzieś na obrzeżach metra jest graniczny posterunek. Płonie tam ognisko, gdzie można podejść, przysiąść i odpocząć, czy też ogrzać się. Można też opowiedzieć swoją historię.

Podchodzą więc i opowiadają. Podchodzą różni: młodzi, starzy, kobiety, mężczyźni, zrezygnowani i waleczni. Opowiadają o potworach czających się w mroku, o tym jak ludzie potrafią być gorsi od potworów, o niebezpieczeństwach grożących na powierzchni, o walkach o władzę, o miłości, o zemście....

Wszystkie opowiadania ładnie wpisują się w klimat Metra 2033, ale nie zostają na dłużej w pamięci. Niektóre są wręcz nudne (ach, te przepychanki między stacjami), niektóre są nieco obrzydliwe (fuj, kanibalizm), a tylko niektóre zbliżają się poziomem do powieści Głuchowskiego (motyw tańczącej dziewczynki).

Zaś jedno opowiadanie porządnie mnie zezłościło, gdyż autor wykazał się paskudną niekonsekwencją narracyjną. Zapomniał bowiem, że kazał uczynić bohaterowi coś, za co potem ten bohater zrugał żonę. Głupio tak, autorze!

Zawartość zbioru:
- Tseena: Prolog
- Michał Serwin: Królowa tuneli
- Maciej "doctor" Kośka: Nocny taniec
- Tseena: Sprawiedliwość Dla wszystkich
- Dariusz "Stalker1982" Szczepański: Obietnica
- Paweł "PalBal" Balcerek: Duch tuneli
- Akuumo: Płomień
- Kacper Gładych: Olsztyn
- Kamil Jankowski: Nic, co ludzkie, nie jest mi obce
- Katarzyna Auguścik: Na Poliance
- malynosorozec: Pazury i kły
- Marcin "Amar" Wosztyl: Najpierw białe światło, potem czarny deszcz
- Mateusz "Hermetyczny" Gembarski: Czasem trzeba coś poświęcić
- Rafał "Rafen" Górniak: Nie wierzę w Boga

Darmowy ebook dostępny jest tutaj.


"W blasku ognia" wybór najlepszych opowiadań polskich fanów "Uniwersum Metro 2033", Insignis Media 2014.

W blasku ognia [PolscyFani UniwersumMetro2033]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE

poniedziałek, 20 października 2014

"Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński - przerażająca powieść


Nadmieniałam kiedyś przy okazji pisania o "Gwiazdozbiorze Psa", że lubię powieści postapokaliptyczne, fascynuje mnie sprawdzanie, co też takiego okropnego autorzy wymyślili dla ludności. Miałam okazję posłuchać autora, Pawła Palińskiego, na Polconie w Bielsku-Białej, gdy opowiadał o swojej książce. To, co opowiadał, w połączeniu wzmiankowaną fascynacją sprawiło, że w oku mi błysnęło i serce żywiej zabiło.

Posłuchajcie - zawsze ta apokalipsa jest gdzieś daleko, w Ameryce, Australii czy w Moskwie. A tu proszę, Polska i polskie miasto S. Zawsze w tych powieściach główną rolę gra facet, mięśniak albo mózgowiec, z maczetą albo z mikroskopem próbuje odnaleźć się w nowej rzeczywistości. A tu proszę, kobieta!
Żeby mnie nie zasypało protestami, że kobiety w postapokalipsie nie istnieją: wiem, że istnieją, ale jak często mają główne role? Sama znam tylko dwa komiksy, "Kwiatuszku" oraz "Suka". A w książce Palińskiego istnieje TYLKO kobieta, tylko ona i jej zmagania ze światem.

Teresa Szulc jest starszą kobietą, byłą nauczycielką wychowania fizycznego, samotną do szpiku kości. Mieszka w domu po rodzicach i z całych sił próbuje przetrwać. Świat jej tego nie ułatwia. Nie ma już ludzi, a Bierni (taka odmiana zombiaków) są niebezpieczni. Po ulicach grasują zdziczałe, głodne i groźne zwierzęta. Brak wody pitnej, brak jedzenia. Zwariować można. Jak Teresie udaje się nie zwariować, tego nie wiem. Może dlatego, że rozbiła swoje życie na malutkie kawałeczki, takie jak zdobywanie jedzenia, wody, domowe naprawy, nawet załatwianie potrzeb fizjologicznych. Wszystko ma rozplanowane, do wszystkiego podchodzi z jednakową skrupulatnością. Mogłoby się wydawać, że to wystarczy, ale...jednak nie do końca. Bo co zrobić, jeśli zdarzy się choroba? Albo gdy zabraknie wody? Co, jeśli zrobi się dziura w dachu i do środka zacznie wlewać się deszcz? Lub też - i to jest najgorsze - co robić, gdy zacznie dzwonić telefon?

Dotarłam właśnie do sedna tej powieści, do konkluzji, która dopiero po zamknięciu książki dociera do umysłu, w trakcie czytania nieco oszołomionego posępnym światem z powieści. Konkluzja jest taka: niezależnie od wszelkich okoliczności przyrody to człowiek jest dobrodziejstwem świata. I jednocześnie jego przekleństwem.

Wszystko zależy od tego, co siedzi w głowie. W tym punkcie "Polaroidy z zagłady" nie różnią się od innych powieści z tego nurtu. Wszędzie znajdą się i ci dobrzy, poukładani, moralni, którzy chcą przetrwać, ale i pomóc innym, słabszym. Tacy, którzy nie krzywdzą i nie depczą.Natomiast ci źli zawsze myślą tylko o sobie i swoich korzyściach. Wiadomo,  komu kibicujemy.

W "Polaroidach..." kibicujemy Teresie. Przyznam się szczerze, że oprócz podziwu czułam przede wszystkim zdumienie. To dlatego, że powieść mocno działa na wyobraźnię i łatwo postawić się w roli bohaterki. Postawiłam się i aż się wzdrygnęłam. Ona daje sobie radę, choć ma tak mizerne perspektywy, hm, prawdę mówiąc, nie dostrzegłam żadnych perspektyw. Najłatwiej byłoby się poddać, naprawdę nie wiem, czy nie wybrałabym łatwego wyjścia z tej sytuacji. Teresa daje radę, choć i ona ma momenty wahania.
"Płakać. Chciałabyś zapłakać. Słowo »samobójstwo« awansuje zaocznie z obszaru odległych nieprawdopodobieństw do poczekalni jawnie rozważanych ewentualności". [1]

Muszę jeszcze napisać o Biernych. To dość często spotykany motyw, te żywe trupy. Jakoś łażą (przeważnie powłócząc nogami), dogadać się z nimi nie sposób, do żywych są wrogo usposobieni, ech. Paweł Paliński zasugerował, skąd się wzięli Bierni.
"[...] Biernym może być każdy? [...] Że w szeroko pojętym interesie należy strzec się stanu znieczulenia, na który wielu z nich, nomen omen, pracowało latami, przestając kochać i zaczynając nienawidzić: rodziny, dzieci, pracy? Przestając czuć i chcąc jedynie brać, aż okazywało się, że fizyczne wyczerpanie pozostawiało w nich wyłącznie potrzebę pożerania, aż zasypiali i wstawali już jako swoje własne widma. Kochając tylko siebie". [2]

Przerażające. Przecież sami to sobie robimy, odmóżdżamy się, karmiąc się medialną papką. Brr.


Jedyne, co mi się nie podobało to sposób narracji w książce, przyznaję, niebanalny, ale on mnie się po prostu nie podoba. Muszę jednak przyznać, że czytało mi się "Polaroidy..." dużo płynniej niż "Potem", gdzie po raz pierwszy spotkałam się z narracją drugoosobową.

Na koniec słowo podsumowania, w którym zwrócę się do samego autora.
Panie Pawle. Napisał pan wyjątkowo przerażającą powieść. Żadnych łatwych rozwiązań w stylu faceta z giwerą ratującego świat. Żadnych kompromisów, żadnych ulg dla czytelnika. Czarna przyszłość, taka, że ciarki przechodzą, do tego opisana czysto, krystalicznie i precyzyjnie. Życzę sobie z całej siły, by pańska wizja przyszłości nigdy nigdy się nie sprawdziła. I gratuluję.


Bardzo dziękuję Wydawnictwu Powergraph za egzemplarz książki!

Polaroidy z zagłady [Paweł Paliński]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE
--
[1] "Polaroidy z zagłady" Paweł Paliński, Powergraph, Warszawa 2014, s. 93
[2] Tamże, s. 122


sobota, 5 października 2013

"Gwiazdozbiór Psa" Peter Heller - co będzie, jak większość z nas trafi szlag


Postapokalipsa - taki gatunek, który mówi nam, czytelnikom, jak to będzie, gdy prawie wszystko na świecie trafi szlag. Lubię ten gatunek i podziwiam wyobraźnię autorów prześcigających się w wymyślaniu okropności dręczących ludzkość.

"Gwiazdozbiór Psa" nie jest pod tym względem oryginalny. Ludzkość wyginęła zdziesiątkowana zmutowanym wirusem grypy, nieliczne resztki populacji okopały się jak mogły na dogodnych pozycjach albo wędrują gdzie popadnie, rabując i mordując. To już było sto lat temu, choćby w "Mad Maksie"

Główny bohater, Hig, też nie jest jakimś supermenem czy kimś niezwykłym. Ot, zwykły facet. Kiedyś żonaty (żona zmarła na grypę), został mu pies Jasper i samolot Bestia. Jest jeszcze towarzysz, facet, który ma fisia na punkcie militariów, Bruce Bangley. Jak mówi Hig: "Ja mam samolot, więc patrzę, on ma broń, więc strzela [...], on nie potrafi latać, ja nie mam serca do zabijania".

Hig żyje tak trochę z dnia na dzień. W dzień lata Bestią i patroluje pogranicze, w nocy śpi z Jasperem u boku. Uprawia ogródek, chodzi na ryby i na polowania. Od czasu do czasu ściera się z przybyszami - potyczki kończą się jednakowo, śmiercią przybyłych, głównie dzięki Bangleyowi. Brutalnie? Tak, ale ci przybysze chcą przede wszystkim rabować i mordować.
Hig chciałby czegoś więcej. Chciałby spotkać kogoś innego niż Bangley (którego ma czasami dość), kogoś, z kim mógłby porozmawiać, od kogo mógłby dowiedzieć się, co dzieje się w innych rejonach kraju. Tęskni do choćby namiastki normalności.

W końcu decyduje się na krok dość radykalny: pakuje się do Bestii i leci tam, skąd kiedyś dobiegł go sygnał radiowy, nadany przez żywego człowieka. Daleko, nie starczy mu paliwa na powrót, toteż jest to podróż w nieznane. Co go tam czeka, czy znajdzie bratnią duszę, czy przeżyje, czy zdoła wrócić (przecież obiecał Bangleyowi, że wróci)- tego wszystkiego dowiedziałam się z książki i nie nudziłam się ani przez chwilę. Co nie zmienia faktu, iż fabuła wcale, ale to wcale nie jest wyjątkowa, żaden gejzer oryginalności tam nie trysnął.

Mimo to jakaś siła tkwi w tej powieści. To przez Higa, który jest zwykłym człowiekiem, który nie lubi zabijać, jeśli nie musi i w oczach Bangleya jest po prostu miękki.Ba, Hig tak naprawdę żyje dzięki Bangleyowi i jego pukawkom. Ale czy to oznacza, że w świecie po katastrofie liczy się tylko umiejętność przetrwania, broń i amunicja? Nie, nie tylko. Tęsknota, marzenia i te ludzkie, zwyczajne pragnienia też się liczą. Też!
Autor nie staje tu po żadnej ze stron, w świecie, jaki by on nie był, jest miejsce dla każdego, zgoda buduje, niezgoda rujnuje. Banały niby, ale opowiedziane tak, że to się czyta.

Wspomnę jeszcze tylko o języku, jakim napisana jest powieść. Ponieważ narratorem jest Hig, który od wielu lat nie ma zbyt wielu okazji do wypowiadania się, a tym bardziej do pisania, to i jego język staje się bardzo uproszczony w zapisie. Brakuje znaków przestankowych, znikają myślniki z dialogów, zmienia się składnia.
Czy tak to będzie wyglądało "w razie czego"?  Zapewne. Język to też żywa istota i ewoluuje i mutuje, a jakże...

"Gwiazdozbiór Psa" Peter Heller, tłumaczyła Olga Siara, Insignis Media, 2013.

Gwiazdozbiór psa [Peter Heller]  - KLIKAJ I CZYTAJ ONLINE



piątek, 14 czerwca 2013

"Metro 2033" Dmitrij Głuchowski - dreszcz po plecach


"Widzieliście to, co widziałem ja? Niebo, które najpierw spłonęło, a potem zasnuło się kamiennymi obłokami? Wrzące rzeki i morza, wypluwające na brzeg ugotowane żywcem stworzenia, a potem tężejące w lodową galaretę? Słońce, które zniknęło z nieboskłonu na długie lata? Domy, w ułamku sekundy obrócone w pył, i żyjących w nich ludzi, obróconych w popiół? Słyszeliście ich krzyki o pomoc?".

Ten fragment powalił mnie na łopatki, zobaczyłam Rutgera Hauera, czyli Nexusa 6, mówiącego: "Widziałem rzeczy, o których wam, ludziom, się nie śniło" i dreszcz przeleciał mi po plecach. Uwielbiam "Łowcę androidów", to dlatego. W "Metrze 2033" znalazłam więcej rzeczy, które lubię. Stalkerów (Reda Shoeharta też uwielbiam), motyw wędrówki usianej licznymi niebezpieczeństwami, no i takie końcowe volty, zmieniające punkt widzenia bohatera.

No ale dlaczego zaczynam od końca, czyli od wniosków z lektury? Po kolei proszę!

"Metro 2033" to literatura postapokaliptyczna, czyli opisująca świat po tym, jak właśnie szlag go trafił. Wybuchy nuklearne załatwiły świat na cacy, a nieliczne niedobitki moskwiczan znalazły schronienie w metrze. Przez kilkanaście lat ludzie wypracowali sobie sposób na przeżycie, podziemne uprawy grzybów, hodowla prosiaków i takie tam. Stacje zmieniły się w miasta, linie metra w drogi łączące te miasta, na powierzchnię wychodzą stalkerzy, w skafandrach i uzbrojeni po zęby, bo pleni się tam życie zmutowane popromiennie i bardzo krwiożercze.

Główny bohater, Artem, wędruje przez całe metro, żeby wrzucić pierścień wulkanu... wróć, to nie ta bajka, żeby zanieść wiadomość od jednego człowieka drugiemu, na najdalszym końcu metra. Po drodze uda mu się wyjść na powierzchnię, uda mu się też wejść pod metro (istnieje tak zwane Metro-2), uda mu się też wrócić. On sobie wędruje, a ja jego oczami oglądam, co się porobiło z ziemią i z ludźmi. Podoba mi się wyobraźnia autora, zmutował co mógł na powierzchni, w podziemiach podzielił ludzi jak mógł: czerwoni, faszyści, fanatycy, co tylko chcesz. Do tego dorzucił oddziaływanie podprogowe, hipnozę, telepatię. I ten nieszczęsny Artem, który wędruje, wędruje, a pod koniec wszystko od niego zależy (pisząc wszystko, mam na myśli przyszłość wszystkich ocalałych kryjących się w metrze) i co?... I, łapserdak jeden... a nie, nie napiszę, co zrobił.

Pisałam już, że mi się podobało? Tak. To tylko napiszę jeszcze, że autor umie pisać po rosyjsku (niby nie dziwota, stamtąd pochodzi), przy czym wcale nie chodzi mi o język, a o duszę, nieokreślone tchnienie, wrażenie, muzę. Ciut mniej tej duszy niż u Bułyczowa czy Strugackich, ale trudno, czasy się zmieniają i język literatury również.

Jeśli napotkam na swej drodze inne książki tego autora, nie pogardzę. Książki z serii "Metro" innych autorów też chyba warte sprawdzenia, co? Czytał ktoś?

P.S. Książę pobrałam za darmo na publio.pl z okazji rocznicy istnienia księgarni, super okazja była!

"Metro 2033" Dmitrij Głuchowski, przełożył Paweł Podmiotko, Wydawnictwo Insignis Media, Kraków 2012.

środa, 13 marca 2013

"Kantyczka dla Leibowitza" Walter M. Miller - streszczam tysiąc lat akcji


Na pierwszej stronie czytam: "Wydajemy ją [powieść] w sposób oryginalny, bo w dwóch wersjach przekładu, które nie różnią się szatą graficzną, lecz jedynie częściowo układem typograficznym. Tłumaczami są znani translatorzy - Juliusz Garztecki (wersja CIA-Books) i Adam Szymanowski (wersja PAX)".
Przewracam kartkę, a tu strona tytułowa i: "tłumaczył Juliusz Garztecki". A drugi?

A drugi, hmm, istotnie, odnalazł się, w książce, którą wrzuciłam sobie na na czytnik, bo straszliwie zmęczył mnie drobniutki druk i pożółkłe kartki. No dobrze, ale w przedmiotowej książce go nie ma, więc po co zamieszczać takie informacje? Nie rozumiem.

Skończyłam czytać i zadumałam się, ile tu zmieszczono treści. Czytałam o ludziach, o Bogu, o przyszłości, o religii, o wierze, o potrzebie pamięci i o potrzebie niszczenia, o bólu, o eutanazji, o nauce... To wszystko w trzech odsłonach, jak akty w dramacie.

I tu lojalnie uprzedzam, że jak ktoś chce sobie przeczytać porządną, z prawdziwego zdarzenia recenzję, to odsyłam TUTAJ - Charlie napisał świetną. Poniżej jest tylko streszczenie!

AKT I
Wprowadzenie:
Sześćset lat temu ludzie zwariowali i wykończyli się nawzajem rozszczepionym atomem, po ziemi pełzają niedobitki, mutanci i mnisi przechowujący słowo pisane, za co obrywają cięgi, utożsamiani są bowiem z nauką, a ta z atomem.
Osoby:
Brat Franciszek, opat Arkos, obszarpany starzec pielgrzym, czaszka ze złotym zębem, Ojciec Święty, rozbójnicy.
Akcja:
Brat Franciszek spotyka starca, ten wskazuje mu stary schron przeciwatomowy, gdzie leży czaszka ze złotym zębem i papiery. Papiery okazują się być własnością błogosławionego Leibowitza, a czaszka kawałkiem jego zmarłej żony, w co opat Arkos nie wierzy, bo Franciszek jednocześnie sugeruje, że starzec może być Leibowitzem (sprzed kilkuset lat). Oczywiście nie jest. Brat Franciszek kilkanaście lat spędza na sporządzania i ozdabianiu kopii schematu elektronicznego, czyli świętej relikwii, po czym wiezie oryginał i kopię do Ojca Świętego. W drodze Franciszka napadają rozbójnicy i odbierają mu kopię, w drodze powrotnej czynią to samo i odbierają mu życie. Zwłoki grzebie obszarpany starzec.

AKT II
Wprowadzenie:
Sześćset lat po akcie pierwszym ludzie w mozole odbudowują swoje zasoby intelektualne, licząc na dokumenty przechowywane przez mnichów. Mnisi są nieco niechętni udostępnianiu. W powietrzu wisi wojna.
Osoby:
Thon Taddeo, opat Paulo, brat Kornhoer, obszarpany starzec pustelnik zwany Żydem Beniaminem, Poeta ze szklanym okiem, żołnierze i koczownicy.
Akcja:
Thon Taddeo, uczony, jedzie do opactwa zajrzeć w dokumenty i szukać wiedzy. Brat  Kornhoer oszałamia uczonego elektrycznym światłem. Obszarpany starzec stwierdza, że thon nie jest Mesjaszem. Wybucha wojna między koczownikami i żołnierzami, w której ginie Poeta - bez szklanego oka, które przepadło.

AKT III
Wprowadzenie:
Ponad tysiąc lat po akcie pierwszym powtórka z rozrywki, wojna mocarstw, atom, opad. Klasztory wciąż obecne.
Osoby:
Opat Zerchi, obszarpany starzec żebrak zwany Łazarzem, brat Joshua, doktor Cors, pani Grales, czaszka Franciszka.
Akcja:
Wybuchy nuklearne zabiły sporo ludzi, a kolejni są napromieniowani. Opat wysyła brata Joshuę wraz z memorabiliami poza Ziemię, by Kościół przetrwał. Doktor Cors w  pobliżu klasztoru otwiera ośrodek eutanazyjny, czemu opat sprzeciwia się całą swoją mocą i wiarą. Pani Grales ma drugą głowę, która po apokalipsie dochodzi do głosu, a opat Zerchi w tejże apokalipsie ginie, przywalony katedrą, zaznajomiwszy się najpierw z czaszką Franciszka. Starzec się pojawia, ale nawet słowem się nie odzywa.

Świetna, po prostu świetna książka.

 "Kantyczka dla Leibowitza" Walter M. Miller Jr., przełożył Juliusz Garztecki, CIA-Books SVARO, Ltd oraz Instytut Wydawniczy PAX, Poznań, Warszawa, 1991.

czwartek, 4 października 2012

"Kyś" Tatiana Tołstoj - ale kyś, padam na kolana!


Coś ostatnio mam po drodze z literaturą rosyjską, najpierw "Anna Karenina" Lwa Tołstoja, a teraz "Kyś" Tatiany Tołstoj. Zbieżność nazwisk przypadkowa, ale i Tania sroce spod ogona nie wypadła, bo to wnuczka Aleksego Tołstoja. Miałam okazję przeczytać jego "Aelitę", niezwykłe doznanie, brwi mi podjeżdżały na pół czoła. Z "Kysiem" było podobnie, choć z zupełnie innych powodów, też mi brwi podjeżdżały!

Oto Moskwa lat przyszłych, po jakimś bliżej nieokreślonym kataklizmie, czyli Wybuchu. Właściwie nawet nie Moskwa, tylko osada, która powstała na popiołach stolicy. Oto jej mieszkańcy, których znakomita większość to ludzie urodzeni po Wybuchu, zmutowani, pokancerowani, z dodatkowymi kończynami lub z połową głowy. I powiedzmy sobie szczerze - głupi, ciemni, zahukani i uwstecznieni. Z nielicznymi wyjątkami, żyją bowiem ludzie urodzeni przed Wybuchem, tak zwani Dawni.

Głównym bohaterem jest Benedikt Karpow, syn Dawnej. Jest skrybą i przepisuje na korze brzozowej książki, bajki, opowieści (twórczość Fiodora Kuźmicza, władcy jedynego, niech się sławi imię jego), a przy tym czyta, namiętnie, co tylko mu wpadnie w ręce. Prawdziwych książek pożąda jak kania dżdżu, ale takie są zakazane jako źródło radioaktywnego promieniowania po Wybuchu i konfiskowane natychmiast po wykryciu. Tak, tu Bradbury się kłania i zza rogu kapeluszem macha. W miarę rozwoju akcji okazuje się jednak, że z tymi książkami to nie jest całkiem tak, jak się wydaje. Benedikt z prostego skryby awansuje w hierarchii społecznej (nie ma to jak korzystnie się ożenić i pal sześć to, że zarówno narzeczona, jak i teściowie mają pazury i zdrapują drewnianą podłogę na wiórki, grunt, że ich na tę drewnianą podłogę stać), indoktrynują go z sukcesem, obrasta w piórka, tłuszcz i książki.  Tak, tak, te prawdziwe! Były skryba zdolny jest do wszystkiego, byle tylko zdobyć nowe lektury - do przewrotu, do przemocy, uch, ach! Mole książkowe, przeczytajcie, jaki to zgubny nałóg to czytanie!
 
"Wtedy wszystko w ustach wyschnie, serce wali, oczy całkiem oślepną: widzisz tylko książkę i jak się przewracają kartki, cięgiem przewracają! A co się wokół ciebie dzieje, tego nie widzisz, a jeśli nawet widzisz, to sensu w tym nijakiego! Sens, ot, gdzie jest? W książce! Jeno ona jest prawdziwie żywa, a twoje wyrko, taburet czy izba, teść z teściową abo żona czy tam jej miłośnik - nieżywi są, narysowani, same cienie biegnące! jako od obłoku cień po ziemi przebieży, i nie masz go!" [1]

Losy Benedikta bardzo ciekawe, bo przedstawione są na tle przemian ustrojowych, których on sam jest po części autorem, ale tło, tło!
Prześliczne, rosyjskie do szpiku kości, opisane takim językiem, że aż się zazdrości wyobraźni (halo, panie tłumaczu, jest pan wielki!), plastyczne, choć nie kolorowe, a raczej szaro-mysie tło - jest rewelacyjne. I nieważne, że na myśl przywodzi "Osadę" Bułyczowa, czy społeczność z "Vatran Auraio" Huberatha, gdzieś tam jeszcze z tyłu czaszki przemknął mi Zajdel z Cylindra, wołający "docent, nie gwol, dyrba"; bo nawiązań jest w tej książce mnóstwo i ma się wielką frajdę z ich odnajdywania. Tło, czyli mieszkańcy osady, ich zwyczaje, język, fauna i flora po Wybuchu, rodzaje mutacji, jadłospis, składający się przeważnie z myszy, słowem wszystko, co składa się na zwyczajne życie.
W tym klosny, wygeneraci, świetlaki, chlebioda, robachy, grzybole i wermiszel. Nazwy niby znane, ale jednak nie całkiem. Tak samo jest z życiem we Fiodoro-Kuźmiczowie, niby siermiężne jak średniowieczu, a może raczej w carskiej Rosji, ale czasami całkiem zaskakujące, niezrozumiałe, dziwne.

W tej powieści można znaleźć bardzo wiele, satyrę, paszkwil, gorzkie spostrzeżenia, fantastykę, humor. Do tego wszystkiego czyta się ją po prostu znakomicie!
Na koniec dorzucę jeszcze cudowną scenkę palenia na stosie jednego z Dawnych, Nikity Iwanycza.

"Madej Madejowicz osobiście wtykał rdzę pod chrust, poprawiał polana, zasapał się, aże zaklął:
- Jasny gwint!
- Co tu mówić o gwincie?! - krzyknął Nikita Iwanycz z rozdrażnieniem. - Śrubyście jeszcze nie wynaleźli, łachmyty jedne! I gdzie toto się pcha! Ciemnota, zadufanie, zastój!
- Milcz, Dawny Staruchu! - przerwał mu teść. - Sanitarz Generalny, życie, zdrowie i siła, osobiście, tymi rękami ci usługuje! A przecie wolałbym w domu siedzieć, w cieple! Mógłbyś chociaż podziękować!" [2]

A jakże.

----
[1] "Kyś", Tatiana Tołstoj, przekład i posłowie Jerzy Czech, Wydawnictwo Znak, Kraków 2004, s. 239
[2] Tamże, s. 275