Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą refleksje. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 sierpnia 2017

Pokoik z widokiem na morze

Mój ostatni post o łapaczu i pstryknięcie kilku elementów wystroju pokoju mojej mamy oraz tego co za oknem, a także fakt, że bywam teraz w domu rodzinnym codziennie, potrącił nostalgiczną nutę w mojej duszy. Naszła mnie refleksja nad wspomnieniami z dzieciństwa. Każdy je ma, każdy inne, i każdy pełne serce. Inne mogą się pozacierać, porozmywać i zagubić na przestrzeni upływającego czasu, ale te z dzieciństwa są najtrwalsze, najliczniejsze i chyba najskrupulatniej przechowywane.


Jedno z takich właśnie wspomnień - obrazów z mojego dzieciństwa, to widok z okna. Jest taki jak na zdjęciu powyżej i taki zostanie w mym sercu na zawsze. Moje biurko stało pod oknem i cokolwiek przy nim robiłam, czy to odrabiałam lekcje, czy wkuwałam słówka, rysowałam, czy pisałam pamiętnik zawsze w przerwach patrzyłam na morze. W ile barw przez te lata morze się oblekło, nie zliczę! O każdej porze dnia z niebem w kolory grało. Było blade i zziębnięte, stalowoszare i ponure, było atramentowe, kobaltowe i lazurowe. Było jaskrawe i było zamglone. Wzburzone i gładkie jak szkło. Niebo nad nim bywało puste jak płótno gotowe na pierwsze dotknięcie artysty albo pomazane różowawą farbą zachodzącego słońca niczym żywą ekspresją dziecięcych paluszków. Było nakrapiane dziesiątkami obłoków. Chmury nieraz tak ciężkie wisiały, że brzuchy prawie w nim moczyły. A ile piorunów przez ten czas połknęło, ho, ho! :)



Nie wiem, czy na tym zdjęciu dobrze widać cienką linię na horyzoncie, bo chciałam się Was zapytać jak myślicie: co to może być? Podpowiem, że to nie Szwecja. ;))


Poniżej zbliżenie owego lądu.... Pewnie trudno w to uwierzyć, ale to Półwysep Helski! Tak, tak, przy ładnej pogodzie, gdy widoczność jest dobra, można z sopockich okien mojego gniazda zobaczyć Hel z jasną plażą, sosnowym lasem i miniaturowymi domkami na brzegu, które po zmroku mrugają do nas punkcikami światełek. Może uda mi się kiedyś zrobić i takie nocne zdjęcie.


A tymczasem, na koniec, jeszcze jeden widok z okna... wieczorny, przy zachodzącym słońcu.


Dobranoc
Ewa


sobota, 18 marca 2017

Skończyć nieskończone

Idę za ciosem. No dobrze - staram się. Co prawda, ostatnio zauważyłam, że tempo nieco zwolniło, ale marzec to dobry czas by przypomnieć sobie pierwotne założenia, bo pierwszy kwartał powoli  się kończy. Uczepiłam się tematu mobilizacji sił i karmiłam się nim cały styczeń, ale przyznam się, że dla mnie to coś więcej niż priorytetowy priorytet i zadanie stojące absolutnie w pierwszej kolejności poza kolejnością. I tak naprawdę nie dotyczy systematyczności, konsekwencji, czy regularności, choć oczywiście z tym jest niezaprzeczalnie związane. Dotyczy zmiany.


Tak, jak pisałam w pierwszym poście, wszelkie postanowienia nie miałyby racji bytu, gdyby nie uświadomiona potrzeba zmiany. Nie ma potrzeby - nie ma postanowień, ani planów, ani marzeń, bo i po co? Potrzeba jest oczywiście stanem subiektywnym, każdy ma inne i każdy je inaczej i gdzie indziej odczuwa. ;) Ale jedno jest wspólne - jeśli tak, jak jest, jest wystarczająco dobrze, jest w nas akceptacja i zrozumienie - zmian nie oczekujemy, bo nie potrzebujemy niczego zmieniać. Lecz gdy coś nam przeszkadza, gdy dostrzegamy coś, co wymaga poprawy, budzi się chęć ulepszenia czegoś w naszym życiu lub w nas samych i zaczynamy to zmieniać. Oczywiście jeśli tylko leży to w zasięgu naszych możliwości i mamy na to wpływ (bo nie zawsze tak bywa).


Tak się szczęśliwie składa, że na kilka rzeczy mam jeszcze wpływ. :) Na tych kilka-dziesiąt rzeczy, na które przymykałam oko i udawałam, że nie dostrzegam. Na tych kilka-set rzeczy, które nie dają spokoju, bo wymagają poprawy/naprawy/wymiany/uzupełnienia, a mimo to trwają spokojnie. Na tych kilka-tysięcy drobiażdżków, z których składa się codzienne życie. W końcu doszłam do wniosku że tak, jak jest, jest niewystarczająco dobrze i poczułam przemożną potrzebę doprowadzenia do finału wszystkich oczekujących na dokończenie przedsięwzięć. Wszak sama je na tę prowizoryczność skazałam. I nie łudzę się wcale, że zajmie mi to chwilkę lub dwie. Tymczasowe odroczenie zamieniło się w stałą niezmienną i nagle zaczęło przeszkadzać. Ów dyskomfort uświadomił potrzebę zmiany, potrzeba zmiany uruchomiła działanie, działanie... wywróciło mój dom (i nie tylko) do góry nogami. :) Ale nie spocznę dopóki nie zadam kresu memu cierpieniu! Muszę skończyć nieskończone! A potem mogę już żyć, czyli tak gdzieś od przyszłego roku. :))


Nie ukrywam, że troszkę się tego nazbierało. Oprócz wielkich remontów domowych kątów, są też średnie naprawy i modernizacje oraz małe rekonstrukcje i renowacje. A co gorsza, także gigantyczne drobiazgi, do których należą między innymi moje wszechrobótki. ;) Ważne jest także dla mnie rozpędzenie zmian w obszarze zdrowia - tego holistycznie pojmowanego. Ale przecież z nikim się nie ścigam, nic mnie nie goni, terminów nie ustalam, choć dwanaście miesięcy niczym dwanaście prac Herkulesa może nie wystarczyć, bo to przedsięwzięcie jest niezwykle rozległe i czasochłonne. I dla mnie bardzo ważne. Zatem krok po kroku kończę to, co skończenia wymaga. Czasem jest to skok, a czasem tiptopek, ale nie ma to znaczenia dopóki posuwam się do przodu. I patrzę jak czas powoli się wchłania w ten jakże upragniony cel. ;) Mam nadzieję, że od czasu do czasu w ramach osobistego cyklu SN - Skończyć Nieskończone, będę mogła także wrzucić coś na bloga. :) Choć zdarza mi się (niestety) zamiast kończyć, zaczynać nowe nieskończone... no taki gen! ;)

Dziękuję za uwagę i jak zawsze pozdrawiam Was gorąco
Miłego weekendu - ostatniego zimowego, bo wiosna już w poniedziałek! Przynajmniej w kalendarzu. :)
Ewa


sobota, 25 lutego 2017

Tęskniąc za słońcem

Jeszcze dosłownie parę dni temu czuć było wiosnę w powietrzu, już nadzieja na cieplejsze dni zakwitła w sercu, już byliśmy w ogródku, już witaliśmy się z gąską, a aż tu wczoraj niespodzianie (no bo jak to tak w lutym?) znowu śniegiem poprószyło! Przecież było już biało, mroźnie, śnieżnie i prawdziwie zimowo... i to przez całkiem spory czas. Można się było zimą nacieszyć lub mieć jej szczerze dość. No właśnie - już dość! Dość hukania wiatrów północnych, dość zamieci śnieżnych, dość stalowego nieba! Słońca nam trzeba!

W tym roku zima była (prawie) taka jak kiedyś, a przez to wyjątkowa. Prawdą jest, że wszystko się w tym naszym klimacie poprzestawiało, a wraz z nim i nasze podejście do przyrody. Tęsknimy już w styczniu za wiosną, w listopadzie za Bożym Narodzeniem. Pamiętam dobrze z poprzednich lat takie dni lutego prawdziwie wiosenne, gdy szło się brzegiem morza z kurtką pod pachą, a ludzie na plaży opalali się leżąc na zdjętych z siebie ubraniach. Nie chcę mówić, że to nienormalne, ani jak powinno być w lutym, czy w czerwcu, bo nie wiem jak powinno być teraz. Może to, co pamiętamy z czasów naszego dzieciństwa przestało być po prostu normą? Że zima zaczynała się w listopadzie, a luty był najmroźniejszym miesiącem w roku. Że lato było ciepłe, słoneczne, czasem burzowe - tak jak i maj oraz czerwiec. Teraz czerwiec często chłodem powiewa jak kwiecień, a lato bywa nijakie; zimy nie ma wcale, potrzyma tydzień, może dwa, lub przyjdzie na Wielkanoc. Tak zaczyna być dla nas normalnie i coraz rzadziej dziwi.


Ale teraz, na przedwiośniu, gdy zima jeszcze nie raz może postraszyć, najbardziej tęsknimy za słońcem. Brakuje nam jego ciepłych promieni, pod wpływem których budzi się przyroda a w nas radość życia. I nie ma znaczenia czy to szara zima czy pochmurne lato - czekamy z utęsknieniem na słońce o każdej porze roku. Jest ono nam potrzebne. Tęsknota za słońcem jest w życie człowieka wpisana z natury. Ono wciąż jest dla nas niczym Helios, Mitra, egipski Ra czy nasz słowiański Swaróg. Ma coś z boskości... Nigdy nas nie opuszcza, choć odwraca się na jakiś czas od niektórych miejsc na Ziemi.
  
Na przykład taki Spitsbergen - najdalej wysunięta na północ osada ludzka na świecie, gdzie słońce nie pojawia się nad horyzontem już od 26. października. A i te dni poprzedzone są ostatkami pomarańczowego światła, które jest zaledwie odbiciem od szczytów gór. Od tego czasu - tylko ciemność. Noc polarna. I nawet biały śnieg nie pomaga. Spitsbergen obleka się w mrok przez jedną trzecią roku! Światło daje tylko kilka latarni w centrum osad oraz w określonych godzinach księżyc, jeśli akurat nie został zasłonięty przez śnieżyce. I tak bez kropli światła przez cztery długie miesiące non stop. Jedynie "zorza daje pewność, że słońce skrywa się gdzieś tam, za górami". Lecz gdy minie styczeń, góry powoli zaczynają się oddzielać od rozgwieżdżonego nieba i promienie słońca można już ujrzeć przez 15 minut dziennie. Chwycić choć przez parę chwil kilka promieni słońca Zaczyna się wtedy pora niebieska, bo świat wygląda jakby był w poświacie włączonego wieczorem telewizora. A słońce znów całe pojawi się 8. marca, w Dzień Kobiet. Ma coś z kobiecości...

"Na Spitsbergenie łatwo zapomnieć, że świat jest gdzie indziej". 

"W ciemności trzeba sobie samemu wyprodukować energię, zmusić się, żeby było normalnie".

"Myśli zwalniają i słuch się wyostrza. Zmysły wariują w taka pogodę. Im dłużej jest ciemno, tym mniej im można zaufać. Na swój sposób robi się wszystko jedno". 

Każdy nosi w sobie swój własny Spitsbergen. Na peryferiach świadomości, za kołem podbiegunowym uwagi. I każdy sam, na swój własny sposób musi stawić czoła tej ciemności i nie stracić nadziei, ze słońce wróci.


 
Gdy za oknem robi się biało, szaro lub ponuro i tęsknota za słońcem zaczyna dokuczać, wracam myślami do książki Ilony Wiśniewskiej "Białe. Zimna wyspa Spitsbergen", którą czytałam rok temu o tej porze. To wspaniale napisany reportaż, z pierwszej ręki, o życiu na Spitsbergenie. O życiu jakże innym od naszego. I nie tylko z powodu braku słońca, lecz z powodu szacunku żyjących tam ludzi do naturalnego rytmu, jaki narzuca odwieczne prawo Natury i do pełnej jego akceptacji. Szczerze polecam Wam (najlepiej zimową porą) tę bardzo ciekawie napisaną pozycję, po przeczytaniu której - jestem tego pewna - przestaje się narzekać na naszą zimę i pochmurne dni. I nie tylko na to. I zacznie doceniać, że dla nas słońce wciąż świeci! A tęsknota za nim nie będzie już taka dojmująca. Jakie to szczęście, że my nie musimy czekać do Dnia Kobiet, by je ujrzeć całe tuż nad horyzontem.


I wiosna zbliża się już do nas wyciągając zza stalowej zasłony słoneczny balonik.


Pozdrawiam przedwiosennie
Ewa

P.S. Cytaty oczywiście pochodzą z "Białe"


wtorek, 10 stycznia 2017

Miesiąc styczeń – czas do życzeń

W zeszłym tygodniu weszłam na zaprzyjaźnione blogi, a tam eksplozja tematyki noworocznej. Wiem, że to, co piszę odkrywcze ani zaskakujące nie jest. Były plany i postanowienia (lub informacje o ich braku), nowe projekty i cele, były podsumowania i refleksje, metody i narzędzia ułatwiające okiełznanie niesfornych 365 nadchodzących dni, a także szeroko rozumiany powiew nowości. Słowem - posylwestrowe wirtualne poruszenie. I przyznam się szczerze, że owo blogowe poruszenie poruszyło i mnie. :)

Bo jak pozostać niewzruszonym, gdy tyle radosnej energii płynie z tych styczniowych postów! Tyle w nich optymizmu i nadziei, że oczy same zaczynają się uśmiechać czytając pełne refleksji i zapału słowa. I tak sobie wtedy pomyślałam, że nawet jeśli ktoś, tak jak ja, nie gloryfikuje tej szczególnej zmiany daty, to jednak musi przyznać, że potrzebne są swoiste punkty na osi czasu. Może nim być Nowy Rok, ale równie dobrze pierwszy dzień wiosny, czy początek wakacji, urodziny, albo po prostu jutrzejszy dzień, to nie ma większego znaczenia. Kropki zaznaczamy sami na naszej osobistej osi czasu w zależności od potrzeby zmiany w naszym życiu. Oczywiście im bardziej charakterystyczne są to punkty, jak Nowy Rok, tym więcej osób je wybiera i wspólna fala życzeń, by zmienić coś w życiu przybiera na sile.

Źródło

A jak mówi przysłowie - styczeń jest najlepszym czasem do życzeń, więc chyba jednak warto skorzystać. Zmiany wcale nie muszą być drastyczne czy spektakularne, wystarczą drobiazgi prawie niezauważalne, ale dla nas ważne. Niech zmiany będą na nasze możliwości i niech wypływają z miłości... do nas samych. Nie mamy stać się własnym nadzorcą rozliczającym nas z każdego odstępstwa, lecz przyjacielem, który wie, co zmieni nas i naszą codzienność na lepsze i życzy nam tego z całego serca. I myślę, że takie życzenia śmiało mogą zakropkować całą oś!

Pozdrawiam noworocznie
Ewa


środa, 16 listopada 2016

Pismo obrazkowe?

Od pewnego czasu coraz częściej natrafiam na opinie, że podstawą bloga są zdjęcia. Nie ważny jest tekst, a przynajmniej nie tak ważny jak obrazki. Ranga fotografii jest dużo wyższa niż ranga tekstu, bo odwiedzający bloga nie lubią się męczyć czytaniem! Muszę się przyznać, że nie zdarzyło mi się jeszcze nigdy, bym obejrzała jedynie zdjęcia nie czytając ani słowa. Ale to mnie się nie zdarzyło i wcale nie oznacza, że trend jest inny. Zbyt wiele stron do przejrzenia, zbyt mało czasu - rozumiem, że to wymusza pewne zmiany. Ale sama nie wiem, co sądzić o powrocie do pisma obrazkowego. Zgadzam się, że zdjęcia są ważne, nawet bardzo, ale dla mnie są one nadal uzupełnieniem treści. Nawet jeśli zdjęcia stanowią 90% całości, to są one wciąż dodatkiem do zamieszczanego tekstu a nie odwrotnie.  To, co zawarte w literach i to, co pomiędzy nimi buduje przekaz.


Gdy odwiedzasz czyjś blog już dłuższy czas, wiesz gdzie ta osoba trzyma buty w przedpokoju, jaką ma kanapę i dywan, w jakim wazonie stoją kwiaty na kuchennym parapecie. Wiesz jak wyglądają dzieci, jak pies czy kot, a jak grządki w ogródku. Znasz ulubione miseczki, ramki na ścianie i lampę nad stołem. To wszystko odkrywasz ze zdjęć właśnie. Ale między pojemnikiem na szczoteczki do zębów a wzorem pościeli w sypialni kryje się coś znacznie więcej. Bo nawet, gdy nigdy nie widziałeś żadnej z tych rzeczy, to gdy odwiedzasz czyjś blog już dłuższy czas, wchodzisz w ten świat. Wchodzisz w intymność tej osoby, w jej myśli, pragnienia, w jej wrażliwość i temperament. Nawet gdy pisze na ściśle określony temat i pisze mało, a najmniej o sobie, to i tak z tej niejawności można wydobyć poufne cząstki duszy (bez względu na to ile będzie dodanych zdjęć). Wystarczy wczytać się w to, co pisze. Tylko trzeba chcieć się wczytać. A potem można nacieszyć oczy obrazkami. :)

Pozdrawiam ciepło
Ewa


środa, 9 listopada 2016

Do bani z takimi postanowieniami!

Postanowienia są do bani - ta prawda jest bardzo dobrze znana wszystkim sylwestrowym entuzjastom. Niech mi tu ktoś zaraz rzuci kamieniem (tylko nie w monitor, proszę), kto choć raz w życiu nie poczuł porażki noworocznych ambitnych planów! Ja, jako dojrzała i doświadczona kobieta, od niepamiętnych czasów nie stosuję już strategii ustalania nowo-roczno-życiowego grafiku. W zamierzchłych czasach porzuciłam ten jakże szkodliwy psychicznie zwyczaj i jestem z tego powodu przeszczęśliwa. Tymczasem nie zwróciłam w swej pysze uwagi, że ów "wyprychany" przeze mnie proceder zdarza mi się od czasu do czasu praktykować w innych ramach czasowych, na przykład jako nowotygoniówka lub nowomiesięcznica. Przyznać się muszę, że najczęściej miewam właśnie nowojesienne zamierzenia, chociaż nie powiem, że z nowowiosennymi ustaleniami jestem bez winy. Nie muszę chyba dodawać jak z tymi postanowieniami z innych pór roku wychodzi? Ano podobnie do tych sylwestrowych. Jak tylko wypowiem głośno jakąś moją decyzję, zaraz słyszę za plecami cichy chichot Losu: "ty, słyszałeś co Ewa przed chwilą powiedziała/napisała? Bo nie wytrzymam!" :)) Czy to tylko ja tak mam?


Wiecie już do czego zmierzam? ;) Piszę, choć postanowiłam nie pisać. Eee, do bani z takimi postanowieniami! No jakoś się po prostu nie dało. Jakoś się tęskniło, zżyło, myślało. Poza tym mija już piąty miesiąc resetu i ogarniania rzeczywistości, więc doszłam do wniosku, że chyba już wystarczy! Kobieto, ileż można! Opuść światy równoległe i wracaj, bo tylko tu prowadzisz bloga. :)) To jest twój najlepszy blog we wszechświecie (bo jedyny), więc pisz, co ci tam impulsy elektryczne do paluszków wyślą i... nic nie deklaruj, nic nie planuj, nic nie ustalaj, bo to tylko ułudy. Muszą istnieć. Bez nich nie moglibyśmy funkcjonować. Cudowna Virginia Woolf twierdzi, że "iluzje są tym dla duszy, czym atmosfera dla planety." Zatem biorę głęboki oddech wypełniając płuca świeżą, czystą iluzją i wracam! :)

Pozdrawiam lekko oprószona śnieżkiem
Wasza Ewa

środa, 18 maja 2016

Pojawiam się i piszę o butach


Konwalie

Znów mnie nie było. Znów zniknęłam, znów nieplanowanie. Ile to ja rzeczy chciałam w kwietniu napisać, ile pokazać. I cisza nagła. Pisać - nie pisać? Dam radę - nie dam rady? Może jednak dam radę - nie, chyba nie dam rady. Nie dałam. Za dużo się działo, a czasu, jak zawsze za mało, na wszystko go nie wystarczyło, więc z czegoś byłam zmuszona zrezygnować. A że od pewnego czasu zastanawiam się czy jest sens pisać dalej, to padło na odsunięcie bloga, a wraz z nim mnie od internetu. Pomogło, zyskałam brakujące minuty.


Nie było mnie, lecz znów jestem, bo życie wraca do normy, choć dręczące mnie pytanie pozostało (ale to już jest zupełnie inny temat). Przez czas mojej nieobecności minęły urodziny M., urodziny K., urodziny moje i A, szpital, a w ten weekend także uroczystość I Komunii naszej Rodzyneczki.


Dzień po dniu toczyły się też przygotowania, większe porządki i mniejsze remonty, próby w Kościele, egzaminy w szkole, a w międzyczasie, powiedzmy, że normalne, codzienne życie. Teraz przeżywamy jeszcze biały tydzień, na horyzoncie kolejny długi weekend i już będzie czerwiec. A czerwiec to wyjątkowo szybki miesiąc - nie zorientuję się nawet, kiedy minie. Jak nie wiem kiedy moje dzieci tak wydoroślały.


Poruszył mnie widok butów ułożonych w rządku i czekających na uroczystość. Niby nic szczególnego, ale musiałam je uwiecznić. Stały pod szafką i po prostu czekały na założenie, ale ja w nich zobaczyłam symbol wychodzenia z dzieciństwa. W tych butach dostrzegłam, że moje dzieci nie są już małe. Te buty powiedziały mi, że moje dzieci dorastają i będą chodzić swoimi drogami. Wiem o tym, przecież to oczywiste. Widzę, jak centymetrów przybywa, w buziach coraz częściej przebłyskują dojrzalsze rysy, stopy wydłużają się wręcz nieprawdopodobnie - jeszcze w zeszłe wakacje moje adidasy (41) były notorycznie podkradane przez Najstarszego, teraz już nawet buty taty (43) nie pasują! Kiedy to minęło? Czy to możliwe, żeby aż tak szybko zadziało się to, co nieuniknione? Gdy nadejdzie ten dzień, że każde z nich wyruszy, by kroczyć własnym życiem, koniecznie muszę spojrzeć, jakie mają na nogach buty. I na zawsze zapamiętać ten widok. To ważne, choć zupełnie bez znaczenia.

Pozdrawiam majowo
Ewa

środa, 20 stycznia 2016

O "bzdetach"

Wczoraj wieczorkiem na blogu pewnej osóbki przeczytałam, że możne ona pisać jedynie o bzdetach i w związku z tym nie wie czy w ogóle pisać. ;) I tak sobie od razu pomyślałam, że przecież większość blogów jest o bzdetach. Proszę się nie obruszać, mój jak najbardziej też! Bo czymże jest bzdet? To drobiazg, mało istotna rzecz, nic o wielkiej wadze. A nasze życie to jeden wielki worek z bzdetami, pomiędzy którymi jest kilka naprawdę istotnych rzeczy. Całej reszcie drobiazgów my nadajemy sens i wagę, bo tego potrzebujemy.

Człowiek uzmysławia sobie, jak niewielkie ma znaczenie większość naszych czynności wypełniających codzienne życie, na przykład gdy zachoruje, gdy trafi do szpitala. Wtedy na wszystko potrafimy spojrzeć z zupełnie innej perspektywy. A gdy wyzdrowieje, cieszy się, że znów może zająć się bzdetami. Cieszy się, że może wybrać kolor farby do pokoju, nową parę kubeczków w kwiatki, powiesić zdjęcie z wakacji, upiec ciasto. I chociaż dobrze wie, że to nie są najistotniejsze rzeczy w życiu, to dobrze, że są.

Nie najistotniejsze, ale najbardziej liczne, bo z nich składa się nasze życie. I całe szczęście, że właśnie z nich. Wyobrażacie sobie jak trudne byłoby ono, gdyby wypełnione było przede wszystkim zajęciami o wielkiej wadze i gdybyśmy cały czas zajmowali się tylko arcyważnymi sprawami o doniosłym znaczeniu. Ile by nam pięknych chwil ukrytych w bzdetach umknęło?!

Dlatego dziś wyjęłam z worka kilka zeszłorocznych bzdetów, a co! :)
Tę walizeczkę robiłam już jakiś czas temu dla dziewczynki na plastyczne przybory, ale nie wiem czemu nie prezentowałam jej jeszcze. Są tu różne rodzaje wypukłości - w narożnikach i na kwiatach bzów oraz cieniowania.

 

I oczywiście chusteczniki - pierwszy w stylu retro, drugi rustykalny.




Nie wiem, jak Wy, ale ja bardzo się cieszę z mojego worka pełnego bzdetów. ;)

Pozdrawiam ciepło
Ewa


poniedziałek, 11 stycznia 2016

Czym pachnie dyscyplina?

Kiedyś pachniała skórą i wisiała nad łóżkiem dziecięcym ku przestrodze. Dziś, choć nie kojarzy się już z rzemiennymi pasami, to jednak słowo dyscyplina wciąż wywołuje pewien dyskomfort psychiczny. ;) Ach ten rygor, to podporządkowanie się, subordynacja i rutyna. Ileż wymaga ona od nas wysiłku, by poddać się i jej ulec! Podświadomie wiemy, że jest ważna, ale tak trudno w niej wytrwać. Myślę, że trud wkładany w wypracowanie samodyscypliny jest wprost proporcjonalny do niechęci jaką odczuwamy wobec karności.


Niestety prawda jest taka, że bez tego, nomen omen, bicza, jaki sami próbujemy na siebie ukręcić, niewiele nam się uda. Bo dyscyplina to nic innego jak uporządkowanie sposobu działania i konsekwentne zmierzanie w wybranym kierunku. To umiejętność podjęcia decyzji, wytyczenie trasy i ustalenia tempa. Stajemy się aktywni, nadajemy rytm i staramy się go utrzymać. Ale z tym jest największy problem! Bo jesteśmy zmęczeni, bo pada, bo nastrój nie ten, bo nam się po prostu z tego czy innego powodu nie chce. W tym momencie powinniśmy szybciutko powiesić nad łóżkiem kańczug. ;) Albo spojrzeć z innej perspektywy.


Dyscyplina pomaga realizować cele, osiągać sukcesy, rozwijać talenty, pokonywać własne słabości. To oczywiste. To właśnie dzięki dyscyplinie możemy być z siebie dumni, że daliśmy radę, chociaż po drodze tyle czekało pułapek. Jesteśmy szczęśliwi. To czemu wciąż nie udaje się zdyscyplinować? ;) A gdyby spojrzeć na dyscyplinę jako na wyraz miłości do siebie, to czy wtedy nie zmieni się nasze podejście do niej? Jeśli siebie kocham, to chcę dla siebie jak najlepiej. Troszczę się o siebie i wspieram. Także w wytrwaniu na wybranej przez siebie drodze. A w tej wędrówce, zwłaszcza gdy horyzont jest wciąż daleko, dyscyplina jest niezastąpionym kompanem. I co, czy nie pachnie tu trochę miłością?


Skończyła się laba świąteczno-noworoczno-trzejkrólowa,. ;) Ferie dopiero za miesiąc. A zatem od dzisiaj czas zabrać się porządnie do roboty. I samodyscyplinę pod rękę. Bo już wiem, że pachnie ona miłością. Co nie wyklucza, że miłość nie może mieć zapachu skórzanego rzemienia. ;)) A jak u Was z dyscypliną?

Uściski ślę
Ewa

wtorek, 5 stycznia 2016

Punkt


Na początek chciałabym Wam bardzo, ale to bardzo podziękować za Waszą obecność. Za to, że jesteście, że zaglądacie.  Za wszystkie komentarze i życzenia świąteczne. Że mimo mojego skąpego pojawiania się, Wy wciąż o mnie pamiętacie. Bo co tu będę owijać w bawełnę - w zeszłym roku zaniedbałam się blogowo, a prawdę mówiąc to nie "się" tylko Was. I tak mi z tym niedobrze, bo przecież blog istnieje tylko dzięki Wam. Gdyby nie Wy, to mnie by tu nie było. A teraz okazuje się, że mnie nie ma, a Wy mimo to cały czas jesteście.  Dziękuję!


Średnio trzy posty na miesiąc, to szału nie ma. Statystycznie niby może być, ale w rzeczywistości, w ostatnim kwartale nie było nawet trzech wpisów. Tak łatwo można się odzwyczaić. Tak szybko odwyknąć.  Prawie zapomnieć... Aż w końcu zatęsknić. Ot tak, po prostu. A może to jednak Nowy Rok - ten pseudo początek, to umowne przejście, i owa fikcyjna zmiana z nim związana tak wpłynął? Może potrzebny jest ludziom taki cykliczny punkt - przekroczenie Mety i kolejny Start? Można zerknąć za siebie i zobaczyć, jaki kawał drogi już za nami! Albo zauważyć, że choć minął rok, wciąż stoję w tym samym miejscu. Można sobie na nowo wytyczyć trasę i tempo. Albo z rozpostartymi ramionami powiedzieć: kieruj, dokądkolwiek mnie zabierzesz, będzie dobrze.


Podsumowania, rozliczenia, bilanse - nie każdy się na tym zna, nie każdy lubi. Plany, marzenia, projekty, idee - ma je każdy, mniejsze lub większe. A wraz z nowym rokiem, często zaglądają nam głębiej w oczy, pukają do serca. Wykorzystują ten właściwie nic nie znaczący punkt w czasie, by roztańczyć naszą duszę marzeniami. Już zaczęliśmy następny Start, pięć pierwszych kroków w nieprzenikniony 2016. To podobno czas przebudzenia się nowych idei i dobry rok na odważną zmianę kierunków działania. Rok wojowniczego Marsa. Trzeba będzie stoczyć bój? Może ten największy z samym sobą? Nic łatwo nie przychodzi, a do odważnych świat należy. Mars odważnym sprzyja i pomaga w osiąganiu celów.  Taka kosmiczna pomoc w realizacji planów może się przydać. Macie plany na ten rok? Może warto mieć. Ja cosik sobie do wojowania umyśliłam. Mam nadzieję, ze nie polegnę w walce. I postanowiłam, że będę regularnie dla Was pisać. ...O matko, ogłosiłam to! ;))


Pozdrawiam Was ciepło w ten mroźny czas, a ponieważ wciąż nie mogę wgrywać zdjęć, znalazłam kilka mroźnych fotek na Pintereście.

Ewa


wtorek, 23 czerwca 2015

Nie wiem

Maleńki bratek rośnie samotnie w wielkiej donicy z bzem. Jego zaskoczony wzrok każdego dnia próbuje znaleźć na wysokim niebie odpowiedź na wszystkie swoje ważne pytania? Czy zastanawia się nad upływem czasu? Nie wiem...


Naprawdę nie wiem, dlaczego tak się dzieje. Nie mam bladego pojęcia, o zielonym nie wspominając. Po prostu nie wiem i już. Może inni wiedzą, tego też nie wiem. Ale wiem, że ja nie wiem, i że tak już zostanie. Bo czy ktoś wie dlaczego czas przyspieszył? Co tak podniosło ciśnienie wszechświata, że adrenalina skoczyła naszej planecie? Gdy szybciej bije serce, szybciej krąży krew. A przyspieszone "bicie serca" Ziemi oznacza szybszy upływ czasu.* Czy ktoś to jeszcze dostrzegł oprócz mnie?


Według naukowców ta zmiana może zostać niezauważona, gdyż nasza zdolność postrzegania upływu czasu potrafi takie zakłócenie zneutralizować. Postrzeganie czasu związane jest ze świadomością, a moja percepcja jakoś nie chce niczego wyrównywać. Za to dręczy mnie i męczy nieustannie wskazując, że obecnie wszystko mija zbyt szybko, w niezgodny z dotychczasowym porządkiem sposób. To, że coś z tym czasem jest nie tak, zauważam już od pewnego czasu. ;) Nieraz o tym przy jakiejś okazji wspominałam (bo jestem zafascynowana czasem jako zjawiskiem). I wcale nie chodzi o nadmiar obowiązków - o dzieci i ich zajęcia, o dom i zwierzęta, o ogród i szereg innych prac. Nie, to jest po prostu życie. Wiele osób ma takie lub podobne, lub równie zajęte. Tak było zawsze, jest i będzie. Nie o to chodzi.

Każdy żywy organizm w naturalny sposób jest dostrojony do pulsu naszej planety. Jesteśmy jej częścią, podlegamy jej prawom, dostosowujemy się do jej rytmu. Czy tego chcemy czy nie. I nie jest ważne jak bardzo się od niej odwróciliśmy, zapomnieliśmy o jedności, uwierzyliśmy we własne nad nią panowanie. Człowiek jest osadzony w czasoprzestrzeni, a czas nie jest pusty, jest treścią wypełnioną energią. Nie mamy wpływu na to, że wszechświat postanowił się rozszerzyć zabierając nam czas. Ale wciąż mamy wpływ na treść, jaką wypełnimy nasz czas - owo wieczne teraz, które teraz po prostu posuwa się szybciej naprzód. ;) A skoro mamy mniej czasu, czy to znaczy, że trzeba będzie nadać wszystkiemu nowy sens? Może.., tego jeszcze nie wiem.
Czas i przestrzeń na jednej łodydze :))

Tymczasem pozdrawiam :))
Ewa

* Zjawisko to jest związane z rezonanasem Schumanna, czyli elektromagnetyczną częstotliwością drgań Ziemi (zwaną też pulsem Ziemi), która przez tysiące lat utrzymywała się na stałym poziomie 7,86 Hz. Jako ciekawostkę powiem, że dokładnie tyle wynosi częstotliwość fal alfa naszego mózgu - to najlepszy dowód na integrację człowieka z Naturą. :) Podobno 50 Hz to tzw. "mózg Zen" - poziom oświecenia. Od 1986 roku odnotowuje się stały wzrost częstotliwości i obecnie znajduje się na poziomie około 16 Hz. Czyżby początek zmian dojrzałości świadomości ludzkiej? Nie wiem...

P.S. 1
Komu minął maj i czerwiec jakby to był jeden miesiąc, a nie dwa? Ja nie mogę uwierzyć, że lipiec już stoi w progu! :)

P.S. 2
Czerwiec jest dla mnie od paru ładnych lat najszybciej przemijającym miesiącem i rezonans Schumanna raczej nie ma z tym nic wspólnego! :))

E.

czwartek, 11 czerwca 2015

O poranku

O wiosennym poranku, kiedy cisza kładzie się do snu, lubię wsłuchać się w szelest sypanych ziaren do karmnika. Trzy pełne garści, nic wielkiego - niemy znak miłości dla skrzydlatych przyjaciół. One odwdzięczają się odwiedzając mnie przez cały dzień. I to one, swoimi ćwierknięciami, wzywają rano słońce. A słońce zna język ptaków.



Chwilę później, kiedy siedzę na wprost okna, lubię patrzeć, jak pierwsze promienie słońca figlarnie wślizgują się na balkon. Wspinają się lekko po krzaku bzu splatając sobą jego gałęzie i tworząc na drewnianym płotku koronkową mereżkę światła. 


Zaglądają między liście winobluszczu, skaczą po kwiatach, kładą się na pąkach lawendowej róży. Budzą dzwonki i stokrotki, głaszczą kocie myśli. Śledzę pilnie ich wędrówkę, ich zabawę, a może pracę? A potem nagle znikają zabierając ze sobą cienie. Nie wiadomo jak, ani gdzie. Jedna chwila nieuwagi i już ich nie ma. Wypełniły sobą dzień i zniknęły, zostawiając po sobie jasne echo.


Dziś o poranku pomyślałam sobie, że gdyby Bóg dał mi wybór, pod jaką postacią chcę wrócić na Ziemię - mogłabym być światłem. Byłabym jednym z miliardów promieni, tak jak teraz jestem jednym z miliardów ludzi. Miałabym świetliste zadanie do wypełnienia każdego dnia, o którym bym nic nie wiedziała. Zupełnie jak teraz. Ale będąc promieniem, wiedza ta do niczego nie byłaby mi potrzebna. Za to rozumiałabym szum drzew i wiedziała o czym śpiewają ptaki. Mogłabym przeniknąć ciszę i zajrzeć w głąb morza. Mogłabym biec między gwiazdami aż na skraj wszechświata, albo malować piegi na dziecięcej buzi. W czasie tej wiecznej, niekończącej się wędrówki, zawsze mogłabym zatrzymać się na chwilę, by odpocząć na najwyższych szczytach gór, albo pokołysać się na najmniejszych źdźbłach traw. Tkałabym kilimy ze światłocieni oraz senne marzenia na rozgrzanej plaży. Umiałabym pewnie także poparzyć, spalić lasy, wysuszyć źródła, ale również rozgrzać ludzkie serca oraz nasiona uśpione w glebie, by pękły odsłaniając to, co najcenniejsze.
Tak, mogłabym być światłem o poranku... 


Wszystkiego dobrego na nowy dzień
Ewa



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...