Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meble. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą meble. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 18 maja 2014

Ciągle pada...


A ja powiem: o, jak to dobrze! Nie tylko roślinom przyda się wytchnienie. Mnie dopadło przeziębienie i wraz z deszczem odsunęło tymczasowo od pracy. To dobrze, po pierwsze dlatego, że żałowałabym pięknej pogody, przy której nie mogłabym spędzać miło czasu orząc w ziemi. ;) Po drugie, natłok przeróżnych nadprogramowych zajęć i tak nie daje mi ani chwili wolnej, więc z dwojga złego lepiej, że pada. Końcówka roku szkolnego zbliża się nieubłaganie a wraz z nią pełno egzaminów, konkursów, występów, turniejów, i innych dodatkowych atrakcji..., co jak zwykle odbija się zmęczeniem na Matce Polce. :) Tak że, gdy wpadam do domu, to tylko by złapać oddech i znów gdzieś gnać, i na nic innego siły brak. 

 Ale nie ma tego złego, bo przynajmniej zamiast łapać się za jakieś męczące domowo-zdobnicze zajęcia, siadam spokojnie przy komputerze - do tego sił nie potrzeba. ;) Mogę sobie klapnąć przed laptopem i tępym wzrokiem przez chwilę powodzić po jego ekranie. I gdy tak sobie pociągając nosem, zawinięta w kocyk już powodzę, to i coś przy okazji wymodzę. ;)) I tak dziś wybrałam dla Was kilka mokrych kwiatków. :) Nie wiem jak Wy, ale ja bardzo lubię oglądać kwiaty po deszczu. Oczywiście nie po ulewnym. ;) Jest coś zachwycającego w perełkach deszczu zatrzymanych na płatkach czy liściach. Są jak biżuteria, którą przyroda założyła na chwilkę - sznury koralików, kolczyki, broszki... Nie ma co ukrywać - przyroda jest kobietą. :)


A tak przy okazji, to muszę Wam powiedzieć, że siedząc sobie przy laptopiku, na wprost okna, mam cudny widok na soczystą majową zieleń i na mój kwitnący balkonowy krzew bzu, który z kolei ciekawie zagląda do pokoju. :)

Widok dokładnie z miejsca, w którym do Was piszę :)

To był jednak rewelacyjny pomysł z posadzeniem go w dużej donicy. Już trzeci rok bez sprzeciwu ;) raduje mnie swym wyglądem i zapachem. Dlatego jeżeli ktoś ma wątpliwości czy bez sprawdzi się na balkonie, to ja mówię: jak najbardziej! :) Nawet w środku miasta można dzięki niemu poczuć się jak w prawdziwym ogrodzie. Jak lubicie bzy, nie musicie z nich  rezygnować, potrzebny jest tylko balkon. ;)

Kolory pewnie marne, ale zdjęcie wieczorne, bo robiłam przed chwilą

A gdy jest już na naszym balkonie troszkę krzaczków oraz karmnik, to ruchliwe towarzystwo mamy zapewnione. :) Siedzę więc sobie nieruchomo, aby nie wystraszyć płochliwych gości, z lufą aparatu pod ręką. :) Czasem uda się zrobić jakieś znośne zdjęcie, ale muszę powiedzieć, że mają chyba jakieś ptasie ADHD, bo wysiedzieć na miejscu nie mogą zbyt długo i zanim ustawię ostrość i odpowiedni kadr... frr i już ich nie ma! :) Za to i tak ruch w balkonowym interesie cieszy całą naszą rodzinkę, dlatego dbamy by ziarenek było pod dostatkiem.

A gdy uda mi się jeszcze upolować odwiedzające mnie wróbelki, sikorki czy inne ruchliwe ptaszki, to na pewno jeszcze wstawię jakieś zdjęcie

A skoro jestem w temacie około-okiennym, to pokażę jeszcze stare krzesła, które udało mi się w końcu przemalować na biało i uwolnić od sukieneczek. Dodałam dekoracyjny element z tyłu, by je "ufrancuzić" i lekko poprzecierałam na rantach. Z efektu jestem bardzo zadowolona, krzesełka są lżejsze i ładnie wpisały się klimat pokoju dziennego.




I nie tylko mnie się podoba ;)

Przy stole krzesełka a na nim mazurek last minute, czyli kruche ciasto z wiśniami. Równie lekkie jak krzesełka  i tak jak one wpisało się w klimat dzisiejszego dnia. :)) Zniknęło w oka mgnieniu. Przepis pochodzi z Moich Wypieków. TU odsyłam zainteresowanych po bardzo nieskomplikowane instrukcje, bo robi się je też w oka mgnieniu.


I na koniec przy okazji kulinariów, chciałam Wam powiedzieć, że moja magiczna maszyna do jogurtów z powodu mojego gapiostwa zrobiła nam twarożek! :) Wyszedł całkiem dobry, choć stało się przez przypadek i niezgodnie z instrukcją. Po prostu nastawiłam jogurt rano i zapomniałam wyłączyć wieczorem. Przypomniało mi się dopiero na drugi dzień rano! Z tej prostej przyczyny po 24 godzinach wyszedł twarożek. Wolę jednak tego sposobu nie powielać, by nie narazić na szwank maszyny. ;)



Żegnam się bratkami w kropelkach deszczu. A Wy jakie kolczyki jutro zakładacie? :))


Buziaczki i dobrego tygodnia Wam życzę
Ewa


wtorek, 22 października 2013

Coś dla Mamy i coś o byciu mamą

Moja Mama miała imieniny trzy tygodnie temu, ale z powodu "hotelowania" gościa przez prawie 2 tygodnie, a później z powodu choroby, zostały one znacznie przesunięte w czasie. Od pewnego czasu chodził za mną scrapbooking. Przeganiałam go, bo gdzie mi się tu plącze pod nogami, jak ja ledwo czas znajduję na swoje ozdabianie relaksacyjne. A sio! Lecz stała się rzecz niesłychana, gdy wygrałam Candy u Oli z Frankowego zakątka i zostałam zasypana scrapowymi przydasiami. :) Wówczas coraz częściej zaczęłam myśleć o spróbowaniu sił w scrapkach - takich zwykłych karteczkach, które mogłabym robić sama na różne okazje. 

Jak pomyślałam, tak też zrobiłam - zamówiłam kilka najpotrzebniejszych rzeczy i z niecierpliwością oczekiwałam przesyłki. Wszak nie mogłam się doczekać, kiedy zacznę wycinać, docinać, doklejać, wyrywać, obrywać, tuszować i stemplować. Zrobię Mamie najpiękniejszą kartkę imieninową! Paczuszka doszła, ja zasiadłam elegancko przy biureczku i... jęknęłam. Jak ja teraz mam z tego wyczarować taką cudnej urody karteczkę? To trzeba zgiąć, czy obciąć, czy nakleić na białą? A nakleić to czym: klejem czy taśmą? Ale co dalej? Nie mam żadnych wykrojników dających piękne efekty. Na blogach tak lekko i prosto to wygląda, one wszystkie takie piękne. No, po prostu brzydkiej nie da się zrobić! ;) A ja siedzę, patrzę jak sroka w gnat i tylko przekładam jeden papier na drugi i odwrotnie. Mierzę linijką i ołówkiem, docinam - miała być malutka, wyszła na pół strony! Nic to. Obrywam brzegi, aby kartka wyszła taka bardziej vintage - wyszła jakbym ją uratowała z pralki tuż przed wirowaniem. Nic to. Tuszuję (przecież trzeba dodać patyny lat, to tak ładnie wygląda) - wyszła umazana, upaćkana i zszargała moje nerwy dokumentnie. Dobrze, mówię sobie, przecież to moja pierwsza sztuka, chyba (ją wyrzucę do śmieci i zacznę jeszcze raz) Mamie się spodoba, przecież to moja kartka nr 1!). :)) Dodałam zawijasy i perełki z konturówki (które rozpłaszczyły się) oraz napis stemplowy (którego praktycznie nie widać). Nic to. Mama pochwali, wzruszy się i zachowa na pamiątkę (abym za jakiś czas mogła się uśmiać). :)

Pokażę oczywiście to cudo, ;) ale uprzejmie upraszam o wyrozumiałość i nie parskanie śmiechem. :) Czy u Was początki też były takie trudne, czy ja się do tego nie nadaję?
Córcia też malowała swojego zawijaska (7 warstw!)

I właśnie, gdy wręczyłam ją i zobaczyłam radość Mamy przyszła mi taka refleksja do głowy. Jeżeli zdarzyło nam się w życiu zostać mamą, to odtąd nie ma ważniejszego (i trudniejszego) zadania do wykonania. W nasze matczyne ręce został złożony największy skarb, a rola mamy w wychowaniu swoich pociech jest nie do przecenienia. Bo to właśnie mama musi kochać bezwarunkowo, chwalić mądrze, uczyć swoje dzieci wiary w swoje możliwości, rozwijać zalety, korygować wady, znaleźć kompromis między ekspresją ich osobowości a dostosowaniem się do obowiązujących norm. Wiedzieć, kiedy można wydłużyć "smycz", a kiedy już wrzucić na głęboką wodę. I to mama musi pamiętać, że kiedyś trzeba będzie ten skarb wypuścić z rąk. I mieć świadomość, że zarówno ona, jak i dzieci i tak popełnią błędy. ;)

Jestem, jak wiecie mamą potrójną i niemal każdego dnia zadaję sobie pytanie, czy dobrze wykonuję powierzone mi to najważniejsze zadanie? Czy mądrze za nich (na razie) decyduję? Czy zachwycam się nim rozsądnie i czy ganię właściwie? Czy potrafię tak upiłować rogi, by nie spiłować przy okazji ich cennej indywidualności? Czy uczę, że wyrażanie swojej odrębności wiąże się zarówno z odwagą, jak i szacunkiem do innych? Czy uczę odpowiedzialności, ale i radości życia? Czy wspieram swoje dzieci, by chciały zdobywać wiedzę i rozwijać talenty, bo mogą one dać radość nie tylko im? I najważniejsze pytanie, czy uczę ich, dając sama przykład, jak być dobrym człowiekiem? To misja specjalna i ciągła, wnikliwa obserwacja ich rozwoju. I wielka odpowiedzialność za drugiego człowieka. Bo to z jakim wyposażeniem wyruszą w dorosły świat, zależy od tego, jakie miały dzieciństwo.

Same pewnie dobrze wiecie, że nie jest łatwo być mamą. Mamą, o której dzieci po latach powiedzą, że jest najwspanialsza, że zawsze była i jest największym wsparciem, najlepszym przyjacielem, najmądrzejszym doradcą. Że kocha najmocniej na świecie. To poprzeczka postawiona bardzo wysoko. Ale ja tak właśnie mierzę, bo taką Mamę mam. I nie mogę jej zawieść, muszę jej dorównać, by móc to samo kiedyś usłyszeć od swoich dzieci. I choć plany w głowie eksplodują, i choć rzucam się na nowe pomysły z entuzjazmem... już, już czuję wiatr we włosach, już skrzydła mi rosną, już gwiazd sięgam, lecz gdy tylko usłyszę mamo, jak na linie bungee, czy cofniętym filmie wracam na pozycję wyjściową. ;) I tulę pełna miłości moje trzy Szczęścia, wiedząc, że znów nie udało mi się dosięgnąć własnych marzeń. Ale nic to. Bo rzeczywiście nic, zupełnie nic na świecie nie jest od nich ważniejsze. Co nie znaczy, że nie będę tak sobie skakać co rusz na bungee. :)) W końcu się uda! ;)

Wyszła mi refleksja na Dzień Matki, a miał być post o prezentach dla Mamy. ;)) Dlatego, żeby nie przedłużać (bo ostatnio strasznie się rozgaduję) i nie przynudzać (bo stwierdzicie, że do mnie już naprawdę więcej nie zaglądniecie - i co ja wtedy pocznę?), ;)) to pokażę (w telegraficznym skrócie), :)) co dla Mamy przygotowałam na imieniny (bo kartka była przecież tylko dodatkiem). ;)

Do pokoju Mamy, wraz z kartką, pojechała stylowa mała komoda wypatrzona na Allegro. To była miłość od pierwszego spojrzenia. Zobaczyłam, zakochałam się i zamówiłam (takie moje veni, vidi, vici). ;)) W zamierzeniu miała iść pod biały pędzel, lecz gdy ją ujrzałam "na żywo" okazało się, że jest tak śliczna i w tak pięknym kolorze, na dodatek w stanie dosłownie idealnym (niczym replika antyka), ;) że nie miałam sumienia jej tknąć. Pozostała naturalna, dlatego przy remoncie pokoju Mamy, będę musiała pomyśleć o jakimś podobnym, naturalnym akcencie. ;) Zresztą zobaczcie same. Malowanie jej to byłaby profanacja!


Ostatnio w Pepco wpadły mi w ręce ładne, białe, ozdobne ramki. A że Mama ma w pokoju całkiem sporo różnorakich zdjęć, to co jakiś czas podbieram je Mamie w celu "upiększenia" lub zmiany ramek. I gdy te "pepkowe" zobaczyłam zaświtał mi od razu pomysł - postarzyłam je jedynie patyną, aby zyskały na szlachetności, ;) przeniosłam zdjęcia i dobrałam kilka nowych do okienek i zrobiłam taką niespodziankę. :)

PRZED                                                                   PO


KONIEC :)

Uściski dla wszystkich wytrzymałych
Znów skacząca na bungee ;)
Ewa


poniedziałek, 14 stycznia 2013

Szare, białe i różowe


W końcu udało mi się sklecić post o przeróbce mebli w pokoju córci. Jak wiecie energia życiowa nieco mi opadła i dopóki nie odzyskam pełni sił witalnych, muszę na razie zadowolić się raczej spokojnym i niewyczerpującym sposobem życia, takim jak pisanie na przykład. ;) Tak więc siedzę sobie przed komputerem z sokiem pomidorowym za pan brat, cierpliwie czekając, aż potas w moim organizmie osiągnie minimalny poziom normy, a mózg zacznie nieco szybciej pracować) :) Póki co pozamęczam Was przydługimi postami!

W wakacje kupiłam w Ikei z wyprzedaży za 1/3 ceny wyjściowej szafę, której model już wycofano. W zamyśle miała iść do sypialni na pościel, ale szybko doszłam do wniosku, że dla mojej D. nada się niemal idealnie. Musiałam oczywiście ją rozjaśnić, bo była grafitowa i tym samym wizualnie za ciężka. Trzeba było zatem zeszlifować zewnętrzne powłoki lakiernicze i potraktować woskiem wybielającym. Trochę się przy tym namordowałam, bo i gabaryty całkiem spore i zakamarków nie brakowało. [Ale ilekroć teraz na nią patrzę, to ciepło robi mi się na sercu, bo w tych pracach zawsze wiernie towarzyszył mi Megan. Nie przeszkadzał mu warkot szlifierki, smrodki rozpuszczalniów i wosku, ani pył osiadający na futrze (to mnie przeszkadzał potem ten pył przyniesiony na owym futrze do domu). ;) Leżał sobie spokojnie obok mnie i zerkał od czasu do czasu, myśląc pewnie, co też ta jego pani znowu wymyśliła?] 

Kolor wyszedł bardzo "stylowy": szaro-niebieski. Natomiast tył szafy był jakiś taki brzydko nakrapiany, więc go  przemalowałam farbą, którą pomalowane są obwódki wokół okien w pokoju. Pierwotnie miałam zamiar okleić tapetą, ale nie chciało mi się wyszukiwać z tysiąca wzorów tej jedynej, a potem czekać na przesyłkę. :) Dlatego z braku cierpliwości machnęłam pędzlem (okleić zawsze będę jeszcze mogła, prawda?)

Tak wyglądała przed i po metamorfozie

Dodałam stare uchwyty, które pomalowałam na biało (o których TU pisałam). Z boku szafy zamontowałam metalowe uchwyty na plecaczki, bluzę, lub inny podręczny drobiazg. W planie mam jeszcze wymianę szyb na siatkę - wtedy będzie w iście francuskim stylu, ale na razie jestem padnięta, żeby mocować się z wyciąganiem szyb (a to wcale tak łatwo, jak mi się wydawało, nie będzie, ponieważ są one jakoś dziwnie głęboko osadzone - będę się musiała znów uśmiechnąc do kuzyna męża - niezastąpionego w takich kwestiach, aby coś mi doradził), a i siatkę muszę dopiero kupić. Tej siatki to chyba kupię cały rulon, bo wymarzyłam sobie ostatnio kredens na rozrastającą się zastawę, oczywiście z siatką zamiast szybek. :) Poszukiwania na Allegro trwają... :)

Panna czarna uwielbia, gdy się coś dzieje

Szafa - bądź co bądź największy teraz mebel w pokoju - nadała ton reszcie, która to musiała się zgrać z całością. ;) W związku z czym zaczęły pojawiać się inne szaro-niebieskie elementy wystroju (o nich jednak napiszę w następnym poście, bo po pierwsze dopiero kończę małe co nie co, a po drugie czuję, że przez ten post i tak nie przebrniecie). :)) 

W pokoju do tej pory dominował kolor biały i różowy. Jako przezorna matka, jeszcze przed narodzeniem Różowolubnej stwierdziłam, że pokój mej pociechy płci żeńskiej pomaluję na ten ukochany przez dziewczynki kolor. ;) Z dwóch powodów. Po pierwsze, aby nie zamęczało mnie dziecko swoimi westchnieniami i marzeniami o różowym pokoju. A po drugie (ważniejsze), że skoro obcować będzie ono z tym romantycznym kolorem od urodzenia, szybciej się on znudzi i tym samym szybciej będzie mogła nastapić zmiana. :)

Jak wiadomo, do różowego pokoju dziewczynki pasują białe mebelki. Ach, jaka ja oryginalna! :)) Jest więc białe łóżko, biała szfeczka z białymi koszyczkami,  biała prosta szafa oraz biała komoda ozdabiona przeze mnie decoupagem. Gdy byłam w 9. miesiącu ciąży z przyszłą właścicielką komody odezwały się hormony dopominające się o motyw (o zgrozo!) różany. Oczywiście hormony nie mogły poczekać na rozwiązanie, a tym samym na zdecydowany spadek centymetrów w obwodzie dawnej talii i nie bacząc na sporą przeszkodę sterczącą z przodu kazały natychmiast zabrać się do roboty. Dlatego też niecałe 3 tygodnie przed porodem, po uprzednim zmontowaniu jej, klęcząc, w kucki, bądź pochylając się nad leżącą na wznak komodą nadawałam jej dziewczęcego uroku. :)) 
Oto owa różana komoda, na którą nie mogę już patrzeć (hormony wróciły do normy) :)) Nie śmiejcie się ze mnie, proszę - ja już kombinuję jakby tu ją "ufrancuzić"!


A z poniższą szafą poszalałam sobie właśnie tuż przed Świętami. Prosty Ikeowski regał otrzymał ode mnie w prezencie koronę na głowę oraz boczne żłobione listewki. Ikeowskie szafki mają boki kilka milimetrów wystające poza linię frontową, dlatego tę powstałą szparkę przysłoniłam dodatkową profilowaną listwą. Zmontowałam, pomalowałam, polakierowałam i zdecydowanie lepiej teraz pasuje do szarej eminencji. :)


koszyczki na półkach też się idealnie wpisały w nową kolorystykę


Tyle na dziś.  W następnym poście pokażę nieco mniejsze nowe elementy wystroju.

Pozdrawiam
Ewa

niedziela, 9 grudnia 2012

Niech ktoś zatrzyma wreszcie czas!


Ja wysiadam!
Na pierwszej stacji, teraz, tu!
Niech ktoś zatrzyma wreszcie czas, bo wysiadam
Przez życie nie chcę gnać bez tchu.

Jak w kołowrotku bezwolnie się kręcę
Gubiąc wątek i dni.
A jakiś bies wciąż powtarza mi: prędzej!

A życie przecież po to jest, żeby pożyć
By spytać siebie: mieć czy być?
Bo życie przecież po to jest, żeby pożyć
Nim w kołowrotku pęknie nić...


Kto nie zna tej piosenki Anny Marii Jopek? Chyba nie ma takich. Tysiące spraw i obowiązków. Tysiące smutków i radości. Nie wiem, Kochani, w co ręce włożyć. Nie mam czasu nawet zebrać myśli, a co dopiero usiąść i je spisać. O zdjęciach nie wspomnę. Czasem tak jest, że mam ochotę zatrzymać się w tym pędzie, niech się dzieje, co chce - ja się nie ruszam. Nawrzeszczeć na czas, który ucieka i życie, które nie chce poczekać... Mam ochotę, ale tego nie robię. Cichutko gonię za nimi, choć wiem, że i tak nie dogonię, więc po co krzyczeć? A może po co biec?
Chmury nade mną coraz ciemniejsze, a trup w dobrym humorze! No, nic nie poradzę. Dlatego dziś tak szybciutko siadam i to, co udało mi się ogarnąć pokazuję, bo od jutra znikam na jakiś (nie za długi, mam nadzieję) czas z najmłodszym dziecięciem w szpitalu. Gdy wrócę przed Świętami, komputer niestety nie będzie pierwszą rzeczą, do której się rzucę, więc nie wiem, czy się z Wami spotkam przed Wigilią, ale obiecuję, że się postaram. ;)

Mamy już drugą niedzielę Adwentu. Zapłonęła dziś więc druga świeczka. Za dwa tygodnie Święta, czy to możliwe?


W tym tygodniu popiekłam ciasteczka: orzechowe, migdałowe, imbirowe oraz "alkoholowe" śliwki w czekoladzie nadziewane marcepanem! To z myślą o mojej Mamie, która uwielbia marcepan. ;) Według przepisu Doroty z Moich Wypieków śliwki powinny być moczone w rumie, ale że rum wykorzystałam bo Rumtopfu owocowego, to przeszukałam schowki i znalazłam dwie resztki mocnego likieru: lekko migdałowego austriackiego Stroha oraz fantastycznie pomarańczowego Cointreau. Do marcepana uważam, że bomba! Wyszło bosko! Jeśli ktoś lubi takie zestawienia, to gorąco polecam. :) Troszkę jest dłubania, ale warto. 


Ciasteczka wolę zdecydowanie nieprzystrojone, ale czego się nie robi dla dzieci. ;)



Oprócz tego, pierwsza porcja pierogów już w zamrażalce czeka, prezenty popakowane i niektóre ozdoby przyszykowane. W końcu tydzień wyjdzie mi z grafika, a nie chcę wszystkiego zostawiać na ostatnią chwilę. Zrobiłam wieniec na drzwi garderoby, i poustawiałam świeczniki to tu, to tam.

Aby w kuchni miło mi było piec, stanęła na półeczce obok miejsca, w którym działam kulinarnie pierwsza świąteczna świeczka.


A w pokoju dziennym pierwsze śnieżynki. ;)

Za dnia słońce rzuca cień...
a wieczorem... blask świec

 W sypialni umilają czas świeczki i wieniec.

wieniec owinęłam tylko sznurem perełek
Na komodzie stanęły świąteczne świeczniki

Pamiętacie moje zamówienie z Welbildu? Na półce obok stanęła podpórka pod książki w świątecznej aranżacji, a w salonie koszyczek na orzechy. Jedynie rama na zdjęcia jeszcze nie wisi, bo po prostu zdjęć nie zdążyłam wybrać.



A skoro jesteśmy w sypialni, to dzięki namiarom Igusi, komoda zyskała brakujące dolne gałeczki. Są nieco większe, i w kolorze ecru, ale to nie przeszkadza, a dolne szuflady są i tak największe. I jak? Bo ja jestem zadowolona. :) Dziękuję Iguś!




Pokażę Wam jeszcze wstępną fazę zimowych pokrowców na krzesła. Marzyłam od dawna o takich futrzanych ubrankach dla dwóch foteli, hmm... lekko naddrapanych przez koty. :)) A  że futerka są bardzo wskazane zimową porą, to szukałam takich materiałów w sklepach z tekstyliami. Niestety te, które mi się podobały ceny miały wysokie i na dwa fotele musiałabym wydać ponad 300 zł. Szaleństwo! Ale pomysł z głowy nie wywietrzał i gdy w Tesco zobaczyłam włochate chodniczki (!) takie akurat w kolorze  :) i w promocyjnej cenie (55 zł/szt), nie zastanawiałam się długo. Siadłam, przymierzyłam, docięłam, zszyłam i pierwszy etap mam za sobą. Z przodu muszę jeszcze doszyć pasek futrzaka i z tyłu sznurek doczepić, aby na plecach wiązanie zrobić, ale zaczęłam! I choć jeszcze nie skończone i nie wygląda jak powinno, to Wam pokażę. Dzieciaki się cieszą, że milutkie siedzenie powstaje! Zresztą nie tylko dzieci... ;)




A na zakończenie pokażę mój igielnik, skoro szyję czasami. :)) Nie, nie, po prostu Alexls zorganizowała zabawę na igielniki Polek, czyli co wykorzystujemy przy szyciu jako igielnik i namówiła mnie do uczestnictwa.  I nie chodzi wcale o najpiękniejszy, może to być nawet brzeg obrusu, czy klapa marynarki. A że bardzo lubię Alexls, nie mogłam się wymigać. ;) Sama jestem ciekawa, co z tej zabawy wyjdzie. Ja do niedawna używałam takiej gąbki z papierem ściernym, bo tego u mnie pod dostatkiem! Ciągle coś w końcu szlifuję. :) Ale jakiś czas temu, zainspirowana Itowymi wyczynami, zrobiłam sobie igielnik, wykorzystując małą nogę meblową i gąbkę. Na ostatnią dosłownie chwilę zrobiłam zdjęcie. Oto, w co wbijam szpile! I tylko w to. :))



Halo! Pobudka! To już koniec. :))

Do rychłego zobaczenia
Ewa

piątek, 30 listopada 2012

Gdzie ukryć naleweczki?

Tak jak wspomniałam dziś będzie o zapomnianej (przeze mnie) pigwie. Jakiś czas temu nastawiłam naleweczkę z pigwy i ... głowy mojej zajętej już ona nie zaprzątała. Ostatnio ciągle coś było pilniejszego, że odłożyłam nalewkę i wpis o niej na bok i zupełnie zapomniałam! Dopiero gdy zlewałam ją do butelek, olśniło mnie, że przecież nie napisałam o niej postu. A ona tak milcząco rozczarowana stała tyle czasu! ;)

Najpierw dojrzewała sobie cierpliwie na salonowym parapecie ciesząc zmysły ;)

Pigwa (jedyny przedstawiciel rodzaju pigwa) oraz pigwowiec - należące do rodziny różowatych - często są mylone ze sobą, a to odpowiednio: niewielkie drzewa oraz krzewy, których owoce podobne do małych jabłuszek dojrzewają we wrześniu i październiku. Potrzebują ciepła i słońca przez długi czas, czego nasz klimat o tej porze roku raczej nie może zapewnić. Niemniej jednak uprawa się przyjęła i owocują bez zarzutu. Owoce nie nadają się do spożycia prosto z krzaka, bo są twarde i kwaśne, ale idealnie nadają się na wszelakie przetwory, a w szczególności ;) na nalewki. Znalazłam nawet przepis na zupę pigwową, ale niestety po pigwie o tej porze ani śladu. A miałam nadzieję, że taką piękną jesienią jeszcze zastanę pigwę na krzaczku, a tu ...pusto. :( 

Jako ciekawostkę powiem Wam, że pigwa/pigwowiec ma więcej witaminy C niż cytryna (ale to żadna rewelacja, bo i kiwi i imbir i wiele innych owoców jest bardziej bogate w tę witaminę), więc idealnie zastępuje ją w herbacie. Ma całe bogactwo składników mineralnych oraz komplet witamin z grupy B. Reguluje trawienie, więc jest niezastąpiona na wszelkie kłopoty żołądkowe, działa przeciwwymiotnie i przeciwzapalnie, wzmacnia odporność, obniża ciśnienie i reguluje poziom cholesterolu, a nawet redukuje zmarszczki (stosowana oczywiście zewnętrznie!). :)) Ma piękny cytrynowo-korzenny zapach, dlatego warto ją schować do szuflady, np. z bielizną.

I jak tu jej nie lubić i nie kurować się nią w długie zimowe wieczory? 



Zdjęcia jeszcze słonecznie jesienne ;)


Nalewka pigwowa

Kilogram owoców pigwy lub pigwowca pokroić i oczyścić z nasion, zasypać kilogramem cukru i odstawić na 10 dni. Zlać syrop, połączyć z litrem spirytusu i odstawić na 3 miesiące. Prosta? Bardzo. Pozostałe owoce można ponownie wykorzystać zalewając litrem wódki i zostawiając na co najmniej pół roku (ja oczywiście nie omieszkałam z tego skorzystać i w kwietniu będzie jak znalazł). ;)




A wracając do tytułu dzisiejszego wpisu pokażę Wam przy tej okazji moją tajemną skrytkę na nalewki. ;) Wylicytowany, jakiś czas temu, nakastlik przeszedł błyskawiczną metamorfozę. Pamiętam, że przybył do mnie na kilka dni przed powrotem męża, a że był naprawdę w opłakanym stanie musiałam się szybko wziąć do roboty, aby mąż nie zobaczył co ja za gruchot do domu zaprosiłam. ;) Nawet Mama na moją propozycję, że może chciałaby taki pomocnik do kuchni, skrzywiła się ze wstrętem! Cóż, skoro niemiła księdzu ofiara, to ja to cielątko szorowałam, szlifowałam, sztukowałam, w końcu pomalowałam i nawoskowałam. Dodałam drewniany dekor, nowe półeczki, plecy i szyldy i mam od jakiś 2 tygodni stróża naleweczek! Ot, taki tymczasowy podręczny bareczek. ;) Ale coś czuję, że niedługo oddam go dzieciom we władanie - niech trzymają tam swoje bloki i rysunki, mazaki, farbki, pastele,... bo ciągle mi się gdzieś te akcesoria artystyczne plączą na wierzchu, a wysokie karafki i tak się w nim nie mieszczą. :( 



Przy okazji pokażę Wam, co wczoraj zgarnęłam w Duce za całe 19,90 zł. Zawsze chciałam mieć koronę (nie na głowie oczywiście). :) Wiecie, że jako mała dziewczynka, gdy wszystkie koleżanki chciały być księżniczkami, ja (przewrotna natura już dawała o sobie znać), chciałam być służącą?! :)) Po latach jednak korony się doczekałam. I nie mogłam się powstrzymać, żeby jej nie ozdobić już świątecznie. :)) Taka pierwsza przymiarka na szybko - i tak świecznik adwentowy ozdabiałam, więc hurtem poleciałam. ;)



Wpis znowu mi wyszedł taki upakowany jak .zip i na dodatek na pół jesienny, a na pół zimowy! :)) Wracam do roboty, bo zaraz kolację dzieciom muszę robić. Ech, jak ten czas gna!

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i do miłego
Ewa

środa, 7 listopada 2012

Gałki, ach te gałki!

Człek by je garściami brał! Czyli konkretnie ja, bo jestem absolutną fanką "niestandardowych" uchwytów. Jakie one potrafią zdziałać cuda! Najzwyklejszą szafkę zmienią w ciekawy mebel. Dlatego jestem nałogową zmieniaczką uchwytów. Żaden mebel u mnie w domu nie ma uchwytu, z którym został zakupiony. ;) Prędzej czy później ten niepozorny niby element zostanie wymieniony na bardziej oryginalny. A że ostatnio trochę zaszalałam z gałkami, to Wam je zaprezentuję w dzisiejszym nieco wnętrzarskim poście. Zobaczcie same, ile zależy od tego niepozornego maleństwa.

Na początek pokój Rodzyneczki i szara szafa (po spotkaniu z woskiem wybielającym, ale o tym przy innej okazji) i "nowe" uchwyty pomalowane na biało. Uchwyty te to nic innego jak autentyczne starocie wyłuskane na Allegro. Te oryginalne - niczego sobie - powędrowały do innej szafy (o której też przy tej samej innej okazji). ;)

Przed                                                                        Po

Łóżko, które dostało ceramiczne duże gałki w paseczki, które kolorem pasują do obwódek namalowanych wokół okien. Znalezione gdzie? Na Allegro, wiadomo.



Oraz mały kolaż wnętrza, z akcentem na uchwyty.



A teraz sypialnia i szafa garderobiana z tymczasowo wykorzystanymi uchwytami z łóżka Panny wielce małoletniej oraz już z docelowymi gałkami w odcieniu antic white i cappuccino. ;) Gałeczki pochodzą ze sklepu Casabianca.pl, w którym, moim zdaniem, jest całkiem duży wybór ciekawych i niesztampowych uchwytów.

Przed                                                                       Po

Szafeczki nocne jakiś czas temu kupione też na Allegro już oczyszczone, więc przy ich metamorfozie ominął mnie żmudny proces szlifowania! Długo szukałam odpowiednich uchwytów, cudowałam, zmieniałam, aż w końcu mnie olśniło, że te oryginalne są jednak najlepsze, tylko trzeba je pobielić i lekko spatynować. :)

Przed                                                                       Po


 Komoda z Ikei
Przed                                                                              Po



I w tym miejscu mam prośbę do Was. Brakuje mi 4 gałek tego typu do dolnego rzędu komody. Jak widzicie kwiaty różnią się nieco (były kupowane w różnych miejscach - jeden rodzaj w sklepie Bellmaison.pl a drugi na Allegro) i szukam cały czas jeszcze innych w tym samym stylu. Muszę chyba eBay przetrzepać. :) Niestety nie mogę na nic takiego trafić, stąd moja prośba. Może Wam gdzieś podobne gałki wpadły w oko, dajcie znać, gdy się natkniecie przez przypadek na takie kwiaty, bo pilnie poszukuję takowych! Z góry dziękuję za wszelkie tropy. Poniżej pokazuję zbliżenie tych "flowerków", abście wiedziały o co mi chodzi.





I szybki look kolażowy.




Łazienka z jedną jedyną szafką na kosmetyki. Gałki też ze sklepu Casabianca.

Przed                                                                               Po

Podgląd:


No to zagałkowałam Was dzisiaj na całego tymi bzdurkami! Ale co, nie lepiej z nowymi? :))

Pozdrawiam
Ewa


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...