Jak to już u mnie tradycyjnie się dzieje, tuż przed finiszem ciąży mam najwięcej energii i pomysłów. Tylko nie zawsze daję radę wszystko zrealizować. Brzuch nieco przeszkadza.
Uszyłam w każdym razie tetrowe pieluszki - zdjęć nie ma, musicie uwierzyć na słowo. Poprzedni zestaw oddałam dziewczynie, która wtedy była w potrzebie.
Szczęśliwie zakończyłam podkładki na stół:
Najwięcej czasu zajęło mi oczywiście wykończenie i to ostatnich dwóch. W końcu jednak mam.
Pisanki malowane farbami akrylowymi schną, więc zdjęć jeszcze nie ma.
Siostra dowiozła mi materiał z Polski. Mam zamiar uszyć z niego zasłony na drzwi do ogrodu. Obecnie wiszą tam zasłony w kolorze lnu - strona od pokoju; od strony ogrodu mają biały kolor i na ten zamierzam nałożyć warstwę kwiatową. Następnie właśnie kwiaty dać do wnętrza, a "len" od ogrodu.
Materiał prezentuje się tak:
I w zbliżeniu:
Myślę, że polne kwiaty będą tak samo dobrze pasowały do kuchni z drewnem, jak pasował len.
Materiał jest już pocięty, czeka na zeszycie i wykończenie. Mam ogromną nadzieję, że uda mi się to zrobić przed porodem, a może nawet przed świętami.
Wielkich planów na święta nie mam. Nie sprzątam(tak generalnie, od podstaw, bo szkoda mi na to czasu i energii), nie planuję dużo jedzenia(bo z gości nikt nie zawita do nas; mają inne plany: libacyjno-wycieczkowe). Zamierzam natomiast upiec dwa serniki i dwie szarlotki, makowiec i ciasto drożdżowe - dla nas i dla Plunketa, którego mój małżonek spotyka w sobotę. Ja oczywiście jeszcze pojadę do Portlaois ze święconką, a przy okazji zrobię ostatnie zakupy.
Potem, aby tylko przeczekać święta(w trakcie których przybędzie mi z 10 kilogramów), dotrwać do 14 kwietnia - do urlopu Artura i... mogę już rodzić.