sobota, 16 listopada 2024

listopad

Leci sobie już trzeci miesiąc od kiedy wróciłam do pracy. A właściwie - wróciłyśmy. I teraz już mogę coś na ten temat napisać.

Dygresja: kiedyś, na jakiejś tam wizycie u tzw. specjalisty, lekarka zwróciła mi uwagę, że mówię w liczbie mnogiej - poszłyśmy, zrobiłyśmy, lubimy. I że to stała przypadłość matek niepełnosprawnych dzieci, które są tak zrośnięte ze swoimi pociechami, że identyfikują się jako jeden organizm. Zachęcała mnie do wyodrębnienia się z tej całości. Jak widać, zupełnie mi się to nie udało a nawet powiedziałabym, że z wiekiem się pogłębiło. I zupełnie mi to nie przeszkadza, nie mam z tego powodu kompleksów ani zaburzeń tożsamości :) Tak mi się przypomniało.

No więc wróciłyśmy do pracy. Postanowiłam nieco poczekać z relacjami z tego powrotu, bo gdybym miała napisać na gorąco to byłaby to jedna wielka histeria. Pierwszy raz był okropny.

Wymyśliłam sobie, że ponieważ potrzebuję aż dwóch gabinetów - jednego dla mnie do pracy, a drugiego dla Młodej i jej kolorowych popaprańców - to muszę pracować wtedy, kiedy nikt nie chce pracować. Czyli w piątki po południu i w soboty rano - wtedy w gabinetach mogę przebierać. Dla mnie nie ma już  żadnej różnicy między pracą w weekend a pracą w tygodniu - i tak do rodziny się nie spieszę bo rodzina jest ze mną, więc luz. A dodatkowo, w sobotę po robocie, możemy zwinąć manatki i udać się poza miasto na Banderozę i bawić tam aż do czwartku. Chytry plan, nie?
Taką propozycję złożyłam dyrekcji i została ona zaakceptowana bez problemu.
To tylko dwa dni, tyle wynosi moje pół etatu, nie zdążę się zmęczyć.

Plan wdrożyłam w pierwszy weekend września i od razu mój luz został solidnie zweryfikowany. 

Po pierwsze okazało się, że zostawienie Młodej samej w gabinecie przed kompem, bez możliwości zajrzenia do niej przez co najmniej godzinę/półtorej wprawia mnie w nerwowy dygot. Niby ją znam, niby wiem, że jest bezpieczna ale ja sobie umiem taaakie filmy w głowie nakręcić, że nie chcielibyście wiedzieć. 

Po drugie oczywiście wypadłam z obiegu i umiejętności automatycznego wykonywania pewnych upierdliwych czynności związanych z totalnie zbiurokratyzowanym systemem, co kosztuje mnie dużo cennego czasu. Którego i tak nie mam  zbyt wiele, chcąc rzetelnie wykonać swoją pracę a dodatkowo sprawdzić Młodą, napoić i nakarmić. Musiałam odświeżyć sobie sporo różnych spraw, między innymi nasz system komputerowy.

Po trzecie cala logistyka przygotowania nas i jedzenia i picia do pracy to sporo latania po nocy, kiedy Młoda już wyrychtowana w łóżku zmierza do krainy snu. W piątek, po pierwszym dniu, wracamy dobrze po 19 do domu i nie ma, że odpoczynek. Trzeba się brać za kolację, jedzenie, picie, toalety, mycie... Jak się wyszykuję na sobotę to jest 23.30 a rano do roboty, więc pobudka o 5.45. 

I tak w pierwszą sobotę po pierwszym piątku, wyszykowałam się do pracy oraz od razu do wyjazdu na wieś, dokąd wyruszyłyśmy bezpośrednio z roboty. Jak dojechałyśmy na podwórko, jak wypakowałam graty, Młodą, zainstalowałam to wszystko w chałupie, przyszykowałam i dałam obiad, napoiłam, przewinęłam i usiadłam na fotelu, to się zaczęłam zastanawiać jak dotrwać do wieczora, bo już mi się oczy zamykają :)))

To był mój pierwszy i ostatni taki bohaterski, perfekcyjny plan. Nigdy więcej rumakowania! A za jaką karę i grzechy ja mam się tak upadlać?! W następny weekend pojechałyśmy na wieś w niedzielę. Po przespanej nocy :))

Natychmiast też kupiłam kamerkę internetową, żeby jednak mieć jakąś kontrolę sytuacji w gabinecie obok. Nie muszę cały czas patrzeć w ekran telefonu gdzie mam podgląd. Zaglądam sobie od czasu do czasu i to mi daje ogromny komfort psychiczny. Wiem, kiedy Młoda ogląda film, kiedy sobie ucina drzemkę, po prostu wiem i jestem spokojna.

Jest połowa listopada i mogę już powiedzieć, że plan wymyśliłam chytry i dobry, natomiast niedoszacowałam wysiłku jaki mnie to będzie kosztować. Piątek i sobota to taka jedna, bardzo długa i bardzo intensywna doba. Piszę właśnie te słowa w sobotni wieczór i jestem dętka. 


Jutro śpimy w opór, czyli do 7 :)))



sobota, 12 października 2024

hop siup i znowu jesień

Tak rzadko piszę, że jak już zasiądę do tego pisania i czytam dwie ostatnie notki, żeby mniej więcej zorientować się na czym skończyłam, to okazuje się, że olaboga, nie dam rady nadrobić zaległości. Że teraz to mogę jedynie po łebkach, skrótowo a i tak krótko nie będzie. No wiem, wystarczy częściej pisać i nie będzie problemu. Ale po tylu latach blogowania, naprawdę nie mam już zapału... Piszę tylko dla Was, dla tych co tu jeszcze zaglądają, bo wiem, że ktoś tam czeka, ktoś jest ciekawy co u nas. I ktoś mnie pogania :)

Czyli znowu mamy jesień. Rok temu, właśnie w tych dniach byłyśmy w Świnoujściu i tam pląsając po falach cieszyłam się, że cały rok urlopu przede mną. Kurde. Minęło nie wiem kiedy. 

Zima upłynęła nam głównie na włóczeniu się po muzeach, o czym nie wspomniałam ostatnio, bo starałam się skracać. A było naprawdę fajnie. Zwiedziłyśmy Muzeum Historii Żydów Polskich, i Muzeum Historii Polski (jeszcze w powijakach), podziwiałyśmy najsłynniejszych impresjonistów na wystawie multimedialnej (bomba!), i wystawę Arkadia w Narodowym. I akurat w ostatni czwartek wznowiłyśmy naszą edukację kulturalną wystawą Chełmońskiego w Narodowym - kto żyw niech leci i obejrzy, bo tak dużej wystawy jego obrazów jeszcze nie było. 

 
 
Latem w większości bawiłyśmy w naszym domu na wsi. A tam matka zrobiła sobie dwie podwyższone grządki (bo jedną miała już wcześniej, ale to za mało), a przy okazji oszlifowała szlifierką i odmalowała barierki tarasowe (bo już był na to czas najwyższy). A wszystko to pod czujnym okiem Kierowniczki.


 
Podczas naszych rowerowych wycieczek nad Pilicą zapoznałyśmy półdzikie, wolno snujące się stado koni. Niektóre były bardzo zainteresowane Młodą, podchodziły się przywitać, poniuchać i takie tam... Jak cię takie stado koni zaczyna wchłaniać, to nawet nie wiesz w co klepiesz paluchami na telefonie, że zdjęcia wychodzą czarno-białe.




Uratowałyśmy też nietoperza, znalezionego na ziemi w pełnym słońcu.


Na Dzień Matki i Dzień Dziecka kupiłyśmy sobie w prezencie ognisko, i teraz już nie musimy się ze wszystkim znosić i zwozić za dom, bo całość mamy na tarasie. Niedługo na naszym tarasie będzie już cały nasz wszechświat.


Usprawniłyśmy też "Mycie głowy pod jabłonką", tzn przeniosłyśmy się na... taras :))) Albowiem: tadam! mamy nowego pomocnika o wdzięcznym imieniu Dawid. I doprawdy nie wiem jak do tej pory żyłam na wsi bez Dawida. Dawid pomaga nie tylko w myciu głowy oczywiście. Kocham Dawida!


No i co. Oprócz zwykłego gospodarzenia, dużo jeździłyśmy rikszą. Odkryłyśmy w tym roku nowe trasy nad samą Pilicą - przecudowne! Tam spotkałyśmy te konie ale też wielkie stado krów, które opalało się na plaży - serio, wszystkie trzydzieściparę leżało na piachu nad wodą. Tam też rozwijałam swoją nową pasję poszukiwania ptasich piór, odkrywając miejscówkę żerowania bielika. To też temat wart rozwinięcia...



Właśnie - mam nowe hobby! Ptaki obserwuję od jakiegoś czasu, zupełnie amatorsko, choć już coraz więcej o nich wiem i potrafię już wiele z nich rozpoznać po głosie. A w tym roku zaprzyjaźniłam się z lornetką bo marzyłam o niej od dawna. Jednak kiedy w weekend majowy na Suwalszczyźnie znalazłam lotkę bielika - ogromne, ponad półmetrowe pióro - złapałam bakcyla. Mam ogromną frajdę w poszukiwaniu piór szczególnie piór drapieżników, bo te są duże, okazałe i naprawdę piękne. A żeby je znaleźć, trzeba wiedzieć gdzie szukać:) I muszę przyznać, że moja nowa pasja ratuje trochę tę starą - bieganie, ponieważ mam świeżą motywację do zebrania się o świcie z łóżka i wybiegnięcie na łąki. Bo na łąkach o świcie szuka się zjawiskowo!


To akurat myszołów, ale w tym sezonie znalazłam pióra: czapli siwej, lotkę i dwie sterówki bielika, myszołowa, pustułki, żurawia (ach!), bociana, czajki, sójki, dzięcioła zielonego, sowy uszatki i dużo bażantów:) Wiem, kręcicie palcem kółeczka na czole, ale co poradzę jak mnie tak wzięło?

Jestem bardzo wdzięczna za to, że wciąż jakoś się zwlekam z tego łóżka, choć coraz mniej siły i chęci. Znaczy chęci to są ale muszę przyznać, że leń mnie pokonuje. A pokonuje bo po prostu boli mnie biodro i kręgosłup, bo wiem, że jak się złacham to nie ma zmiłuj - nikt mnie na służbie nie zastąpi. Że będę zdychać. A z drugiej strony, jak już się zwlokę, jak polecę na te łąki, jak popatrzę na ten wschód słońca i dech mi zaprze i łzy wyciśnie z oczu, to wiem, że żyję. Że jak zobaczę jelonka we mgle, porysuję sobie kulasy w krzakach i ostach, znajdę dziesiąte pióro myszołowa ale nie tak z przypadku a w miejscu, gdzie wiem, że powinno tam jakieś leżeć, to mi się endorfiny będą z uszu wylewać do końca dnia mimo tego bólu biodra. Gdybym została w łóżku, nie zobaczyłabym tego:
 

A w ogóle to już od półtora miesiąca pracujemy, wiecie? Ale tego nie da się już opowiedzieć obrazkami, więc... następnym razem!

sobota, 20 kwietnia 2024

mówicie, że jesień...


... bo jakiś listopad się zrobił, choć już było przez chwilę lato. Trochę to złośliwe ze strony pani Wiosny.

Bardzo nam się ta zima dłużyła, mimo, że starałyśmy się spędzać ją aktywnie. Przede wszystkim połaziłyśmy po muzeach bo wreszcie miałyśmy na to czas. Próbowałam wykreować rutynę czwartków z kulturą, ale w naszym rettowym życiu nic nie jest takie proste jakby się mogło wydawać. Udało się co któryś czwartek, ok, dobre i to. 

W międzyczasie były jakieś święta, które udało nam się spędzić w bardzo miłym, wesołym, trochę nawet szalonym towarzystwie. Było głośno, gwarnie i totalnie bez stresu. No i na każde z nich pojechałyśmy naszym autem. Może Was dziwi, że tak podkreślam ten fakt, ale dla mnie to ogromny krok naprzód. Jak sobie ktoś przez trzydzieści parę lat wbijał do głowy, że jazda samochodem to zabawa absolutnie nie dla niego, to potem te trzy lata co je już przejeździłam okazuje się zupełnie niewystarczające, żeby w siebie uwierzyć. Ciekawe ile to jeszcze potrwa... 

I cóż, teraz naprawdę czekamy na wiosnę. Na Banderozie byłyśmy już ze trzy razy ale tylko na parę godzin, bo chałupa nieogrzewana to i za zimno na nocowanie. Może nawet nie tyle na nocowanie, bo my z zimnego chowu i w domu też mamy zakręcone kaloryfery przez większość okresu jesienno-zimowego. Wystarczy dobrze się przykryć i w takiej lodówce śpi się znakomicie. Ale umyć się, przebrać, dokonać fikuśnej Agnieszkowej toalety to już za fajnie nie jest. Czekamy więc na tę wiosnę a ona nagle pokazała jakiegoś focha. A ja mam maliny do posadzenia!

Generalnie bardzo nam jest dobrze na tym urlopie. Stwierdzam, że mogłabym już udać się na emeryturę. Kiedy pojawiam się u siebie w pracy czasami, to mówię koleżankom, że W OGÓLE nie tęsknię za pracą, choć ją przecież bardzo lubiłam. Trochę tęsknię za ludźmi z pracy, bo mamy wyjątkowo udaną, zgraną i bezkonfliktową ekipę, ale za pracą nic a nic. I już zaczynam drżeć na myśl, że za cztery miesiące muszę wrócić. Długo myślałam nad tym, co dalej. Czy ja w ogóle dam radę wrócić do pracy? 

Bez żalu pożegnałam myśl o oddaniu Młodej do jakiegoś ośrodka dziennego pobytu. Z kilku powodów. Po pierwsze ośrodków w okolicy brak (tak, to stolica proszę Państwa). Może gdzieś dalej coś bym znalazła, ale czy byłoby to "coś" czy miejsce dobre, w którym działoby się pozytywnie? Wykluczam przechowalnie, a jak znam nasze polskie realia, na tym by się skończyło. Choćby dlatego, że Aga jest bardzo grzeczną, nieabsorbującą osobą. Niczego się nie domaga, nie pyskuje, nie płacze, nie krzyczy, nie psoci, nie ucieka. Akuratnie by posadzić ją w kąciku i zająć się tymi, którzy się domagają. Po drugie, mając z tyłu głowy to co powyżej - czy ja jestem gotowa na kierat odwożenia jej i przywożenia w stołecznych korkach, oraz w międzyczasie pracowania zawodowo? Nie jestem. 

Zorientowałam się też, w sposób dość brutalny, że mogę w zasadzie zapomnieć o opiece wytchnieniowej. Byłam w naszym MOPS-ie i już wiem, że należy go zaorać. ZAORAĆ. I zabronować, co by kamień na kamieniu nie pozostał. W całej Polsce rozporządzenie o opiece wytchnieniowej realizują MOPS-y a w Warszawie nie. Bo nie. Zajmują się tym tylko jakieś stowarzyszenia, które polecają sobie znaleźć na własną rękę osobę, która będzie się opiekować. A jak se znalazłam to oni znaleźli masę problemów z dupy, które mnie ostudziły. Nawet nie chce mi się tego tu rozkminiać, szkoda moich nerwów. Być może kiedyś znajdę siły, by się ponownie tym tematem zająć. 

Znienacka pojawiła się jeszcze inna możliwość. Od 1 stycznia obowiązuje rozporządzenie o możliwości pobierania zasiłku wspierającego dla dorosłych osób ze znaczną niepełnosprawnością. Dla tych najbardziej niesamodzielnych. Trzeba jedynie stawić się na komisji (kochamy komisje!), która ustali poziom potrzebnego wsparcia, po uprzednim złożeniu wniosku rzecz jasna. Wniosek takowy złożyłam od razu 1 stycznia, i już (sic!) 19 marca byłyśmy na komisji. Pierwszy raz w życiu dostałyśmy za cokolwiek w czymkolwiek maksymalną liczbę 100 pkt. I ja wiem, że może wydaje się Wam to odrobinę chore, ale cieszymy się jak wariatki! Kto by się spodziewał! Po komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do samodzielnej egzystencji, oraz po innej komisji, która ustaliła całkowitą niezdolność do pracy - mamy to! Trzecia komisja ustaliła, że potrzebne jest maksymalne wsparcie. OŁJEE!

I teraz wiemy, że Młoda dostanie ten zasiłek, w związku z tym stać ją na zatrudnienie osoby wspierającej. Taka była chyba idea tego zasiłku - zatrudnić pomoc, odciążyć rodzica czy kto tam był na służbie do tej pory i stworzyć mu możliwość pójścia do pracy. I super. Być może jest to kusząca propozycja dla kogoś, kto nie pracuje zawodowo i chciałby się wyrwać z domu. Choć trudno mi sobie wyobrazić kobietę około pięćdziesiątki, która wypadła z rynku pracy 20-25 lat temu, z organizmem styranym ciężką fizyczną pracą przy opiece nad osobą całkowicie niesamodzielną, która teraz nagle dostaje wigoru i chce rozpocząć karierę zawodową. Ok, bez sarkazmu - pewnie chce się wyrwać z domu ale na pewno nie do pracy. Ona, tak jak ja, na pracę już nie ma siły. No sorry, taka jest prawda. Wszystko mnie boli - kręgosłup, kolana, biodro, kostka, barki i łokcie. Ja marzę o emeryturze a nie o pracy. 

Pewnie spłaszczam problem i postrzegam go przez pryzmat swojego życia i moich potrzeb. Sytuacje życiowe są naprawdę bardzo różne, o czym można się przekonać dołączając do grupy na FB dedykowanej temu zasiłkowi, choć nie polecam, bo można osiwieć. Ogrom ludzkich dramatów powala. A dramaty te niestety uruchamiają w ludziach wiele niefajnych mechanizmów. Ale ja nie o tym. Konkluzja jest mianowicie taka, że ja wolałabym już sama zrezygnować z pracy i się "zatrudnić" na służbie u mojej córki niż szukać kogoś płatnego do opieki, by móc wrócić do pracy, na którą nie mam już siły. inna kwestia to znalezienie odpowiedniej osoby...

Ale zdecydowałam inaczej. Spróbujemy popracować razem, na pół etatu. Zwolnić się mogę w każdej chwili, prawda? Mam to szczęście, że pracuję blisko, w naprawdę przyjaznym środowisku i mam świetnego dyrektora, który rozumie moją sytuację. Zaproponowałam powrót na pół etatu, w godzinach, w których nikt nie chce pracować - piątek popołudniu i sobota rano. W tych dniach bez trudu znajdę wolny, osobny gabinet, w którym zadekuję Młodą. Bo przesz nie będzie siedzieć ze mną. Spróbujemy. Jeśli będzie to zbyt obciążające dla którejkolwiek z nas, to się zwolnię. Jestem już w zupełnie innym momencie swojego życia - ja już nie pragnę wyrwać się z domu, nie pragnę kontaktu ze światem. Ja pragnę spokoju. Takie życie jakie teraz prowadzimy bardzo nam odpowiada. Niespieszne, spokojne. Dużo spacerów, jakieś ciekawe wycieczki a jak się zrobi ciepło, to pojedziemy na wieś i będziemy gospodarzyć :) I jeździć na rowerze :)



sobota, 18 listopada 2023

Świnoujście


 Ok, żeby nie było, że "jutro" jest za kolejne cztery miesiące ;)

Morze marzyło mi się od dłuższego czasu, ale nie było kiedy, jak i w ogóle. I nagle, tak z głupia frant, znajome małżeństwo pochwaliło się swoimi planami na krótki jesienny urlop, a ja westchnęłam, a oni powiedzieli - jedźcie z nami, toć macie czas. No mamy. I pojechaliśmy. I było cudnie...

Plaża w Świnoujściu jest najpiękniejsza jaką widziałam w Polsce. Niesamowicie szeroka, czysta, i w tym okresie niemal pusta. Wybrzeże w październiku jest wolne od tłumu i parawanów, w pułapkę których złapałyśmy się kiedyś latem, bodaj w Jastrzębiej Górze. Doszłyśmy do linii wody, postałyśmy tam z pół godziny i kiedy się odwróciłyśmy, nie miałyśmy już jak wrócić. Dramat. 


Morze w październiku zaskoczyło mnie jeszcze kilka razy. Na ten przykład wschodem i zachodem. Myślałam, że znowu zobaczę wieczorem słonko wpadające do wody a tu nic z tego, bo ono o tej porze roku zachodzi zupełnie gdzie indziej :) A na wschód wybrałam się w stroju biegowym o 6 rano, z premedytacją pół godziny wcześniej, bo dla mnie jest to jedyna bezpieczna pora na poranne bieganie - Aga śpi wciąż w miarę mocno. Ale o 6 rano było jeszcze tak ciemno, że autentycznie pierwszy raz miałam nie lada pietra. Szczególnie, że najbliższe wejście na plażę było dość dzikie. Szłam w czarną otchłań i myślałam o tych wszystkich morderstwach, o których słuchałam w audiobookach. O mamo. Na plaży było równie przerażająco :) Niesamowite uczucie. Całkowicie zaburzone poczucie przestrzeni. Niby trochę widać, że pusto wokół, ale każdy cień, każdy wodorost wydłuża się do postaci. Morze szumi a jest niesamowicie cicho. No dobra, myślę, pobiegnę tylko do tego następnego drzewa na wydmie, ale ono wcale się nie przybliża. Ojacie. Spotkałam, a właściwie widziałam tylko dwie osoby. Całkowita pustka. No i rozwidniało się dość słabo. Zorientowałam się wreszcie, że jest pełne zachmurzenie, więc ze spektakularnego wschodu raczej nici. Ale było po prostu strasznie pięknie!




Kurczę, kocham to morze, a tak rzadko je ostatnio widuję. Świnoujście to raczej jednorazowe turnee, bo od nas mocno daleko - 650 km. Ciężka podróż, szczególnie, że po drodze nie ma szans na jakąś toaletę w ludzkich warunkach dla dorosłej niepełnosprawnej osoby, która potrzebuje czegoś więcej niż uchwytów w toalecie przystosowanej dla ludzi na wózkach. Takich toalet też zresztą nie widać zbyt często. Nie ma u nas miejsc dla osób potrzebujących leżanek do zmiany pampersa. Tacy ludzie u nas nie podróżują. Nie istnieją. Żeby przetrwać 7-8 godzin jazdy, trzeba nie pić, proste.

Chcę jednak zakończyć pozytywnym przesłaniem - było cudownie! Nostalgicznie, magicznie, spokojnie, spacerowo, śmieszkowo. Znajomi dbali o nas bardzo. Dzielnie ciągnęli wózek po piachu i w ogóle dostosowywali cały plan dnia pod nasze potrzeby. Jestem bardzo wdzięczna za moich przyjaciół.


sobota, 28 października 2023

najdłuższe wakacje ever

Znowu minęło kilka dobrych miesięcy a ja nie miałam kiedy usiąść do napisania paru słów. Działo się :)

Zakończyłyśmy szkołę. To już naprawdę koniec. Pożegnanie było bardzo wzruszające, Aga dostała piękny kolaż ze swoich zdjęć, dyplom i świadectwo, polały się łzy, były uściski... Po oficjalnej części, klasy rozeszły się do swoich sal i tam zaczęły do nas przychodzić wycieczki. Przychodzili nauczyciele i różni terapeuci, którzy pracowali z Młodą, pożegnać się. Zdumiewające! Martwiłam się, że sobie nie poradzę w nawigacji po szkole, że nie odnajdę wszystkich, którym chciałyśmy podziękować a tu oni wszyscy przyszli do nas! Niesamowici ludzie... Tego dnia Aga była ważna, zauważona, doceniona i uhonorowana. Tyle ludzi ją żegnało, tyle osób, których ja nie znam z nią gadało...


Dwoje cudownych nauczycieli - wychowawczyni Pani Marta i Pan Marcin (prywatny, osobisty Anioł :)


A potem były urodziny! I byli goście - spodziewani i zupełnie niespodziewani z trąbkami, głośni, weseli, zwariowani :) Oprócz rzecz jasna mojego brata, bo gdzieżby tam. Jako ojciec chrzestny mógłby chociaż zadzwonić. Mógłby. 
Ale to tyle na ten temat, olać. 
Ci, którym zależy, byli obecni, a tym którym nie zależy to vice wersal!


A potem byłyśmy na wsi i to był świetny czas. Sielski, leniwy a jednocześnie bardzo aktywny dzięki naszej nowej rikszy! Nie wiem czy pisałam czy nie, ale zdecydowałam się w końcu na odświeżenie naszego podstawowego sprzętu wakacyjnego, już nieco rozklekotanego po tych 13 latach  intensywnego eksploatowania. I tym razem zamówiłam rower z napędem elektrycznym i to był strzał w dziesiątkę. Długo się wahałam i broniłam przed takim rozwiązaniem, bo ja przecież jestem sportowcem, nie idę na łatwiznę! Ale prawda jest taka, że sportowiec zaczyna niedomagać bo młodszy się nie robi. I żebym nie wiem jak zaklinała rzeczywistość, jestem coraz słabsza. Nie mogę się z tym pogodzić, bo zawsze uważałam, że będę bardzo aktywna do końca życia, że będę biegać maratony z siwą głową, że będę jak te wszystkie starsze kobitki, które spotykałam na zawodach a niektórych nie mogłam dogonić. No niestety. Albo ja jestem zbudowana z marnego materiału, albo tryb życia jaki prowadzę, mimo moich rozpaczliwych wysiłków o zachowanie w nim choć odrobiny sportu, robi ze mnie powoli jakieś kalectwo. O maratonach muszę zapomnieć. Ostatnio biegłam Biegnij Warszawo na dystansie 10 km i na mecie prawie się popłakałam. Z jednej strony z żalu, że miałam najgorszy czas w swojej dziesięcioletniej karierze i prawie umarłam, z drugiej - z dumy, że w ogóle jeszcze potrafię przebiec ciurkiem 10 km. Długi i bolesny temat, na kiedy indziej.

Wracając do rikszy - pokochałam ją całym sercem, jakby od nowa :)) Teraz mamy niesamowite zasięgi i  super prędkość. Dość powiedzieć, że od połowy czerwca do końca września pokonałyśmy prawie 600 km. Jeździłyśmy po różnych trudnych nawierzchniach, co na starej rikszy było niemożliwe - po lasach, piachach, szutrze, błocie, wielgaśnych kałużach, pod górę i wszędzie :)) Zwiedziłyśmy nieznane bo zbyt oddalone okolice, odkryłyśmy nowe krainy! Pokazałam też Młodej miejsca, które w poprzednich latach zwiedziłam biegiem i żałowałam, że nigdy nie zdołamy razem tam dotrzeć. A jednak! 


Dzięki nieocenionej naszej Kini, nasz rydwan przeszedł lekki tuning i ma piękne nadkola:)

Na turnusie było jak zwykle, czyli zajefajnie. Mamy już swój wypracowany rytm i czujemy się w nim znakomicie. Rano o świcie matka leci w las (no wciąż, choć rozpaczliwie), potem rychtunek, śniadanie, zabiegi a w tym matki basen (w te i wew te jakieś 140 razy, czyli 1400 metrów), potem kawka i krótki leżaczek przed domkiem, potem obiadek a po nim drzemka. Wstajemy jak raz na drugi leżaczek do kolacji, a po kolacji w drogę! I tak do zachodu słońca. W tym roku z poziomu roweru nazbierałyśmy pierdyliard grzybów mutantów - no nie dało się jechać bo trza było albo zamknąć oczy albo zsiadać i zbierać!








A potem znów byłyśmy na wsi i znów było fajnie. Tam jest zupełnie inny świat. Ludzie żyją spokojniej, blisko natury, bliżej Boga (jeśli takie ich życzenie a w większości jednak tak). Bardzo nam to odpowiada. Cały dzień na świeżym powietrzu, na tarasie albo w terenie. Coś tam sobie sadzimy, coś tam sobie pielimy, dbamy o kwiaty. Z Lucy, po początkowych podchodach i tropieniu gniazd oraz metody materializowania się na naszym podwórku, doszłyśmy do porozumienia i kontraktu na minimum dwa jajka dziennie. Lucy co prawda może tylko jedno dziennie ale zawsze jakąś koleżankę przyprowadzi. Super, szczególnie, że postanowiłam spróbować diety keto. 

A potem, znienacka pojawiła się możliwość skoczenia nad morze! Ale o tym to chyba jutro...

piątek, 16 czerwca 2023

Będziemy się byczyć

Jakbym powiedziała, że te ostatnie parę miesięcy minęło nie wiadomo kiedy to bym jednak skłamała. Niby już czerwiec ale mam za sobą intensywny czas, który dał mi znowu w kość. No nie w ten sposób jak ostatnie dwa, a nawet trzy lata, ale dał. Dlatego czasami nawet miałam ochotę coś tu skrobnąć, zostawić jakiś kronikarski ślad, ale serio - nie ma kiedy.

Zrobiłam remont mieszkania. A wcześniej wyniosłam kilkanaście 60-litrowych worów pełnych śmieci po Sandrze. A raczej wyniosłyśmy z Kinią. Kiedy tak szłyśmy z tymi worami do śmietnika, przyglądał się nam intensywnie gospodarz bloku. Czy to możliwe, że nas poznał? W końcu dwa lata wcześniej, też targałyśmy wielkie wory, porządkując mieszkanie pod wynajem. Dwie kobity co jakiś czas wynoszą coś w wielkich czarnych worach...
Ale to ostatni raz, przysięgam. Nigdy więcej. Nie mam już na to siły.

Po raz kolejny przekonałam się, że mam najlepszy samochód na świecie, który jest w stanie przewieźć wszystko. I zaprawę, i glazurę i drzwi wewnętrzne też. Na dodatek jestem w stanie większość zapakować sama, bo otwieram sobie rampę i wrzucam na pakę. 

No i zrobiłam ten remont, i nawet wystawiłam chatę znowu na wynajem, ale... mam sporą traumę i bardzo trudno mi jest ponownie zaufać. Oczywiście w grę wchodzi wyłącznie najem okazjonalny, choć on też nie zabezpiecza w 100% przed nieuczciwymi najemcami. 
Miałam kilku chętnych, ale nie byłam do nich przekonana. Postanowiłam więc oddać się w ręce pośrednika. Po pierwsze pośrednik ma większe możliwości weryfikacji, po drugie nie jest zaangażowany emocjonalnie, po trzecie - ja nie mam jak latać na te prezentacje. Każde moje wyjście na pokazywanie mieszkania wiąże się najpierw ze zorganizowaniem opieki do Młodej. To było dla mnie bardzo trudne, poddałam się. To tyle w sprawie mieszkania. Wciąż niewynajęte.

***

Przed nami ostatni tydzień ostatniego roku szkolnego. W przyszły piątek pojadę z Agą, po raz pierwszy i ostatni na zakończenie roku. Nigdy wcześniej nie byłam! Na zakończenie Aga zawsze jeździła sama, bo ja do pracy, a urlopu szkoda bo wiadomo - i tak jest go za mało na wszystkie przerwy, wakacje, ferie i święta. Ale tym razem jadę, bo to ostatni raz. Koniec szkoły... 
Póki co, trudno jest mi to pojąć. 
Przekraczamy kolejną granicę i musimy jakoś urządzić się na nowo w reszcie naszego życia.

Udało mi się uzyskać roczny urlop nauczycielski, tzw. "urlop na poratowanie zdrowia". Czyli mamy względnie zabezpieczony kolejny rok i czas na to urządzanie się. Swoją drogą - jakiś czas temu, tuż przed weekendem majowym, udało mi się odbyć dwa tygodnie rehabilitacji. Dostałam na tę okazję L4 od naszej łaskawej lekarz rodzinnej i dwa tygodnie jeździłam do przybytku, gdzie w większości emeryci chodzą w klapkach z ręcznikami w reklamówkach i poddają się różnym zabiegom. Oraz ćwiczeniom. Znam ten obrazek bardzo dobrze z naszych letnich turnusów rehabilitacyjnych, wiem jak to wszystko działa i nie spodziewałam się żadnych spektakularnych efektów. Ale sam fakt, że Aga jeździła do szkoły a ja miałam zająć się wyłącznie sobą i zadbać o podratowanie mojego bolącego biodra, był jak sen... Do końca nie wierzyłam, że to się uda. Udało się. I o dziwo - podratowałam! Nigdy za bardzo nie wierzyłam w te różne prądy, lasery i ultradźwięki, ale one mi naprawdę pomogły. 
No bo nie te śmieszne ćwiczenia przecież. Okazało się, że byłam dla państwa rehabilitantów nie lada wyzwaniem, bo standardowy zestaw ćwiczeń dla emerytów (nóżka w lewo, nóżka w prawo, turlanie piłki na leżąco pod kolanami na boki, jakieś rozciąganie gumowanych taśm) mnie nie satysfakcjonował. Takie ćwiczenia miały trwać każdorazowo godzinę i już pierwszego dnia wiedziałam, że to będzie ogromna strata czasu, jeśli nie zgłoszę, że może one są dobre dla ludzi, którzy mają bardzo mało ruchu w życiu ale ja jestem maratończykiem i potrzebuję chyba innych bodźców aby odnieść jakiś pozytywny skutek... Państwo rehabilitanci zaczęli wymyślać dla mnie różne wyzwania, które co prawda mnie nawet zmęczyły, ale czy były ukierunkowane na moje chore biodro? Chyba nie za bardzo. Po prostu miałam tam średniej jakości fitness a nie rehabilitację. Nieważne. I tak było super. 

I teraz wracając do urlopu na poratowanie zdrowia - to chyba na tyle :) Miałam swoje dwa tygodnie. Jak Młoda będzie cały czas w domu to już nie będzie jak się rehabilitować. Wręcz odwrotnie jakby. Ale co, taki lajf. Cieszę się, że mamy czas na przeorganizowanie się.
I że będziemy się byczyć! Póki co, bardzo tego potrzebuję, bardzo.

Tylko, tak sobie w tej chwili pomyślałam, czy ja potrafię się byczyć...? :)




sobota, 7 stycznia 2023

co poradzę, że czas leci...

 ... ale ja nie mam kiedy taczek załadować! To już cztery miesiące?!

Bardzo, bardzo intensywny czas. Grażynka mówi, że ja wciąż gdzieś lecę, jestem w ciągłym biegu, ale jak mam nie być jak wszystko na mojej głowie? Nie ma zmiłuj, trza zaiwaniać.

19 listopada odzyskałam mieszkanie. Znaczy weszłam tam ze ślusarzem i zastałam ruinę. Brud, smród i robactwo. Nie wiem jak można przez 19 miesięcy tak zniszczyć mieszkanie. Ściany brudne po sam sufit. Dywany zniknęły, pewnie piesek zrobił gnój to wyrzucili. Lakier do paznokci na meblach. Mnóstwo śmieci, szafki w kuchni pełne różnych rzeczy. W każdym kącie jakieś brudne ciuchy. Tony zabawek ale takie barachło rodem z jajek niespodzianek... Do tego pozostawione wory z ciuchami, sejf, dokumenty firmy. 

Nie da się tego oddać słowami. Obraz nędzy i rozpaczy, który dobitnie mówi o kobiecie, która mieszkała tam z dwójką małych dzieci! W tym jedno, to niemowle, musiało mieć spore kłopoty zdrowotne bo znalazłam dużo leków i opatrunków, które sugerują to i tamto. A papierochy były palone... Syf jest obrazem nawyków Sandry, nie zauważyłam raczej zniszczeń robionych po złości. Może kilka, ale równie dobrze mogła to być robota dzieci. O jej konkubencie nie wspominam, bo myślę, że przez ostatnie miesiące już go tam nie było. 

Nie będę za bardzo się w tym temacie rozwijać, bo nie mam pewności czy Sandra tu nie zagląda. Szczerze mówiąc nie podejrzewam ją o taki spryt i mam ją w dupie, ale jeśli zagląda to niech raczej wie mniej niż więcej - będzie miała większą niespodziankę. Nasze sądy są wolne w dosłownym (wyłącznie) tego słowa znaczeniu, ale teraz już mi nie zależy na czasie. Życie nauczyło mnie cierpliwości (oj, bardzo dobrze mnie nauczyło!) i ja sobie na te sądowe wyroki cierpliwie poczekam. 

O sądzie, praworządności i tym przez co już przeszłam mogłabym tu napisać ze trzy sute notki, no ale nie mogę, no nie mogę. Może za jakiś czas. Nie oddam w ich obronie ani jednego złamanego paznokcia. Przepraszam za ten polityczny wtręt, ale akurat jestem w temacie, prawda, i skóra mi cierpnie na samą wzmiankę. 

Kończąc tymczasem temat mieszkania - muszę zrobić generalny remont. Kuchnia, łazienka i przedpokój nie nadają się do użytku, reszta też do odmalowania. Nie wiem czy zdołam zrewitalizować meble, z pewnością będę probować. A zacząć musiałam od dezynsekcji.

Z dobrych wiadomości - majster, który robił nam remont starego mieszkania i wyszykował też to nowe, cudem ma czas i już jest w szale pracy. Jestem bardzo szczęśliwa bo wiem, jak trudno teraz o dobrą ekipę remontową. Tego człowieka znam, wiem, że jest dobrym fachowcem, słowny, nie pije, robota pali mu się w rękach, dostał klucz i działa. Nie muszę nad nim stać i pilnować, co dla mnie jest bezcenne, bo ja ani nie mam na to czasu ani możliwości. 

Koszty ogromne, ale muszę to zrobić, traktuję to jako inwestycję w naszą najbliższą przyszłość, w emeryturę. Najłatwiej byłoby sprzedać to mieszkanie w cholerę ale Aga jeździ do szkoły ostatni rok i od wakacji już wiem, że nie będę pracować. Muszę więc zabezpieczyć sobie jakiś dochód, bo na samym zasiłku będzie bardzo ciężko. 

No właśnie - nieubłaganie nadchodzą zmiany w życiu. Koniec szkoły, koniec naszej ciężko wypracowanej rutyny. A było jak w zegareczku... Aga o 6.45 wsiada do dowozu i jedzie do swojej kochanej szkoły. Piętnaście minut później matka wsiada na rower i jedzie do pracy. Każda ma swoje życie, swoje obowiązki, swoje sprawy. Spotykamy się o 16.00 pod blokiem, kiedy Aga wysiada z dowozu. Jemy obiad, przechodzimy w tryb domowy. 

I tak będziemy działać do wakacji, a potem koniec. Szczerze mówiąc nie miałam czasu na szukanie nowego, DOBREGO miejsca. No nie rozdwoję się, ledwie ogarniam codzienność plus sprawy remontowe. Pobieżne rozglądanie się nie napawa optymizmem, więc trochę odpuściłam temat. Bo nie poślę Młodej byle gdzie, do przechowalni. Ale też muszę uczciwie przyznać, że uczepiłam się pomysłu starania się o roczny urlop nauczycielski na poratowanie zdrowia. W moim planie idealnym dostaję ten urlop od września i wtedy zaczynam się rozglądać za ośrodkiem. No i ogarniam swoje zdrowie, z którym ostatnio trochę słabo. 

Byłby to czas na zorganizowanie naszego życia od nowa. Nie da się tego zrobić pracując zawodowo, plus zajmowanie się Młodą, plus gaszenie pożarów życia. Ale jeśli tego urlopu mi odmówią, to będę musiała się zwolnić. 

A jestem tak bardzo zmęczona, że pójdę nawet na zasiłek, byle tylko odpocząć. Tyle tylko, że to złudny odpoczynek, bo ja dokładnie wiem, jak wygląda "siedzenie w domu"...