Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat Książki. Pokaż wszystkie posty

Zanim podsumuje się książkę po okładce - Zanim się pojawiłeś, Jojo Moyes.

 
leniwa niedziela - dla mnie to jakieś absurdalne określenie, niedziela - z wielu względów - nie kojarzy mi się z lenistwem. już w ogóle niedziela to nie czas dla siebie, książki i herbaty ale dla Rodziny, dla Dziecka ... a seria Wydawnictwa Świat Książki Leniwa niedziela takimi hasłami właśnie kusi. Ale gdzie jest napisane, że muszę to hasło traktować serio? przecież leniwie może być każdego dnia .... tym bardziej, że tytuły są kuszące. Przyznaję, że podeszłam sceptycznie do książek z TAKIEJ serii, do książek z łatką "babskie", a niepotrzebnie! ani babskie, ani leniwe, może faktycznie na jeden dzień (niedziela występuje przecież w nazwie serii jedna), bo czyta się je w ekspresowym tempie. Mi pierwsza z książek, którą czytałam w serii zajęła dwa wieczory (no, i może jeszcze kawałek dnia - ale ja to ja, z różnych względów czytam wolniej).
Mało, że nazwa, przynajmniej dla mnie, odstraszająca, to jeszcze ta natchniona okładka, tytuł też sugerujący, jeśli nie wszystko, to wiele. Ale nic bardziej mylnego!
Historia zaczyna się w 2007 roku, i dotyczy jednego z poranków młodego egoisty-snoba Willa, aby za chwilę przenieść się dwa lata w przyszłość, w jakże inne życie Lou - dziewczyny, która właśnie traci pracę, i choć wątpi w swój związek z Patrickiem decyduje się na łatwą stagnację.
Will i Lou to osoby z różnych światów, ludzie, którzy nie powinni się spotkać ... chociaż właściwie dlaczego nie? właśnie z takich przypadków, jaki spotkał tych dwoje zbudowane jest życie.
Nie wiem, czy chciałabym opowiadać, co będzie dalej, bo cokolwiek jeszcze napiszę zdradzi przyjemność czytania, tej i tak przewidywalnej historii. Ale nieeee, moi drodzy, niech kogoś nie zwiedzie, to wszystko, co napisała. Nic bardziej mylnego. Zanim się pojawiłeś to nie ociekająca słodyczą historia szczęśliwej miłości. Wyznań w stylu: "ach, czemuż nie poznaliśmy się wcześniej", "to ty jesteś tym/tą jedyną/jedynym".
Jojo Moyes w swej prostej w przekazie książce opowiada o kontrowersyjnym dość temacie. O trudnych (ach, jak bardzo! - w pewnym momencie chciałam książkę rzucić) decyzjach i momentach. Właściwie to więcej niż książka o miłości, to historia potrzeby bycia akceptowanym - zarówno przez innych, jak i przez siebie, książka o chorobie.
Trudna i - dla mnie - wzruszająca. Właściwie tak zaskakująca, że musiałam raz jeszcze wrócić do zakończenia, aby w nie uwierzyć. Szczerze mówiąc - nadal myślę, że to nieprawda. Chciałabym aby to była nieprawda.

aby pamięć nie zaginęła - stosowo

 
Tu powyżej to moje Światowo Książkowe prezenty. Tym sposobem, w moim tempie czytania Wydawnictwo zapewniło mi lekturę na ...rok, a sobie gwarancję, że nawet jeśli zniknie z rynku wydawniczego ja go tak szybko nie zapomnę;) Cieszę się szczególnie z biografii Bruno Schulza (Schulz pod kluczem, Wiesław Budzyński), a że ostatnimi czasy zaczytuję w powieściach o kobietach tym bardziej cieszę się na Żony i córki autorki Północ Południe (Elizabeth Gaskell). Z tego samego powodu cieszę się na biografię Katarzyny Wielkiej (Katarzyna Wielka, Andrzej Andrusiewicz), o której czytam zbeletryzowaną jej wersję, czyli Carycę (Ellen Alpsten). Tunel to moje spotkanie z ciągle kontrowersyjnym dla mnie kryminałem, a Paryż w najlepsze się bawiący - z miłości do Miasta :) (A zabawa trwała w najlepsze, Alan Riding). Ze wspomnianych kobiecych czytałam prześwietną - pewnie z racji autorskiego tłumaczenia Katarzyna Wielka. Gra o władzę Ewy Stachniak (Wydawnictwo Znak), wspomnianą Carycę Ellen Alpsten (Wydawnictwo Sonia Draga), której nie mogę jakoś zmęczyć. Dosłownie zmęczyć - bo irytująca jest dla mnie forma opowieści nimfomanki. I chociaż zdaję sobie sprawę, że to pewnie charakterystyczne dla ówczesnego dworu rosyjskiego, to mimo wszystko męczy mnie ta książka. Poza tym do kobiecego tematu wpadły również Trzy kobiety w dobie ciemności Sylvie Courtine-Denamy (Wydawnictwo Świat Książki) - tu irytująca jest forma zapisu, czyli nieczytelne dla mnie przeplatanie życiorysów. Chyba wolałabym, aby historia każdej z kobiet - Edith Stein, Hannah Arendt czy Simone Weil - została opisana w osobnym rozdziale. Niestety tak się nie stało, i przez to jest dla mnie nieczytelne, a książkę często odkładam i długo czytam. Ale czytam :) I znowu trzy kobiety - tym razem u Natalie Zemon Davis z Glikl bas Judah Leib (żydowską kobietą biznesu, i autorką wspomnień opisujących żydowsko-niemieckie stosunki), Marie de l'Incarnation (francuską misjonarką i mistyczką, założycielką Urszulanek) i Marią Sibyllą Merian (niemiecką przyrodniczką). Oraz artystycznie z Malą K., czyli Matyldą Krzesińską w wydaniu Adrienne Sharp (Prawdziwe wspomnienia Mali K. Nasza Księgarnia), i medycznie, aczkolwiek szokująco za sprawą Henrietty Lacks i komórek, o których każda kobieta pamiętać powinna (Nieśmiertelne życie Henrietty Lacks, Rebecca Skloot). Poza tym u mnie esejowo za sprawą Wojciecha Karpińskiego i Zdzisława Skroka, trochę historycznie (Gdy słońce było bogiem Wojciecha Kosidowskiego, Iskry oraz Korona śniegu i krwi Elżbiety Cherezińskiej, Zysk) i psychologicznie - bardzo psychologicznie - w okół dzieci.
 
Codziennie obiecuję sobie, że więcej NIE - zamówię, kupię, wypożyczę. Obiecuję sobie i bardzo sobie życzę, aby mi się ta obiecanka (nie cacanka) spełniła;) Znalazłam jednak wyjście ze swojej manii nabywania książek - powiększam biblioteczkę Syna i też mi z tym dobrze;) A przy okazji - zapraszam na blog A cio to czytam, na którym pojawiać się będą notki o książkach dla dzieci i o dzieciach. Tu, na Czytaniu zrobiło się tłoczno, trochę nie przystawało to wszystko, jedno drugiemu przeszkadzało, stąd nowy adres. Tak jest nam wygodniej, i mamy nadzieję, będzie na dłużej.

Na otwarcie książka do wygrania.

 
Mądry Rodzicu, Rodzicu przyszły, doświadczony czy nie jeśli chcesz wygrać książkę, która pomoże Ci w wychowywaniu Dziecka, albo wyjaśni kilka Twoich wątpliwości zgłoś tę chęć w komentarzach.
 
Aby wziąć udział w losowaniu książki Mądrzy rodzice Margot Sunderland należy zajrzeć na blog A cio to czytam i tam w odpowiednim miejscu wyrazić w komentarzu tę chęć. Losowanie książki - dzięki Wydawnictwu Świat Książki rozpoczyna oficjalne działanie A cio to czytam. W tym miejscu będą pojawiać się polecanki książeczek dla dzieci, ze zdjęciami, filmikami, a także książek o dzieciach - dla rodziców. Z częstotliwością różną, jak to z dziećmi bywa, ale postaramy się sumiennie dzielić naszymi doświadczeniami. Mądrzy rodzice to książka kultowa. W krótkiej formie treści pomaga, przybliża i rozjaśnia. Podparta mnogością pięknych, czasem rozczulających zdjęć chyba powinna znaleźć się w każdym domu, w którym jest, lub pojawi się dziecko.
 
Życzymy zatem powodzenia wszystkim tym, którzy zapragną ją posiadać.
 
Monika & Maks

CAŁY Świat Książki

Wczorajsza wiadomość bardzo mnie zaskoczyła, bo nic nie plotkowano na temat upadłości Weltbildu. Zasmuciła, bo Świat Książki to nie tylko książki, ale dużo znanych mi osób, z którymi świetnie mi się współpracowało. Przywołam tu zawsze oddaną i służącą pomocą Panią Bognę, z którą „rozstałam” się już jakiś czas temu, ale tylko po to, aby zaznajomić się na płaszczyźnie zawodowej (dotychczas koleżeńskiej) z Agnieszką. Wydawnictwo to zapewne jeszcze wiele, wiele innych, ważnych dla niego ludzi. Ludzi, którzy je tworzą, nakręcają i sprawiają wszystko to, że po książki Wydawnictwa Świat Książki chcemy sięgać. Autorów, tłumaczy, ilustratorów, redaktorów i korektorów, i jeszcze pewnie wielu innych, o których istnieniu nawet nie zdajemy sobie sprawy sięgając po książkę.
Tym większy mój smutek, że zaskoczenie tą złą wiadomością przyszło w tak radosnym okresie oczekiwania dobrych wieści. Rozpad Wydawcy nie powinien nastąpić nigdy, nigdy nie będzie dobrego na to czasu (szczególnie w kraju, w którym czytelnictwo nie ma najlepszej kondycji) ale już ogłaszanie tego tym wszystkim, którzy wlewali doń swe serce przed Świętami to cios poniżej pasa. Ale rozumiem, że inaczej się nie da. Sama, pracując usłyszałam kilka lat temu podobne wieści przed Świętami. Rozumiem więc smutek Pracowników Wydawnictwa. Łączę się z nimi mentalnie i o ile mogę pomóc pomagam. Trzymam kciuki za powodzenie przedsięwzięcia ratowania Wydawnictwa! Trzymam ogromnie mocno!!!!
Mój pierwszy namacalny krok w kierunku pomocy, to przypomnienie wszystkich opisywanych książek, które otrzymałam od Świata Książki. Poniżej krótko przypominam poszczególne tytuły, podając link do notki, która ukazała się wcześniej. Są wśród tych opisanych książek tytuły szczególne, których nigdy nie zapomnę, które kojarzą mi się natychmiast z różnych względów, są książki, przez które nie przebrnęłam, co nie oznacza, że były złe, po prostu nie trafiły na odpowiedni czas. Są takie, które były świetnym umilaczem czasu, ale i takie - co ważne - z których dowiedziałam się wielu rzeczy, o istnieniu których nie miałam wcześniej pojęcia. Wiele z tych (przeczytanych) książek oddałam w dobre ręce, kilka z nich "wystartowało" w konkursach, inne stoją teraz na półkach mojej miejskiej biblioteki. Żadna z tych książek nie zasługuje na to, aby utracić swoje Wydawnictwo! Zapraszam do powtórki - przypomnienia sobie o książkach Wydawnictwa Świat Książki, być może ktoś skusi się na tytuł, którego jeszcze nie miał, nie czytał, nie poznał?
 
 
Przepraszam za jakość zdjęcia - moja ręka zadrżała od ciężaru aparatu, a z lenistwa nie wyjęłam statywu;/
 
TU link zbiorczy do wszystkich opisanych przeze mnie książek Wydawnictwa Świat Książki
 
Oriana Fallaci, Wywiad z historią książka - podręcznik, konieczna pozycja w każdym domu. Recenzja, której pisanie sprawiło mi wielką radość ukazała się na Bookznami.
 
Charles Joseph, Strawiński jedna z tych (niewielu), do których chce się wstawać o czwartej nad ranem, i jednocześnie książka, której zbliżająca się do końca lektura smuci. Takich książek życzyłabym sobie więcej. Genialna!!!
 
Avrom Bendavid- Val, Niebiosa są puste kolejna książka - podręcznik, kolejna rzecz obowiązkowa w domowej biblioteczce, smutna i zachwycająca, treściwa choć malutka i niepozorna. Wybuchowa.
 
Książki Doris Lessing zbieram, czytam, rzadko opisuję, kocham i ocalam na później.
 
Irene Sabatini, Chłopiec z sąsiedztwa polityczna i romantyczna - połączenie zdaje się niemożliwe, a jednak i to w genialnym debiucie. Kolejna, od której nie mogłam się oderwać.
 
Audrey Niffenegger, Miłość ponad czasem (książka ukazała się także w innych wydawnictwach) ja czytałam ją w pierwszym jej polskim wydaniu Świata Książki - zachwycona, młoda i rozmarzona :)
 
Howard Jacobson, Kwestia Finklera książka do uściskania za wszystko - za tłumaczenie, za okładkę i za to, że jest!! Ukochana, ulubiona, moja:) Dziękuję szczególnie.  
 
Mingmei Yip, Płatki z nieba może nie ujęła mnie do końca, ale przyjemnie spędziłam z nią czas.
 
Nadżib Mahfuz, Ród Aszura mogłabym określić ją modnym ostatnio słówkiem MUST ... READ:)
 
Annie Murphy Paul, Początki :)) przeczytałam ją trochę za późno, może i dobrze, ale lektura była (tym bardziej) miła i zabawna:)

Diane Ackerman, Azyl był dla mnie lekturą taką sobie, ale to tylko moja opinia, osoby, która nie przepada za książkami o zwierzętach - sam wątek wojenny (dla osobnej historii) przypadłby mi do gustu.

Alina Stradecka, Pierogi - smacznie;)

Na szczególną uwagę zasługuje książka Erin Morgenstern Cyrk nocy - opowieść, chyba niezauważona w Polsce, na świecie robiąca furorę:) Magiczna cząstka świata, który ukrywamy gdzieś w zakamarkach myśli. Cudowna! Również magiczna, choć bardziej czarna i przerażająca, jak na zbeletryzowaną biografię, fantastyczna książka Joanny Oparek Loża - też z tych, które niebezpiecznie wciągają ... niczym okultyzm Helenę. Z kolei Agent Manueli Gretkowskiej to subtelne połączenie sensacji i romansu w doskonałym wydaniu. Moja - mogę chyba śmiało powiedzieć - najważniejsza książka, bo dzięki niej poznałam Autorkę i nasza znajomość trwa do dzisiaj (dziękuję Małgosiu) - Nikt nie widział, nikt nie słyszał Małgorzaty Wardy przyprawił mnie o dreszcze, siódme poty, zagryzane paznokcie, takie nerwy, że mogłabym obawiać się o serce, gdybym miała słabe. Książka, która dla mnie (dzisiaj matki) jest przestrogą. Kwintesencją włożonej w nią pracy. Obrazem tego, ile potrzeba cierpliwości i wyrozumiałości aby taka książka powstała. Genialna!

Jest jeszcze wiele innych książek Wydawnictwa Świat Książki, których tu nie przypomniałam, a których opisy znajdziecie pod wspólnym linkiem (podany wyżej). Są też książki, o których na blogu nie odnotowałam, a również były wydane przez ŚK.
Będzie mi smutno, że nie ujrzę już nowych tytułów z tegoż Wydawnictwa, że logo na grzbiecie - otwarta książka - nie wpadnie mi już w oko na półkach w księgarniach ... nie, nie dopuszczam do siebie takiej myśli!!! Wierzę, że znajdzie się rozwiązanie, że wielkie i ważne sprawy przetrwają! Tego życzę Wydawnictwu i jego Pracownikom. Życzę aby stali się jeszcze więksi i jeszcze silniejsi!!

 

kto jeszcze nie ma niech biegnie po .... Pierogi Aliny Stradeckiej

I zrobiło się dziś trochę kulinarnie na blogu. Być może to wpływ rozmyślań nad świątecznym menu, być może głód i chęć na COŚ dobrego, cośo co w zimie trudno. Marzą mi się świeże warzywka - rzodkiewki, sałata, pomidorek ....Pewnie w naturalny, niepisany sposób organizm człowieka przestawia się na jedzenie zimowe, ale przecież pomarzyć można. Prawdziwie zimowe, a i świąteczne są pierogi. Pierogi, których nie powinno zabraknąć na wigilijnym stole, pierogi, które można jeść pod każdą postacią (wigilijne oczywiście postne). Jeśli mam być szczera dla mnie odpadają te na słodko (chyba, że będą to pierogi z twarogiem, ale wtedy i tak wolę je z okrasą wytrawną niż cukrem), nie trawię też śmietany, i jakoś nie mogę przekonać się do wersji z jajkiem.
 
Dla tych, którzy jeszcze nie pomrozili, nie zachomikowali i nie wywałkowali pierożków książka Aliny Stradeckiej będzie koniecznością!! Do Wigilii jeszcze kilka dni, więc zdążycie jeszcze poćwiczyć lepienie pierożków, tym bardziej, że autorka każdy przepis opisuje jasno, krok po kroku.
W książce, pod jakże wymownym a zarazem prostym tytułem Pierogi. Nie tylko po polsku znajdziecie około 80 przepisów na najróżniejsze pierogi. Poczynając od tradycyjnych z mięsem, z grzybami czy jagodami, do tych wymyślnych - na przykład z ryżem czy kaszą. Od pierogów w wersji mięsnej do wegetariańskich, od tradycyjnych z kuchni polskiej, przez bułgarskie, francuskie i inne. Nie tylko gotowane ale i smażone, i nie tylko te w tradycyjnym, znanym nam kształcie półksiężyców, ale i trójkątów, czy kulek. Każdy znajdzie w niej coś dla siebie.
 
Życzę powodzenia w wyrabianiu ciasta i smacznego!!!:)
 
Pierogi z podrobami
 
Pierogi wołyńskie - z szynką,serem i cebulą
 
Pierogi babcine na słodko (czyli te, za którymi nie przepadam) - z serem, rodzynkami i skórką pomarańczową

 
Pierogi ze szpinakiem (aż się robię głodna!)
 
Kwadratowe pierożki z tuńczykiem (chętnie, chętnie!)
 
Pierożki francuskie na Wigilię (a może?)
 
Pierożki z kuchni białoruskiej - z ciasta drożdżowego, z boczkiem.
 

Czy ktoś zgłodniał po tych kilku (nie najlepszej jakości;/) zdjęciach? Jeśli tak, to co dopiero będzie kiedy ujrzy je wszystkie!!?:)

Smacznego.

Spokojnych i miłych Świąt w gronie rodzinnym,koniecznie z pierożkami!:)




zdjęcia i niektóre podpisy pod nimi pochodzą z książki Pierogi. Nie tylko po polsku, A. Stradecka, Świat Książki, Warszawa 2012.
okładka: Wydawnictwo Świat Książki

Strawiński. Geniusz muzyki i mistrz wizerunku - Ch. Joseph



Przeczytałam tę książkę i teraz czuję, że muszę ochłonąć, jak po spotkaniu z bardzo interesującym i jednocześnie absorbującym człowiekiem. Biografia Igora Strawińskiego autorstwa Charles’a M. Josepha zatytułowana Strawiński. Geniusz muzyki i mistrz wizerunku wyrwała mi kilka wieczorów, odebrała chęć na inne książki i sprawiła, że w mych uszach, pomimo ogarniającej mnie ciszy towarzyszącej skupieniu nad książką rozbrzmiewała, i nadal rozbrzmiewa muzyka. Ba! Ta książka cała jest muzyką, symfonią i baletem w jednym. Świętem wiosny i świętą wiosną. I nie dlatego, że opisuje życie i twórczość genialnego kompozytora, i że napisał ją muzyk (uczeń Sulimy Strawińskiego – syna Igora) ale dlatego, że napisana jest w sposób przypominający zapis łatwo wpadającego w ucho utworu (tu ukłon dla tłumacza – Aleksandra Laskowskiego – za genialne odnalezienie się w tych wszystkich muzycznych niuansach!).
Strawiński – geniusz nie tylko muzyki, ale i kamuflażu urodził się w niewielkim rosyjskim mieście, wyemigrował jednak końcowo do Ameryki, aby – już za życia - stać się przedmiotem sporów dwóch wielkich mocarstw o prawo do „własności” i dumy z jego talentu. Namaszczony muzyką od dzieciństwa – ojciec śpiewak operowy – nie mógł nie wstąpić na tę ścieżkę. Pomimo studiów prawniczych pozostał wierny wychowaniu i doświadczeniom z dzieciństwa. Ten wrażliwy człowiek, którego pełna charakterystyka (zakładając, że to, co jest dostępne biografom oraz muzeom może zostać uznane za pełną wiedzę na temat kompozytora) może zamącić w głowie. Sam o sobie (Strawiński) wypowiadał tak sprzeczne opinie, że właściwie fakt, czy dostęp do jego „życia” mamy pełen, czy nie niewiele zmienia w poznaniu tego człowieka.
„Strawiński to towar, który trzeba sprzedać” (s. 64), a jak wiadomo reklama i rynek mają swoje prawa, których zadaniem jest mamienie kupujących (tu słuchaczy, wielbicieli, współpracowników i znajomych). Tak więc naprawdę jaki Strawiński był nie wie chyba nikt, albo wiedzą nieliczni, którzy jednak milczą. Ten człowiek, jak na towar przystało potrafił doskonale się sprzedać. Wiedział gdzie i kiedy „pojawić się”, wywołać wokół siebie kontrowersje. Strawiński - genialny skąd inąd człowiek słynął – chyba dla tego zaistnienia – z powielania poglądów innych osób. Wkładając je w swoje usta, z miną niewiniątka, a zarazem pewnego siebie człowieka popisywał się cytatami (uznając je za własne) znanych osób, osób których poglądy pasowały do jego filozofii (w danym momencie – bo Strawiński do stałych osób nie należał). W swojej bibliotece, która liczyła tysiące woluminów z najróżniejszych dziedzin miał przestudiowane i dokładnie wyłuskane to, co kiedyś może się jemu przydać w wymianie zdań z innymi.
Podobnie rzecz się miała z muzyką. Ile jest prawdy w geniuszu muzycznym Igora Strawińskiego nie dowiemy się chyba nigdy (nie chciałabym zostać źle zrozumiana – nie posądzam nikogo o brak talentu i oszustwo, ale między wierszami i z przytaczanych przykładów można talent Strawińskiego odczytać na wiele sposobów). Kolekcjonerzy oraz biografowie, którzy mieli dostęp do biblioteki kompozytora twierdzą, że znaleźć w niej można było wiele analiz dzieł – zarówno współczesnych Strawińskiemu jak i tych z minionych epok. Analiz, które miały (chyba?) na celu dokładne poznanie sposobu, w jaki dzieło powstało. Także wiele książek będących podręcznikami do nauki tworzenia muzyki. Jeśli dołożyć do tego fakt, że Strawiński swoje kompozycje oddawał zawsze na koniec terminu wyznaczonego w kontrakcie (zwykle negocjując jak najdłuższy), uprzednio nie informując ani jak długa będzie muzyka, ani jakich instrumentów użyje można twierdzić, że albo był doskonałym technikiem (niczym czeladnik) albo zwykłym oszustem (istnieje też teoria o zachwycie jego muzyką, przy jednoczesnym braku zrozumienia dla niej). Można jeszcze do tego dodać przechwałki kompozytora na temat tworzonej muzyki, że np. napisał ją w tygodniu poprzedzającym oddanie, albo, że ten akurat utwór miał napisany już kilka lat wcześniej) i wyjdzie z tego przedziwny obraz jego  talentu.
O tym, że Strawiński był pyszny i pewny siebie świadczyć może wiele przykładów – szczególnie tych, w których nie przyjmuje krytyki (np. zwykł wykreślać z rozmów i artykułów prasowych o innych kompozytorach przymiotnik „wielki” przy ich nazwisku), jednocześnie jednak przyznawał się – w wywiadach i programach telewizyjnych do swojej nieśmiałości. Tłumacząc tę sprzeczność mówi się, że to muzyka (Strawińskiego) była pewna siebie, a on zamkniętym w sobie pragmatykiem.
Wracając do zwyczaju komentowania na marginesach wszelkich publikacji – można domniemywać, że jednak skrywał on kompleksy. Igor Strawiński wchodził na wyżyny nie tylko swoich umiejętności twórczych, ale i muzyki w ogóle. Ten uznany za kompozytora wszechczasów twórca miewał też jednak i złe „produkcje” w swoim repertuarze. Takim szczególnym przykładem upadku z wyżyn jest produkcja telewizyjna Potopu, której autor biografii poświęca osobny rozdział. Jednak i to niepowodzenie Strawiński potrafił skrzętnie ukryć w swojej pamięci ignorując porażkę, a nawet przekuć ją na swego rodzaju sukces (nowatorski).
Osobny rozdział stanowi też praca nad dokumentalizacją – czy to za życia kompozytora, kiedy to na przemian godził się i odmawiał udziału w programach telewizyjnych o nim, jak i po śmierci kiedy w jego prywatnym archiwum odkryto setki listów i dziesiątki kartonów ze zbieraną przez lata prasą i innymi dokumentami stanowiącymi o jego chwale. „Jego archiwa potwierdzają, że Strawiński zbierał wszelkie, nawet najdrobniejsze informacje biograficzne. Każdy swój krok widział jako kolejny ruch w stronę namaszczenia przez historię” (s. 417). Dalej możemy dowiedzieć się też, iż zdarzało się jemu niszczyć wcześniej zebrane dokumenty, papiery czy listy, ale i te działania miały jedynie za zadanie kontrolowanie własnego wizerunku. Bowiem (Strawiński) „niemal wszystko co robił, robił celowo” (s. 416).
W tej biografii, niczym w pasjonującej powieści możemy dowiedzieć się też o tym, że Strawiński był wyjątkowo nerwowym człowiekiem. Apodyktyczny w stosunku do dzieci (tylko jeden z trójki synów poszedł śladami ojca – Sulima zawsze ten na drugim planie, gorszy, w cieniu ojca), niewierny żonie, traktujący ją raczej przedmiotowo potrafił również dyrygować ludźmi z nim współpracującymi. Zwykł tak obracać bieg spraw, że nawet podpisujący z nim kontrakty nie zauważali kiedy to on zaczynał dyktować warunki. A on u końca tej swego rodzaju gry czuł się bardziej dowartościowany. Czy to świadczy właśnie o skrywanych kompleksach, czy jednak o naturze oszusta? Tego nie dowiemy się pewnie nawet po lekturze książki Charles’a Josepha. Bo chociaż tą biografią chciał on dotrzeć do prawdy o Strawińskim, oczyścić go z zarzutów, to jednak ograniczenie źródeł, ich wątpliwa czasem prawdziwość mogą pozwolić na domniemania, co do natury Igora Strawińskiego. Tym bardziej, że krętactwo to przeszło na wieloletniego przyjaciela i „adwokata” kompozytora, jego współpracownika Roberta Crafta, który przez lata (i nawet po śmierci Strawińskiego) był - jak pisze Joseph – obrońcą i odtrutką na często jadowite wypowiedzi kompozytora. Niestety, przez ten fakt mydlenia oczu prasie i tłumaczenia słów Strawińskiego Craft pozbawił te słowa autentyczności. Pogubił się, i – przytaczając kolejny raz podsumowanie autora biografii – rozcieńczył je wybierając te, które jego zdaniem nadawały się do publicznej wiadomości.
Mimo wszystko, choć autor zastrzega, że źródła całej prawdy o Igorze Strawińskim nie zostały do końca ujawnione to genialna książka. Nie tylko jako biografia dla zaznajomionych z twórczością Strawińskiego, czy muzyką poważną, ale jako fascynująca powieść o interesującym człowieku i jego bogatym życiu. O gigantycznym talencie, niezależnie od procesu powstawania jego utworów, o tym, który „odcisnął niezatarte piętno na całym stuleciu” (s. 402).
 
Książki będzie można posłuchać w radiowej Dwójce. Więcej informacji TU
 
Cytaty pochodzą z książki.
 

oazy spokoju - dzieła zebrane

 
Moja oaza, odskocznia moja i wyciszenie, którego ostatnio mi brakuje, a którego dostarcza mi szczególnie lektura.... nie wcale nie ta sugerująca wyciszenie (ta ciągle przede mną - Ciszej proszę ...). Niewiarygodnej satysfakcji z czytania i oderwania od codzienności dostarcza mi niespodziewanie biografia wielkiego kompozytora Igora Strawińskiego! (Strawiński. Geniusz muzyki i mistrz wizerunku) Może dzieje się tak,bo lubię mężczyzn pewnych siebie, którzy jednocześnie mają podstawy aby takimi być. Nie takich, którym się wydaje, że są kimś, ale takich, którzy są KIMŚ faktycznie! Konkretnie stawiają sobie cele, sukcesywnie dążąc do ich realizacji. Czasem może zniechęcają do siebie niektórych ludzi, ale zawsze pozostają w doskonałej formie, która zapewnia poczucie pewności kochającej ich kobiecie. No cóż! Strawiński jest w tym towarzystwie, choć można powiedzieć, że akurat osobowość tego pana była doskonale spreparowana, a nie naturalna, przez co tak pociągająca. Za to jego biografię czyta się jak wciągającą powieść polityczno-kryminalną.
 
Kolejna biografia, którą podczytuję to Helena Rubinstein. Być może Fitoussi to nie Joseph, albo Rubinstein to tylko kobieta, ale i tak jest bardzo ciekawie, niemniej jednak Helena na chwilę odpoczywa, bo Strawiński chwilowo ją pokonał :) Jednak do królowej piękna jeszcze wrócę!
 
No i książeczka na jedną noc (dla jednych nieprzespaną dla lektury, dla innych z przymusu) Ciesz się każdą chwilą, każdą kanapką to rozprawa na temat radości życia, albo raczej tego, czego boimy się w życiu najbardziej - śmierci. Jak pokonać strach przed nią, jak żyć pełnią życia, cieszyć się każdą chwilą podpowiada doświadczony w tych materiach - radości i śmierci (chorobie) Lee Lipsenthal. To taki trochę american dream, przemawianie do duszy odbitej w lustrze, ale to bardzo miłe przemawianie. Tym bardziej, że książkę można czytać wyrywkowo, gdyby np. komuś zdarzyło się zapomnieć jak cudowne jest życie!
 
Takie to moje wyciszające lektury. Oprócz tych, które opisałam czytam także - zarażona przez Chiarę - poradniki dla rodziców.
Takich chyba lektur szukałam. Czuję, że się 'układam', że uspakajam się i czegoś uczę!
 
Przyjenych lektur Wszystkim!
 

ZAPROSZENIE do Cyrk nocy - Erin Morgenstern.

 
recenzję cieplutkiej jeszcze książki przeczytacie w magazynie Szuflada, a książkę - dzięki Wydawnictwu Świat Książki - już 17 października zakupicie w księgarniach.
Miłej lektury!
 

Poszukiwacze szczęścia - Tishani Doshi

  


Utknęłam w połowie drogi. Tak mogę napisać, jeśli chodzi o wrażenia z książki Tishani Doshi Poszukiwacze szczęścia. Utknęłam i już. Podchodzę do niej, zerkam, podczytuję stronę, dwie i odchodzę. Nie żal mi, i żal jednocześnie. Interesuję się losami bohaterów i z drugiej strony myślę sobie "nie zżyłam się, co mnie to interesuje". A ciągle jednak książka jest przy mnie.

Tematyka do końca chyba nie jest moja, chociaż jest coś w tych książkach, że mam chęć je czytać. Może nudzi mnie, po jakimś czasie spokój? Monotonna melodia treści? Może coś tam przewiduję, a może oczekuję czegoś innego? Tak, zapewne w przypadku Poszukiwaczy szczęścia oczekiwałam właśnie tego innego. Nastawiłam się bardziej na historię Bobo i Sian, na opowieść o ICH miłości, ICH życiu, bez tych wszystkich odgałęzień, które w rzeczywistości tworzą historie ich miłości i życia. Więc co jest ze mną, bo nie z książką, że nie mogę w niej przepaść? Szukam fragmentów o tej dwójce - Bobo i Sian - pomijając wszystkie wesela, wyjazdy i spotkania ich dzieci, kuzynostwa, i reszty rodziny. Jestem jak Sian, która chciała być z Bobo, chciała zamieszkać w Indiach, i jednocześnie chciałaby być w swoim rodzinnym miasteczku w Walii. Czuję za duży spokój, przy jednoczesnym oddalaniu się od sedna, sama się oddalając od powieści. I wracam. Skruszona, ciekawa ... kartkuję, byle do przodu, byle już coś wiedzieć. Ciekawi mnie i drażni jednocześnie. To chyba dobrze? To chyba znaczy, że coś w tej powieści jest magnetycznego, co przyciąga. Dziś pomyślałam, że czuję się trochę tak, jakby Doshi opowiadała mi tę historię przy herbacie, i jakby coś od tych opowieści odrywało nas co chwilę - a to zaparzenie świeżej herbaty, a to czyjaś wizyta, telefon ... i wracamy po czasie do opowiadania, zasiadamy przy filiżance parującej herbaty i ... o czym to mówiłyśmy?

A jak to jest z Wami? Lubicie takie książki, dobrze czujecie się w okołowschodnich klimatach? Może herbaty? :)

 

Niebiosa są puste. Odkrywanie zapomnianego miasta. - Avrom Bendavid - Val

 
 
Pomyśleliście kiedyś, że miasto, w którym żyjecie mogłoby przestać istnieć? Tak po prostu zniknęłoby z mapy. Pozostałby jedynie zatarty ślad głównej drogi, zarośnięte miejsca, w których dawniej stały domy i silne wspomnienia, niezacierające się, jak drogi, ani nie blednące jak stare mury. Jedynie te wspomnienia żyłyby w waszych głowach stanowiąc jedyny ślad po mieście, w którym urodziliście się i mieszkaliście. Straszne? Niewyobrażalne? A jednak. Takich historii wychodzi na światło dzienne coraz więcej. Książka, a właściwie dokument wydany w takiej formie autorstwa Avroma Bendavida – Vala jest dowodem na istnienie czegoś, czego już nie ma. (przywodzi trochę na myśl Miedziankę Filipa Springera, jednak w innych okolicznościach miasto Vala utraciło fizyczność).
Było niegdyś na zachodniej Ukrainie miasto zwane Trochenbrod. Kwitły w nim wszelkiego rodzaju handel i rzemiosło, z całej okolicy zjeżdżali się tam ludzie do pracy lub by coś kupić albo sprzedać. W Trochenbrodzie były poczta, posterunek policji, oddział straży pożarnej, dom kultury, szkoły i wszystko, czego można oczekiwać w małym, ale tętniący życiem mieście. Nic nie pozostało. Jedynym śladem po głównej ulicy miasteczka jest biegnąca po pustkowiu droga …

Książka Avroma Bendavida – Vala ma podtytuł Odkrywanie zapomnianego miasta - mówi on właściwie więcej niż sam tytuł – Niebiosa są puste - tych zebranych owoców poszukiwań miasta przodków. Trochenbrod, jak wspomina autor był w jego domu rodzinnym (w Ameryce) jedynie cichym wspomnieniem, wypowiadanym z ledwie widzialnym cieniem smutku, widocznym gdzieś na dnie oka zagłębianiem się w przeszłość. To wszystko składało się u młodego Avroma na brak zainteresowania miastem, z którego pochodził jego ojciec. Jednak w dorosłym życiu, opowieści z dzieciństwa wzmocnione pobudzoną dorosłą ciekawością skierowały go do miasta przodków. Podróż na Ukrainę poprzedzona była wieloma godzinami poszukiwań dokumentów związanych z Trochenbrodem, możliwości dotarcia doń i poszukiwań sensu oraz celu tej podróży. Cień miasta stawał się Trochenbrodem, Zofiówką (zamieszkałe głównie przez Żydów miasto istniało pod tymi dwiema nazwami). To okrutna i niszcząca siła Holocaustu sprawiła, że dość prężnie rozwijające się miasteczko przestało istnieć właściwie z dnia na dzień. Trochenbrod ze swoją dość krótką historią zdążył jednak zaistnieć w pamięci nie tylko jego mieszkańców, ale i mieszkańców okolicznych miejscowości. Przetrwał w opowieściach potomków tych, którzy zginęli podczas zagłady miasta na tyle, aby Avrom Bendavid – Val mógł na podstawie tych wspomnień odtworzyć zarówno miasteczko, jak i  jego historię.
 
Niebiosa są puste to zbiór owoców kilku podróży autora (pierwotnie miała być tylko jedna) do Trochenbrodu, wysłuchanych opowieści jego mieszkańców i ich krewnych. Pamiątki i zdjęcia przez nich ofiarowane stanowią nieodparte dowody na istnienie Zofiówki i głęboko poruszają swą uderzającą fizycznością, która jest bolesnym dowodem na to, że gdzieś nagle zniknęło nie tylko miasto z domami, ulicami, ale i tysiące jego mieszkańców. Ulotniło się nagle życie.
Bawiliśmy się (…). Próbowaliśmy łapać ptaki (…) W mieście mówiliśmy jidysz. Z gojami rozmawialiśmy po rosyjsku i po polsku. (…) Ślub był w Trochenbrodzie radosnym wydarzeniem; uczestniczyło w nim całe miasto.
Val przedstawił w tym specyficznym wspomnieniu burzliwą i smutną trochę historię Trochenbrodu – począwszy od założenia miasta, jego prężnego rozwoju (zaskakującego dla niektórych), przez upadki powojenne i odrodzenia do zupełnego zniknięcia miasta, jednej z ofiar wojny. To burzliwa historia, bowiem Trochenbrod na zmianę rozwijał się z rozmachem, to podupadał, jednak przez kilka dekad radził sobie z tymi falami, do czasu, kiedy jego mieszkańcy zmuszeni byli uciekać.
Z ponad sześciu tysięcy mieszkańców Trochenbrodu (1942r.) i Łożyszcza przeżyło może sześciuset.

 Trochenbrod, miasteczko, które wedle dość częstych opinii byłoby dziś kwitnącym wielkim miastem, przestało istnieć.
Nie wiadomo jednak co działo się przez lata po unicestwieniu miasta - po wypędzeniu, ucieczkach i mordach mieszkańców Trochenbrodu. Tego też próbuje dociec autor Niebiosa są puste. Leżące odłogiem pola, niegdyś żyznej i uprawianej ziemi, podupadające budynki i brak chętnych oraz sił do odbudowania miasta sprawiły, że dziś po Trochenbrodzie pozostała łąka z nikłym tylko śladem głównej drogi prężnego niegdyś centrum.
Niebiosa są puste Avroma Bendavita – Vala to lektura ciekawa o tyle, że podparta żywymi opowieściami dawnych mieszkańców Trochenbrodu (Zofiówki), których autor szukał na całym świecie. Uciekając z obleganego przez Niemców miasta docierali oni do najdalszych zakątków: Stany Zjednoczone, Izrael, niekiedy pobliska Polska, czy Rosja. Do tego wspomniane liczne fotografie, nie tylko samego miasta, ale i dowodów (ludzi podczas pracy, zabaw, spotkań itp) na toczące się w nim życie stanowiące doskonałe poparcie dla spisanych przez Vala wspomnień i potwierdzające istnienie Trochenbrodu, nie tylko we współrzędnych geograficznych.
Trochenbrod nigdy nie będzie odkupiony, a my nigdy ni znajdziemy się tam w następnym roku. Śmierć nie zamieni się w życie, domy nie wyrosną z ziemi.
Tak pisze Jonathan Safran Foer w przedmowie do książki Niebiosa są puste (sam wspomina Zofiówkę w swojej książce Wszystko jest iluminacją). Więc, aby przywrócić choć na chwilę, choćby we wspomnieniach Trochenbrod do życia zanurzmy się w te wspomnienia.
 
cytaty pochodzą z książki
zdjęcie: google

Chłopiec z sąsiedztwa - Irene Sabatini



Powinno zakazać się pisania takich książek! Powinno ostrzegać się czytelnika przed wybuchem emocji i łudzącą wizją raju. Chłopiec z sąsiedztwa tylko wydaje się na pierwszy rzut oka miłą opowieścią z happy endem. Niestety ta książka odziera ze złudzeń już od pierwszych zdań. Spowija mgłą niepewności, wilgotnym i ciężkim powietrzem Zimbabwe, a tragedia, której czytelnik szuka nieustannie od pierwszego zdania (Cztery dni po moich czternastych urodzinach syn sąsiada podpalił swoją macochę) wisi gdzieś między jawą a snem, miedzy budzącym się do życia dusznym świtem, a grozą zmierzchu.
Zainteresowanie Ianem, synem rodezyjskiego żołnierza rośnie u Lindiwe wtedy, gdy młody chłopak wychodzi z więzienia oskarżony o morderstwo macochy. Przekonana o jego niewinności dziewczynka wbrew zakazom matki daje się porwać najpierw przyjaźni ich łączącej, a potem uczuciu, którego młodzi ludzie nie potrafią nazwać. Burzliwe czasy, w jakich dorastają sprawiają, że ich drogi oddalają się. Ian próbuje ucieczki do spokojniejszego Johannesburga, a Lindiwe kontynuuje naukę, nie chcąc poddawać się stereotypom dotyczącym czarnoskórych dziewcząt. Jednak nie wszystko wygląda tak, jak się wydaje na pierwszy rzut oka. Znowu Irene Sabatini zanurza czytelnika w gęstej atmosferze buntów, jakie towarzyszą odzyskiwaniu niepodległości przez Zimbabwe i rządom Roberta Mugabe, znowu otula kokonem tajemnicy tę wyrwę w życiu Lindiwe, która ani Ianowi, ani czytelnikowi nie zostaje przedstawiona. Wszystko po to, aby uderzyć ze zdwojoną siłą. Wzruszyć i wstrząsnąć narażając na kolejne bolesne wstrzymanie oddechu, po krótkiej wydawałoby się uldze.
Lindiwe i Ian, którzy teraz prowadzą już inne życia, niby wolni, niby bez cienia rasizmu, ciągle jednak z wiszącą nad nimi chmurą próbują odnowić uczucie, jakie łączyło ich dawniej. Odrodzić je w sobie i dać szanse, wbrew stereotypom i przekonaniom, że biały Rodezyjczyk, którego ojcowie mordowali czarnych może kochać czarnoskórą dziewczynę. Życie nie będzie szczędzić tych dwojga. Wiele na ich drodze przeciwności, bólu i złych, niedających się zapomnieć doświadczeń.
Debiut literacki Irene Sabatini Chłopiec z sąsiedztwa to książka szokująca nie tylko przez swoją polityczną prawdziwość, ale przede wszystkim przez żywe opisy, dialogi i realne wydarzenia w sferze zakazanej miłości. Nie sposób nie uwierzyć w to, co wydarzyło się w małym Bulawayo, w to, co spotkało tych dwoje, tak różnych ludzi. To książka bardzo bolesna przez swoją realność i jednocześnie nierealna z powodu nieprawdopodobnych zdarzeń wplątanych w polityczną sytuację podbitego narodu. To mezalians religijny, przekonań i koloru skóry, który nigdy nie powinien mieć miejsca, a tym bardziej nie powinien się udać.
Chciałabym w tym miejscu dorzucić kilka cytatów, ale trudno wybrać mi, z całego gąszczu silnie oddziałujących na emocje kilka z nich. Chciałabym też przekazać barwniej wrażenia z lektury, ale za dużo tych barw, tak silnie mnie ta książka poruszyła. Może wystarczy dodać, że dawno nie wzruszałam się nad inną książką.

światowe wybory, czyli co Świat Książki mi zafundował

Światowy stos;) czyli boski Chłopiec z sąsiedztwa - debiut Irene Sabatini (notka niedługo), porażające Niebiosa są puste Avroma Bendavid-Vala, Wszyscy jesteśmy Nomadami Małgorzaty Dzieduszyckiej-Ziemilskiej okraszone cudnymi zdjęciami i kobieca w trzech odsłonach, czyli Trzy kobiety w dobie ciemności Sylvie Courtine-Denamy - to moje lektury na najbliższy czas:)

Chłopiec z sąsiedztwa Irene Sabatini to historia miłosna osnuta na wątku politycznym, czyli mezalians wyznań, przekonań i koloru skóry w Zimbabwe za dyktatury Mugabe. 

Niebiosa są puste Avroma Bendavid-Vala przypomina historię Miedzianki - znikający Trochenbrod, czasy okupacji, wspomnienia podparte obrazami. Zapowiada się na wzruszającą podróż. 

Podróż to też Wszyscy jesteśmy Nomadami Małgorzaty Dzieduszyckiej-Ziemilskiej - tak barwne zdjęcia, jakich dawno nie widziałam. Ciekawa kultura mongolska, uśmiechy, soczyste barwy, przenikające powietrze. Smakuje:) 

Trzy kobiety w dobie ciemności Sylvie Courtine-Denamy skusiły mnie rzetelnymi opowieściami o silnych kobietach.

Zaczęłam od tej, której zapragnęłam, jak tylko ją ujrzałam - od Chłopca z sąsiedztwa, teraz stoję przed trudnym wyborem między dalekimi podróżami, a mocnymi wrażeniami. hmm?

Macierzyństwo non-fiction - Joanna Woźniczko - Czeczott i konkurs na Początki i Macierzyństwo ...



Droga matko, myślę, że wśród występujących w tej książce kobiet na bank znajdziesz przyjaciółkę (Justyna Bargielska) – Bardzo mi przykro, ale nie!


I znowu kolejna książka w temacie około macierzyńskim. Ty razem dotycząca już samego macierzyństwa, czyli okresu po ciąży, o którym jest książka Początki. Na Macierzyństwo non-fiction  autorstwa Joanny Woźniczko-Czeczott zwróciłam uwagę zanim jeszcze została wydana. Zaintrygował mnie podtytuł – Relacja z przewrotu domowego i opinie na jej temat na stronie Wydawnictwa. Jakkolwiek mogłabym się zgodzić z podtytułem, a w szczególności określeniem pojawienia się dziecka, jako przewrotu - choć wolałabym aby to słowo miało raczej wydźwięk pozytywny, bo dla mnie taki ma, niż negatywny, który jak zakładam miał brzmieć w tytule, to już opinie, które – podobnie, jak książka, przedstawiają macierzyństwo jako straszne i ciężkie przeżycie zupełnie nie były zgodne z moimi. Stąd moje zainteresowanie książką – chciałam po prostu poznać zdanie innych kobiet.
Opisy macierzyństwa zazwyczaj ociekają lukrem. Pisze się o maluszkach, bobasach i nieustającej radości bycia matką. Od tej słodyczy bolą zęby. A jak jest naprawdę, wiedzą ci, którzy mają małe dzieci. Problem polega na tym, że zazwyczaj o tym nie mówią. (Justyna Sobolewska)
Właśnie, ja wiem i mówię o tym. Może ja mam jakąś wyjątkową cierpliwość? A może wyjątkowe dziecko? Albo po prostu nie przejmuję się tym, co mnie omija radując się każdą chwilą z moim dzieckiem?

Już w tym miejscu mogłabym nie chcieć sięgnąć po książkę, bo dla mnie to jednak słodki czas, pomimo – i owszem – problemów. Problemów, z których chyba każda kobieta decydująca się na dziecko zdaje sobie sprawę? Dziecko, to nie myślący dorosły człowiek, który – zachowując się w sposób dziecinny, może faktycznie denerwować. Dziecko to bezbronna istota, która potrzebuje opieki rodziców. No właśnie – rodziców. Przecież dziecko ma dwoje rodziców! Skąd sfrustrowane, zaniedbane kobiety, zamęczone, niewyspane jeżeli taką samą opiekę nad dzieckiem może sprawować jego ojciec? Ale zacznijmy od początku. Znowu to zdawanie sobie sprawy. Co innego młoda dziewczyna, która zachodzi w nieplanowaną ciążę, która nie ma ani warunków – nie tylko finansowych – do wychowania dziecka, ale sama jest mentalnie dzieckiem, psychicznie nie przygotowanym do przywitania swojego dziecka na świecie. Ale dorosła kobieta, którą przeraża ilość obowiązków i związanych z dzieckiem nowości to dla nie coś, czego nie znam.
Już w ciąży przeczuwałam, że istnieje. I że lepiej opanować go przed rozwiązaniem. Słowniczek obsługi dziecka. Ten, którym biegle posługują się młodzi rodzice, a który niewtajemniczonym (a przynajmniej ciężarnej mnie) do złudzenia przypominał chińszczyznę.

Hmm doprawdy to takie trudne do opanowania? Myślałam, że istnieje coś takiego, jak instynkt macierzyński i wszystko, co związane jest z dzieckiem kobiecie przychodzi łatwo – widać nie wszystkim. Niewtajemniczona? No właśnie, do czasu. Do rozwiązania, do zostania młodym rodzicem przecieżJ Doprawdy zastanawiałam się już przy pierwszym zdaniu, czy to prawda, czy tylko taka poza?
Chodziłam więc na przyspieszone kursy do koleżanek matek z pod®óbką moleskine’a w torbie i zamiast reporterskich treści zapisywałam w notesie obce (sic!) słowa.

Linomag, emmeljunga, oilatum.

Tantum rosa, Frida, bugaboo.

Octenispet, weleda, baby sense.

(…)

Myliły mi się kremy do pupy z markami wózków, a te s kolei – z przyrządami do wyciagania niemowlętom glutów z nosa.

To cytat z książki, broń Boże moja opinia! Pomijając podejście do spraw, nazwijmy to oczywistych (ciekawe jak autorka nazywa pełne pampersy, czyli kupy dziecka?!). Nie wiem, czy to może ja jestem dziwna, orientując się w przynajmniej większości wspomnianych nazw, już przed ciążą? Nie wiem, jak można żyć w dzisiejszym świecie, na którym na szczęście są jeszcze dzieci i nie osłuchać się z przynajmniej niektórymi wyrazami;/?
Pomimo, że książka od początku nie tyle mnie irytowała ile zaskakiwała, brnęłam dalej – przyznaję - niektóre momenty pomijając dla spokoju własnych nerwów, inne – dla zrozumienia czytając kilka razy. Ogólnie książka to jakaś straszliwa wizja macierzyństwa, chyba nie dla planujących je par. Bo zdanie Macierzyństwo po brzegi wypełnia nuda może skutecznie zniechęcić do posiadania dziecka J

Chociaż komuś, kto przeczytał powyższy tekst, książka może wydać się nieodpowiednia, nudna, albo denerwująca to chcę zaprzeczyć – tak nie jest! To bardzo ciekawy tekst, który osoby z podobnymi do autorki poglądami może zachwyci, a bliższych mi nawet rozśmieszyć J Czytaliśmy fragmenty na głos, zastanawiając się w dwójkę czy coś jest z nami nie tak, w dwójkę zaśmiewając się, z tak odmiennych od naszych problemów. Jednocześnie nie zazdroszcząc zniechęcenia do osiemsetnego trząśnięcia drzwiczkami szafki przez pierworodnego!

Chciałabym jeszcze dodać, że autorka, z którą co do kwestii dziecinnienia i zapomnienia siebie (mówienia o sobie w osobie trzeciej, zmiany gustów itp.) nie mogę się zgodzić prowadzi także blog metamacierzynstwo.pl. Chciałabym też zapytać autorki skąd pomysł aby bohaterów książki – siebie, męża i dziecko „ubrać” w postaci ze słynnego w latach osiemdziesiątych serialu o bogatej rodzinie. Przecież chyba macierzyńswto Crystal czy Alexis wyglądało zgoła inaczej? Ale to już chyba osobny temat.
I na pocieszenie, także cytat z książki Joanny Woźniczko – Czeczott:
Macierzyństwo to tak duże wyzwanie, że można starać się je osłodzić. Koncentrować się na tym, co dobre. Pięknych chwil wszak nie brakuje.

Dla osób chętnych na lekturę zarówno Początków jak i Macierzyństwa non-fiction. Relacja z przewrotu domowego przygotowałam konkurs. Chciałabym, aby książka Początki (ufundowana przez Wydawnictwo Świat Książki) trafiła do przyszłych mam – więc proponuję ją dziewczynom w ciąży (ufam tym, które zgłoszą się do konkursu),  oczywiście nie tylko one mogą zgłaszać się po książkę. Natomiast Macierzyństwo non-fiction (z mojej biblioteczki) chciałabym podarować jednej z obecnych mam. Na zgłoszenia czekam do następnego piątku, czyli do 8 czerwca, do godziny 12.00.


Zgłaszajcie się więc przyszłe Mamy i Mamy obecne. Życzę Wam powodzenia.

cytaty pochodzą z książki Macierzyństwo non-fiction. Relacja z przewrotu domowego. J. Woźniczko-Czeczott.

Początki - Annie Murphy Paul




Kobieta w ciąży może wiele zrobić, żeby poprawić zdrowie płodu, ale to nie oznacza, że powinniśmy obarczyć wyłącznie ją tą odpowiedzialnością. (…) Przecież fizjologia matki mogła zostać ukształtowana przez jej doświadczenia prenatalne i to samo dotyczy jej matki, więc jak daleko możemy się cofnąć? 

     Nie prasuj, bo jak się oparzysz dziecko będzie miało znamię, nie wieszaj prania, bo owinie się pępowiną, nie siedź długo wieczorem, nie jedz serów, nie pij mleka, jedz-nie jedz ryby, jedz za dwoje … mogłabym wymieniać jeszcze długo zakazy (i przesądy), jakimi karmiono mnie w ciąży, i jakie słyszałam przy okazji ciąż kuzynek i znajomych. A ja, nieświadoma, że robię coś źle objadałam się na urlopie w słonecznej i smakowitej Italii serami, mniej lub bardziej pleśniowymi, łyżkami pochłaniałam ukochany miód, nie wspominając już o tym prasowaniu i praniu. Ilu z Was, obecnych matek nie wróżono płci po kształcie brzucha, rodzaju i wielkości apetytu, czy – o zgrozo – po snach? Ile z Was nie usłyszało, że zbyt duża aktywność spowoduje, że dziecko będzie nadpobudliwe, że późne chodzenie spać w ciąży wróży „nocnego Marka”. Albo – haha! – ile z kobiet planujących ciążę nie było nagabywanych na ‘projektowanie’ płci – a to przez stosowaną wcześniej dietę, a to styl życia, czy już bardziej prawdopodobny wybór terminu zapłodnienia (książka Zaplanuj płeć swojego dziecka  w ciągu ok. 30 lat sprzedała się w ilości ponad 1,5 miliona egzemplarzy!).  Moim faworytem jednak jest twierdzenie rodem ze średniowiecza, że chodzenie do – uwaga – przystojnego lekarza położnika gwarantuje ładne dziecko!! Tak właśnie wierzono w średniowieczu (i wśród niektórych moich znajomych obecnie!), że kobieta w ciąży będzie miała gwarancję ładnego dziecka, kiedy nie będzie patrzyła na brzydkie figury, posągi i ludzi – taaak, można powiedzieć kobieto siedź w domu, patrz w lustro, jeśli tak myślisz;/

Książka Annie Murphy Paul Początki. Jak 9 miesięcy w łonie matki wpływa na resztę naszego życia obala niektóre z tych, znanych mniej lub bardziej pseudoteorii, na niektóre z nich daje wyjaśnienie,  a jeszcze inne tworzy i udowadnia. Autorka książki, z zawodu dziennikarz zajmujący się wyszukiwaniem nowinek w dziedzinie nauki, będąc w drugiej ciąży postanawia zgłębić gałąź medycyny dotyczącą ciąży. Jak mówił mój lekarz położnik – ciąża to ciągle niezbadane zjawisko. Pewnie długo tak jeszcze pozostanie, więc książka A.M. Paul być może za kilka lat też zostanie obalona przez innego autora, ale tymczasem można się po pierwsze świetnie bawić, a po drugie – i co najważniejsze – dowiedzieć kilku ważnych rzeczy.
(…) kobiety noszące  w sobie chłopca są w dobrym stanie ducha, kobiety w ciąży z dziewczynkami mają zmienne nastroje.
O tym, jakim człowiekiem będzie nasze dziecko decydują oczywiście jak wiadomo geny. Ale czy na pewno? Okazuje się bowiem, że na geny z kolei ogromny wpływ ma środowisko w jakim żyjemy i w jakim żyli nasi przodkowie. Ujmując to prościej – nasz dziadek, który miał w sobie „gen złośliwości”, żyjąc w wśród dobrych ludzi przekaże nam tę dobrą cechę, która zdominowała i zniekształciła jego gen złośliwości. Tego jednak dziecko w łonie matki nie jest w stanie poczuć, ani zauważyć. Jednak doskonale odbiera bodźce zewnętrze, i to nie w taki sposób, w jaki nam się dotychczas wydawało – że słuchając np. muzyki poważnej będzie melomanem, czytając wraz z matką (czy też pracując na odpowiednich stanowiskach) będzie inteligentne – nie! Dziecko w łonie matki takie bodźce odczuwa jako przesłankę do dobrego, dostatniego życia. Podsumowując – nasza fasolka, słuchając Mozarta wie, że trafi do dobrego domu, odwrotnie niż fasolka wiecznie pijanych i kłócących się rodziców. Ta z kolei narażona będzie na wcześniejsze przyjście na świat, w dodatku z niską wagą – taki wpływ będzie miał alkohol i stres. Ale jeśli te kłótnie będą sporadyczne - minimalny poziom kortyzolu (wydzielającego się przy stresie) może tylko pomóc donosić ciążę i lepiej rozwinąć się płodowi.
Jaki wpływ na kobiety w ciąży miały wydarzenia w Nowym Yorku z 2001 roku, oraz inne, pomniejsze stresogenne wydarzenia? Czy ten stres oraz zanieczyszczenia mogą przyczynić się do aktywacji łożyska, a także czy ujrzenie swojego dziecka w łonie na pierwszym badaniu USG jest również czynnikiem generującym stres? W książce Początki autorka porusza również problem bólu u noworodków (liczne badania dowodzą, że wcześniaki mają silniejsze odczucie bólu, nawet w dorosłym życiu) i bólu towarzyszącego nie tylko matce przy porodzie. Takie i wiele innych ciekawostek, z których część może śmieszyć, ale większość jednak zadziwiać może dowiedzieć się przyszła mama z książki Początki.
(…) płód jest „pasożytem doskonałym” wyławiającym potrzebne składniki odżywcze z ciała matki, a ilość lub jakość jedzenia, jakie ona przyjmuje, nie ma znaczenia
Jak zmienia się nasza świadomość postrzegania płodu i ciąży wiemy doskonale (przynajmniej wydaje się, że powinniśmy mieć jako taką wiedzę), jednak do niedawna czymś normalnym było picie przez kobiety w ciąży alkoholu i palenie papierosów. Jako, że twierdzono, iż dziecko w łonie matki jest bezpieczne poprzez swego rodzaju odizolowanie. Sądzono bowiem, że płód i matka to dwa rożne światy, które się nie przenikają. Dzisiaj, kiedy wiadomo, że płód jest bardziej narażony na wpływ toksyn na jego mały, bezbronny organizm, niż organizm w pełni wykształcony trudno przejść obojętnie obok kobiety z brzuszkiem i papierosem w ustach. Zresztą nie tylko te, oczywiste dziś złe czynniki zakorzeniły się w świadomości (większości) przyszłych matek. Rośnie też świadomość szkodliwości nieodpowiedniego odżywiania – i nie chodzi tu tylko o brak zróżnicowania  w diecie, witaminy i składniki mineralne, tak potrzebne do budowania nowego organizmu, ale i różnego rodzaju przesłanki, których potwierdzenie znamy bądź i nie. Na przykład wpływ orzechów na przyszłe alergie, różnego rodzaju bakterii obecnych w nieświeżych mięsach i warzywach mających wpływ na donoszenie ciąży, obecności pól nawożonych pestycydami i inną chemią na uaktywnianie się chorób genetycznych i ciężkich odmian raka itp. Początki to prawdziwa kopalnia wiedzy i ciekawych informacji, nie tylko dla przeczulonych na swoim punkcie przyszłych matek (oj, myślę, że jeszcze w zeszłym roku, o tej porze siedziałabym nad lekturą tej książki obgryzując paznokcie i wypisując sobie zakazy hehe). To też źródło wiedzy dla tych, które już dzieci posiadają, bo można samemu przekonać się na własnej skórze, że wszystkie teorie dotyczące ciąży, to tylko ciągle … teorie, które zwykle mają odstępstwa od reguły. Ale wiedzieć warto, choćby po to, aby nie głosić spotykanym przyszłym mamom teorii wyssanych z palca średniowiecznego zabobonnego człowieka, który z medycyną wiele wspólnego nie miał. 

cytaty pochodzą z książki