Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. WAB. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyd. WAB. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 25 czerwca 2013

"W bagnie" A. Indriðason

Recenzja bierze udział w konkursie portalu Zbrodnia w Bibliotece
Wydawnictwo: W.A.B
Język oryginału: islandzki
Tłumaczenie: Jacek Godek
Ilość stron: 304
Rok wydania: 2009



Od ponad dwóch lat zaczytuję się w skandynawskich kryminałach i przez ten czas wciąż nie czuję się nimi „zmęczona”. Chociaż "W bagnie" Arnaldura Indriðasona właściwie nie zalicza się do tej grupy z punktu widzenia specjalistów, to jednak dla mnie zawsze będzie należało - podobnie jak pozostałe - do silnej grupy „kryminałów z Północy”. Z twórczością Islandczyka miałam styczność już wcześniej, słuchając bardzo dobrego „Jeziora”. „W bagnie” to według chronologii trzecia, a w Polsce wydana jako pierwsza książka islandzkiego autora kryminałów dotycząca detektywa Erlendura Sveinssona

W Reykjaviku dochodzi do kolejnego morderstwa – ofiarą jest starszy mężczyzna imieniem Holberg. Początkowe śledztwo wykazuje, że mieszkał sam i nikt go nie odwiedzał, wstępnie nie wiadomo także nic o prawdopodobnych sprawcach. Erlendur Sveinsson zachodzi w głowę czym mogła narazić się ofiara i w którym kierunku poprowadzić śledztwo. W przypadku tej sprawy dużą rolę odegra przeszłość mężczyzny i tajemnicze zdjęcie dziecięcego grobu, na które natknęli się policjanci. Zimna jesień stanie się jeszcze bardziej mroczna i nieprzyjemna. 

Polubiłam się z Erlendurem, tą jego „nietypowością”, problemami w pracy i w życiu osobistym, nieśmiałością i jednocześnie wielkim uporem, którym kieruje się w działalności zawodowej. Po lekturze „Jeziora” od razu porównałam go z Wallanderem, i oczywiście wciąż to podtrzymuję, jednak z drugiej strony wiem, że są różni i to sprawia, że nie czuję kopiowania jednego autora od drugiego. 

Bardzo podoba mi się mroczna i zimna Islandia, której obraz autor roztoczył przed czytelnikami. W wielu momentach czułam ten chłód, deszcz i przeraźliwe zimno, które nieraz towarzyszyło bohaterom kryminału. Także tytułowe bagno znajdzie swoje dosłowne odzwierciedlenie w książce. Dla osób, które lubią skomplikowane, a precyzyjnie mówiąc wielowątkowe kryminały – „W bagnie” to idealna lektura, bo oprócz wątku morderstwa pojawia się także temat badań genetycznych i chorób dziedzicznych. 

Polecam, na lato – by przełamać pogodę w książce.

sobota, 2 lutego 2013

"Czego nie słyszał Arne Hilmen" I. Zaniewski


Wydawnictwo: W.A.B.
Język oryginału: polski
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 352



Książka „Czego nie słyszał Arne Hilmen” w zapowiedziach prezentowała się bardzo ciekawie. Zwabił mnie do niej opis, w którym poczytałam o nietypowej konstrukcji powieści, o napięciu, nieustającym zagrożeniu i niepewności, czy w ogóle zbrodnia został popełniona. Przy tradycyjnych, schematycznych kryminałach, debiut Iwa Zaniewskiego jawił się jako naprawdę pasjonująca lektura. A nutkę pikanterii dodawało to, że Polak zaryzykował i postanowił całą akcję obsadzić w Norwegii, co już od początku wysoko podnosi poprzeczkę.

Tytułowy Arne Hilmen jest komisarzem policji w jednym z norweskich, przemysłowych miast. Sama jego postać nie wzbudza sympatii, można wręcz określić go jako nijakiego. Ciężko identyfikować się z takim bohaterem, a tym bardziej śledzić z zainteresowaniem jego poczynania. Nie wiem, co nie zagrało w tworzeniu tej postaci, ale w każdym razie brak wyrazistości i prawie zerowe nakreślenie przeszłości i jego odczuć sprawiło, że Hilmen jest jednym z większych braków tej powieści.

Początkowe zafascynowanie umiejscowieniem akcji w Norwegii, także bardzo szybko mnie rozczarowało. Gdyby nie wcześniejsza zapowiedź i opis na okładce, to nie wiedziałaby, że trwa noc polarna, a wszystko dzieje się w Skandynawii. Nie czułam tego specyficznego klimatu zimnej, surowej krainy, która często jest drugim bohaterem powieści. Coś, co miało być siłą i zaletą tekstu, stało się niezbyt istotnym szczegółem, który w żaden sposób nie wpłyną na akcję. 

Przez całą powieść zastanawiałam się także, gdzie jest cały nastrój grozy, napięcie i nietypowa narracja. Gdzie ten doskonały scenariusz filmowy, który miał żyć w mojej wyobraźni? Nie było go, a ja czułam się trochę oszukana. Obserwowałam błądzącego bohatera, który już nie wiedział czy to, co brał za początek śledztwa, tak naprawdę w ogóle się wydarzyło. Cała techniczna wiedza, którą przekazuje nam autor także mogłaby być zaletą tej powieści, ale i ona wyglądała w książce jak dodana na siłę.  

Żeby już całkowicie nie znęcać się nad tekstem dodam tylko, że oprócz Hilmena, w powieści nie ma żadnych bohaterów, na tyle ciekawych by o nich wspomnieć. Są głęboko w tle, a jeśli pojawiają się, to tylko na chwilę i właściwie niczego nie zmieniają. Także zakończenie rozczarowuje, nie wzbudza żadnych emocji i nie sprawia, byśmy chcieli jeszcze raz spotkać się z norweskim policjantem. Szkoda, bardzo szkoda, ale może Iwo Zaniewski powinien pozostać przy tym, co robi najlepiej. Jest to także najlepszy przykład, by pokazać, że kryminał skandynawski, to odłam gatunkowy, który wychodzi najlepiej twórcom z tamtego regionu. Tego nie da się podrobić – to trzeba czuć.
 

środa, 16 stycznia 2013

"Irena" M. Kalicińska, B. Grabowska


Wydawnictwo: W.A.B.
Język oryginału: polski
Rok wydania: 2012
Ilość stron: 416



Twórczość Małgorzaty Kalicińskiej znałam tylko ze słyszenia. Swego czasu jej seria książek, które łączyło rozlewisko w tytule, była dość popularna, i jak pewnie wiele osób wie, nawet miała swoje drugie życie w telewizyjnym serialu. Nie przepadam za książkami tego typu, nie lubię czytać czegoś, co ma tak wielkie grono odbiorców. Odpuściłam. Dlatego sama siebie zadziwiłam, gdy zdecydowałam się przeczytać zaproponowaną przez wydawnictwo W.A.B. najnowszą powieść pisarki pod tytułem „Irena”, napisaną razem z córką, Basią Grabowską. Nie wiem czego oczekiwałam, trochę bałam się tej lektury, ale zostałam pozytywnie zaskoczona i szczerze przyznaję, że podobało mi się.

Tytułowa Irena, jest przyszywaną ciocią-babcią dla Doroty i jej córki Jagody, a jednocześnie osobą, do której obie mogą zwrócić się w trudnych chwilach. 80-letnia staruszka ma także swoje problemy, ale dzielnie wspiera obie kobiety, jest dla nich ostoją i źródłem rozsądku w codziennym życiu. Osią powieści są problemy na linii matka-córka, które wpadają w typowy dla siebie schemat niezrozumienia, spowodowany prawdopodobnie brakiem czasu i chęci na całkowite otwarcie się na tą drugą. Ich kłótnie, o każdy najmniejszy drobiazg zatruwają życie najbliższych. Nawet w obliczu śmieci męża Ireny, nie są w stanie powstrzymać się od tradycyjnych uszczypliwości. Niestety jedna z nich przelewa czarę goryczy i kobiety przestają odzywać się do siebie. 

„Irena” to powieść, której bohaterowie są niezwykle żywi i plastyczni, charakterystyczni dla swojego czasu i epoki. Podejrzewam, że wiele czytelniczek zobaczy w nich siebie lub kogoś kogo zna. Bo czy tak trudno dziś o niezrozumienie na linii matka-córka? Wcale nie. I może właśnie dlatego powieść wydaje się tak rzeczywista i wciągająca. Przedstawiona historia jest małym dramatem pewnej rodziny, który mógł wydarzyć się w naszym domu lub gdzieś za rogiem i dlatego tym chętniej chcemy poznać jego zakończenie. Od razu także widać, że w tych wszystkich zdaniach autorki chcą przemycić ważne życiowe prawdy, które chcą zostawić w czytelnikach po odłożeniu książki i które z pewnością w jakimś stopniu w nich zostaną.

Dużą siłą powieści jest język – typowy dla każdej z narratorek. Z jednej strony zabawny, pełny anegdot i jakiegoś wewnętrznego ciepła, z drugiej pełen skrywanego buntu, poczucia niezrozumienia i bezsilności. I chociaż historia jest do gruntu przewidywalna, to naprawdę warto się w nią zagłębić i przeżyć wiele emocji, wśród których przeważa uśmiech na przemian ze wzruszeniem. Pięknie stworzyć taki duet z córką.
 

niedziela, 20 maja 2012

"Ja, diablica" K. B. Miszczuk


Wydawnictwo: W.A.B.
Język oryginału: polski
Rok wydania: 2010
Ilość stron: 416



Książka „Ja, diablica” Katarzyny Bereniki Miszczuk od czasu zakupu przeleżała kilka miesięcy na moim regale. Impulsem do przeczytania jej był audiobook drugiego tomu trylogii „Ja, anielica”, który niedawno otrzymałam do recenzji.  Mimo dość pozytywnych recenzji, miałam mieszane uczucia przed sięgnięciem po książkę młodej autorki. Obawiałam się czy była w stanie poradzić sobie z tworzeniem powieści tak, by nie powielać utartych schematów i nie przywoływać pomysłów wykorzystanych w innych książkach.

Wiktoria Biankowska to dwudziestoletnia diablica, która nie może się pogodzić ze swoją śmiercią, więc gdy powraca na Ziemię, robi trochę niepotrzebnego zamieszania. Obok niej pojawiają się także dwaj mężczyźni: Piotrek – wielka miłość Wiktorii i Beleth, który chce zwrócić na siebie jej uwagę.  Akceptacja nowego „życia” w jej przypadku to wiele różnych zabawnych sytuacji i nie zawsze łatwe decyzje. Autorka stworzyła obraz Piekła w dość barwny sposób, umieszczając w nim wiele postaci znanych z historii, zarówno współczesnej, jak i np. starożytnej. Niektóre nazwiska mogą przywołać uśmiech na twarzy czytelników, a wiele nawet dość duże zdziwienie.

Co mi się nie podobało? Przede wszystkim ciągłe zdrabnianie imienia „Piotr”, autorka robiła to aż do przesady, a imię wybranka Wiktorii jeszcze długo będzie mi się źle kojarzyć. Innym minusem, na który zwróciłam uwagę jest schematyczność  w dialogach i zachowaniach. Ogromny minus ma u mnie sama bohaterka, która nie wiedziała czego chce i właściwie była taką życiową ofiarą. Nie potrafiłam jej polubić.

Niemniej jednak dobrze, że młodzi ludzie chcą tworzyć, pisać, realizować swoje pasje. Autorka jest w moim wieku, więc tym bardziej miło mi, gdy widzę, że niektórzy nie boją się działania i reakcji ze strony bardziej doświadczonych pisarzy. „Ja, diablica” mimo, że nie zachwyca, to nie odrzuca na tyle, bym zrezygnowała z zapoznaniem się z kolejną częścią trylogii: „Ja, anielica”. Choć akurat w jej przypadku spotkałam się już z wieloma negatywnymi opiniami.

niedziela, 15 stycznia 2012

"Rozwiązła" J. Kamiński


premiera: 18 stycznia 2012!


Nie boję się sięgać po polską literaturę, ponieważ wiele razy trafiłam na bardzo dobrych i świetnych autorów, którzy stali się dla mnie czytelniczymi pewniakami. Jednak pewną dozę nieśmiałości mam przy debiutach, zarówno zagranicznych, jak i rodzimych. Debiut to przecieranie szlaków, często jeszcze niewypracowany warsztat i wiele braków, na które może trzeba patrzeć jeszcze z przymrużeniem oka. Podobnie jest w przypadku „Rozwiązłej” Jarosława Kamińskiego.

Bohaterką powieści jest dobiegająca czterdziestki Zofia Rogala, wizażystka, zatrudniana przy filmach i reklamach. Mimo wieku, jest wciąż kobietą atrakcyjną i zadbaną, nic więc dziwnego, że zainteresował się nią sporo młodszy mężczyzna, Adam Czerski. Zofia w tym związku widzi szansę na zbudowanie rodziny, której nigdy nie miała. Jej przeszłość nie jest piękna, brak wiedzy o rodzicach i wychowywanie się w domu dziecka miało duży wpływ na jej zachowanie i ukształtowanie charakteru. Stąd też moment, w którym Adam postanawia przedstawić ukochaną swoim rodzicom i dziadkowi, wprawia Zofię w panikę i złe samopoczucie. Rodzinny obiad przeradza się w awanturę, której Zofia jest nie tylko świadkiem, ale także nieświadomym powodem.

Nie jest to łatwa powieść, ze względu na styl i sposób przedstawienia sytuacji przez autora. Książka wymaga pełnego skupienia, bo choćby chwilowe rozkojarzenie, wytrąca z rytmu czytania. Autor zagłębia się w psychikę bohaterów, przede wszystkim uzewnętrzniając nam uczucia Zofii, w różnych momentach jej życia. Bardzo szybko można zauważyć wiele wątków psychologicznych, politycznych i filozoficznych. Jarosław Kamiński starał się stworzyć coś ciekawego i nowatorskiego, choć kilka elementów jest popularnych i często wykorzystywanych w powieściach. Przy pewnej (tu nawet jedna z bardziej znaczących) sytuacji, miałam uczucie „déjà vu”, gdyż identyczny motyw został wykorzystany w niedawno przeczytanej przeze mnie książce.

Przede wszystkim „Rozwiązła” jest powieścią o trudnych związkach, sile przypadku, a także poszukiwaniu własnej tożsamości i oczyszczającym odkrywaniu prawdy. Jak już wcześniej wspomniałam, nie jest to łatwa powieść, momentami jest bardzo nierówna i ciężka w czytaniu. Jednak wiele chwytów, które zastosował pisarz, może spodobać się wielbicielom ambitniejszej czy raczej cięższej literatury. Trzeba mieć po prostu na nią trochę więcej czasu, niż na inne powieści. 

czwartek, 22 lipca 2010

"Samotność liczb pierwszych" P. Giordano


"Mattia i Alice. Ich losy splatają się w nowej szkole. Każde z nich nosi w sobie traumę z dzieciństwa, która uniemożliwia im normalne funkcjonowanie wśród rówieśników.
Obydwoje są outsiderami, padają ofiarami szkolnej przemocy, mają też problemy z własną cielesnością. Nowa przyjaźń nie jest jednak ratunkiem na wszelkie problemy. Choć wiele do siebie czują, nie potrafią wyrażać swych emocji. Poprzez lata, wchodząc w dorosłość, rozpoczynając karierę czy zakładając rodzinę, na przemian zbliżają się do siebie i oddalają. Są bowiem jak tytułowe liczby pierwsze - oddzielone jedyną cyfrą parzystą, która nie pozwala im złączyć się naprawdę."


Przed chwilą skończyłam książkę Paolo Giordano "Samotność liczb pierwszych". Niestety kompletnie nie wiem co o niej napisać. Początkowo myślałam, że mnie nie wciągnie, że to taka zwykła historia miłosna, ach! jakże się myliłam.

"Liczby pierwsze dzielą się tylko przez 1 i przez siebie. Stoją na swoich miejscach w nieskończonym szeregu liczb naturalnych, ściśnięte, jak wszystkie, między dwiema innymi liczbami, ale mają w sobie coś, co różni je od innych. To liczby podejrzliwe i samotne." (s.139)

Książka rozpoczyna się od historii Alice, jej nienawiści do nart i wypadku, który ma znaczenie dla całego jej późniejszego życia. Rozdział ten opatrzony jest tytułem "Anioł na śniegu" z datą 1983. Rok później wydarzyła się historię Matti i jego siostry Micheli. Feralne urodziny, wstyd za opóźnioną w rozwoju siostrę bliźniaczkę i jej ostateczne zaginięcie, już na zawsze zmienia Mattie. Ten rozdział ma tytuł "Prawo Archimedesa". W kolejnym rozdziale pt.: "Na skórze i pod nią" Alice i Mattia, starsi o kilka lat w końcu się poznają. Cały rozdział to właściwie urodziny Violi, koleżanki Alice ze szkoły. jeden wieczór, który wszystko zmienił. Później znów następuje przeskok w latach, oboje są już na studiach. I tu właściwie dla mnie wszystko się zaczyna, a może też kończy...

Alice i Mattia łączy samotność, z powodu przeżyć z przeszłości, braku związku z rodzicami, odseparowanie od rówieśników. Ale jest to także samotność z wyboru, szczególnie w przypadku Matti. Z tego wszystkiego wytwarza się między nimi silna nić porozumienia, zdumiewająca, gdy patrzy się na ich rozmowy, które właściwie rozmowami nie są, niedopowiedzenia i ciągłe wątpliwości, które w końcu są ważniejsze niż prawdziwe uczucie.

"Mattia i ona byli połączeni niewidzialną, elastyczną nicią, zagrzebaną pod stosem nieważnych rzeczy, nicią, która mogła istnieć tylko między dwojgiem takich jak oni: ludzi, którzy znaleźli własną samotność jedno w drugim." (s.296)

Powieść Giordano właściwie mnie przeraża, jest chłodna, pisana prostym językiem, ale jednocześnie zawiera tak wiele uczucia i emocji, że momentami, aż nie mogłam w to uwierzyć. Bardzo na plus jest dla mnie odbieranie świata przez Mattie, matematycznego geniusza, dla którego świat to liczby.

Oboje są na pewno liczbami pierwszymi, w dwóch momentach w swoim życiu, gdy mogą się zdecydować na bycie razem, coś niszczy tą chwilę.

"Już się nauczył, że wyborów dokonuje się w kilka sekund, a ich skutków doświadcza się przez resztę życia." (s.322)

Zakończenie mną wstrząsnęło, nie wierzyłam, że może być aż tak smutno.

Całość to opowieść o samotności jakiej człowiek może doświadczyć w swoim życiu. Samotności, jaką jest brak prawdziwie bliskich osób. W powieści tych samotności jest za wiele: między dzieckiem a rodzicami, między rówieśnikami, a nawet między osobami, które są właściwie sobie przeznaczone i dobrowolnie zgadzają się na tę samotność.

"Mattia. No właśnie. Często o nim myślała. Znowu. To było jak jeszcze jedna z jej chorób, z których tak naprawdę wcale nie chciała się wyleczyć. Można zachorować na jedno tylko wspomnienie, ona zachorowała na wspomnienie popołudnia w samochodzie przed wejściem do parku, kiedy swoją twarzą zakryła przed Mattią widok parku, w którym przed laty przeżył straszne chwile."(s.272)

6/6

poniedziałek, 19 lipca 2010

"Piąta kobieta" H. Mankell


„Piąta kobieta” Henninga Mankella to moje drugie spotkanie z jego twórczością. Musze szczerze przyznać, że dużo lepiej mi się ją czytało niż „O krok”. Oczywiście dalej czytam w złej kolejności, ale jakoś mi to za bardzo nie przeszkadza.

Książka rozpoczyna się od morderstw w Algierii, z których jedno ma wpływ na całość powieści i jest momentem wyjściowym do spraw, które później dzieją się w Szwecji. Niestety opis książki na okładce od razu nas informuje ile będzie zabójstw i kogo zabiją. Trochę za dużo informacji jak dla mnie, ale nie wpływa to jakoś specjalnie na czytanie, ponieważ książka wciąga i ja przeczytałam ją w 2 dni.

Przy poprzedniej książce Mankella narzekałam na „za mała ilość Szwecji”. Tu miałam jej bardzo dużo i cieszę się z tego. Autor idealnie próbował oddać aurę zimnej szwedzkiej jesieni. Czytanie wzmianek o „siąpiącym deszczu”, „niskich temperaturach”, „zamarzniętych jeziorach” i „gęstej mgle” bardzo pomogło mi w walce z upałem z ostatnich dni tego tygodnia. Literatura idealna na gorące lato, zdecydowanie ochładza. Dodatkowo temperaturę obniżają morderstwa, których w książce jest aż 10.

Nie podobała mi się wzmianka o polskich kobietach. Nie znam tego okresu historii z doświadczenia, bo lata powojenne to odległa przeszłość, ale wyrażenia, że Szwed mógł sobie jeździć do Polski i kupować polskie kobiety, bo u nas był kryzys to chyba jednak przesada. Za drugim razem też padło w rozmowie, że Szwed jeździł do Polski i pewnie miał tam kobiety, a drugi odparł, że po co innego mógłby jechać. Może za bardzo na to zareagowałam, ale nie lubię takiego pisania o Polsce i polskich kobietach.

W „Piątej kobiecie” dzieją się w życiu Wallandera zdarzenia, których następstwa mamy ukazane w powieści „O krok”. Tak więc mamy Bajbe, Linde, ojca Kurta i Gertrudę. Ja już wiem jak potoczy się ich życie dalej, a wszystkich którzy nie czytali zachęcam do następnych części.
Podsumowując jest to bardzo dobra książka, wciąga, przyjemnie się czyta. Nie ma momentów, że chce się ją odłożyć na dłużej. Sprawa, którą prowadzi Wallander, też jest ciekawa. A szczególnie motyw zabójcy.

„Każdy – argumentował, to popłakując, to się złoszcząc - nawet człowiek związany i pozbawiony wszelkich praw, powinien znać powód, dla którego tych praw go pozbawiono. Inaczej wszechświat nie miałby sensu”.*

Polecam.

5/6

*s.49.

czwartek, 10 czerwca 2010

"O krok" H. Mankell



"Noc świętojańska. Troje młodych ludzi spotyka się na odludnej leśnej polanie, by w siedemnastowiecznych kostiumach i perukach świętować letnie przesilenie. Żadne z nich nie podejrzewa, że ich zabawę obserwuje morderca. Na komendzie policji w Ystadzie panuje letni zastój. Komisarz Wallander bezskutecznie stara się prowadzić zdrowy tryb życia i zwalczyć poczucie osamotnienia. Leniwy nastrój przerywa niespodziewana wiadomość o zamordowaniu szanowanego przez wszystkich policjanta. Wallander prowadzi śledztwo, które zmusza go do zgłębienia sekretów prywatnego życia kolegi. U ofiary znajduje między innymi zdjęcie trójki młodych ludzi przebranych w historyczne kostiumy."


Swoją przygodę z kryminałami Mankella zaczęłam właśnie od tej książki. Już od dawna chciałam przeczytać którąś z jego książek, ale zawsze były inne, zresztą każdy dobrze wie o czym piszę. Dodatkową motywacją było to, że z racji dwustopniowych studiów przez wakacje nie będę mogła korzystać z uniwersyteckiej biblioteki, a moja publiczna niestety jest słabo zaopatrzona. Oczywiście chciałam także w końcu rozpocząć wyzwanie
Kraje Nordyckie.

Jeśli chodzi o samą książkę to wiem, że raczej wypadałoby czytać w kolejności. Niestety w mojej uczelnianej bibliotece tylko ta książka była dostępna. Swój błąd zrozumiałam to już na początku książki, gdy komisarz Wallander wspomina swoją przeszłość. Jego rozmyślania o Bajbie, Lindzie i rozwodzie z żoną przez chwilę o mało nie nakłoniły mnie do odłożenia książki. Po czasie jednak zauważyłam, że w sumie nie ma to większego wpływu na akcję kryminału i sprawę jaką policja prowadziła.
Moje ostatnie problemy na gruncie uczelnia - praca licencjacka sprawiły, że czytanie szło mi dość opornie mimo, że normalnie już dawno bym ją skończyła. Na szczęście wczoraj pracę złożyłam w całości i ostatnie 300 stron poszło mi bardzo szybko.
Podobało mi się, książka mnie wciągnęła, choć to, że raz pokazywano sprawę od strony Wallandera, a raz od strony zabójcy trochę mnie męczyła. Nie wiem czy miało to polegać na tym, żeby czytelnik dość wcześnie się domyślił kim jest zabójca? Bo ja wiedziałam i niestety w kryminałach tego nie lubię. Za to ta cała akcja z Louise bardzo mi się podobała. :) Na to bym nie wpadła.
I jakoś mało mi było Szwecji u Mankella. U Larssona było jej więcej.

4,5/6

Related Posts with Thumbnails