W poniedziałek Kalinowy mąż i córka jadą na tygodniowy spacer w góry. Oboje są pocovidowymi umęczeńcami, więc raczej pochodzą po mostkach, ścieżkach i dróżkach niż po pagórkach.
Kalina zostaje na 6 dni (słownie: sześć długich, zimowych dni) sama w domu i będzie pisać.
Temat odkładany od kilku lat, materiały zebrane, zapas kawy przygotowany.
Jest jeszcze druga wersja: Kalina wsiada w samolot i leci na drugi koniec świata, żeby pobyć ze starszą córką podczas jej egzaminów. I odmiana wersji drugiej: Kalina jedzie tam samochodem.
Cokolwiek się stanie, będzie dobrze.
Same dobre wybory przede mną, a i tak smutno mi okropnie...