
- Jeden z sąsiadów chodził po domach metodą "porozmawiania o królestwie niebieskim" i zbierał podpisy pod petycją, żeby nasza ulica zrezygnowała z firmy odśnieżającej zimą. Albowiem śnieg pada zaledwie cztery razy w roku, z czego raz obficie, a firmie odśnieżającej płaci się tzw. "czujkowe". Inaczej mówiąc - opłata jest niezależna od wielkości pokrywy śnieżnej. Czy śnieg pada, czy nie pada, opłata się należy. Pomysł sąsiada był taki, żebyśmy w okresie potencjalnych opadów mieli dyżury sąsiedzkie. Każdy jednego zimowego dnia. I jeśli akurat śnieg spadnie podczas mojego dyżuru, to moja rodzina od czarnego świtu będzie odśnieżać ulicę... Gdy usłyszałam tę propozycję, spadłam z krzesła, chociaż wcale na nim natenczas nie siedziałam. Wyobraziłam sobie, jak razem z córkami haruję w pocie czoła od 3.30 rano, usiłując odśnieżyć 150 metrów bieżących zaśnieżonej ulicy. I przeklinając jednocześnie wszystkich sąsiadów, którym się upiekło.
- Czyli nie podpisałaś?
- Nie mogę narażać sąsiadów, że będę im złorzeczyć... Jednocześnie bałabym się, że moja mina, gdyby akurat śnieg spadł w dzień profesora, mogłaby jednoznacznie wyrazić to, czego nigdy nie odważyłam się zwerbalizować. A profesor ma psa, który mógłby mi nasikać na wycieraczkę. Z tego powodu - wolę płacić czujkowe.